„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

„To może być przełomowy sezon Bayeru Leverkusen”

bayarena

Trudno sobie przypomnieć Bayer Leverkusen, który przed sezonem wyglądałby tak obiecująco jak teraz. O ile w poprzednich latach, nie było żadnej walki nie tylko o mistrzostwo, ale też o wicemistrzostwo Niemiec, o tyle tym razem, Bayer może rzucić wyzwanie nie tylko Borussii Dortmund, ale nawet Bayernowi Monachium – oczywiście, gdyby ten raczył choć trochę osłabnąć. O nadziejach przed nowym sezonem opowiada nam dzisiaj Martin Huć, redaktor polskiego serwisu Bayeru Leverkusen.

huc

Pal Dardai, trener Herthy Berlin, mówi, że mistrzem Niemiec będzie Bayer Leverkusen. Zwariował czy coś w tym może być?

Martin HUĆ: – Zawsze jestem ostrożny z nadziejami przed kolejnymi sezonami. 19 lat kibicowania Bayerowi mnie tego nauczyło. Było kilka takich sezonów, gdy wydawało się, że będzie przełom i nagle wszystko się sypało. Patrząc na kadrę, to naprawdę może być przełomowy sezon. Kadra jest świetna. Nie licząc lewej obrony, gdzie jest tylko Wendell i – awaryjnie Beniamin Henrichs – na każdej pozycji jest dwóch-trzech zawodników. Z drugiej strony, nie wiem czy to nie będzie pułapka. Po czerwcowych ruchach transferowych, było dla mnie nie do pomyślenia, że Andre Ramalho, Robbie Kruse, Admir Mehmedi czy Ryu Seung-woo zostaną w drużynie. A wszyscy w tej kadrze są. Obawiam się jedynie czy ta kadra nie jest za szeroka, czy nie pojawią się z tego powodu jakieś niesnaski. Na pozycję środkowego obrońcy jest sporo zawodników, a jeszcze może przyjść Aleksandar Dragović z Dinama Kijów (we wtorek podpisał kontrakt – przyp. MT). Na środku pomocy na początku nie będzie tłoku, bo Lars Bender i Julian Brandt grali na igrzyskach olimpijskich, ale za chwilę będzie tam kilku graczy. Tak samo na skrzydłach, gdzie doszli Levin Oeztunali czy Kevin Volland. Próbowałem rozpisać podstawową jedenastkę, jak mogłaby wyglądać i miałem problem, by kogoś odrzucić. Wielu dobrych graczy nie załapie się nawet na ławkę. Dlatego faktycznie, jakąś nadzieję nawet na mistrzostwo można mieć. Przykład Leicester City pokazał, że wszystko jest możliwe. Nie powiem, że Bayer to główny kandydat. Na razie jest za plecami Bayernu i Borussii Dortmund. Ale są podstawy do optymizmu.

Mówimy o planie maksimum. A na co realnie stać Bayer?

- Na pewno ten sezon będzie trudniejszy dla trenera Rogera Schmidta, bo miejsce poza trójką będzie porażką. W zeszłym sezonie czwarte miejsce jeszcze byłoby OK, za rok byłoby rozczarowaniem. Na pewno zarząd oczekuje też pokazania się w Europie. Nie tylko wyjścia z grupy Ligi Mistrzów, ale walki o ćwierćfinał. Wicemistrzostwo Niemiec na pewno byłoby traktowane jako sukces. Pieniądze, które Bayer wydał na transfery i utrzymanie całej kadry, choćby zatrzymanie w klubie Oemera Topraka, powodują, że oczekiwania wobec Schmidta rosną. Nikt nie oczekuje mistrzostwa, wicemistrzostwa też nikt głośno nie wymaga, ale miejsce na podium to minimum. 

Po którym transferze najwięcej sobie obiecujesz?

Paradoksalnie, po transferze sprzed roku. Charles Aranguiz do Bayeru trafił latem 2015, ale kontuzja, której się nabawił, spowodowała, że zagrał tylko kilka meczów, które dały ogromną nadzieję. Myślę, że teraz pokaże, że zeszłoroczny transfer był trafiony. Powinien być motorem napędowych drużyny. Z zawodników pozyskanych tego lata – na pewno wiele oczekuję od Kevina Vollanda. Bayer zaskoczył wielu, że zdołał go wyciągnąć z Hoffenheim i prześcignąć konkurencję. Sparingi pokazały, że już dobrze rozumie się z Karimem Bellarabim i uzupełnia się z Javierem Hernandezem.  

 W Bayerze w ostatnich latach wyskakiwali zwykle jacyś młodzi, zdolni zawodnicy, jak Brandt, Vladlen Jurczenko czy Henrichs. Ktoś taki jest dziś na horyzoncie?

- Z tym jest problem, bo ta szeroka kadra sprawia, że trudno będzie się jakiemuś nowemu przebić. Henrichs na pewno dostanie swoje szanse, może Joel Abu Hanna, mistrz Niemiec juniorów, który był już parę razy na obozach. Może usiądzie parę razy na ławce, ale raczej nagle nie wskoczy do podstawowego składu. Nie za bardzo jest miejsce dla młodych graczy. Mam nadzieję, że w kolejnych latach przebije się bramkarz Tomek Kucz, który już parę razy trenował z drużyną, był na obozie. Może z czasem dostanie szansę.

Przez lata atak Bayeru opierał się na Stefanie Kiesslingu. Teraz Niemiec jest kontuzjowany, ale chyba udało się od niego uniezależnić?

-  Parę lat obawiałem się tego, że gra była oparta tylko na nim, dyskutowałem często z wieloma osobami, kogo by ściągnąć, żeby był dobrym następcą. Okazało się jednak, że poszło to dość bezboleśnie. Przyszedł Hernandez, dobrze wpasował się do gry w Bundeslidze i Kiessling zszedł trochę na boczny tor, choć gdy wchodził, pomagał drużynie. Teraz przyszedł Volland, Bayer zostawił wypożyczonego ostatnio Joela Pohjanpalo, ze względu na problemy zdrowotne „Kiessa”, ale wierzę, że ten doświadczony napastnik jeszcze się nam przyda. Jest legendą Bayeru, ma szacunek wśród kibiców, jest dobrym łącznikiem pomiędzy drużyną a fanami, ma też posłuch w szatni. Przez najbliższe lata może być pomocny jako zawodnik od dbania o atmosferę. A przy okazji, gdy będzie zdrowy, na pewno pomoże doświadczeniem i zaangażowaniem.

