Kto powinien grać na środku pomocy reprezentacji Polski? [ANALIZA]

stadion

Dyskusja o środkowym pomocniku dla reprezentacji Polski, który grałby u boku Grzegorza Krychowiaka i nie kłuł w oczy, podnosi się po każdym meczu kadry. W Polsacie Sport podnoszono ostatnio kwestię powrotu Eugena Polanskiego. Walory piłkarskie ma oczywiście takie, że z miejsca rozwiązałby kłopot na tej pozycji. Nie wiemy jednak, jak przyjęłaby go grupa, a przede wszystkim – to czysto jałowa dyskusja, bo on nie chce wracać. Moim zdaniem można sobie dać spokój, zapomnieć o nim.

Chcąc nie chcąc, partnera dla Krychowiaka trzeba będzie raczej znaleźć w polskiej lidze. W zagranicznych klubach nie ma dobrych, grających środkowych pomocników. Nie grających też raczej nie ma. Mimo dobrych wyników kadry, dyskutować trzeba, bo problem nie jest rozwiązany i cały czas doskonale go widać. Krzysztof Mączyński wszystkich powątpiewających w jego klasę określa jako ludzi, których bolą sukcesy kadry, ale wątpić trzeba, bo pomocnik Wisły nie przekonuje.

W internecie i mediach, cała dyskusja sprowadza się do kwestii – „jest dobry”, „nie jest dobry”. „Podoba mi się”, „nie podoba mi się”. Jako że oko jest zawodne, a większość tylko powtarza zasłyszane zdania, obracając się w kręgu jakichś mitów, przyjętych za fakty nieprawd, zdecydowałem się skorzystać z możliwości, jakie daje od tego sezonu ekstraklasa i przyjrzeć się szczegółowym, indywidualnym statystykom. Podobno, te oficjalne, są zawodne. Nie wiem. Lepszych narzędzi spojrzenia na naszych ligowców aktualnie nie mamy.

W Midtjylland i Brentford wyznają zasadę, by nie ufać oczom i szukają kandydatów do składu w liczbach. Wyszedłem z tego samego założenia. Nieważne, co o kimś myślę i jak go oceniam. Nieważne czy jest stary czy młody, pijak czy asceta. Kryteria wstępne do rankingu były dwa: 1. Pod uwagę brałem tylko polskich środkowych pomocników. 2. Każdy z nich musiał rozegrać na środku pomocy w podstawowym składzie w tym sezonie ponad połowę możliwych meczów, czyli pięć. Wyjątek uczyniłem dla Karola Linetty’ego, który grał rzadziej, ale jako że jest aktualnym reprezentantem, miał wyjść w podstawowym składzie na Niemców i uznaje się go za wielki talent, stwierdziłem, że szkoda byłoby nie zobaczyć, jak prezentuje się na tle innych ligowców.

Korzystając z oficjalnych statystyk Ekstraklasy, porównałem zawodników pod kątem siedemnastu kryteriów. Myślę, że to wystarczająco dużo, by móc wyciągnąć jakieś wnioski. Liczyły się: procentowa skuteczność ogólna strzałów, procentowa skuteczność zagrań w pole karne, skuteczność dryblingów, skuteczność w pojedynkach powietrznych, kontakty z piłką na mecz, procent strat, faule, jakie na danym zawodniku popełniono, skuteczność odbiorów, wygrane piłki, wybicia, faule popełnione, procentowa celność długich, średnich i krótkich podań, dośrodkowań, liczba podań do strefy ataku i procent udanych zagrań do przodu. Nie każde z tych kryteriów jest absolutnie kluczowe, bez niektórych można być dobrym środkowym pomocnikiem. Każda z tych cech jest jednak, jeśli nie niezbędna, to przynajmniej pożądana u współczesnych środkowych pomocników.

Zwycięzca każdego z kryteriów otrzymywał 21 punktów (tylu było zawodników), drugi – 20, trzeci – 19 etc. Co ważne, nie wprowadzałem rozróżnienia na tzw. środkowego pomocnika numer sześć (więcej zadań defensywnych) i osiem (więcej zadań ofensywnych). Teoretycznie kadra potrzebuje „ósemki”, ale podział jest tak płynny, a w zależności od meczu niektórzy zawodnicy potrafią grać jako „szóstki” czy „ósemki”, wrzuciłem wszystkich do jednego wora, robiąc tylko podział na kategorie ofensywne i defensywne.

Oto wyniki rankingu polskich środkowych pomocników za osiem pierwszych kolejek sezonu 2015/16

1. Dominik Furman (Legia) 254 punkty.

2. Damian Dąbrowski (Cracovia) 250

3. Łukasz Surma (Ruch) 248

4. Łukasz Trałka (Lech) 246

5. Mateusz Matras (Pogoń) 243

6. Tomasz Jodłowiec (Legia) 232

7. Ariel Borysiuk (Lechia) 218

8. Tomasz Hołota (Śląsk) 209

9. Daniel Łukasik (Lechia) 205

10. Radosław Murawski (Piast) 190

11. Rafał Murawski (Pogoń) 188

12. Krzysztof Mączyński (Wisła) 187

13. Jakub Tosik (Zagłębie) 183

14. Karol Linetty (Lech) 181

15. Alan Uryga (Wisła) 168

16. Jacek Góralski (Jagiellonia) 163

17. Rafał Grzyb (Jagiellonia) 161

18. Tomasz Nowak (Łęczna) 160

19. Bartłomiej Babiarz (Termalica) 153

20. Maciej Urbańczyk (Ruch) 141

21. Radosław Sobolewski (Górnik) 128

W kryteriach ofensywnych czołową trójkę stanowią kolejno Dominik Furman, Damian Dąbrowski i Ariel Borysiuk, a w defensywnych – tu niespodzianka – Alan Uryga, Mateusz Matras i Damian Dąbrowski.

Wiadomo, że budowa reprezentacji nie polega na wstawieniu do składu wszystkich najlepszych piłkarzy. Ranking nie ocenia potencjału ani cech charakteru zawodnika, które selekcjonerowi mogą pasować lub nie. Zwraca jednak uwagę, że najwyżej sklasyfikowany pomocnik, jakiego Nawałka powołuje – Tomasz Jodłowiec – zajmuje dopiero szóste miejsce. Promowany przez selekcjonera Mączyński – dwunaste, a Linetty – czternaste. Tymczasem kompletnie pomijani są młodzi, a będący w najwyższej formie Furman i Dąbrowski. Zwraca też uwagę bardzo wysoka pozycja weterana Surmy i – czarnego konia zestawienia – Mateusza Matrasa.

Liczby potwierdzają ogólne wrażenie, że nie sposób nie szukać kogoś, kto zająłby miejsce Mączyńskiego, a może nawet Jodłowca. Wydaje się, że spojrzenie na Furmana i Dąbrowskiego przed Euro 2016, na które – wszystko na to wskazuje – pojedziemy, miałoby sens. Dopiero gdyby oni się nie sprawdzili, moglibyśmy z czystym sumieniem powiedzieć: jesteśmy skazani na tego Mączyńskiego, bo nikogo lepszego nie ma.

P.S. W ramach ciekawostki, podaję najlepszych i najgorszych w poszczególnych kategoriach: (przed myślnikiem najlepsi, po myślniku najgorsi)

procentowa skuteczność ogólna strzałów: Furman – Uryga

procentowa skuteczność zagrań w pole karne: Matras – Urbańczyk

skuteczność dryblingów: Jodłowiec, Tosik, Grzyb – Linetty, Urbańczyk, Łukasik, Sobolewski, Nowak.

skuteczność w pojedynkach powietrznych: Matras – Babiarz

kontakty z piłką na mecz: Dąbrowski – Sobolewski.

procent strat: Furman i Surma – Góralski.

faule, jakie na danym zawodniku popełniono: Radosław Murawski – Tomasz Nowak.

skuteczność odbiorów: Matras – Babiarz.

wygrane piłki: Góralski – Nowak

wybicia: Góralski – Linetty.

faule popełnione: Uryga – Góralski.

procentowa celność długich podań: Jodłowiec – Góralski

procentowa celność średnich podań: Dąbrowski – Uryga

procentowa celność krótkich podań: Furman – Matras

procentowa celność dośrodkowań: Sobolewski – Uryga.

liczba podań do strefy ataku: Rafał Murawski – Urbańczyk.

procent udanych zagrań do przodu: Furman i Dąbrowski – Urbańczyk.

