Zagłębie Ruhry. 90-minutowy raj

 bochumpompa

Mieszkając przez pół roku w Niemczech, zjeździłem kraj wzdłuż i wszerz. Gdy tylko zaczynał się weekend, opuszczałem mieszkanie i do poniedziałku wieczorem tułałem się, gdzie tylko się dało. Pod jednym warunkiem: z dala od Zagłębia Ruhry. Wiedziałem, że wjechanie tam, skończy się tragicznie – przepadnę na kilka miesięcy, zawalę studia i pracę, wydam wszystkie pieniądze i wyląduję na bruku. Postanowienia się trzymałem, choć parokrotnie znajdowałem się już niebezpiecznie blisko, a raz nawet siedziałem w autobusie do Kolonii. Zdążyłem wysiąść.

Wiedziałem jednak, że kiedyś pojadę tam specjalnie, na dłużej, żeby wszystko dokładnie zobaczyć. Polowałem rok na tydzień, w którym mógłbym codziennie być na meczu. Prawie się udało. W ciągu siedmiu dni, byłem na sześciu. Chłonąłem atmosferę miast i regionu. Zobaczyłem Gelsenkirchen, Bochum, Düsseldorf, Kolonię, Leverkusen i Dortmund. Powinienem wrócić zaspokojony. Tymczasem dopiero teraz widzę, jak bardzo miałem rację nie pakując się wcześniej w Nadrenię-Północną Westfalię. Dopiero po tygodniu spędzonym tam widzę, jak niewiele widziałem.

Mimo bardzo intensywnego programu, wciąż nie wiem, jaka jest atmosfera na stadionie 1. FC Köln. Nie wiem, jak radzi sobie MSV Duisburg. Nie widziałem Arminii Bielefeld ani SC Paderborn. Nie zobaczyłem Essen, które miało się, jak Bilbao, podnosić przez kulturę, a podobno nie za bardzo to wyszło. No i – oczywiście przy okazji – nie byłem na stadionie tamtejszego Rot-Weiss. A w Kolonii jest przecież jeszcze Fortuna, też klub z tradycjami. No i wypadałoby jeszcze zobaczyć, gdzie dziś jest dawny bundesligowiec Wattenscheid. Wejść do klubowego muzeum Borussii Dortmund (ponoć świetne) i Schalke. Pojechać do Akwizgranu, jednego z najładniejszych ponoć miast regionu i zobaczyć Alemannię. No i do pięknego Monastyru, rzucając też okiem na stadion Preussen. Nie byłem też w Neandertalu i nie widziałem przełomu Renu. Czuję się, jakbym praktycznie niczego nie widział, choć przecież trochę widziałem.

Zobaczyłem, że wrażenie, jakoby wszystkie miasta Nadrenii-Północnej Westfalii były tuż koło siebie i wpadały jedno w drugie, jest mylne. Wbrew pozorom, trzeba się trochę najeździć, by wszystko zobaczyć. Runął też  w mojej głowie mit pięknego Zagłębia Ruhry. Wyobrażałem sobie, że te industrialne klimaty będą mi odpowiadać, bo lubię. Ale nie każda dzielnica przemysłowego miasta to Nikiszowiec. Większość z tych miast jest po prostu brzydkie i nie ma na czym oka zawiesić. Zdecydowanie lepiej czułem się w pięknej Bawarii. Ale mimo to do Nadrenii chciałbym jeszcze wrócić. Dla zakochanych w niemieckim futbolu, to raj na ziemi. Nawet jeśli tylko przez 90 minut w ciągu dnia.

Duesseldorf, czyli goni mnie Turek

fortuna

Goni mnie Turek. Tak musiało w końcu być. Tyle dni nie pojawiało się nic o Turkach, Arabach, muzułmanach, islamistach i imigrantach, że zaczynało to już zakrawać na zatajanie oczywistych faktów. A tu biegnie za mną Turek i wydziera się „Halo!”. A to nie jest to przyjazne, niemieckie „haluuuuuuuu!”. To tureckie, stanowcze „Halo!”.

 Przechodziłem koło sklepu z oponami, mnóstwem opon. A w naszym kodzie opony znaczą, toteż ukradkiem robię zdjęcie ogromu zimowych opon, ona zrozumie, uśmiecham się pod nosem, żeby nie powiedzieć pod wąsem. Wyrywa mnie z zamyślenia biegnący Turek. Patrzę czy z zaułków nie biegną następni. Pewnie biegną, ale ukryci. Chce wiedzieć, dlaczego zrobiłem zdjęcie sklepu jego kumpla. Czy o coś go podejrzewam? Czy coś mi się w sklepie jego kumpla nie podoba? Co chcę zrobić z tym zdjęciem? Łagodzę sytuację. Zażenowany uzewnętrznianiem się przed nim, opowiadam, dlaczego dla nas opony znaczą, promienieje. „To przywieź ją, tu do kumpla, po opony. Dobre ma i wybór duży!” Podaje rękę, przeprasza za najście. Witamy w Duesseldorfie.

 Duesseldorf, nie umiem się zdecydować. Ledwo wychodzę z dworca i chcę wracać. Znowu ten industrialny krajobraz, który mówiłem, że lubię. Ale co innego lubić Nikiszowiec i stare fabryki na artystycznych zdjęciach, a co innego każdego dnia, non stop takie samo przemysłowe miasto. Ale idę, no bo, co? I nagle, ten Duesseldorf, z każdym krokiem bardziej lipski, z monumentalnymi budowlami, przygniatającymi germańskim ogromem, przytłaczającymi wielkością. A potem znowu frankfurcki, ze strzelistymi wieżowcami, oszklonymi bankami, bardzo elegancko wyglądającymi bankierami ze Szwabii. I londyński, z butkiem na butiku jak przy Oxford Street. I bawarski, z wąskimi klimatycznymi uliczkami w centrum. A trochę nawet barcelońsko-berliński z aleją Królewską pod platanami. Trudno rozszyfrować.

ramble

 W tych wyjazdach najbardziej lubię, gdy poniewierają. W parze sposób zwiedzania mam tradycyjny, w pojedynkę specyficzny. Na wyniszczenie. Wymarzony układ: jeden dzień na jedno miasto. Tylko na piechotę. Przejść wzdłuż i wszerz, bez wspomagania mapą, błądząc po uliczkach, zaliczając mecz i śpiąc byle gdzie, o ile w ogóle (starzeję się: w Augsburgu nocowałem na ulicy, w Berlinie w knajpie, a tu już w pokojach, w których jedno łóżko przypada na przedstawiciela jednego kontynentu). Duesseldorf spełnił te oczekiwania z nawiązką. Chociaż to wniosek po fakcie. W trakcie tradycyjnie przeklinałem tendencję do poniewierania siebie dla samego poniewierania, choć przecież można by to wszystko zorganizować mniej wyniszczająco.