Czy twoim zdaniem to będzie kluczowy sezon dla Rogera Schmidta? W Leverkusen pracuje już od dwóch lat. Miał świetne momenty, ale wydaje się, że pełni potencjału z zespołu jeszcze nie wycisnął.

- Na pewno to będzie najtrudniejszy sezon. Już poprzedni był bardzo trudny, bo w rundzie wiosennej przytrafiła się seria nieoczekiwanych porażek, odpadnięcie z Villarrealem w Lidze Europy, zawieszenie za kłótnię z sędzią i przed meczem ze Stuttgartem pojawiły się spekulacje, że gra o posadę. Sytuacja kadrowa była ciężka. Zagrali wtedy Jurczenko, Ramalho, Henrichs. I nagle drużyna wygrała 2:0, a wszystko się odmieniło, do samego końca grając już świetnie. Widać było, jak niewiele trzeba, żeby odbiór trenera nagle się zmienił. Sam byłem już w tym momencie za tym, żeby coś zmienić, bo sytuacja robiła się fatalna, po czym Bayer zaczął grać najładniej w Bundeslidze. Długo miałem ze Schmidtem problem, bo młodzi zawodnicy się u niego nie rozwijali. Brandt, Calhanoglu stanęli w miejscu. Końcówka to wszystko zmieniła.  Teraz jednak znów będą duże oczekiwania, koniecznie trzeba zająć miejsce na podium i jeszcze pokazać się w Europie. Bayer już nie będzie w Lidze Mistrzów jako klub z młodą kadrą, niedoświadczony, ale jako mocny klub z Bundesligi, który w meczu z najmocniejszymi walczy i robi zamieszanie, a słabszym pokazuje miejsce w szeregu. Ale wierzę, że Schmidt temu podoła. Wierzę w niego. Podbudowała mnie końcówka sezonu. Myślę, że to trenera na lata, który ma swoją wizję. Mówi się, że jest wizjonerem. Potrafi grać ofensywnie, ładnie dla oka. Mam nadzieję, że potwierdzi. Głównym testem będzie umiejętność rotowania składem i utrzymania spokoju w szatni oraz dbania o atmosferę, przy tak szerokiej kadrze.

Wspomniałeś o Calhanoglu. Jeszcze rok temu wydawało się, że będą się o niego bić największe firmy. Myślisz, że to dla niego też sezon ostatniej szansy?

- Każdy chciał odejścia Calhanoglu już tego lata. Myślałem: „Niech Anglicy dadzą te 30 milionów i niech idzie, znajdziemy za niego dwóch lepszych zawodników za 15 milionów”. Dlatego dużym zaskoczeniem było dla mnie, gdy został tymczasowym kapitanem. To pokazało, żę Schmidt widzi w nim ciągle wielki talent, zawodnika, który ma charakter i większy wpływ na drużynę. Czy w tym sezonie może się obudzić? Przede wszystkim, musiałby wywalczyć miejsce w składzie, a ja na razie tego nie widzę. Przy Kevinie Kamplu, Aranguizie, Julianie Baumgartlingerze, gdzie on mógłby grać? Póki nie będzie Bendera i Brandta, to może tak, ale potem stanie się  rezerwowym. Mam nadzieję, że nie będzie się go wpychać do składu tylko po to, by go potem sprzedać. Liczyłem na pieniądze z jego transferu, ale po nieudanym Euro, kompletnie do zera spadło zainteresowanie nim. Ale może to mu pomogło, bo miał spokojny okres przygotowawczy po poprzednim, okropnym sezonie. Pierwszy rok w Bayerze ratował jeszcze liczbami – golami z wolnych, asystami – ale w poprzednich rozgrywkach już nawet wolne mu nie wychodziły. Zyskał łatkę nieudanego transferu, niespełnionego talentu. Nadal jest młody i wszystko przed nim, ale będzie miał problem z grą. Jeśli Schmidt ma stawiać na kogoś młodego, wolałbym częściej oglądać Jurczenkę, który przyszedł za drobne z rezerw Szachtara Donieck i w obliczu wielu kontuzji, pokazał się z dobrej strony.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść”

Bayer Leverkusen. Porażka w DNA

bayer

Miasta jak filmy. Mają strzelać piorunem od pierwszego wejrzenia, wolno rozkręcać mogą się tylko piosenki. Kolonia jest jak dobry film. Największa atrakcja miasta – katedra, to pierwsze, co widać, gdy wysiądzie na dworcu. I tak ma być. Najlepsze od razu na początek, można wracać. Tak jakby Wawel było widać z peronu.

koloniakatedra

 Duesseldorf rozkręcał się bardzo powoli, trzeba się było do niego przekonywać. Kolonia jest mistrzynią pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka – imponująca katedra. Ucha – grajkowie uliczni z Afryki. To niedoceniany element tworzenia atmosfery miasta. Jeden facet z Bałkanów z akordeonem, z Andów z jakimiś piszczałkami czy z Afryki z czymkolwiek brzęczącym, potrafi kompletnie odmienić atmosferę w mieście. Na miejscu urzędów miast, bym ich wynajmował. W Kolonii nie trzeba nigdzie chodzić, by zobaczyć miasto. Najlepsza dzielnica to ta tuż obok dworca.

koloniakosciol

Kolonia dzienna budzi zachwyt. Pełna ludzi, życia, gwaru, zapachu pieczonych kasztanów. Przed wyjazdem zdziwiony odkryłem, że nie istnieje w polskich księgarniach coś takiego jak przewodnik po Zagłębiu Ruhry, a w przewodnikach po Niemczech opis całej Nadrenii-Północnej Westfalii zaczyna się i kończy na Kolonii, ewentualnie wspominając jeszcze Akwizgran i Monastyr. Początkowo byłem oburzony, jak można tak nie doceniać atrakcyjności turystycznej Duisburga i Bochum, ale po 10 minutach pobytu w Kolonii żałowałem, że nie siedziałem tam cały tydzień, zamiast tułać się od miasta do miasta.