Nie mamy szans z Niemcami. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie

Selekcjoner Joachim Löw ogłosił powołania na mecz z Polską. Bez większych niespodzianek. Jest 16 mistrzów świata, Antonio Rüdiger, Sebastian Rudy i Max Kruse, których też selekcjoner już powoływał i jeden debiutant – Karim Bellarabi, którego powołanie jest tyleż uznaniem dla świetnej skądinąd formy skrzydłowego Bayeru Leverkusen, ile zamknięciem mu drogi do czyniącej pod niego zakusy reprezentacji Maroka.

16 mistrzów świata. Przeciwko Polsce. A jednak w ostatnich dniach da się zaobserwować w naszym kraju analizy tak optymistyczne, że aż oderwane od rzeczywistości. Próbuje się szukać racjonalnych przesłanek przemawiających za Polską. Daremne żale, próżny trud. Racjonalnych przesłanek nie ma. Najbardziej racjonalne zdanie o optymistycznej wymowie, jakie można przed tym meczem wygłosić to „Kiedyś w końcu musi być ten pierwszy raz”. Tak, rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że kiedyś w końcu powinno się udać.

W niemieckiej bramce słabych punktów nie ma co szukać. Przeciwko Polsce zagra Manuel Neuer, czyli najlepszy bramkarz świata, definiujący grę na tej pozycji na nowo. Jeśli nawet uda się wyjść z kontratakiem i ktoś urwie się obrońcom, to zaraz, tuż za połową boiska wyrośnie przed nim Neuer. W innym przypadku znakomicie obroni na linii. Trudność gry z Niemcami polega na tym, że możesz być lepszy i przegrać, bo oni maja Neuera, a ty nie masz. Pokazał to przykład Algierii na mundialu. Roman Weidenfeller i Ron-Robert Zieler są powołani tylko dla potwierdzenia hierarchii bramkarzy w Niemczech. I żeby na ławce nie było zbyt pusto.

Słabe punkty można znaleźć w niemieckiej defensywie. Zwłaszcza na bokach. Na mundialu na tych pozycjach grali albo Philipp Lahm (skończył reprezentacyjną karierę), albo Jerome Boateng, albo Benedikt Höwedes. Dwaj ostatni to stoperzy, z konieczności wypychani w okolice linii bocznych boiska. Höwedes jednak ma kontuzję i dlatego nie znalazł się w gronie powołanych, a będący w świetnej formie Boateng jest potrzebny na środku. Zwłaszcza, że karierę skończył Per Mertesacker, a Mats Hummels dopiero wyleczył się po kontuzji. W pierwszych meczach po mundialu na bokach obrony zagrali Kevin Grosskreutz (źle, więc nie znalazł się w kadrze), Sebastian Rudy (środkowy pomocnik, którego Löw przerobił na prawego obrońcę) i Erik Durm (środkowy napastnik, którego rok temu Klopp przerobił na lewego obrońcę). Eksperyment z Rudym można uznać za udany. Zawodnik zaliczył w meczu ze Szkocją świetną asystę, a selekcjonerowi pomógł też jego klubowy trener Markus Gisdol, który zaczął go wystawiać również na prawej obronie. To najbardziej prawdopodobne rozwiązanie na mecz z Polską. Rudy nie jest oczywiście zawodnikiem klasy Łukasza Piszczka, ale czy nie będzie w stanie powstrzymać ataków np. Macieja Rybusa? Erik Durm jest natomiast w ewidentnie słabej formie, ale i tak powinien zagrać. Gdyby mieli na niego nacierać Jakub Błaszczykowski z Piszczkiem, byłby to dla Löwa na pewno spory problem. Jednak w Bundeslidze grają w większości piłkarze jednak o klasę lepsi niż Kamil Grosicki. Mimo to, lewa obrona Niemców jest miejscem, które Polacy powinni atakować szczególnie mocno.

To właśnie Hummels z Boatengiem stworzą najpewniej parę stoperów. Może i ten pierwszy w derbach Zagłębia Ruhry zaprezentował dyspozycję cokolwiek wakacyjną, ale doszukiwanie się akurat w tym zawodniku niemieckiej słabości, byłoby przejawem nadmiernego optymizmu. Alternatywy? Przeciętne. Matthias Ginter, mistrz świata, który po transferze z Freiburga przeżywa w Borussii Dortmund lekcję za lekcją (póki co dość bolesne), Shkodran Mustafi, wynalazek Löwa, którego zalety są póki co dość skrzętnie chowane przed światem, oraz Antonio Rüdiger, stoper silny jak czołg, ale chimeryczny jak Ricardo Quaresma. Forowany trochę chyba na siłę środkowy obrońca Stuttgartu będzie jednak siedział na ławce. Jeśli nic złego się nie zdarzy, Hummels z Boatengiem odpowiednio zadbają o zaryglowanie dostępu do bramki Neuera.

Innych słabych punktów w niemieckiej drużynie znaleźć po prostu nie sposób. W linii pomocy Christoph Kramer, Toni Kroos, Mesut Özil, Andre Schürrle i będący w świetnej formie Mario Götze. Wysunięty w ataku Thomas Müller? Pozostający w odwodzie lider Borussii Mönchengladbach Kruse, Lukas Podolski, Julian Draxler i debiutant Bellarabi? Druga linia i atak w podobnym zestawieniu wbiły w półfinale mistrzostw świata trzy miesiące temu siedem bramek Brazylii w półfinale mistrzostw świata. Nie jest więc specjalnie uczciwe mówienie, że Polacy mają wielkie szanse powstrzymać Niemców, bo „to już nie ta sama drużyna”. Mają szanse, bo „to jest sport”. Czyli jakiś nikły procent, dzięki któremu legenda głosi, że kiedyś zadziałał. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie, żeby nie zdziwić się niemiło za tydzień.

Nawałka chyba ma pierwszego plusa

polanski

Eugen Polanski ma znów zostać powołany do reprezentacji Polski, co po raz kolejny wywołało na jego temat dziką dyskusję.

Warto zadać sobie w jego sprawie kilka pytań. Ilu Polaków na jego pozycji jest w klubach z czołowej siódemki lig świata (Anglia, Hiszpania, Niemcy, Francja, Włochy, Portugalia, Rosja)?

W Anglii żadnego. W Niemczech Mateusz Klich i Adam Matuszczyk, w Hiszpanii Grzegorz Krychowiak i Cezary Wilk, we Francji Dominik Furman, we Włoszech nikt, w Portugalii Paweł Dawidowicz, w Rosji Janusz Gol.

Czyli oprócz Polanskiego mamy siedmiu. Ilu z tych siedmiu rzeczywiście w tych ligach gra?

Klich ani razu nie był w kadrze Wolfsburga. Matuszczyk w Kolonii raz gra, a raz nie gra. Krychowiak w Hiszpanii gra, ale Wilk już nie. Furman w tym sezonie nie dotknął nawet boiska, a w zeszłym spędził na nim tyle, że dłużej przebywałby wdzierając się na nie z trybun na golasa. Dawidowicz w Benfice jest w rezerwach, Gol natomiast w Amkarze regularnie gra.

Wychodzi nam na to, że Polanski jest jedynym obok Krychowiaka i Gola Polaków na tej pozycji występującym regularnie w mocnej lidze zagranicznej. Pytanie nie powinno więc brzmieć, czy go powoływać, tylko ewentualnie czy wystawiać go w podstawowej jedenastce. Powołanie dla niego jest czymś w polskich warunkach absolutnie oczywistym.