 Są miasta, które łapię w mig. W Bochum nawet nie spojrzałem na mapę, a od razu z dworca poszedłem na miejsce noclegowe jakbym przemierzał tę trasę setny raz. Są takie, które lubię odkrywać. Początkowo wszędzie się gubię, a po 10 godzinach już używam wymyślnych skrótów. W Duesseldorfie szło wyjątkowo opornie. Jak ten flaneur, gubiłem się w mieście za każdym wyjściem, za każdym razem na hostel natrafiałem przypadkiem a nie z premedytacją, oczekiwałem go zawsze w zupełnie innym miejscu. Ma to tę wadę, że dziesięć razy obchodziłem dzielnicę, którą powinien po prostu ominąć tramwajem, a przy tym pomijałem taką, którą powinien obejść 10 razy.

 Jednego przy tym błądzeniu po Duesseldorfie nie widać: że jest tu jakiś klub piłkarski. Ta Fortuna, w końcu klub z tradycjami, choć mocno przebrzmiałymi, musi mieć spory kompleks. Z jednej strony Duesseldorf, stolica regionu. Z drugiej, piłkarska prowincja. Gdzie spojrzeć, sąsiedzi potrafią grać w piłkę. A to Schalke, a to Dortmund, a to Moenchengladbach, a to Kolonia, a to Leverkusen. A stolica w wiecznym cieniu.

 Pierwsze ślady klubu piłkarskiego napotykam dopiero w drodze na stadion. Biorąc pod uwagę, że oko jest wprawne i wyławia nawet w środku Londynu herb KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, to późno. Kibice Fortuny szybko wprowadzają w plemienne antypatie. Po drodze obrażają wszystkich sąsiadów bez wyjątku. Nie zawierają sojuszy.

 Podobnie jak w cieniu jest Fortuna, tak mało słychać o jej stadionie, ESPRIT Arenie. A niesłusznie, bo robi wrażenie. W normalnych warunkach nowoczesna arena leży poza miastem, na olbrzymich połaciach od niej można spotkać dworce kolejowe, stacje tramwajowe, przystanki autobusowe, stacje metra, hotele, parkingi wielopoziomowe, przez co całe okolice stadionu rozciągają się na hektary i obejść stadion nie jest łatwo.

stadionzewnatrz

 W Duesseldorfie odwrotnie. Stadion jest wszystkim jednocześnie. Stadionem, hotelem, parkingiem, stacją metra i przystankiem tramwajowym, wszystkim naraz w jednej bryle. Obiekt wielofunkcyjny. I gigantyczny. II-ligowiec gra na obiekcie na 54 tysiące widzów. Mimo poniedziałku, dołującej drużyny i kiepskiej pogody przychodzi 22 tysiące osób. Nie czuć w ogóle, że stadion w ponad połowie jest pusty. Kibice robią gorącą atmosferę. Gdyby było ich 54 tysiące, byliby w stanie przekrzyczeć fanów Dortmundu czy Schalke. Urzeka zwłaszcza sposób, w jaki irytują się na sędziego. Wydawało się, że nikt nie robi tego piękniej niż Juergen Klopp. Tymczasem każdy Niemiec potrafi na sędziego wyskoczyć z najstraszniejszą miną z repertuaru Kloppa. Gdy 20 tysięcy ludzi robi to naraz, daje to piorunujący efekt.

turek

Pomnik Toniego Turka (nie tego, co mnie gonił) przed stadionem Fortuny.

Wizyta na stadionie rozbudza ochotę na więcej. Idealny wieczór: gdzieś na starym mieście, z pszenicznym, z nogą w głowie. Rzeczywistość duesseldorfska rozczarowująca – w okolicach północy w centrum cicho tak, że słyszałbym głos z Litwy słychać tylko mnie nie potrafiącego powstrzymać nucenia zakazanej „Lili Marleen” (natchnęła mnie pobliska Kasernenstrasse). I wrzeszczącego Turka za plecami.

Bochum. Trójkąt Bermudzki Zagłębia Ruhry

bochumtytul

Trójkąt Bermudzki to na razie leitmotiv mojego wyjazdu do Zagłębia Ruhry. Bardzo niemądrze, przy starcie samolotu, czytałem w „Polityce” tekst o legendach, jakie wokół tego miejsca wyrosły. Nieważne, że autor ze wszystkimi bezlitośnie się rozprawiał, gdy siedzi się w samolocie, czytanie o znikających samolotach nie jest najlepszym pomysłem. Trójkąt Bermudzki powrócił, gdy szukałem, gdzie dokładnie znajduje się miejsce mojego noclegu w Bochum. W dzielnicy Trójkąt Bermudzki.

Mina zrzedła. Od momentu wyjazdu z Dortmundu kołatało mi w głowie, że może trzeba było zrobić z tego miasta bazę wypadową, zamiast cały czas się tułać. Zwłaszcza, że Dortmund wydawał się w miarę metropolitalny, otwarty, całonocny, podczas gdy Bochum w moich wyobrażeniach było sercem Zagłębia Ruhry. Takim odartym z turystycznej poprawności. Zagłębie Ruhry w czystej postaci. Czyli zamknięte huty, zamknięte kopalnie, otwarte blokowiska i włóczący się po ulicach po zmroku blokersi. Zarezerwować sobie dwa noclegi w takim mieście, w dzielnicy Trójkąt Bermudzki, ze swoją podróżną torbą i pociesznym wschodnim akcentem, to nie brzmiało jak najlepszy pomysł.

 Trójkąt Bermudzki okazał się kulturalnym centrum Zagłębia Ruhry. Z największą liczbą kawiarń, restauracji, pubów, barów i klubów nocnych na kilometr kwadratowy w całym regionie. Żyjącym 24 godziny na dobę. Do tego stopnia, że łatwiej trafić do otwartej restauracji o 4 nad ranem niż o 10 rano. Trójkąt Bermudzki żyje jak barcelońska Rambla, jak berlińska Unter den Linden, jak centra południowoeuropejskich miast. Przy Bochum, Dortmund jest nocą jak Zgorzelec. Nazwa Trójkąt Bermudzki pochodzi więc raczej nie od wysokiej przestępczości, ale od pochłaniających imprez. Wciągający jak Bangkok.

bochumpompa

 Gdy Bochum już wybudzi się po imprezach w Trójkącie Bermudzkim, naciąga na szyje szaliki i idzie na mecz VfL. Idzie tak, jak w reklamie promującej Bundesligę w Eurosporcie, nic tu nie jest koloryzowane. Ze wszystkich zakątków miasta idą ze sobą starzy i młodzi, staruszki i nastolatki, skinheadzi i hipsterzy, długowłosi i łysi. Na stadionie też siedzą razem. Nie ma między nimi oddzielnych trybun. Babcie usłużnie dopingują, jak gniazdowy nakaże, a potem wyciągają słodycze i częstują nimi ultrasów. Piękne.