Kolonia nocna jest dużo gorsza i w tym jest już podobna do Duesseldorfu. To spory problem. Atmosferę miasta, w podobnym stopniu jak grajkowie, buduje życie w godzinach wieczornych. Uwielbiam miasta, które nie zasypiają, w których zawsze coś się dzieje, w których o każdej porze znajdzie się otwarte knajpy. Taki jest Kraków. Taki jest Berlin. W dziwny sposób dotychczas nie zauważałem, że takie nie są niemieckie miasta.

Podczas mieszkania we frankońskim Erlangen tego nie poczułem. Ale to było miasteczko studenckie, więc żyło – zwłaszcza nocą – bardziej niż Bangkok. W Berlinie tego nie poczułem, bo bez problemu przesiedziałem noc w otwartej 24-godzinnej knajpie. Ale to stolica. W Augsburgu poczułem, ale myślałem, że to wynik małomiasteczkowości Augsburga. A to nie tak. W piątek czy w sobotę w Augsburgu też tętni życie. Ale w tygodniu Niemcy pracują, więc knajpy nie pracują. Atmosferze w centrach nie sprzyja też wyprzedanie wielkich połaci przestrzeni pod sklepy globalnych marek. Dlatego w godzinach otwarcia sklepów centra tętnią życiem, ale o 21 się wyludniają. Koło północy otwartą knajpę w Kolonii trudno znaleźć, a w ciągu 20-minutowej przechadzki przez centrum spotkałem dokładnie… siedem osób. Kilka godzin wcześniej były ich tam tysiące.

 Po zmroku, nie sprawia już Kolonia tak dobrego wrażenia.

 W Kolonii w ogóle by mnie nie było, gdyby nie to, że przespać noc w Leverkusen jest niemal niemożliwością. Leverkusen leży mniej więcej w połowie drogi między Kolonią a Duesseldorfem. Ciężko uwierzyć, że miejscowość, o której tyle się mówi co weekend na całym świecie, jest taką dziurą.

 Przejść całe Leverkusen zdążysz zanim powiesz „placek z jagodami”. Stacja kolejowa, sklepy, kiermasz bożonarodzeniowy, ze trzy kawiarnie, stadion, fabryka Bayera, kopcące kominy. Koniec miasta. Jeśli ktoś nie wierzy, jaką futbol ma moc promocyjną, niech spojrzy na Leverkusen. Bez klubu nie byłoby żadnego powodu, by kiedykolwiek wymienić nazwę tego miasta, ewentualnie raz za czas kwartalnikach farmaceutycznych.

leverkusenkominy

Leverkusen to zresztą wyjątkowy przypadek, w którym klub jest starszy od miasta, z którego pochodzi. W XIX wieku Leverkusen nie było wioską. W ogóle go nie było. Było polami między Kolonią a Duesseldorfem. Chemik Carl Leverkus zbudował na tych polach swoje zakłady chemiczne. Początkiem XX wieku, korzystając z bliskości zakładów, obok wybudowała się firma Bayer. W 1904 jeden z jej pracowników poprosił kierownictwo o możliwość założenia klubu piłkarskiego, w którym pracownicy mogliby grać po godzinach. Miasto Leverkusen powstało dopiero ponad 20 lat później.

bayarena

 Nie ma wątpliwości, że jedyne warte odwiedzenie miejsce w Leverkusen to BayArena. Trzeba przyznać, że jest dopieszczona. Nowoczesna, wydaje się większa niż jest w rzeczywistości (30-tysięcy miejsc), zadbana i ładnie podświetlona. Można by ją jednak uznać za obiekt bez duszy. Ot, nowoczesny stadion, dużo świateł, ale nic wyjątkowego. Podobnie jak można by uznać Bayer za klub bez duszy. Kibiców w mieście spotyka się mało, na co dzień Bayer, mimo dobrych wyników, ma problem z zapełnieniem trybun, jeśli chodzi o oglądalność w telewizji też wypada kiepsko. Mimo gry w Bundeslidze od 30 lat, nadal jest uważany za trochę sztuczny twór, którego sztuczność tylko trochę umniejsza obecność tworów jeszcze sztuczniejszych jak Wolfsburg, Hoffenheim czy RB Lipsk. Dowód na to, że Bayer nie jest postrzegany całkiem jak inne kluby, mieliśmy niedawno, gdy FC St. Pauli wystąpiło do ligi, by dla zakładowych klubów (notabene, w Niemczech Bayer nazywa się właśnie klubem zakładowym – „Werkself”, a nie „Aptekarzami” – jak w Polsce) ustalić osobne reguły rozdziału telewizyjnych pieniędzy. W większości Niemiec Bayer jest po prostu obojętny. Nie wywołuje emocji.

Jest jednak coś, co sprawia, że Bayer Leverkusen jest charakterystyczny, że z czymś się jednak kojarzy. To ta nieuchronna tragedia, która zawsze na niego spada. Pod tym względem jest podobny do Borussii Moenchengladbach lat 70. I to dodaje mu uroku.

Wszyscy na stadionie emocjonują się pasjonującą walką z Barceloną, ani przez moment nie łudząc się, że się uda. Po nieszczęśliwym odpadnięciu, nie są załamani. Są przyzwyczajeni. Bayer Leverkusen z każdym meczem coraz bardziej pracuje na umocnienie przezwisk „Vicekusen” i „Neverkusen”, które ukuto właśnie z powodu niemożności klubu do wygrania czegokolwiek, mimo że zawsze jest blisko. Mecz z Barceloną to historia klubu opowiedziana w 90 minut. Świetna gra, porywające ataki, mnóstwo zmarnowanych szans, jeszcze więcej pecha. I nieszczęśliwe zakończenie.

 Kilka lat temu Bayer zastrzegł prawnie nazwy „Vicekusen” i „Neverkusen” niejako je uznając, choć przecież pierwotnie powstały jako określenia pejoratywne. Żaden klub nie chce się kojarzyć z tym, że jest wiecznie drugi. Ale Bayer przede wszystkim chce się kojarzyć. Chce wywoływać emocje, chce być jakiś, chce przestać być klubem bez duszy z miasta bez wyrazu. Pod tym względem remis taki jak z Barceloną, „honorowa”, idealnie wpasowuje się w wizerunek klubu. A ludzie kochają bohaterów, którym nie wychodzi, ale przynajmniej próbowali. W tym nadzieja Bayeru.