A przynajmniej powinno być. Polanski spełnia wszystkie warunki, by być reprezentantem Polski: ma polskie obywatelstwo, mówi po polsku, gra regularnie w silnym klubie. Nigdy nie odniosłem wrażenia, żeby zaniżał poziom gry naszej reprezentacji. Ba, wydaje mi się, że dawał z siebie zawsze wszystko. Był tylko ofiarą zaszufladkowania go jako „farbowanego lisa”. Mówiło się „farbowane lisy nic Polsce nie dają”. Nic nie dawał Boenisch, nic nie dawał Obraniak, nic nie dawał Perquis. Polanski dawał, ale to się nie liczyło, bo my musimy się odbijać od ściany do ściany. Jak stawiamy na migranckich Polaków, to na całego. Jak ich wyrzucamy, to wszystkich, nie zważając na to, że każdy przypadek jest inny. Coś jak z Wisłą Kraków raz mającą w składzie 20 obcokrajowców, a dwa miesiące później stawiającą na młodych Polaków.

Polanskiemu zarzuca się, że nie przyjechał w maju na kadrę. Nie wiem jak było, pewnie mało kto wie. Tyle że to nie zbrodnia. Nie on jeden nie przyjechał kiedyś na kadrę. Wojciech Pawłowski też kiedyś nie chciał przyjeżdżać na młodzieżówkę i to ma sprawić, że już nigdy nigdzie nie będzie go można powołać?

Głównym zadaniem selekcjonera jest rozmawianie, szukanie kompromisów, utrzymywanie wszystkich polskich piłkarzy w przekonaniu, że selekcjoner na nich patrzy. Miałem pretensje do Nawałki za to, jak łatwo i w sumie głupio stracił najrówniej grającego Polaka w Bundeslidze.  To, że ponoć ma z Polanskim porozmawiać jeszcze raz, uznaję za dowód siły, a nie słabości Nawałki. Nie jest dla mnie „miękką fają” (tak napisało Weszło) ten, kto potrafi się jeszcze raz zastanowić czy aby nie przesadził. Jest dla mnie miękką fają ten, kto raz popełniwszy błąd później ślepo w niego brnie, by się nie przyznać.

Nasz futbol jest na tyle słaby, że nie stać nas na odrzucanie piłkarzy pokroju Polanskiego czy Boenischa. Selekcjoner ma wybierać spośród najlepszych polskich piłkarzy, a nie spośród najlepszych piłkarzy, z którymi nie jest skłócony. Jeśli potwierdzi się, że Nawałka jednak wróci do Polanskiego, będzie miał u mnie pierwszego plusa.

Reprezentacja Polski dalej nie gra w piłkę

nawalka

Plan taktyczny reprezentacji Polski.

Ten leniwy ja mówi, żeby napisać po tym meczu tylko tyle – jak ma być dobrze, skoro Sławomir Peszko dalej w podstawowym składzie? Ale to już pisałem. Powtórzę krótko: oglądanie polskiej kadry jest i tak cholernie trudne, więc nie ma co jeszcze ludziom zadania utrudniać. Odpuśćmy sobie Peszkę. Niech zakłada tę swoją korporację taksówkarską czy coś. Ostatnie tylko zdanie o nim: rozbawił mnie Typowy Sławomir, który w pierwszej połowie wepchnął Gintera na bandę. Komentator powiedział, że chodzi o to, żeby pokazać, że nie boimy się Niemców. A ja bym chciał tylko żeby raz jeden w życiu pokazał, że potrafi podnieść głowę.

Komentatorzy. Maciej Iwański – ten z TVP, nie z Podbeskidzia – mówi, że przykład Bayernu pokazuje, że posiadanie piłki niewiele daje. To ma być argument, że z Polską nie tak źle.

Nie wycierajmy sobie gęby Atletico, Chelsea czy Realem, które kontrolują mecze nie posiadając piłki. Jest chyba drobna różnica pomiędzy celowym oddaniem piłki, ustawieniem żelaznej obrony i wyprowadzaniem zabójczych kontrataków, a oddaniem piłki, bo nie ma się innego lepszego pomysłu?

Naprawdę, mało mnie obchodzi, że – rankingowo patrząc – to najlepszy wynik Polski od lat. Adam Nawałka już parę miesięcy jest selekcjonerem, a dalej widzimy przypadkową grupę ludzi, która nawet nie gra w piłkę.

Bo to nie jest gra w piłkę. Odzwyczaiłem się od tego, że można tak grać. Weźmy wyprowadzenie piłki z własnej połowy przez obrońców. W normalnej piłce obrońcy zwykle potrafią – krótko bądź długo – wyprowadzić piłkę. W ekstraklasie obrońcy wypieprzają piłkę dalej niż widzą. A w reprezentacji Polski, notorycznie, wyprowadzenie piłki polega na spuszczeniu głowy, zamknięciu oczu, zasunięciu klapek, włączeniu gazu i biegu przed siebie do najbliższej przeszkody.

Ile razy gra polska kadra, słyszymy formułkę: „rywale nie pozwalają nam rozgrywać piłki”. Bo tak się gra w piłkę. Nie pozwala się rozgrywać piłki. Chyba, że ma się taki plan i wściekle atakuje powiedzmy od 30. metra. U nas ten wściekły atak nie następuje nigdzie.

Bardzo znamienne, że rywale, którzy byli jeszcze bardziej obcą sobie zbieraniną niż nasza drużyna i notabene grali niemal równie słabo, potrafili przynajmniej jedno – stosować pressing. Jakoś to już chyba jest we krwi zawodników przygotowanych do gry na jakimś poziomie, że pressing polega na JEDNOCZESNYM zaatakowaniu rywali przez KILKU graczy tej samej drużyny. To, co notorycznie pokazują Polacy, czyli atak jednej osoby na jedną osobę to nie jest pressing, tylko bezsensowne marnowanie sił pod publiczkę.

Oceny personalne dziś nie mają najmniejszego znaczenia. Dopóki nie ma zalążków systemu gry reprezentacji jako całości, czy gra Robak czy Lewandowski nie robi właściwie żadnej różnicy. W starciu o jakąkolwiek stawkę skończy się jak zawsze. Wniosek personalny mam więc tylko jeden, ten sam, niezmienny – skreślić Peszkę. Nawet jeśli miałoby to być tylko symboliczne odcięcie się od tego, co było złe w naszej kadrze, to i tak warto.

Problem kadry tkwi w Tobie

Często się zastanawiam, dlaczego trenerzy o tak różnych wizjach odnoszą w piłce sukces. Wszyscy niby dążą do tego samego, więc jak się to dzieje, że ludzie, którzy mają 98% takich samych genów, oglądają te same mecze, czytają podobne analizy i chodzą do podobnych szkół, dochodzą do kompletnie różnych wniosków.

Mourinho niewątpliwie odniósł nie jeden sukces i niewątpliwie zna się na swojej robocie. On twierdzi, że kluczowe jest moment przejścia z obrony do ataku i odwrotnie. Jego drużyny świetnie kontratakują, momentalnie potrafią się dużą liczbą zawodników znaleźć po drugiej stronie boiska. I wyniki go bronią.

Guardiola niewątpliwie też odniósł sukces i zna się na swojej robocie. A mówi i robi dokładnie odwrotnie jak Mourinho. U niego kluczowe jest posiadanie piłki, będące strategią ofensywną i defensywną zarazem. I wyniki go bronią.

Sukces może odnieść jajogłowy Rafael Benitez, który każdą sekundę na boisku analizuje, wylicza i przewiduje. Ale sukces może też odnieść Harry Redknapp, który gdyby znał Tomasza Kulawika na pewno doceniłby słowa: Taktyka? Tak tyka to zegar.

Juergen Klopp odnosi sukcesy stosując pressing na całym boisku. Otto Rehaggel odnosił sukcesy oddając inicjatywę na całym boisku. Można się tak cofać do XIX wieku, przez Rinusa Michelsa i futbol totalny, Helenio Herrerę i cattenaccio, Belę Guttmana, Herberta Chapmana. Człowiek ich słucha i czyta, ogląda mecze ich drużyn i ma mętlik w głowie. Oni się wykluczają, a łączy ich tylko to, że wygrywają.