babcia

 O stadionie w Bochum głośno zrobiło się rok temu, gdy ZDF przygotowała paradokument, przedstawiający, co się działo z Christophem Kramerem w czasie finału mistrzostw świata. Reprezentant Niemiec na początku meczu z Argentyną doznał wstrząśnienia mózgu i przez pół godziny grał bez świadomości, ujawnił się dopiero dopytując sędziego czy to finał i został zmieniony. Koledzy Kramera z reprezentacji, Mueller, Lahm i Neuer na prośbę telewizji wkręcali pomocnika dalej, wymyślając niestworzone rzeczy, które miał im w trakcie meczu mówić. I Mueller wsadził Kramerowi w usta słowa: „Fajna tutaj atmosfera, na Ruhrstadionie”. Ruhrstadion, przemianowany dziś na rewirPower Stadion to właśnie siedziba VfL Bochum.

bochumstadionzewnatrz

Fajna atmosfera? Potencjalnie pewnie tak. Akurat na meczu, na który trafiłem, niespecjalnie. FC Heidenheim nie przyciągnęło tłumów, podobnie jak słaba gra VfL w ostatnich tygodniach. Sportowo to klub porównywalny do GKS-u Katowice. Czyli historycznie przynależący do Bundesligi, uznawany za klub z tradycjami, ale bez wielkich, spektakularnych sukcesów, a obecnie tkwiący beznadziejnie głęboko w 2. Bundeslidze. Od spadku przed pięcioma laty, mimo wielkich ambicji, Bochum nie jest w stanie poważnie włączyć się do walki o awans. Blisko było właściwie tylko rok po spadku. VfL jest jedną z najdłużej nieprzerwanie grających w 2. Bundeslidze drużyn. Wydawało się, że w tym roku jest wreszcie szansa to zmienić. Bochum zaczęło świetnie, wygrywając pięć pierwszych meczów. Od wygranej 5:0 z Greutherem Fuerth na początku października, zespołowi nie wychodzi już nic, obsuwa się z pierwszych miejsc do środka tabeli. Zapowiada się kolejny zmarnowany sezon.

zewnatrz2

 Firmuje go holenderski trener Gertjan Verbeek, który w Niemczech pracował wcześniej w Norymberdze. Najpierw zdołał ją podnieść w pięknym, ofensywnym stylu, by później na kilka kolejek przed końcem zakończonego spadkiem sezonu, zostać zwolnionym.

 Verbeek to – jak dotychczas – mój najtrudniejszy rozmówca. Po konferencjach prasowych trenerzy często zostają w salach konferencyjnych, by w małych grupkach porozmawiać jeszcze z lokalnymi dziennikarzami. W norymberskich czasach Verbeeka poszedłem na taką nieoficjalną konferencję, a gdy dziennikarzom wyczerpały się już pytania, wkroczyłem z tematem Mariusza Stępińskiego, który nie mógł się wtedy przebić przez wiele miesięcy nawet do meczowej kadry. Verbeek wpadł w niewytłumaczalną wściekłość: „Odpowiadam tylko na pytania dotyczące dzisiejszego meczu i piłkarzy, którzy w nim grali!”. Na nic tłumaczenia i próby złagodzenia.

bochumlogo

Pracowniczkom biura prasowego zrobiło się głupio, umówiły mnie na spotkanie z Verbeekiem innego dnia, by w spokoju porozmawiać o Stępińskim. Siedliśmy naprzeciwko. Musieliśmy wyglądać jak bokserzy w czasie ważenia. Nienawiść w jego oczach. Przerywanie w połowie słowa. Wkurzające czepianie się niuansów. Rozmowa wyszła ciekawa, ale na pewno nie była sympatyczna. To jak dotąd jedyny przypadek, jaki spotkałem, w którym ktoś ze świata piłki nie cierpi dziennikarza za sam fakt, że jest dziennikarzem.

bochumlogo2

 Po kilku nieudanych meczach, posada Verbeeka zaczyna być zagrożona. Frustrację w Bochum da się wyczuć w powietrzu. Jako że tym razem mecz nie nakładał na mnie żadnych obowiązków zawodowych, stwierdziłem, że to niepowtarzalna okazja, by obejrzeć go z perspektywy trybuny ultras, z miejscami stojącymi. Przepływ pomiędzy sektorami był zaskakująco swobodny, zagadnięta porządkowa zapewniła, że „ultrasi nie gryzą, byle tylko nie kibicować Heidenheim, bo to wioska”. Tym sposobem zostałem na 90 minut ultrasem Bochum. Proste przyśpiewki typu „Auf geht’s Bochum kämpfen und siegen!“, wyryłem szybko, te, których nie znałem, śpiewałem z bielskimi słowami, bo globalizacja. Wszędzie śpiewa się te same przyśpiewki.

bochumlogo3

Mogła im, tym cierpiącym bochumskim kibicom, Polska odpłacić za gościnność, z jaką mnie przyjęto. Niespodziewanie, po raz pierwszy od sierpnia na boisku pojawił się Piotr Ćwielong. Jego dotychczas jedyne trafienie w 2. Bundeslidze widziałem na żywo, w 2013 roku w Fuerth. Przemknęło mi przez myśl, że teraz zobaczę drugie. Za moimi plecami któryś z miejscowych też to poczuł: „Ćwielong (a właściwie /Cwilong/) na pewno strzeli!”. Zdziwiło mnie ta wiara, ale pewnie opierała się na zasadzie: „raz do roku to i Ćwielong strzeli”.

 Nie strzelił, choć w 90. minucie był sam na sam z bramkarzem. Bochum zremisowało z Heidenheim 1:1, miejsca premiowane awansem oddalają się coraz bardziej, zapowiada się dla VfL kolejny rok w 2. Bundeslidze. A mnie już nikt nie powie, że nie byłem w niemieckim młynie.