Jak Bundesliga rozkosznie doi Premier League

dojenie

Kiedy wczoraj na Twitterze pokpiwałem sobie z Anglików (Tottenham) wyrzucających 30 milionów euro za Hueng Min-Sona z Bayeru Leverkusen, mówiąc, że kiedyś za tyle chodzili najlepsi piłkarze świata, niektórzy próbowali ze mnie zrobić jednego z tych, co to rzewnie płaczą za czasami, kiedy futbol grało się szmacianką. Chodzi jednak o co innego. Rozumiem, że kiedyś najlepsi piłkarze świata kosztowali wiązkę kiełbas, potem 65 milionów euro, a teraz sto milionów. Nie oburza mnie 100 milionów za Ronalda czy Neymara, bo oba transfery bardzo szybko się Realowi i Barcelonie zwróciły. To inwestycje.

Son symbolem

Problem nie jest w tym, że 100 milionów wydaje się na najlepszych piłkarzy świata. Problem jest w tym, że 30 milionów wydaje się na Hueng Min Sonów. Koreańczyk to tylko symbol i w zasadzie jest Bogu ducha winny. To nie jest zły zawodnik, nawet jeden z liderów Bayeru Leverkusen. Ale, z drugiej strony, tylko jeden z liderów Bayeru Leverkusen. Żaden gość, który podbił Ligę Mistrzów czy najlepszy skrzydłowy Bundesligi. Ot, zaledwie niezły piłkarz. 30 milionów za niego to GRUBA przesada.

Bez sportowej straty

Premier League już ma najwięcej pieniędzy, a w perspektywie kilku lat dostanie ich całe morze. W Bundeslidze obawiali się, że Anglia wykupi całą ligę niemiecką i przykład Sona może na to wskazywać. Ale jeśli Anglicy będą wykupywać w taki sposób, to tylko dobrze dla Bundesligi. Leverkusen zapłaciło za Sona 10 milionów euro. Sprzeda go za trzykrotnie więcej. Skorzysta też Hamburg, który dostanie 3 miliony (on akurat je w angielskim stylu przeje). Leverkusen natomiast być może weźmie za niego bardzo utalentowanego Maksa Meyera z Schalke albo odważniej postawi na swojego Juliana Brandta. Żaden nie wydaje się znacząco słabszy od Koreańczyka. Za rok albo za dwa sprzedadzą ich Anglikom za 40 milionów.

Przepłacający Anglicy

Doszło w europejskiej piłce do ciekawego zjawiska. Anglicy oderwali się całkowicie od rzeczywistości. Hiszpanie (wyjąwszy Barcę i Real, ale one przynajmniej wywalają góry pieniędzy na naprawdę najlepszych), Niemcy czy Włosi zazwyczaj drastycznie nie przepłacają. Najwyższy transfer w historii Bundesligi to nadal poniżej 40 milionów euro. W Anglii takie Sterlingi chodzą za ponad 60 milionów. Tego lata Firmino z Hoffenheim (!) poszedł do Liverpoolu za 41 milionów. W Premier League było 20 transferów wyższych niż najwyższy w historii niemieckiej ligi. A później angielskie kluby kompromitują się w Europie. Niemieckie tymczasem dwa lata z rzędu wychodzą w komplecie z grupy Ligi Mistrzów.

Czterech za skład Bayernu

Niemiecka liga jest rankingowo drugą po hiszpańskiej. Dochodzący regularnie do półfinałów Ligi Mistrzów, czego nie może o sobie powiedzieć żaden angielski klub, Bayern Monachium, zmontował podstawową jedenastkę za 172 miliony euro. Manchester City za 187 milionów kupił samych tylko Sterlinga, Mangalę, Fernandinha i Otamendiego. A nikt nie ma wątpliwości, kto jest mocniejszy.

serafin

Premier League jest w tym momencie bogaczem, który szasta pieniędzmi na lewo i prawo bez opamiętania. Wszyscy to wiedzą, więc doją ją niemożliwie, samemu nie tracąc głowy i kupując dalej względnie tanio i wypychając konta pieniędzmi od Anglików, których potem ogrywają na boiskach. Anglicy więc stwierdzają, że Son i Firmino to jednak nie ci, których trzeba było wziąć, bo ci, którzy teraz już na pewno i bez wątpliwości dadzą angielskim klubom świetność, grają wciąż w Schalke, Leverkusen itd. Doskonały przykład to Kevin De Bruyne. Anglicy mieli go u siebie przed chwilą, jednak w Chelsea niemal nie wpuszczali go na boisko. Poszedł do Wolfsburga za 25 milionów euro. Na dniach przejdzie do Manchesteru City za 70.

Bundesliga nie musi się martwić o nową umowę o prawach telewizyjnych w Anglii. Dzięki niej niemieckie kluby zyskały potężnych sponsorów z Wysp. Europa będzie się musiała bać angielskich pieniędzy dopiero wtedy, gdy Anglicy nauczą się je wydawać. Czyli być może nigdy.

Ile dzieli Wisłę od Leverkusen

spahic

Piłkarsko wiele, a jeśli chodzi o standardy jeszcze więcej.

Niesamowite, jak szybko wszystko się potoczyło. Jeszcze w środę, jak zwykle od dwóch lat, Emir Spahić grał w meczu Bayeru Leverkusen przeciwko Bayernowi Monachium. Po meczu chciał do szatni wprowadzić grupę swoich znajomych, którzy nie mieli wymaganych akredytacji. Doszło do szamotaniny z porządkowymi stadionu w Leverkusen, w końcu Bośniak przywalił ochroniarzowi w zęby, ktoś to nagrał. Dziś, czyli w niedzielę, poinformowano, że klub rozwiązał z nim kontrakt.

Doprawdy, imponujące. Leverkusen, w trakcie morderczej walki o trzecie miejsce, premiowane bezpośrednią grą w Lidze Mistrzów, pozbywa się z własnej woli podstawowego stopera. I to bez zastanawiania się – trzy dni i jest decyzja. Spahić nie był oczywiście największą gwiazdą Bayeru, ale od transferu z Sevilli, przez dwa lata, budował środek obrony z Omerem Toprakiem i na ogół spisywał się dość przyzwoicie. Na pewno Bayer nie skorzystał z pretekstu, by pozbyć się piątego koła u wozu. Nie, pozbył się cennego gracza, do końca sezonu zostając na newralgicznej pozycji tylko z awaryjnym Kyrgiakosem Papadopoulosem i nominalnym bocznym obrońcą Tinem Jedvajem.