Dochodzę do wniosku, że najważniejszą sprawą jest pomysł i konsekwencja w jego realizowaniu. Chcesz grać trzema obrońcami? Świetnie, ale rób to przez 10 meczów z rzędu choćby nie wiem co. Twój zespół ma stosować pressing na całym boisku? Rewelacja. Ale najpierw go tego naucz. Chcesz grać z kontry? Dobrze, tylko ćwicz to do porzygu. Chcesz panować na boisku? Nigdy nie słyszałem lepszego pomysłu! Ale zdajesz sobie sprawę, że przez pierwsze 10 meczów, gdy twoi zawodnicy nie będą stwarzać żadnych sytuacji, prasa 10 razy cię zwolni, a kibice obrażą twoją rodzinę 10 pokoleń wstecz? Wytrzymasz, to będą cię nosić na rękach.

Zawodnicy muszą mieć czas zgrać się i wypracować sposób gry, który zadowala trenera. Właśnie dlatego obawiam się, że w polskiej piłce nigdy nie będzie dobrze.

Naszym problemem nie jest to, że mamy głupich trenerów, ani że boiska krzywe, ani że nie ma akademii, ani że nie ma piłkarzy. Naszym problemem jest to, że nie ma czasu. Każdego trenera zwalniamy właśnie gdy zawodnicy zaczynają kapować, o co mu chodzi.

Mam wrażenie – to oczywiście nie do sprawdzenia – że gdyby cała Polska, media, kibice, wszyscy, nie interesowali się przez cały rok reprezentacją, trener rozsyłałby 18 zainteresowanym miejsce i datę rozegrania meczu, graliby i rozjeżdżali się w tajemnicy, za rok obudzilibyśmy się w nowej rzeczywistości. Niestety, to alternatywna rzeczywistość. W tej realnej obudzimy się jak zawsze z ręką w nocniku.

Polacy, nic się nie stało

Polacy znowu przegrali. Bezdyskusyjnie. Zostali zeszmaceni przez małego sąsiada, który tak naprawdę zajmuje się hokejem. Tam to by nam dopiero pokazał. Sąsiada, który z ostatnich 11 meczów wygrał jeden, a w międzyczasie zremisował z Liechtensteinem. Boruc w pierwszej połowie miał więcej do bronienia niż w całym sezonie w lidze angielskiej. Ostatni raz był taki zajęty w meczu z Austrią w 2008 roku.

Wszystko to prawda, ale… jakie to ma do cholery znaczenie? Już dawno słowa hymnu polskiej reprezentacji: „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” nie były tak prawdziwe.

Niby przerabialiśmy to wiele razy, powinienem się już przyzwyczaić, ale jakoś nie mogę. Tak krótka pamięć. Miesiąc temu byliśmy najsłabsi na świecie, a reprezentację trzeba by zaorać, bo „nawet Mourinho by nie pomógł”. Nie przyszedł Mourinho, tylko Nawałka, wpuścił paru chłopaków z polskiej ligi i nagle miał się stać cud. Te wszystkie zachwyty, jak to selekcjoner wprowadził dyscyplinę, jak to wszystko chodzi jak w zegarku, każda minuta zaplanowana. Mam nadzieję, że Adam Nawałka doceniał ten czas, bo to se – prawdopodobnie – ne vrati. Miodowy miesiąc trwa do pierwszego meczu. Teraz będą go szczuli, jak szczuli Smudę i Fornalika.

Przeszło mi przez głowę, że może to rzeczywiście dziennikarzy wina. To oni (my?) nakręcają taką atmosferę. Ale jednak nie, bo kibice są tacy sami. Niczym się nie różnią, albo są nawet jeszcze gorsi. Naprawdę 40 tysięcy ludzi wygwizdało piłkarzy? Naprawdę skandowali: „Jeszcze jeden!”? Naprawdę śpiewali coś o hańbieniu barw?

Jeśli budynek ma datę oddania do użytku wrzesień 2014, a ty przychodzisz w listopadzie 2013 na budowę i widzisz gołe ściany, porozrzucane narzędzia i twórczy nieład, to traktujesz to jako normalne – wszak jeszcze prawie rok! Dlaczego tak nie jest z reprezentacją? Nawałka ma ją zbudować na wrzesień 2014. Jak skończy przed terminem, to znakomicie. Ale wymaganie czegokolwiek w listopadzie 2013 świadczy źle tylko o kibicach i dziennikarzach, a nie o Nawałce.

Teraz jest czas na pokazanie wszystkim mądralom, że nie są tacy mądrzy, mówiąc, że „trzeba wziąć chłopaków z polskiej ligi i wszystko będzie dobrze”. Teraz jest czas, żeby sprawdzić, czy Kosznik się nadaje i czy Mączyński to ten rozmiar kapelusza. Waldemar Prusik – zawsze jak go słyszę, to marzę, żeby przejął kadrę. Facet wie wszystko – mówił coś o tym, że „oczekiwaliśmy, iż pokaże się nam reprezentacja, która zdoła wygrać ze Słowacją”. Jak to mówią mistrzowie ciętej riposty: Chyba ty. Ja oczekuję, że Nawałka zobaczy, kogo chce zobaczyć i wyciągnie z tego wnioski na przyszłość. Gdyby wygrał 5-0 również nie miałoby to żadnego znaczenia. Nie teraz ma wygrywać.

W ogóle mam wrażenie, że z takich meczów powinna być goła transmisja, bez żadnych komentatorów, ekspertów, tuzinów dziennikarzy analizujących, co się dzieje. Oszczędziłoby się nerwów na słuchanie mądrości o meczu, który znaczenie miał tylko i wyłącznie dla trenera.

U nas – jak co mecz kadry – widzę teraz bajdurzenie o szkoleniu. Że go nie ma. Jasne, super gdyby było i gdybyśmy wychowali pokolenie jak Belgowie czy Niemcy. Tyle, że to, co mamy w zupełności wystarczy na spełnienie naszych ambicji. Oglądałem dziś Islandczyków z Chorwatami i myślałem sobie: Boże, co za beznadziejni piłkarze. Zwłaszcza obrońcy. Tyle, że jednocześnie myślałem: Boże, co za dobra drużyna. Trener Lagerbaeck stworzył schemat gry, nauczył słabych piłkarzy dobrze funkcjonować jako zespół. To jest ważniejsze niż to, ile razy ktoś umie podbić piłkę słabszą nogą ponad głową. Wiele razy mam wrażenie oglądając słabe zespoły Bundesligi, taki np. FC Augsburg, że zwyczajni, przeciętni zawodnicy z podstawowego składu nie mają wyższych umiejętności niż nasi piłkarze. Gdyby takiego Wawrzyniaka wstawić do Augsburga, a Verhaegha do Legii, ani poziom Legii by się nie podniósł, ani Augsburga nie obniżył. To tłumaczy, dlaczego przeciętny w Polsce Junior Diaz potrafi też być przeciętny w Bundeslidze. Bo jest wstawiony w określony schemat, który tam funkcjonuje, a u nas nie.

Stworzenie schematu wymaga czasu i zgrania. My zdecydowaliśmy się zburzyć to, co zbudował Fornalik i zacząć od nowa. Wiele osób twierdziło, że Fornalik niczego nie zbudował i że gorzej być już nie może. Myślę, że dzisiaj zmieniły zdanie. Jeśli więc zaczynamy od zera, to dajmy Nawałce trochę więcej niż cztery treningi.

W czym Nawałka jest lepszy od Fornalika

Jak większość, przeglądam łapczywie wszystkie kandydatury na selekcjonera, jakie przewijają się w mediach. Większość wygląda niepoważnie, bo jak można inaczej traktować – przepraszam za wyrażenie – Dicka Advocaata czy Avrama Granta? Z polskich kandydatów, wymienianie Skorży traktuję jako żart, a Wdowczyka jako czarny humor.