Po powrocie, okazało się, że w tym Trójkącie Bermudzkim coś jest. Hostelowy współlokator istnieje tylko teoretycznie, zostawił po sobie tylko porzuconą na środku pokoju torbę i zniknął wciągnięty przez Bochum na dwa dni. Porzuconą torbę omijam na paluszkach, bo kto wie, co tam w środku. Nie wybuchła pierwszej nocy od porzucenia, to chyba już nie wybuchnie.

bochumwnetrze

FC Ingolstadt. Beniaminek z miasta Audi

ingolstadt

Ingolstadt kojarzy mi się dość frustrująco. To stacja w połowie drogi z Monachium do Norymbergi. Rano pociąg z Erlangen do Norymbergi. Niemal zawsze spóźniony, więc później sprint na pociąg z Norymbergi do Monachium. Podróż wśród opitych piwem kibiców Bayernu (9 rano!), próba odnalezienia się w tłumie na monachijskim dworcu, przesiadka do tłumu w metrze na Froettmaning, wędrówka w tłumie na Allianz Arenę. Półtorej godziny oglądania jak Bayern męczy kolejnego rywala, podkładanie dyktafonu gwiazdom pod nos w tłumie dziennikarzy, bieg na metro, bo za chwilę odjeżdża ostatni tego dnia pociąg i trzeba będzie się włóczyć całą noc jak Trela po Augsburgu, wpychanie się na chama, jako ostatni pasażer do metra, wpadanie do pociągu w ostatnim momencie, powrót w tłumie pijanych w sztok kibiców Bayernu. I gdy już padasz na twarz: Ingolstadt. Dopiero Ingolstadt. Niby już blisko, a jeszcze dwie godziny do domu. Smutny rzut oka za pociągowe okno, na niekończący się sznur nowiuteńkich, świeżo wyprodukowanych Audi wszystkich modeli, we wszystkich kolorach, czekających na transport gdzieś dalej. „A gdyby tak to jedno Audi…? Przecież nikt by nie zauważył”. Jedno stracone Audi. Mały cios dla wielkiego koncernu, wielki krok dla studenta z Polski.

Samochodowa Bundesliga

Audi od nowego sezonu będzie sporo nie tylko przy dworcu w Ingolstadt, ale też w całej Bundeslidze. Jest Volkswagen, angażujący się w całą masę klubów, ale na czele z Wolfsburgiem, jest Mercedes-Benz wspierający Stuttgart, będzie też Audi finansujące FC Ingolstadt, który dziś został 54. beniaminkiem Bundesligi w historii.

Ingolstadt – pierwszy raz w górnej połówce tabeli

O bundesligowych aspiracjach Ingolstadt pisałem wam, jako ciekawostkę, ponad rok temu. Wtedy nie było to nic więcej niż ciekawostka i to raczej futurystyczna, bo nic nie zapowiadało rychłego awansu FCI do elity. Przed nowym sezonem, w specjalnej ankiecie, żaden z osiemnastu trenerów 2. Bundesligi nie wskazał Ingolstadt jako drużyny, która awansuje, choć przecież kto, jak nie szkoleniowcy 2. Bundesligi, powinien wiedzieć, co się święci? Jeszcze początkiem 2015 roku, Thomas Linke, dyrektor sportowy lidera ligi, mówił, że Bundesliga to długofalowy cel, niekoniecznie do zrealizowania akurat w tym roku. Nic dziwnego. Przed sezonem trenerowi postawiono za cel górną połówkę tabeli. To i tak byłby najlepszy wynik w historii klubu, bo Ingolstadt przez pięć sezonów grało w 2. Bundeslidze i zawsze było w dolnej połowie tabeli. Pierwszy raz skończyć powyżej 10. miejsca udało się dopiero w tym roku. Na pierwszym.

Cud na piłkarskiej pustyni

W Ingolstadt dokonał się cud. Może nie na miarę tego z Paderborn sprzed roku, ale prawie. 132 tysięczne bawarskie miasto było piłkarską pustynią otoczoną oazami. W Monachium były dwa kluby bundesligowe, na jego przedmieściach grało przez moment w najwyższej lidze Unterhaching, swoje pięć minut ma nieodległy Augsburg, od początku XX wieku tłuką się w wyższych ligach Norymberga i Fuerth, a Ingolstadt całe momenty chwały zaliczyło w latach 1978-81, gdy dwa kluby z tego miasta – ESV i MTV – grały w 2. Bundeslidze. Na początku XXI wieku oba były jednak na skraju bankructwa. Połączono je więc i założono FC Ingolstadt. Tradycji piłkarskich nie było tam nigdy, więc nie może dziwić, że Peter Jackwerth, przedsiębiorca i pomysłodawca założenia nowego klubu, działający w nim do dziś, przyznaje, że w mieście jest więcej fanów Bayernu niż Ingolstadt. Nikt raczej nie robi sobie tam tapety do pokoju młodzieżowego z wizerunkiem Pascala Grossa, gwiazdy Ingolstadt. Nie ta popularność.

Wsparcie z Bayernu

Jackwerth swoimi środkami ciągnął klub przez pierwsze lata. Choć klub jest młody, był już prowadzony przez kilku trenerów z nazwiskami. Do II ligi wprowadzał go Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga. Ponowny awans robił Michael Wiesinger, później pracujący z Norymbergą. Od 2011 dyrektorem sportowym jest Thomas Linke, były reprezentant Niemiec i gracz Bayernu Monachium. Długo jednak w klubie brakowało pieniędzy, by myśleć o czymś większym.

Klub zakładowy?

Audi zaczęło się pojawiać na horyzoncie dopiero w 2007 roku. Po awansie do 2. Bundesligi weszło już pełną gębą. Dziś jest już właścicielem postawionego przez Jackwertha we współpracy z miastem nowoczesnego stadionu na 15 tysięcy miejsc, nowoczesnej akademii oraz bazy treningowej, które wynajmuje klubowi. Do tego ma oficjalnie 20 procent udziałów w klubie i kontroluje połowę rady nadzorczej. Jackwerth zapewnia, że Ingolstadt to nie odpowiednik Hoffenheim, Bayeru Leverkusen czy Wolfsburga, a więc klubów zakładowych, będących własnością dużych koncertów. I zapewnia, że takim się nie stanie, choć awans do Bundesligi ma jeszcze zwiększyć zaangażowanie, także finansowe, Audi.

Bez szaleństw

Póki co, faktem jest, że Ingolstadt nie szastało pieniędzmi i nie można powiedzieć, by tegoroczny awans sobie kupiło. Z 8,5-milionowym budżetem plasuje się w środku II-ligowej stawki. Najwięcej w historii wydało latem zeszłego roku, płacąc 750 tysięcy za Australijczyka Matthew Leckiego. Ingolstadt wykazało się przy tym transferze skrzydłowego FSV Frankfurt dużym wyczuciem. Zakontraktowano go jeszcze przed mistrzostwami świata, na których Leckie bardzo ciekawie się pokazał i po mundialu kosztowałby już na pewno dużo więcej. A tak, był jedną z największych gwiazd drużyny.