A jednak nikomu w Leverkusen ręka nie zadrżała. Wiedzą, że takie sytuacje pozostawiają niesmak. Psują wizerunek klubu. Nie pasują do akcji ściągających dzieci na stadion. Pewnych rzeczy profesjonalnemu piłkarzowi robić nie wypada, choćby nie wiem jak dobrze grał.

Zbiegło się to w czasie z informacjami o Łukaszu Gargule z Wisły Kraków, który ma 30 zarzutów korupcyjnych. Do winy się nie przyznaje, ale w tym tygodniu dobrowolnie poddał się karze, bo inaczej groziłaby mu dyskwalifikacja. Teraz pomocnik będzie dochodził swych racji przed sądem powszechnym. Wisła, choć przez lata jako jedna z niewielu polskich drużyn dbała o to, by słowo „korupcja” w ogóle się z nią nie kojarzyło, wstrzymuje się z decyzjami, do czasu wyjaśnienia sprawy. Oczywiście, nie ma w tym nic niezgodnego z prawem. Ale pozostawia niesmak, gdy widzi się, że jak gdyby nigdy nic wybiega w podstawowym składzie na mecz ligowy, choć właśnie poddał się karze za korupcję.

Wisła jest tu tylko przykładem, akurat się nawinęła, bo obie sprawy zdarzyły się w ostatnich dniach. Robią tak jednak wszyscy i żadne normy nie obowiązują. Skazani za korupcję i zamieszani w nią biegają po boiskach, prowadzą drużyny ligowe i są zapraszani do telewizji jako eksperci. Innych zaprasza się do pisania programów szkolenia dla młodzieży. Zero wyczucia. Możesz zrobić właściwie wszystko, a i tak cię ktoś przygarnie, ogłaszając, że „nikogo nie należy skreślać i jego przeszłość nas nie interesuje”.

Wisła, gdyby teraz wyrzuciła Gargułę, zostałaby z najwęższą kadrą w ekstraklasie i straciłaby całkiem niezłego pomocnika w przyzwoitej formie. Jest wyrachowana. Woli cynicznie wyczekać, aż Gargule skończy się kontrakt i będzie miała czyste ręce. Liczy, że zanim to się stanie, Garguła strzeli jeszcze jakiegoś ważnego gola. A przecież przewinienia są nieporównywalne. Bo chyba dla klubu mimo wszystko lepiej być kojarzonym z jednokrotnym uderzeniem porządkowego z byka niż z 30-krotnym oszukaniem kibiców? Nie ma znaczenia, że innego klubu.

Bundesliga już rozstrzygnięta

Napisałem w sobotę na Twitterze, że dwa sezony temu Bayern zapewnił sobie mistrzostwo w kwietniu, sezon temu w marcu, a teraz już we wrześniu i trochę mi się od was oberwało. Że futbol, wszystko możliwe, nie takie rzeczy się działy itd. Jasne, mistrzostwa dla Mainz wykluczyć się nie da, ale lubię rozmawiać o możliwie prawdopodobnych wariantach. Według mnie z wariantów dających się przed sezonem jakkolwiek ogarnąć rozumem, poprzez analizę kadr, mocnych i słabych stron, w grę wchodziło (z oczywistych względów nie liczę Bayernu), że mistrzem będzie Borussia Dortmund, Schalke, Bayer Leverkusen lub Wolfsburg, z czego Borussia celowała w zaatakowanie Bayernu, Bayer i Schalke raczej w zaatakowaniu Borussii, a Wolfsburg w zaatakowaniu Bayeru i Schalke.

Wierzyłem, że ktoś może powalczyć w tym sezonie z Bayernem. Ale warunek był jeden: ten ktoś musi wykorzystać pierwszą fazę rozgrywek, czyli czas, kiedy słusznie podejrzewamy Bayern o bycie najsłabszym. Tuż po mistrzostwach świata, Ribery i Robben dopiero wskakują, Schweinsteiger i Thiago kontuzjowani, Benatia jeszcze zbyt regularnie nie gra, Lewandowski gra, ale źle, Guardiola szuka optymalnych rozwiązań. Gdyby ktoś teraz wszedł i na dzień dobry wygrałby pięć meczów, a jeden zremisował, wywierałby na Bayernie presję. Sami widzimy, że monachijczycy to w tym roku nie maszyny jak rok czy dwa lata temu. Stracili w sześć kolejek tyle punktów, ile przez całą rundę jesienną zeszłego sezonu. Gdyby ktoś umiał to wykorzystać, byłoby ciekawie.

A tak, mimo że Bayern zagrał w tym sezonie jeden dobry mecz, z Manchesterem City, ma nad Borussią siedem punktów przewagi. Rok temu na tym etapie oba kluby miały tyle samo punktów. Schalke powoli się podnosi, ale po najgorszym starcie od 46 lat. Wolfsburg wygląda na drużynę, która miałaby problemy z awansem do europejskich pucharów. Nadzieję, naprawdę sporą, dawało mi na początku sezonu Leverkusen, bo Bayer wszedł w rozgrywki tak, jak sobie wyobrażałem – z buta. Ale kontuzje przetrzebiły tę drużynę, dziś wygląda już zdecydowanie słabiej i straciła sporo głupich punktów.

Oczywiście, w tabeli nie widać jeszcze żadnej przepaści, Bayern ma tylko dwa punkty nad wiceliderem, ale – no, właśnie – wiceliderem z Moenchengladbach i grupą pościgową z Moguncji i Hoffenheim. Niestety, ale bardziej jestem sobie w stanie wyobrazić tracące punkty Mainz niż Bayern. Przewaga będzie się powiększać.

Kibice Borussii zripostują wspomnieniem sezonu 2011/12, gdy na tym etapie dortmundczycy mieli do Bayernu nawet osiem punktów straty, a na końcu zdobyli mistrzostwo. Niestety, mam uzasadnione podstawy by sądzić, że to była inna Borussia, inny Bayern i inna Bundesliga. To było jeszcze w czasach, gdy Bayern tracił punkty 12 razy na sezon, a nie cztery. Teraz żeby wygrać w Bundesligę nie można się mylić po prostu rzadziej niż inni. Nie można się mylić prawie nigdy.