Wygląda na to, że najpoważniej wygląda sprawa z Nawałką. Z wymienianych, to w ogóle chyba najpoważniejsza kandydatura.

Wiem, że większości z was ciężko będzie teraz spojrzeć na fakty, bo Fornalik już – do czasu, kiedy jak Smuda zacznie osiągać dobre wyniki w ekstraklasie – został zaszufladkowany jako człowiek, który nie zna się na niczym. Mimo to, spróbujcie. Twarde fakty.

Kariera piłkarska

Obrońca Fornalik rozegrał od Nawałki pomocnika więcej meczów w ekstraklasie (233 do 190). Obaj zdobyli po jednym mistrzostwie Polski, ale Fornalik nigdy nie zagrał w reprezentacji Polski, a Nawałka uzbierał 34 mecze. Był nawet na mundialu w 1978 roku i generalnie nie ulega wątpliwości, że piłkarzem był od wciąż obecnego selekcjonera lepszym. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale czasem się taki argument podnosi. Jeden był solidnym ligowcem, drugi więcej niż solidnym.

Trenerskie początki

Przechodzimy do najważniejszych porównań.

Nawałka na początek kariery zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo z Wisłą Kraków, ale to wygląda znakomicie tylko na papierze. Za pierwszym razem przejmował drużynę w rundzie wiosennej po Wojciechu Łazarku, za drugim po Oreście Lenczyku. Ani razu nie przygotowywał (wice) mistrzowskiej drużyny do sezonu, ani nie odpowiadał za transfery.

Fornalik też wchodził w roli strażaka. Na pięć kolejek przed końcem sezonu przejął Górnik Zabrze na przedostatnim miejscu w lidze. W debiucie przegrał, ale później zanotował dwa remisy i dwa zwycięstwa. Na koniec Górnik utrzymał się nawet bez konieczności grania w barażach, a Fornalikowi pozwolono pracować już na stałe. W kolejnym sezonie jego Górnik zajął już 9. pozycję, w następnym już 7., a w końcu został zwolniony w rundzie wiosennej czwartego sezonu w Zabrzu, gdy zespół był na… siódmym miejscu. Przypomnijmy, że to były czasy, w których Górnik był jak obecny Widzew – zbieraniną szrotu, bez żadnych pieniędzy i perspektyw, a takie wyniki należy uznać za rewelacyjne. U Fornalika debiutował ceniony do dziś ligowiec Hernani, wybijali się też przyszli reprezentanci Polski – Andrzej Niedzielan czy Adrian Sikora.

Ciąg dalszy

Nawałka, po tym jak nie pozwolono mu samodzielnie prowadzić mającej wielkie aspiracje Wisły, trafił do Zagłębia Lubin, skąd odszedł z powodu słabych wyników po 9. kolejkach. Na koniec sezonu drużyna spadła z ligi. Debiutował u niego przyszły reprezentant Polski Grzegorz Bartczak.

Waldemar Fornalik z kolei terminował jako asystent u Macieja Skorży w Amice Wronki. Następną samodzielną pracę złapał w sezonie 2005/2006, gdy przyszedł do Wodzisławia posprzątać po Franciszku Smudzie, który rok wcześniej utrzymał Odrę w lidze dopiero po barażach. Za Fornalika klub spod czeskiej granicy zanotował jeden z najlepszych wyników w historii – zajął 6. miejsce. Znakomitą formą błyszczał wówczas m.in. młody i utalentowany Mariusz Pawełek, który trafił do Wisły Kraków.

Jak obu panom szło dalej?

Nawałka z Sandecją Nowy Sącz zajął 12. miejsce w III lidze, a później trafił do Jagiellonii Białystok. Miał z nią awansować do ekstraklasy, jednak został zwolniony, a zespołowi wówczas nie udało się wrócić. Wrócił do Wisły, gdzie był dyrektorem sportowym u Dragomira Okuki, którego w końcu zastąpił. Tym razem jednak nie sprawdził się jako strażak i znów został zwolniony za brak wyników i słaby styl. Wtedy, w 2007 roku zrobił sobie przerwę od ligowej piłki i został asystentem Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski.

W tym czasie Fornalik przebywał – wyjątkowo dla siebie – poza Śląskiem. Z Odry zgarnął go budujący potęgę Polonii Warszawa Józef Wojciechowski. Zespół zajmował 14. miejsce w II lidze, gdy przejmował go obecny selekcjoner. Od tego czasu był jednak najlepszy na zapleczu ekstraklasy i po spektakularnej końcówce jesieni i rundzie wiosennej o mało nie awansował do najwyższej ligi (6. miejsce), co udało się w końcu przy zielonym stoliku. Fornalik był już jednak w Łodzi, gdzie został zwolniony z Widzewa po rundzie jesiennej, gdy… klub zajmował pozycję lidera. Nie o Fornaliku źle to świadczy.

Ostatnie lata

Po pracy z kadrą, Nawałka trafił na Śląsk. Z biednym GKS-ie Katowice zdołał najpierw zająć 11. miejsce w I lidze, a później zajmował 7. miejsce po jesieni, gdy przyjął ofertę z Górnika Zabrze. Z zabrzanami awansował do ekstraklasy i w najlepszym sezonie (poprzednim) zajął w niej piąte miejsce. Dobrze grał u niego Robert Jeż, co potem się już nie zdarzało, a bramki strzelał nawet Daniel Sikorski.

Z kolei Fornalik objął Ruch Chorzów, z którym dwukrotnie doszedł do finału Pucharu Polski, zdobył trzecie miejsce i wicemistrzostwo Polski. Tutaj zadebiutował też w europejskich pucharach, co Nawałce – jako trenerowi – nigdy się nie udało. Fornalik przywrócił do żywych Niedzielana, wypromował Sobiecha, Sadloka, Piecha i Jankowskiego. U niego debiutował też Starzyński. Zaowocowało to posadą selekcjonera reprezentacji.

W czym Nawałka jest lepszy od Fornalika?

Nawałka zaczął być uznawany za cenionego fachowca dopiero kilka lat temu, kiedy powiodło mu się w GKS-ie Katowice. Górnik Zabrze to jego autorskie dzieło. Wcześniej miał jednak łatkę – jeśli nie nieudacznika – to trenera bardzo przeciętnego. Z drużyn, na które rzeczywiście miał wpływ, nie powiodło mu się w Lubinie, Nowym Sączu, Białymstoku. Jego zespoły na początku źle grały, długo się rozkręcały, a zawodnicy potrzebowali czasu, by go zrozumieć. To jedna z głównych przyczyn, dlaczego w Katowicach i w Zabrzu się udało, a gdzie indziej nie. Dali Nawałce czas i cierpliwość. Wytrzymywali ciśnienie. Tyle, że kadra to miejsce, gdzie trzeba działać na zasadzie czarodziejskiej różdżki. Już, teraz, natychmiast. Raz, że nie ma czasu, bo straty punktów na początku eliminacji ciężko potem odrobić. Dwa, że nie ma czasu, bo zawodników widujesz tylko na kilkudniowe epizody. Tymczasem nawet drużyny klubowe Nawałki, które miał na co dzień, rozkręcały się zwykle wolno (wyjątki – końcówki sezonów w Wiśle Kraków, która jednak wtedy przerastała kadrowo resztę ligi).

Trzeba też powiedzieć trochę o tych „sukcesach” w Zabrzu. Osiągał wyniki mniej więcej jak Fornalik w Górniku i dużo gorsze niż Fornalik w Ruchu. Mimo że Fornalik w Zabrzu pracował w zdecydowanie gorszych finansowo czasach (co nie znaczy, że te są dobre). W poprzednim sezonie wiosną zabrzanie przegrywali wszystko jak leci, dali się na finiszu wyprzedzić Piastowi Gliwice. Gdyby eliminacje kończyły się wiosną, nikt nie brałby Nawałki pod uwagę jako selekcjonera.