Najrówniejsi w 2. Bundeslidze

W Ingolstadt jakiś czas tego wyczucia brakowało, co widać choćby po trenerach. Przez pierwsze cztery lata drużynę prowadził ten sam szkoleniowiec, później jednak się miotano. W październiku 2013, gdy drużyna znów leżała na ostatnim miejscu, zatrudniono Ralpha Hasenhuettla, Austriaka, który wcześniej prowadził samodzielnie tylko podrzędne Unterhaching i Aalen. Niespodziewanie jednak w Ingolstadt szybko poskładał drużynę, spokojnie utrzymał ją w lidze, a mimo straty latem na rzecz Augsburga największej gwiazdy – Caiuby’ego – przebudował tak, że w tym roku nie miała już sobie równych. Choć, co znamienne, w żadnej klasyfikacji nie jest najlepsza. Są drużyny, które więcej strzelały i rzadziej traciły, są lepsze na wyjazdach i lepsze u siebie. Ingolstadt miało jednak regularność. Najdłuższa seria bez wygranej, jaka się przytrafiła, to ledwie trzy mecze w lutym.

Problem z frekwencją

Co wniesie Ingolstadt do Bundesligi? Niestety, wiele wskazuje na to, że niespecjalnie dużo. Kadra składa się wprawdzie z 14 graczy, którzy już występowali w najwyższej lidze, ale zazwyczaj były to epizody i to w rolach drugoplanowych. Tylko Christian Eigler i Tobias Levels mają ponad 100 występów. W drużynie jest tylko jeden wychowanek i aż 12 obcokrajowców. Nie jest to więc kopalnia talentów jak choćby Freiburg.  Kadra zbudowana jest w większości z odrzutów z większych klubów, zawodników może nie starych, ale takich, u których inni widzieli jakiś defekt. Frekwencji w Bundeslidze też Ingolstadt nie zawyży. 15-tysięczny stadion będzie najmniejszy w lidze – jeśli Paderborn się utrzyma, to ex equo – a na meczach II-ligowych nie pojawiało się wcale wiele osób. Dziś dopiero po raz trzeci w sezonie sprzedano komplet biletów.

Ingolstadt szuka drogi

Nadzieja w tym, że mówimy o klubie dopiero 11-letnim, który szuka swojej drogi i dopiero buduje tożsamość. Sami ludzie z klubu podkreślają, że klub ma potencjał na poziomie Freiburga, Mainz czy Augsburga. Trochę w Bundeslidze za dużo klubów, które mierzą tylko w spokojne utrzymanie, ale może to tylko zasłona dymna. Przed tym sezonem Ingolstadt też chciało tylko spokojnego utrzymania.

Mario Goetze, tylko bardziej. Transfer, który wstrząsa Niemcami

selke

Davie Selke (w środku) był centralną postacią juniorskich reprezentacji Niemiec.

Ktoś, kto wypuszcza taką informację, musi nie mieć wyczucia. Bo nawet w każdy inny dzień trudno byłoby w nią uwierzyć. A jednak się zdarzyło i żartem nie było. Davie Selke ma latem zostać zawodnikiem RB Lipsk.

Sam transfer jest ciekawy nie ze względu na piłkarską wartość zawodnika – choć też – ale ze względu na dokonującą się tu i teraz, na naszych oczach, zmianą mapy Niemiec. Od kiedy runął mur berliński, zachodnioniemieckie kluby kupowały ze wschodu wszystkich najlepszych zawodników. Za bezcen. Zachodnie kluby się bogaciły i były coraz lepsze, a wschodnie biedniały i były coraz gorsze. Drugi etap to pojawienie się na wschodnioniemieckiej scenie RB Lipsk, który zaczął od pozostałych, zbiedniałych wschodnich klubów zbierać najzdolniejszych rejonów i przestał ich oddawać na zachód. Pojawienie się trzeciego etapu było nieuchronne, wieszczono je od dawna i właśnie nadeszło.

Oczywiście, Lipsk dokonywał już wcześniej dużych transferów, znanych zawodników, na których pewnie skusiłby się ktoś z zachodu. Ale będę się upierał, że akurat transfer Selkego jest przełomowy. Dotychczas Lipsk skupował najzdolniejszych juniorów, ale takich, których normalni ludzie raczej jeszcze niezbyt dobrze znają. Te nazwiska nie poruszały wyobraźni, nawet jeśli dla klubów było wielkim ciosem tracić swoich najzdolniejszych juniorów na rzecz Red Bulla.

Teraz Werder pozbywa się jednego z najzdolniejszych piłkarzy w całym niemieckim futbolu, na którego chrapkę mieli najwięksi. Selke był objawieniem mistrzostw świata U-19, które Niemcy wygrali, królem strzelców turnieju i bezsprzecznie jedną z z największych nadziei w niemieckim ataku. Ba, mówimy o jednym z najzdolniejszych młodych graczy w Europie. Selke właśnie rozgrywa w Bundeslidze debiutancki sezon. Viktor Skripnik odważnie na niego postawił, a on stworzył znakomity duet z Frankiem Di Santem, który sprawił, że Brema znów może marzyć o pucharach, a kibice Werderu o lepszych czasach. Ich najzdolniejszy wychowanek jesienią przedłużył kontrakt do 2018 roku. Podkreślał, że z Bremy nie chce się ruszać, choć mówiło się o zainteresowaniu nim niemieckich wielkich firm.

Parę dni temu gruchnęło, że Werder na tyle dramatycznie potrzebuje pieniędzy, że potrzebuje się go pozbyć. Już i teraz. Oferował go różnym klubom – m.in. Bayerowi Leverkusen, Borussii Moenchengladbach, Borussii Dortmund i VfL Wolfsburg. Najwięcej, osiem milionów dał, Lipsk. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, jeden z największych talentów europejskiego futbolu będzie w przyszłym sezonie grał w 2. lidze. Z własnego wyboru, bo – jak to ujął Thomas Eichin, dyrektor sportowy Werderu – „Daviego ujęły sportowe perspektywy projektu RB Lipsk”.

W Bremie od tego czasu wrze. Selke na trening musiał przyjść pod obstawą goryli z ochrony. Śmiercią grożono nawet jego fryzjerowi. Najbliższe miesiące, te przed przenosinami do Lipska, będą dla młodego napastnika niezwykle trudne. Można się spodziewać, że nawet kibice jego drużyny będą mu ubliżać. Czyli mamy do czynienia z kolejną odsłoną serialu o Mario Goetzem. Tyle, że tamten przypadek dziwił mniej – Goetze szedł w górę, do wąskiej europejskiej czołówki. Selke idzie do drugiej ligi.

Co najgorsze, nie może nawet powiedzieć, że od dziecka marzył o grze w tym klubie. Choć jest bardzo młody, to i tak 14 lat starszy od swojego nowego klubu.