Przypadek Borussii jest ze wszech miar interesujący. O ile bowiem wypisywanie Bayeru, Wolfsburga i Schalke jako konkurentów dla Bayernu jest bardziej figurą retoryczną niż rzeczywistą oceną, o tyle Dortmund, tak, byłby w stanie rywalizować. Nie byłby w tej rywalizacji faworytem, ale to jednak rzeczywisty konkurent. Gdyby zawsze grał tak, jak z Arsenalem, pewnie wygrałby Bundesligę. Jürgen Klopp się nie mylił, mówiąc, że w tym spotkaniu jego drużyna była bliska perfekcji. Niesamowite jednak, jak szybko od drużyny bliskiej perfekcji, musimy przejść do analizy dortmundzkiego kryzysu.

Bo kryzys jest, bez dwóch zdań. Trzy porażki w sześciu meczach. 11 straconych goli (rok temu było pięć). Tylko Freiburgowi nie udało się strzelić dwóch bramek Borussii. A naprawdę, gdyby Bayern w każdym meczu tracił dwa gole, to jego siła ofensywna też nie pozwalałaby wszystkiego wygrać. Po meczu z Mainz tłumaczyłem sobie, że to znane z zeszłego sezonu zmęczenie po Lidze Mistrzów. Po meczu ze Stuttgartem, myślałem, że to już syndrom gwiazd futbolu, które potrafią się zmobilizować na wielkie mecze, a nie potrafią na zwykłą ligową młockę. Po starciu z Schalke mówię już o kryzysie, bo nie wierzę w brak motywacji na taki mecz. Co więc się dzieje?

Po pierwsze, kontuzje. Nie da się od tego uciec. Rok temu najtęższe ciosy zbierała defensywa, gdzie w końcu w listopadzie trzeba było umieścić bezrobotnego Manuela Friedricha. Teraz problemy są w pomocy. Z Reusem, Błaszczykowskim, Gündoganem, Sahinem, Mchitaryanem Borussia byłaby inną drużyną. Lepszą.

Po drugie, błędy w defensywie. Brak koncentracji? Bo przecież nie taktyka. Klopp mówi, że jego drużyna popełnia błędy, które z taktyką nie mają nic wspólnego i to prawda. Zaspanie przy kryciu, notoryczne złe wybicia z pola karnego (Ramos z Schalke, Schmelzer ze Stuttgartem, Ginter z Mainz). To proste indywidualne błędy. Problemem wydaje mi się przesadna rotacja. W czasach wielkiej Borussii wyrwani ze snu mogliśmy wyrecytować: Piszczek, Subotić, Hummels, Schmelzer. W tym sezonie Borussia w dziewięciu meczach zagrała już w pięciu różnych wariantach personalnych w defensywie! Tylko w meczach z Augsburgiem i Freiburgiem Klopp dwa razy z rzędu wystawił tą samą obronę i nie wydaje mi się przypadkiem, że akurat wtedy Borussia straciła najmniej goli. Defensywa bardziej niż inne formacje wymaga spokoju i stabilizacji. A tutaj są ciągłe zmiany. A już nie liczmy, że grało też dwóch różnych bramkarzy.

Po trzecie, sposób grania. Tiki-taka to temat na długie nocne dyskusje akademickie czy w starciach na najwyższym poziomie dalej jest skuteczna, sam nie jestem przekonany, ale w codziennej ligowej młócce widać wyraźnie, jak Bayern korzysta na tej taktyce. Jest idealnie dopasowana do drużyny zmęczonej, zawodników wycieńczonych. Bayern zabiera rywalom piłkę i czeka aż ci się zmęczą bieganiem za nią. Sam Bayern się nie męczy, tylko odpoczywa. Za to Borussia, by wyglądać dobrze, musi biegać. Musi. Na tym polega Dortmund Kloppa, że jest ruch jak na autostradzie pod Berlinem. W przegranym meczu z Schalke piłkarze Kloppa pokonali dystans o 11 kilometrów większy niż gracze Guardioli w Kolonii. W Kolonii Bayern sprintem przebył 2,3 kilometra, a Borussia w Gelsenkirchen 5,2! To nie wyjątek, tak jest co kolejkę. Mówiliśmy przed sezonem, że gwiazdy Bayernu będą zmęczone mundialem, ale jednak zapominaliśmy, że Borussia też wysłała na mistrzostwa 11 zawodników, którzy nie mieli porządnych urlopów. Styl gry Bayernu maskuje gorsze przygotowanie fizyczne. W stylu Borussii nie da się tego zatuszować.

Po czwarte, Olivier Bartlett. Może jeszcze za wcześnie na takie wnioski, jednak ku zastanowieniu rzucam czy rokroczna plaga kontuzji w Borussii to naturalna cena, jaką trzeba było zapłacić za świetne sezony mistrzowskie i ligomistrzowskie czy też jednak efekt odejścia znakomitego trenera przygotowania fizycznego. Dopóki Bartlett pracował w Dortmundzie, kontuzje zdarzały się bardzo rzadko. Teraz w drugim sezonie z rzędu drużyna jest zdziesiątkowana.

Po piąte, bramkarz. To oczywiście tylko jedna z małych przewag Bayernu nad Borussią, w końcu Roman Weidenfeller to znakomity fachowiec, ale jednak to najlepszy spośród zwykłych bramkarzy. Manuel Neuer jest niezwykły o tyle, że zamiast bronić sytuacje, on im zapobiega. Maskuje w ten sposób błędy kolegów z obrony. Weidenfellera czasem koledzy zostawiają w takiej sytuacji, że nie da się już nic zrobić.

Jeśli Jürgen Klopp mówi, że jego drużyna wróci, to ja w to wierzę. Dortmund jest za dobry, żeby dołować tak przez cały sezon. Ale pytanie dokąd wróci. W to, że wróci na drugie miejsce – wierzę. W to, że wróci na pierwsze – sorry, ale nie. Współczesny Bayern takich startów nie wybacza. Bundesliga nudna nie będzie nigdy, ale tylko od pierwszego miejsca w dół.