Fornalik natomiast, co zaskakujące, odnosił mniejsze lub większe sukcesy właściwie wszędzie. Uratował i ustabilizował Górnika, zanotował świetny wynik z Odrą, niesamowitą i widoczną poprawę z Polonią, był liderem w Łodzi i zanotował wyniki ponad stan w Ruchu. Co więcej, w większości z tych miejsc potrafił wybrać i wypromować zawodników, którzy wcześniej nie byli znani, czyli dobrze wychodziło mu coś na wzór selekcji. Nawałka oczywiście ma na swoim koncie Milika, Olkowskiego, Skorupskiego a także Nakoulmę, jednak ze stawianiem na młodzież jest u niego różnie. Można naliczyć wielu młodych, dobrych i utalentowanych zawodników, którym Nawałka nie dawał szans. Bo nie.

Fornalik nie odniósł wyniku tylko z reprezentacją. Mimo że wcześniej wszystko mu wychodziło. Smuda, czyli najbardziej utytułowany polski trener III RP, notował również i porażki. Fornalik pierwszą klęskę zaliczył w kadrze. Nawałce natomiast w większej ilości miejsc się nie udawało niż udawało.

Kryteria osobiste

Statystyki to jednak tylko statystyki. Nie wszystko się da nimi zmierzyć. Tak się składa, że obaj panowie pracowali ostatnio na Śląsku, więc obu zdążyłem poznać lepiej lub gorzej osobiście. I o tym też warto porozmawiać.

Spodobały mi się kryteria, które na blogu zaproponował Rafał Stec (podaję je w skrócie, kursywą). Dobry będzie selekcjoner, który:

Nie będzie zrzędził mecz w mecz, że brakuje mu czasu. (Z powyższej analizy widać, że szybkie wyniki udawało się osiągnąć raczej Fornalikowi niż Nawałce. Ten drugi zadział wprawdzie jako strażak w Wiśle Kraków, lecz tylko tam. Fornalik wszędzie poprawiał wyniki od razu.)

Będzie specjalistą z rozwiniętym zmysłem taktycznym (obaj za takich uchodzą, choć drużyny Nawałki słyną także z wybiegania i dobrego przygotowania fizycznego, co jak wiadomo w przypadku pracy z reprezentacją jest umiejętnością bezużyteczną).

Będzie komunikatywny. Wybitnie komunikatywny, wykładający klarownie i z urokiem/charyzmą. Żeby chciało się go słuchać, żeby piłkarze nie potrzebowali miesięcy, zanim zrozumieją, o co mu biega. (Jeden i drugi trener potrafią mówić o futbolu ciekawie i niesztampowo, ale musicie mi wierzyć na słowo, bo rzadko to pokazują. Pod tym kątem, byłoby to przejście z deszczu pod rynnę. Nawałka, który najchętniej autoryzowałby nawet „dzień dobry”, regularnie olewający przedmeczowe konferencje prasowe, przy włączonym dyktafonie mówiący niemal wyłącznie nudno. Ma w Zabrzu syndrom oblężonej twierdzy, więc co dopiero byłoby w Warszawie. Obaj raczej ufający nielicznym, nie zdobywający sympatii od pierwszego wejrzenia.

Będzie prawdziwym szefem. (Tu znacząca przewaga Nawałki, który jest zamordystą i w szatni ma spory respekt. Zawodnicy powinni go słuchać, ale z drugiej strony – z takimi gwiazdami nigdy nie pracował, nie wiadomo, jak by się zachował. Smuda pracował z większymi, wydawał się jeszcze większym zamordystą,  a jednak nie okazał się prawdziwym szefem).

Wniesie do szatni doświadczenie międzynarodowe. (Fornalik, obejmując fotel selekcjonera, miał doświadczenie mikroskopijne, zaliczył z Ruchem tylko epizodzik. Nawałka nie ma nawet tego. Poza tym, po półtora roku prowadzenia reprezentacji Fornalik przewagę w doświadczeniu międzynarodowym ma nad Nawałką kolosalną).

Co z tego wywodu wynika?

Można oczywiście przyjąć inne kryteria, w których Nawałka będzie górował. Nie chcę udowadniać, że to zły trener, bo mam o nim bardzo dobre zdanie. Nie jest wcale wykluczone, że okaże się lepszym selekcjonerem od Fornalika. Chcę tylko pokazać, że logicznych przesłanek za tym, że tak się stanie, za bardzo nie ma.

Wielu wytyka Fornalikowi, że CV miał za biedne na reprezentację, jednak Nawałka ma jeszcze biedniejsze. Fornalik ma wady i zalety Nawałki i odwrotnie. Obaj mają podobne osiągnięcia. Wyraźna różnica jest taka, że Fornalik już doskonale poznał, co to znaczy być winnym wszystkim klęskom, a Nawałka dopiero się przekona. Jestem pewny, mogę się o to zakładać, że Fornalik jest dziś lepszym trenerem niż półtora roku temu. Znam takich, którzy nie wsiadają do samochodu z bezwypadkowymi kierowcami. Fornalik do czasu objęcia kadry był bezwypadkowym kierowcą. Teraz poznał, co to jest psychologia tłumu i jak ciężko z nią wygrać.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek powołam się na Pawła Zarzecznego, ale… pasuje doskonale. W jednym ze swych tekstów napisał, że bytomianin Michał Probierz trenuje klub z Gdańska, a gdynianin Czesław Michniewicz klub z Bielska-Białej. Zasugerował, żeby się zamienili – obu byłoby łatwiej, a nikt nie zauważyłby różnicy.

Tu jest podobnie. Można zrobić Nawałkę selekcjonerem, a Fornalika trenerem Górnika Zabrze. Tylko po co, skoro nikt – poza oboma panami – prawdopodobnie nie zauważy różnicy. Jedyna będzie taka, że za rok Fornalik będzie uznawany za czołowego trenera ekstraklasy, a Nawałka za kompletnego nieudacznika.

Górnik potrzebuje rewolucji

Jeśli normalny, zdrowy człowiek, po dobrze przespanej nocy, nie przechowujący w żyłach ani kropli alkoholu, zainteresowany futbolem, zwłaszcza polskim, a już w szczególności śląskim, siada przy meczu i w 15. minucie zasypia, mimo że przez poprzednie siedem godzin nie uśpiło go czytanie o historii Niemiec, to coś tu jest nie tak. Górnik Zabrze robi mi to ostatnio notorycznie.

Bez żadnej przesady, nie wiem czy jest obecnie w ekstraklasie drużyna gorzej grająca w piłkę. Do wczoraj myślałem, że Pogoń Szczecin…

Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale wiem, że trwanie w tym stanie po wakacjach może się zakończyć dla Górnika katastrofą. Na razie dalej jest to jeden z najlepszych sezonów od lat. Tyle, że są bardzo wyraźne symptomy, które każą się obawiać, czy następny nie będzie najgorszy od lat.

Jestem niemal przekonany, że w Zabrzu doszli do momentu, w którym nie wystarczy, że latem trener weźmie piłkarzy do Zakopanego i Radenci, dwóch sprzeda i dwóch dokupi, wpuści jeszcze do tego dwóch młodych i wszystko będzie cacy. Mam wrażenie, że w Górniku coś się musi wydarzyć.

Czadoblog pisze, że przed Górnikiem są cztery rozwiązania. Przytoczę:

„- ten sam trener buduje spokojnie drużynę na tym samym budulcu, bez większych zmian;

- ten sam trener buduje drużynę od nowa po odejściu kilku bardzo ważnych zawodników (kilku kończą się kontrakty, mnie śmieszy jedynie, że z Zabrza mógłby odejść Mączyński. Tak, to byłaby „fundamentalna” strata);

- inny trener buduje spokojnie drużynę na tym samym budulcu, bez większych zmian;

- inny trener buduje drużynę od nowa po odejściu kilku bardzo ważnych zawodników.”