Gdy znajdziemy się na zakręcie…

grzeszczak

Tak, artykuł zawiera lokowanie tytułu piosenki Sylwii Grzeszczak. Ale nie będzie nic o tym co zrobić, gdy rzuciła cię dziewczyna. Po prostu wstawienie cytatu z Sylwii, ewentualnie Beaty Kozidrak nadaje tekstowi odrobinę dramatycznego tonu. Celowy zabieg.

Dramatyczny ton jest jak najbardziej potrzebny, bo piszę o spadkowiczach z Bundesligi. Co z nimi będzie, gdy już znaleźli się na zakręcie, oprócz tego, że świat zakręci się niebezpiecznie? Czasem kwilicie, że moje tematy są zbyt niszowe, ale wybaczcie. Masowość tego bloga i tak mnie ostatnimi czasy zaskakuje, a ja nie mam zamiaru wyrzekać się napisania czasem czegoś niszowego. Ten blog wypromował się na niszowych tematach, więc nie rzucim niszy skąd nasz blog :-)

2. Bundesliga jest uznawana za jedną z najmocniejszych drugich lig na świecie i coś w tym jest. Łapałem się za głowę, co by było, gdyby spadło HSV, bo tłok wśród drużyn, które chcą awansować do Bundesligi zrobiłby się niewyobrażalny. HSV nie spadło, ale i tak drużyn, które otwarcie mówią – a jeśli nie mówią, to przynajmniej myślą – o awansie do Bundesligi w najbliższych kilku latach jest zatrzęsienie. Greuther Fürth, bo już niedawno tam był, bo w tym roku był blisko, ma mądrego trenera, nieźle szkoli młodzież, ma młodą drużynę i świat stoi przed nimi otworem. 1. FC Kaiserslautern, bo to Kaiserslautern. Z tego samego powodu Fortuna Düsseldorf (tzn. nie dlatego, że Kaiserslautern, ale że Düsseldorf). RB Lipsk niby nie mówi, że już, teraz natychmiast, ale na transfery chce wywalić z siedem milionów euro. Czyny znaczą więcej niż słowa. Dla St. Pauli wprawdzie zawsze liczy się przede wszystkim sport i dobra zabawa, ale jakoś zawsze w okolic awansu się kręcą. Karlsruher SC dobrym sezonem rozbudził znów nadzieję rzeszy kibiców. Kibice TSV 1860 Monachium nadziei już chyba nie mają, ale kiedyś w końcu klub z Allianz Areny awansować musi (najlepiej jak się wygrzebie z długów). Docelowo Bundesliga ma też być w Bochum (bo to Traditionsverein), no i w Ingolstadt, bo Audi. Wymieniłem już całą ligę? O tym właśnie mówiłem. To będzie szalona liga, jeszcze bardziej niż w tym roku. A trzeba wziąć pod uwagę, że zawsze ktoś jeszcze wyskakuje jak Paderborn z konopi. I są jeszcze Norymberga z Brunszwikiem.

Właśnie. Jeszcze przed chwilą Bundesliga, mecze z Bayernem, Borussiami, liczenie punktów do utrzymania i łup, nie ma. Zainteresowanie przenosi się do Paderborn, a Brunszwik i Norymbergę prawie wszyscy mają gdzieś. Jakie perspektywy czekają spadkowiczów?

Póki co otwarcie o awansie mówi Norymberga, a Brunszwik nie. Choć to Eintracht spadł zdecydowanie bardziej na cztery łapy niż Norymberga.

Eintracht szykował się na spadek już w momencie świętowania awansu. Cuda się zdarzają, ale nie warto na nich opierać planu biznesowego firmy. Ot, zdarzą się, to się podziękuje Bogu, lecz gdy nie, to trzeba mieć przygotowany plan. Brunszwik spadł najmądrzej jak się dało. Bez żadnej rewolucji i długów. Menedżer Marc Arnold i trener Torsten Lieberknecht mają kontrakty podpisane do 2017 roku. Z klubu odeszli Ermin Bicakcić (Hoffenheim) i Daniel Davari (nie wiadomo dokąd) oraz mało znaczące mięso armatnie. Do tego nie jest znana przyszłość Domiego Kumbeli i Damira Vrancicia, ale to naprawdę nie spowoduje upadku klubu. Nawet gdyby odeszli. Kubela – owszem – był najlepszym strzelcem, ale ma 30 lat, więc klub nie ma zamiaru się zastawiać, by go zatrzymać. A Vrancić w Bundeslidze i tak nie błyszczał. Do klubu trafił już Rafał Gikiewicz, który powinien być pierwszym bramkarzem, a za Bicakcicia ma przyjść Maik Franz z Herthy. Jasne, warunki finansowe będą gorsze niż w Bundeslidze, ale lepsze niż w sezonie awansu do niej. Brunszwik będzie miał budżet 25 milionów euro, czyli o 15 mniejszy niż w Bundeslidze, ale o 10 większy niż dwa sezony temu. Wpływy z praw telewizyjnych mają wynieść o 10 milionów mniej niż w Bundeslidze, ale o 3 miliony więcej niż w roku awansu. Klub planuje 15 milionów wpompować w najbliższych latach w akademię. Eintracht stoi na zdrowych nogach, nie będzie przesadnie osłabiony, nie dojdzie w nim do rewolucji, a pieniądze będzie miał i tak lepsze niż wszyscy są przyzwyczajeni. Menedżer mówi, że dzięki sezonowi w Bundeslidze zaoszczędzili jakieś dwa-trzy lata w drodze rozwoju, którą przyjęli. Eintracht na powrót do Bundesligi na pewno nie będzie znów czekał 28 lat. A czy wróci w tym roku? Nie ma presji.

Co innego Norymberga. Tam sytuacja finansowa jest o tyle gorsza, że klub ma długi. Władze nie mają zamiaru zadłużać klubu jeszcze bardziej, tak jak to zrobiły przy poprzednim awansie, ale jednak strukturę chcą utrzymać pierwszoligową. – Z całym szacunkiem dla 2. Bundesligi, ale wszyscy muszą wiedzieć, że Norymberga jest tu tylko tymczasowo – mówi dyrektor sportowy Martin Bader, który – mimo drugiego spadku – utrzymał stanowisko. Póki co podjęto decyzję o utworzeniu stanowiska szefa sekcji piłkarskiej, które objął Wolfgang Wolf, były trener Norymbergi. Oferty przedłużenia kontraktu dostali Javier Pinola (już podpisał), Per Nilsson, Makoto Hasebe i Markus Feulner. Klub chce też zatrzymać Daniela Ginczka, którego za 2,5 miliona euro chce wykupić pół Bundesligi (Freiburg, Werder etc.). Ale Norymberga daje leczącemu kontuzję więzadeł krzyżowych napastnikowi spokojną rehabilitację i wprowadzanie do gry bez presji, czego w nowym klubie może nie doświadczyć. Być może w klubie zostanie skreślany już wielokrotnie Hanno Balitsch, a niewykluczone, że pierwszym bramkarzem zostanie Patrick Rakovsky. I to mimo pozostania Raphaela Schäfera.