Bayer. Bardziej Gladbach niż Dortmund

Za pierwszy mecz z Paris Saint Germain schłostaliśmy Bayer wszyscy, nie wyłączając mnie. Mieliśmy pretensje do Aptekarzy nie za to, że przegrali, nawet nie za to, że przegrali wysoko, ale za to, że nie spróbowali tego uniknąć.

Dzisiaj, po odpowiedniej dawce patetycznych apeli motywacyjnych (Leno: Jesteśmy coś winni Niemcom!), wyszli na boisko zupełnie inni. Ruszyli na paryżan, szybko strzelili gola, mieli rzut karny (cóż się tak ci Niemcy uwzięli na partaczenie jedenastek?!). I tak przegrali, ale przynajmniej się postarali. Dziś nie brak waleczności, ale brak jakości najbardziej kłuł w oczy.

Bo czy my gdzieś nie popełniliśmy błędu, robiąc z Leverkusen parę miesięcy temu kandydata do gry może nie o najwyższe, ale o całkiem wysokie cele w Niemczech? Czy nie daliśmy się unieść chwili, gdy Bayer ogrywał Dortmund i z każdym rywalem grał jak maszyna, wieszcząc, że objawił się ktoś, kto wskoczy między Bayern a Borussię?

Gdy tak trzeźwo popatrzeć na skład, awans do najlepszej 16 europejskiej i walka o podium w Bundeslidze to wyniki zdecydowanie ponad stan. Na ten poziom pasują na moje oko Bernd Leno, Gonzalo Castro, Simon Rolfes, Lars Bender (bezsprzecznie), Stefan Kiessling, Omer Toprak, Emir Spahić, Hueng-Min Son (może). Niby nie jest to mało, ale jednak obok nich biegają ludzie pokroju Stefana Reinartza, Giulio Donatiego, Sebastiana Boenischa, Jensa Hegelera, Philipa Wollscheida czy od wielkiego dzwonu Erena Derdyioka.

Dziwiliśmy się niejednokrotnie, że taki słaby Boenisch może grać w tak mocnej drużynie. Ale on nie gra w mocnej drużynie, tylko jest otoczony przeciętniakami podobnymi do niego, nie odstaje od nich ani na plus ani na minus. Gdy Kiessling, Spahić, Toprak i Son mają dzień, w którym udowadniają, że może raczej jednak nie pasują na ten poziom, do grania w Bayerze zostaje czterech piłkarzy. A im mocniejszy rywal, tym Kiessling, główna gwiazda drużyny wygląda na surowego i technicznie ograniczonego.

Nie tylko Bayern i Dortmund, ale też Schalke i Wolfsburg mają zespoły piłkarsko lepsze. Zaskoczyła mnie ta myśl, lecz jeśli  latem nie dojdzie do wielkich zakupów, Arkadiusz Milik może się do tej drużyny nadać. Trafiał tam w momencie, gdy Kiessling szedł na króla strzelców. Dziś trener Hyypia sadza go na ławce kosztem od lat beznadziejnego Derdyioka. Gdyby miał pod ręką Milika, pewnie też dałby mu szansę.

Jesienią Bayer osiągnął swoje maksimum, doszedł do ściany, której tym składem nie przeskoczy. Dziś za to płaci, grając gorzej niż wskazuje jego potencjał. Ale miejsce gdzieś między Moenchengladbach a Herthą raczej bardziej by do Bayeru pasowało niż między Bayernem a Dortmundem.

Niemcy nie chcą do Ligi Mistrzów

Jeśli nie jesteś Bayernem czy Borussią, lepiej nie wojuj za wiele w Lidze Mistrzów. Tę lekcje przyswoiły już sobie boleśnie Bayer Leverkusen i Schalke 04 Gelsenkirchen. A tegoroczna Bundesliga wygląda, jakby nikt do Ligi Mistrzów wejść nie chciał.

Nie potwierdzają tego liczby. Albo nie do końca potwierdzają. Niech was nie zmyli rekordowa na tym etapie przewaga lidera nad wiceliderem – Borussia Dortmund uzbierała więcej punktów niż rok temu, to Bayern narzucił jeszcze wyższe tempo. Dopiero liczba porażek czołowych drużyn pokazuje, że coś jest nie tak – tak często czołowa czwórka nie przegrywała od sześciu lat. Chcesz zlać prowadzących, z Bayernem ci się nie uda, ale Dortmund, Bayer czy Schalke możesz lać ile wlezie.

Pozostaje jednak ogólne wrażenie przeciętnego oglądacza Bundesligi. Leverkusen niby straciło drugie miejsce dopiero w ten weekend, ale dołuje już od miesięcy. Ściślej: od wygranej w Dortmundzie. Gdy cały świat zobaczył, że Bayer może ogrywać finalistę Ligi Mistrzów na jego stadionie, Leverkusen zaczęło lecieć na łeb na szyję. Od tego czasu rozegrało osiem meczów. Wygrało dwa, przegrało sześć. W międzyczasie dało się wyeliminować z Pucharu Niemiec II-ligowemu Kaiserslautern i przyjęło oklep od Paris Saint Germain.

Normalnie po takiej serii powinno wpaść do środka tabeli. Ale nie wpada, bo rywale mają podobne problemy, może trochę rozłożone w czasie. Schalke pałętało się po środku tabeli, a jego trener co tydzień był zwalniany. Zimę skończyło na siódmym miejscu. Wrócił Huntelaar, kontuzje przeminęły, uwierzyliśmy, że w Gelsenkirchen jest moc. Porażki 1-6 z Realem i 1-5 z Bayernem pokazały, że to żadna moc. Schalke jest silne, dopóki ktoś nie powie sprawdzam. Nie wiadomo, jak drużyna podniesie się po tym tygodniu.

Mocny miał być Wolfsburg, który wolno się rozpędzał, ale ma jednak mądrego dyrektora sportowego, mądrego trenera, mocny skład, który jeszcze dodatkowo został wzmocniony. Na początku jednak „Wilki” poniosły straty, a wiosnę niespodziewanie rozpoczęły od dwóch porażek. Gdy jednak zaczynało się wydawać, że trzeba ich traktować jako poważnych kandydatów do Ligi Mistrzów, przefrunęło przez nich Hoffenheim. Jasne, to jeden mecz, ale uświadomił, że gdy Naldo mówi, iż na Ligę Mistrzów dla Wolfsburga jest jeszcze za wcześnie, to wie co mówi.