Najbardziej skłaniałbym się ku rozwiązaniu drugiemu, choć brakuje mi w nim słowa „rewolucja”. Odejście kilku kluczowych zawodników, to jednak nie to samo, co „rozpirzenie istniejącej drużyny i budowa nowej”. Ale pod kierownictwem tego samego trenera. Dla Nawałki jest już gotowy nowy kontrakt, ale na razie nie przedstawiono go trenerowi do podpisu. Mam nadzieję, że wreszcie to zrobią. Nawałka ma swoje wady, to bez wątpienia, ale nie ulega też wątpliwości, że to dobry trener. Z tym składem osobowym doszedł już do ściany. Coś się wypaliło, pewne metody już nie działają. Ale byłoby strasznym błędem, gdyby w tej sytuacji zachować się typowo po polsku – pozbyć się trenera, a słabych piłkarzy zostawić. Wiem, że Adam Nawałka zachowuje się jak Jose Mourinho w Porto – „W Porto był Bóg, a zaraz po Bogu ja” i wielu osobom może to przeszkadzać. Wiem, że Nawałka powinien się zachowywać jak pracownik, a w wielu sytuacjach zachowuje się jak pracodawca, ale nikogo lepszego Górnik raczej nie dostanie. Coś jak z Churchillem i demokracją.

Nie ulega jednak wątpliwości, że trwanie w tym samym składzie byłoby katastrofą. Ktoś powie, że nie można robić rewolucji, bo ta drużyna była budowana od dawna, z myślą o nowym stadionie. Była budowana, ale okazała się za krótka. W pewnym momencie wydawało się, że z domku jednorodzinnego może powstać wieżowiec, ale ktoś przyszedł i przypomniał, że fundamenty są jednak pod domek jednorodzinny. Ci zawodnicy zrobili swoje, powinni dostać kwiatki i miłe słowo na koniec, ale mam wrażenie, że nikt już na nich nie może patrzeć. Nawet jeśli zabrzańscy kibice się oburzają, czytając, że czekanie na autobus jest ciekawsze od patrzenia na grę Górnika, to nie robią tego z pełnym przekonaniem.

Jeśli ktoś chce kupić Nakoulmę – niech bierze. Skorupski? Dobry jest, przydałby się, ale mam wrażenie, że tkwienie wśród kumpli z okolicy kiedyś go ściągnie na złą drogę. Że wywinie taki numer, po którym Górnik będzie z nim musiał rozwiązać kontrakt i nie zarobi ani grosza. Słowem, sprzedawać! Olkowskiego chce Augsburg? To samo co ze Skorupskim – droga wolna. Kwiek już jest w Zagłębiu. Reszty raczej nikt nie zechce kupić, lecz gdyby chciał, niech bierze. I żeby nikomu do głowy nie przyszło przedłużanie kontraktów z Mączyńskimi, Zahorskimi i Boninami.

Wszystko sprowadza się do jednego. Górnik powinien zrobić to, co Piast Gliwice po sezonie 2010/2011. Marcin Brosz przegrywał wiosną tak, jak teraz Nawałka, a że nie miał mocnej pozycji, to kibice chcieli jego zwolnienia. Przy Nawałce też by tak było, ale nawet podchmielony Alojz wie, że zrobił za dużo dobrego, by tak po prostu krzyczeć „Nawałka wypie…”. Prezes Drabicki nie zwolnił wtedy Brosza, a on pozbył się większości drużyny. Na jej gruzach, za bezcen, zbudował ekipę, która awansowała do ekstraklasy, a po kolejnych wzmocnieniach za chwilę zadebiutuje w europejskich pucharach.

Argumenty odbiera mi tylko sam Nawałka. Chcę w nim widzieć twardego faceta, który ma głowę na karku i wie, co ma latem zrobić. To, że nie reaguje już tak emocjonalnie jak kiedyś, tłumaczę tym, że wie, iż nie ma co się stresować, bo z tą zgrają puchary i tak są już przegrane. Ale kiedy słyszę, że Olkowskiego do Augsburga nie chce puścić, a z Mączyńskim chce przedłużyć kontrakt (>$@$!?!), to sam już nie wiem, czy wie co robi. Ostatnie okienko transferowe wyszło Nawałce tak dramatycznie, że teraz coś się powinno w kwestii podejmowania decyzji zmienić. Trener powinien dostać SILNEGO, mocniejszego od siebie, fachowego dyrektora sportowego. „Obecny” – wiceprezydent miasta Krzysztof Lewandowski – się w tej roli nie sprawdził.

Młodzież Adama Nawałki

Adam Nawałka udzielił wywiadu „Przeglądowi Sportowemu”, co już samo w sobie jest zaskakujące, bo nie tak dawno trener Górnika Zabrze zapowiadał, że poza konferencjami prasowymi nie będzie rozmawiał z mediami. Jeszcze bardziej zaskakujące jest jednak, co szkoleniowiec zabrzan w tymże wywiadzie powiedział.

Teraz Wojtka (Łuczaka – przyp. MT) nie ma, ale są inni młodzi gracze. Żeby jednak wkomponowali się do składu i poczuli automatyzmy, które działały jesienią, potrzeba trochę cierpliwości.

Skoro Nawałka mówi „Wojtka nie ma”, tzn., że ma na myśli podstawowy skład. Śledzę na bieżąco poczynania Górnika, więc mocno mnie zastanowiło, o jakich nowych, młodych graczy może chodzić.

W meczu z Podbeskidziem najmłodszy spośród zawodników, którzy jesienią grali rzadko albo wcale był 25-letni Siergiej Mosznikow (rezerwowy).

W meczu ze Śląskiem Mateusz Zachara, który ma 23 lata, ale wszedł tylko na 20 minut, więc trudno chyba twierdzić że Górnik przegrał przez to, że „Zachara nie wkomponował się do składu i nie poczuł automatyzmów”.

W meczu z Widzewem najmłodszy był Bartosz Kopacz – 20-latek – tyle, że Górnik wtedy wygrał.

Z Legią zagrał jesienny skład, wsparty wspomnianym Łuczakiem i Zahorskim, którego młodym chyba nikt, kto się urodził po wojnie, nie nazwie.

Z Lechem był jeszcze Bonin, ale to przypadek podobny do Zahorskiego.

I tak dalej.

To wytłumaczenie słabej postawy jest chyba dla kompletnych naiwniaków, którzy nie wiedzą, ile lat ma który zawodnik. Problemem zimowych transferów Górnika nie jest to, że przyszli do niego młodzi gracze, którzy jeszcze nie zdążyli się wkomponować. Problemem jest to, że przyszli gracze albo słabi (Bonin, Zahorski, raczej Mosznikow) albo bez formy (Jeleń, Kuś), albo w ogóle nie przyszli (Słodowy), bo Górnik wciąż czeka na certyfikat z Viktorii Żiżkow, a certyfikatu nie ma, bo Czesi chcą pieniędzy.

Trener mówi, że w Zabrzu jest zupełnie inna drużyna niż jesienią. Jasne, jest słabsza. Arkadiusza Milika nie zastępuje się ot tak, choć na pewno wspomniane wyżej transfery nie były nawet próbą zapełnienia luki po napastniku Bayeru Leverkuen. Ale gdyby wszyscy pozostali grali na swoim poziomie, to i tych nieszczęsnego Bonina i Zahorskiego udałoby się jakoś ukryć.

Górnik w siedmiu wiosennych meczach stracił 10 bramek, a w poprzednich 15 tylko o jedną więcej. A obrona, choć trochę się zmieniała, to była kosmetyka. Został ten sam bramkarz, ta sama para stoperów, ten sam lewy obrońca (czasem zastępowany jeszcze lepszym Magierą, którego na jesień niemal nie było) i prawy obrońca Olkowski zamiast Bembna. Tyle, że jak ten Bemben grał z Jagiellonią, to Stefana Szczepłka pewnie aż świerzbiły palce, żeby napisać coś o tym, że doświadczony gracz odpuścił mecz.

Nieswojo prezentują się niemal wszyscy zawodnicy Górnika. Przydałby się jakiś plan naprawczy – zagaja dziennikarz „PS”.

Przede wszystkim dokonaliśmy wnikliwej analizy dwóch ostatnich spotkań. Wyciągnęliśmy wnioski.