W Norymberdze mówią jasno – celem jest powrót do Bundesligi już w pierwszym sezonie. To zadanie ma wykonać najprawdopodobniej trener Holger Stanislawski, któremu w Kolonii się to nie udało.

Ani Norymberdze ani Eintrachtowi nie grozi degrengolada w stylu Cottbus czy Hansy Rostock. Ale za to, że którykolwiek z nich wróci już po roku, nie dałbym sobie obciąć nawet paznokcia.

Drugie miasto Europy

Oglądaliście „Hot Fuzz”? Pamiętacie, taka brytyjska komedia, w której nadgorliwy policjant zostaje zesłany z Londynu do Standford, wygrywającego od lat konkurs na najlepsze miasto w Anglii. Szybko okazuje się, że… trudno o gorsze miasto. Usuwa się tam wszystkich – aktorkę, bo miała głupi śmiech, czy mimów, bo zakłócają krajobraz.

 Przypomniałem sobie to dziś w Aalen, bo to wypisz wymaluj niemiecka wersja Standford. Szczycą się tu pewnie nie tym, że są najlepszym miastem, ale tym, że zajmują drugie miejsce w spisie alfabetycznym europejskich miast. Poza tym, daję głowę, że zabijają tam mimów. Żadnego nie widziałem.

 W ogóle nikogo nie widziałem. Widać – tęga głowo z nogą w środku – nie wszyscy są tacy głupi jak ty. Dziś o mało pierwszy raz nie zdezerterowałem. Musicie zrozumieć sytuację. Wpadłem z Frankfurtu przespać się w swoim łóżku i mogłem:

 a) w spokoju i ciepełku spać do południa, by potem obejrzeć mecze w telewizji i napisać hejterski tekst o Lechii Gdańsk.

 b) niewyspany wstać o 6 rano, po ciemku wyjść na mróz i z dwoma przesiadkami, za duże pieniądze (ale do wydania, nie do zarobienia) jechać do jakiejś mieściny w Badenii-Wirtembergii.

 Wiadomo, co wybrałem. Nie pytajcie dlaczego.

 W Aalen nie było nikogo oprócz mnie i kibiców St. Pauli Hamburg. Ci to dopiero mieli trasę. Jak na złość, miałem sporo czasu, więc mogłem dokładnie przejść się po tym miasteczku. Dla mnie – zbyt wychuchane, gdzieś musi być jakiś haczyk. Chodniczki bez ani jednego listka, elewacje domków nieokopcone, krzewy przystrzyżone, czyste mury, na których aż się prosiło wymazać:

 VfR Aalen je banana ze skórką.

Główną atrakcją 60-tysięcznego miasteczka są ruiny rzymskiego limes. Moja wykładowczyni, która nakazywała nam wysyłać referaty „do nieprzekraczalnego limes 6 czerwca” byłaby zachwycona. Stanąłem przed tymi rzymskimi cegłami i ruszyło mnie. Obcowanie z czymś tak bardzo starym, uświadamia mi, że ja jestem jętką, a cała reszta spiżem. Czas na mecz.

 W takim do przesady poprawnym miasteczku spodziewałem się czyściutkiego i schludnego stadioniku. I tu zaskoczenie. Przeżyłem szok kulturowy. W 2. Bundeslidze są tak wielkie kluby jak Fortuna Duesseldorf, FC Koeln, Kaiserslautern, TSV 1860 Monachium, St. Pauli Hamburg z wielkimi stadionami, ale są też pipidówy jak Aalen z takimi… gniotami.

aa1

 Gdy stadion się zapełnił, wyglądał nieźle. 10 500 ludzi, więc prawie komplet, jakiś tam doping. Pusty przypominał jednak boisko na łotewskiej prowincji. Trybuna, na której stał młyn gospodarzy to blaszane rusztowanie. Rurka pionowo, rurka poziomo i tak przez kilkadziesiąt metrów, a na górę płachta. Dookoła stadionu drogi bez asfaltu. A na trybunie VIP (drewnianej) skórzane, luksusowe krzesła. Czy tu – przepraszam – są jakieś wymagania licencyjne? 2. Bundesliga!

aa6

 O, a przemądrzałe panie z Sanepidu tu i na kilku innych stadionach padłyby trupem, gdyby zobaczyły męskie ubikacje. Cztery ściany, a wokół nich, na wysokości pasa rynna. Byle się zmieścić na szerokość (ramion) i nie patrzeć na boki ani w dół.

 Tak, Aalen zupełnie nie pasuje mi do profesjonalnej niemieckiej ligi. Drużyna pełna anonimów rok temu jako absolutny beniaminek się utrzymała, a teraz jest w środku tabeli. Z St. Pauli jednak zasłużenie przegrała. Co mnie jednak prawdopodobnie przekonało do przyjazdu do Aalen, to możliwość zobaczenia kibiców St. Pauli.

aa12

 Szczelnie wypełnili sektor gości, dopingowali głośniej od gospodarzy przez cały mecz. Na początku drugiej połowy zaprezentowali natomiast to, z czego są znani. Festiwal kolorowych baloników, tęcza, podpis „St. Pauli żyje kolorowo” i transparent „St. Pauli przeciwko homofobii i seksizmowi”. Nie każdemu musi się to podobać, ale jednak zobaczyć coś takiego na stadionie, prezentowane przez grupę ultras, to jest przeżycie. Jestem przyzwyczajony do kibicowskiego radykalizmu, ale zdecydowanie w drugą stronę.

 Dobrze, fajnie się gawędzi, ale powoli się ściemnia i czas pomyśleć, jak się teraz z tej dziury wydostać. W sumie, z perspektywy czasu – jak zawsze – stwierdzam, że warto było. Jeszcze nie zdarzyło mi się żałować wyjazdu na mecz.

Kleeblatt, Kleeblatt! Porwali mnie, jestem ich

fur8

Greuther Fuerth zawsze kojarzył mi się z Piastem Gliwice głównie z powodu faktu, że jest wiecznym II-ligowcem, który dopiero rok temu zdołał pierwszy raz w historii awansować do najwyższej ligi. Na żywo zobaczyłem, że podobieństw jest dużo więcej.

 Fuerth wydało mi się na pierwszy rzut oka ładnym, śląskim miastem. Dla niektórych może to być zaskoczenie, ale nie, kombinacja „ładne śląskie miasto” to nie oksymoron. Było bardzo wyludnione, bo niedziela, dzień wyborów samorządowych, więc wszyscy ludzie pochowani w kościołach, domach lub lokalach wyborczych. Wszyscy oprócz zielonych niedobitków, które dopiero w okolicach stadionu stały się zieloną masą.