O Ligę Mistrzów miało się bić rewelacyjne jesienią Moenchengladbach. Ale Borussia dołuje jak drużyna Ryszarda Wieczorka. Ostatni raz wygrała dziewięć meczów temu, w czasach gdy Majdan kojarzył się tylko z łysawym byłym bramkarzem.

Między te drużyny wskoczyło ostatnio Mainz, które jest już piąte. Mainz z zasady nikt nie traktuje poważnie, bo „gdzie Mainz, a gdzie Liga Mistrzów”. Jednak rzeczywistość pokazuje, że zespół Thomasa Tuchela punktuje wiosną na poziomie Borussii i Schalke, a jesienią nie poniósł dużych strat. Jest jedyną drużyną z czołówki – nie licząc oczywiście Bayernu – w której nie widać problemów.

Niemcy mają cztery miejsca w Lidze Mistrzów. Jesienią po raz pierwszy przepchnęli wszystkie cztery drużyny przez jej fazę grupową. Ale w tym roku Bundesliga nie ma za bardzo pomysłu, co z nimi zrobić. Liga niemiecka stoi przed najtrudniejszym krokiem. Dochowała się dwóch drużyn, które są w stanie w skali Europy rywalizować z każdym. Anglia – nawet jeśli ostatnio jej się nie układa – takich drużyn ma przynajmniej cztery, a licząc z tymi widocznymi na horyzoncie: pięć-sześć. Stosunkowo łatwo poszło Niemcom dochodzenie do pułapu drugiej najlepszej ligi na świecie. Skok na pierwsze miejsce nie będzie możliwy bez jeszcze dwóch-trzech piekielnie mocnych drużyn. Takich od Łaby po Ren nie widać.

Schalke, Bayerze – tak się przegrywa

Ligę Europy, począwszy od 1/8 finału, zdecydowanie da się oglądać. Dwa mecze, które dziś obejrzałem, stanowiły leczniczą odtrutkę po blamażu Schalke.

Pierwsza faza pucharowa – choć jeszcze trwa, piszę o niej w trybie dokonanym, bo nic się nie ma prawa zmienić – pokazała dla niemieckiej piłki jedno: w Bundeslidze może się dziać wszystko, ale tylko Borussia i Bayern są w stanie rywalizować na najwyższym europejskim poziomie. Na wielkie, silne marki, Bayeru Leverkusen i Schalke lepiej nie wypuszczać, bo od razu wywieszą ręcznik. Nie wiem czyj wynik i czyja gra była bardziej kompromitująca. I jak patrzeć na dziewięć straconych goli Leverkusen w meczach z Manchesterem w fazie grupowej, widząc bezradność United z nie najmocniejszym przecież Olympiakosem Pireus.

O ile po tych blamażach, o Bayerze i Schalke nie powinno się już w tym sezonie napisać ani jednego pozytywnego słowa, o tyle Eintracht Frankfurt, który też dziś odpadł, pokazał, że z mocniejszymi da się jednak rywalizować.

Dla frankfurtczyków dwumecz z FC Porto był mniej więcej czymś takim jak dla Leverkusen gra z Manchesterem United. Starcie ze zdecydowanie większą firmą, ale będącą w kryzysie. Można w takim starciu dostać dziewięć goli, można też stworzyć fantastyczne widowisko. Tydzień temu Porto w pięć minut roztrwoniło u siebie dwubramkową przewagę, dziś Eintracht popełnił ten sam grzech. Chociaż czy to grzech stracić dwa gole po strzałach głową Mangali? Tylko Afryka mogła zrodzić taką skoczną górę mięśni. Gdy francuski stoper frunął na Kevina Trappa, w ogóle nie było widać, że bramkarz Eintrachtu ma przewagę rąk. Trapp się bał i ja go rozumiem.

Ale Frankfurt się podniósł. Po pięknym dośrodkowaniu Oczipki, wolej Meiera wydawał się rozstrzygać sprawę. Niestety, Porto też się podniosło i wyszarpało 3-3. Można się tylko zastanawiać, co by było gdyby świetną sytuację po strzale piętką wykorzystał dobrze grający Jung. Trener Armin Veh, który splamił się niedawno odpuszczeniem meczu z Bayernem Monachium (0-5), którego zespół katastrofalnie grał z Borussią (0-4), pokazał, że też potrafi nakręcić drużynę na walkę z lepszymi od siebie. Zabrakło tyle co Holendrowi do Bródki.

***

Małym niewiele zabrakło też w Londynie. Dnipro wygrało pierwszy mecz z Tottenhamem 1-0 i na White Hart Lane od początku znakomicie kontrowało. Matheus, Konoplianka, Zozulja, Rotan zamiatali w ofensywie i wiadomo było, że coś się z tego musi urodzić. Urodziło się tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy gola głową po dobrym rzucie wolnym strzelił Zozulja. Zresztą stałe fragmenty gry zespołu Juande Ramosa wyglądały naprawdę ciekawie. Znów można sobie zadawać pytanie, co by było gdyby któryś z piorunujących strzałów Konoplianki trafił nie w rękawice Llorisa czy w słupek, ale do bramki. Choć doceniam klasę ligi ukraińskiej, Konoplianka to zdecydowanie zawodnik, który powinien stamtąd uciekać i pokazać się Europie.

Tottenham potrzebował trzech goli i swoje zrobił. Błyskawicznie, efektownie, ale z niesmakiem. Kluczowym momentem meczu była czerwona kartka Zozulji przy stanie 1-1. Między nim a Vertonghenem iskrzyło już w pierwszej połowie, a w drugiej Belg to wykorzystał i odstawił żałosny teatrzyk. Przystawiając głowę do Zozulji i padając jakby przystawił się do Kliczki. Jasne, nie on pierwszy i nie ostatni. Ale to było słabe.

Koguty do kolejnej fazy przepchnęła inna góra mięśni, czyli Adebayor, przy wsparciu mikrusa Eriksena, który strzelił ważnego gola z wolnego na 1-1. Miałby też asystę, gdyby nie podawał do Soldado. Hiszpan ma takiego pecha, że nawet gdy już w końcu, pierwszy raz od grudnia trafi z akcji, sędzia i tak gwizdnie spalonego…