A więc kibice Górnika Zabrze mogą już spać spokojnie! Co było, to było, ale skoro analiza dokonana, wnioski wyciągnięte, to już sytuacja opanowana. Nikt przecież tak dobrze nie wyciąga wniosków jak polski ligowiec.

Z trenerem Nawałką zgadzam się natomiast w kwestii europejskich pucharów. Dziennikarz mówi, że Górnik to nie jest drużyna na Europę. Może i prawda, ale takich mamy w Polsce maksimum dwie, ale to w bardzo optymistycznym scenariuszu, a miejsc pucharowych cztery. Po wczorajszych rozstrzygnięciach w Pucharze Polski, jest wielce prawdopodobne, że czwarte miejsce w lidze da awans do pucharów, a więc Piast z Górnikiem stoczą zabójczą walkę o Europę. Czy tego chcą czy nie.

PS A na koniec tego małego przeglądu prasy, cytat z Jarosława Kołodziejczyka, prezesa Piasta, w dzisiejszym „Sporcie”: „Nie chcę zdradzać nazwisk zawodników, którymi się interesujemy, bo jeszcze ktoś by nam ich podebrał”. Zaiste, wie przed czym się bronić. Sami przecież zimą podebrali GieKSie Franka Adu Kwame.

 

 

 

 

Oblężone twierdze

Wśród trenerów ekstraklasy zapanowała nowa moda. Najnowsze zimowe trendy nakazują wypraszać ze sparingów wszelkie kamery, w obawie przed szpiegami najbliższego rywala, który i tak zwykle na stadionie jest. Tak zrobił Pavel Hapal z Zagłębia Lubin, a wczoraj powtórzył Adam Nawałka z Górnika Zabrze.

Pytam: po co? Choć równie dobrze mógłbym spytać: jakim prawem?

To, że Nawałka jest świetnym trenerem (już) nie ulega wątpliwości i nikt nie kwestionuje jego przeszłych zasług dla Górnika, ani też nie przekreśla możliwych przyszłych sukcesów. Ale to nie znaczy, że trzeba każdą jego decyzję i dziwaczne zachowanie pochwalać czy przymykać na nie oko, tylko dlatego, że ma wyniki. O jego syndromie oblężonej twierdzy już raz pisałem. Teraz objawił się jeszcze mocniej.

Hapal w sparingu z GKS-em Katowice zabronił sfilmować bramki z meczu dziennikarzom Orange Sport i kibicowskiej telewizji klubowej z Katowic. Chciał też zabronić rejestrowania sparingu na cele szkoleniowe przez sztab Rafała Góraka, ale szkoleniowiec GieKSy całkiem słusznie się zbuntował, zagroził nierozegraniem sparingu i swego dopiął. Czech bał się, że katowiczanie udostępnią nagranie Pogoni Szczecin, dzisiejszemu rywalowi lubinian.

Nawałka z analogicznych powodów nie zgodził się na filmowanie meczu z Zagłębiem Sosnowiec przez TVP Katowice. Obawiał się, że wszystko trafi w ręce siedzącego na trybunach Dariusza Dudka i innych członków sztabu szkoleniowego Piasta. Z tego, co czytam, asystent Marcina Brosza, nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje, a portalowi slask.sport.pl powiedział: – W dzisiejszych czasach nic się nie ukryje. Kamery na sparingu? A w czym problem? Zapraszam do Gliwic. Jesteśmy otwarci na media. Ja swoją pracę i tak wykonałem, a w głowie mam wiele spostrzeżeń dotyczących gry Górnika.

No, właśnie. Nic się nie ukryje. To jak – nie przymierzając – Jacek Kurski, który rozsyłał maile do różnych mediów, „by o nim nie pisały”. No, proszę, bądźmy poważni. Globalna wioska, te sprawy. Co miał Dudek zobaczyć, zobaczył i przekaże Broszowi. A co takiego Górnik czy Zagłębie miały do ukrycia? Że Zahorski jest wysokim napastnikiem, nieprzesadnie szybkim i niezbyt pląsonogim? Że Bemben dobrze dośrodkowuje? Czy jakiś ojaciejakbardzotajemniczy sposób rozegrania stałego fragmentu gry?

Całe to zamykanie treningów, robienie z klubu twierdzy, mnie śmieszy, bo, no właśnie, jak ktoś jest dobry, to i tak da radę. Mój ulubiony przykład to Arjen Robben. Cały świat zawsze wiedział, że schodzi z prawej strony na lewą nogę i będzie strzelał. Co więcej, w każdym momencie można było powiedzieć: „O, PATRZ, skończ odkurzać, teraz będzie schodził na lewą nogę!”. I zawsze schodził. 10/10. Obrońcy i trenerzy też to wiedzieli. Ale gdy był w formie, nie przeszkadzało mu to strzelać goli. Gdy natomiast przestał w niej być – przestał strzelać. „Futbol jest prostą grą‚ pogmatwaną przez ludzi‚ którzy zawsze wiedzą lepiej”.

Kompletnie inna kwestia, to jakim prawem Nawałka czy Hapal mogli czegoś takiego żądać? Sparingi są z zasady otwarte, stadion miejski jest miejscem, w którym dziennikarzowi niespecjalnie można zabronić wykonywać jego pracę. Adam Nawałka miał takie samo prawo powiedzieć dziennikarzowi TVP: „nie nagrywaj tego meczu” jak ten dziennikarz Adamowi Nawałce: „Nie siedź na tej ławce”. I jeden i drugi był tam wykonać swoją pracę.

W tym wszystkim dziwi mnie też podejrzliwość obu trenerów. Czy oni naprawdę myślą, że dziennikarzom nic innego w głowie, jak tylko pomóc Pogoni Szczecin i Piastowi Gliwice? Że nagrywają akcje tylko z myślą: „Obym to dobrze nagrał, żeby Skowronek mógł odczytać ich schemat rozegrania”. Że jak jestem na sparingu, to zapisuję notatki nie dla siebie, ale po to, by tuż po meczu przekazać je Broszowi? Nawet gdy Kazachowie z Żetysu Tałdykorgan zgłosili się latem do Legii, by ta przekazała im zapisy meczów Lecha Poznań, warszawianie się nie zgodzili. A akurat im mogło zależeć, by najgroźniejszy rywal miał problemy. Nie zależało.

PS Jak już jesteśmy przy rejestrowaniu meczów, zasmuciła mnie informacja o tym, że Piotr Góralczyk został zwolniony z Podbeskidzia Bielsko-Biała, dla którego od lat nagrywał mecze w celach szkoleniowych. Trener Dariusz Kubicki miał stwierdzić, że do analizy wystarczy mu zapis z Canal+ (nie komentuję, nie znam się).

Ale jest mi tak po ludzku szkoda. Góralczyk to była osoba, która w tym klubie działała – z mojej perspektywy – od zawsze. Choćby Majowie trąbili o armagedonie, dopóki pan Piotrek stał gdzieś pod dachem stadionu z kamerką, czułem się spokojny. Przeżyliśmy razem nie jeden wyjazd, bo nierzadko zdarzało się, że byliśmy jedynymi bielszczanami na trybunie prasowej. To był człowiek, który świetnie radził sobie z bałaganem w polskich klubach. Gdy nie było wiadomo, gdzie ma odebrać akredytację, a mecz już się miał zaczynać, szedł do zamkniętych pancernych drzwi, walił w nie pięściami i gdy jakaś ochroniarska szafa otworzyła, wpychał się siłą, nim goryl zdążył coś powiedzieć. Nie było dla niego zamkniętych drzwi. Gdyby wszyscy w Podbeskidziu mieli jego mentalność, „Górale” biliby się dziś o podium ekstraklasy. Szkoda, że już nie będę miał komu wynosić żurku z trybuny prasowej na Wiśle Kraków. Takich odwiecznych było w Podbeskidziu czterech: Góralczyk, pan Heniu od piłek, kierownik Marek Móll i masażysta Marek Ociepka. Mam nadzieję, że tych trzech ostatnich nikt nigdy nie tknie.