 Jechałem, błogim spojrzeniem ogarniając jakby znajome familoki, gdy zobaczyłem reklamę dezodorantu Nivea: „ Dwa w jednym. Chroni przed potem spowodowanym stresem i przed zwykłym potem”. Tak głupich reklam w śląskich miastach nie widziałem.

 Gdy już zobaczyłem Trolli Arenę – co za nazwa – Trolli to żelki. Tak jakby nazwać stadion „Miśki Arena” – stwierdziłem, że w śląskich miastach nie ma też tak brzydkich stadionów. Owszem, stadion Piasta budzi kontrowersje, bo architektonicznie nawiązuje do Tesco, ale przy Trolli Arenie jest perełką.

 Wiedziałem to już wcześniej, nawet pisałem, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć. Jedno miasto, jeden klub, jeden stadion… trzy różne trybuny. To przestroga dla Górnika Zabrze, co się stanie jeśli szybko nie zrobią też w Zabrzu czwartej trybuny.

 Wygląda to tak jakby w Fuerth rozpoczęli kiedyś renowację stadionu. Postawili jedną trybunę i zabrakło im pieniędzy, więc zostawili. Po jakimś czasie do pomysłu wrócili, ale stwierdzili, że ta pierwsza trybuna została odnowiona nie najlepiej, więc drugą postawili w inny sposób, a dla reszty stadionu zabrakło już kasy. Jednak gdy drużyna się rozwijała, trzeba było je wyremontować, więc zrobili je – na szczęście obie! – w zupełnie innym stylu niż dwie poprzednie. W środek wciśnięto zaś budę ze Skyboksami. Tak, budę, inaczej tego się nie da nazwać. Przypomina „Okrąglaka” ze stadionu Wisły, ale jest dużo brzydsza.

 Architektoniczny chaos, totalny potworek.

Chaos też organizacyjny, ale to dobrze znam z Polski, dopiero przy porządku się gubię. Gdy powiedzieli mi, że akredytacje odbiera się w… hotelu kilometr od stadionu, bo brakuje im przestrzeni użytkowych, naszło mnie filozoficzne pytanie, które zawsze łapie mnie w Jaworznie:

 „Tu naprawdę była kiedyś ekstraklasa?”

 Cóż jednak z tego, skoro Greuther to bezsprzecznie mój ulubiony niemiecki klub. Trudno, w takim polskim mieście się urodziłem, na mecze takiego klubu mnie zabierano, że przyzwyczaiłem się, iż zwycięstwa „naszych” to niespodzianka, więc niespodzianki są fajne. Lubię jak mały bije dużego, choć wiem, że przez większość czasu będę jednak cierpiał patrząc, jak duży bije małego.

Doszedłem do stadionu, a tam wątek związany z Hoffenheim:

fur1

„Krowy, świnie, Hoffenheim. Hurra, cała wieś przyszła”.

 W Fuerth wszystko jest zielone. „Kleeblatt”, czyli liść koniczyny, jest widoczny wszędzie. Na mecze trzeba zabrać coś zielonego. Faceci w spodniach, kobiety w spódnicach, dzieci od stóp do głów na zielono. Co więcej, potrafili zieloność wykorzystać marketingowo – klub jest przedstawiany jako przyjazny środowisku, co w Niemczech jest jeszcze bardziej modne niż u nas, a wokół stadionu wszędzie można znaleźć… herbaciarnie pod patronatem Greuthera

fur5

. Są zieloni jak Celtic Glasgow czy Boston Celtics, generalnie Celtowie. Zresztą motyw celtycki pojawia się w świetnej piosence granej przed meczami:

 W ogóle, oprawa audiowizualna tego meczu była RE-WE-LA-CYJ-NA! Dziś dopiero odkryłem jak bardzo to jest ważne. Jak można muzyką, filmami puszczanymi na telebimie i dobrym spikerem budować napięcie. To był mecz którejśtam kolejki 2 ligi, Greuther grał z Bochum, nic wielkiego, a ja nie mogłem się doczekać. Naprawdę, Liga Mistrzów. Pomieszanie fajnego hip-hopu, z fajnym rockiem i z… no, charakterystycznym bawarskim szlagierem dało świetny efekt. Może dlatego, że wszystkie piosenki były napisane o Greutherze i dla Greuthera. Przedstawiam tę hip-hopową, bo też mi się mocno przyczepiła do nogi w głowie.

 I mecz naprawdę był świetny. Jak przed 2. Bundesligą się zwykle bronię, tak dziś rzuciła mnie na kolana. Niesamowicie się to układało. Greuther lider, Bochum gdzieś w środku tabeli. 4. minuta, ja patrzę tylko na Ćwielonga, myślę sobie: chłopie, strzel coś, będę miał materiał. Spóźnił się do kontry, ale pobiegł za nią i dobrze zrobił, bo dopadł do piłki i pięknie strzelił w okienko. Cóż, super się ułożyło, bo widziałem Ćwielonga parędziesiąt razy i wiem, że bardzo rzadko tak strzela. A tu pierwszy strzał i konsternacja na stadionie.

 Jeszcze większa konsternacja, gdy Japończyk z jego drużyny 20 minut później strzelił tak samo. Idealnie, po obu strzałach nie było, czego zbierać. Bramkarz niby próbował mieć pretensje do obrońców, obrońcy do bramkarza, ale tak naprawdę mogli tylko klaskać. Dlatego gdy w 30. minucie trener Neururer ściągnął tego Japończyka z boiska, nikt w to nie mógł uwierzyć, na czele z nim samym. Żadnej kontuzji, kartki, nic, prowadzenie 2-0 na boisku lidera, facet strzelił gola i schodzi z boiska. To było przedziwne.

 Ale trener Neururer jest przedziwny. Potrafił śpiewać melodie z Disney’a na wizji, a po wygranych meczach gadać jak Kaczor Donald. Wygląda przy tym jak Czarny z „Undergroundu” (wybaczcie, że cały czas nawiązuję do tego filmu, ale to taka kopalnia typów wszelkiej maści, że do każdego pasuje).

Greuther był trochę nieporadny, Bochum zdecydowanie bardziej mi się podobało (jego kibice śpiewali „rararara”, czyli najlepszą przyśpiewkę świata, ale w zabrzańskiej wersji było to znacznie lepsze). Niemniej w drugiej połowie gospodarze strzelili trzy gole i… żaden nie został uznany. Pierwszy raz w życiu widziałem, by drużyna zdobyła trzy bramki i przegrała 0-2. Trzeba jednak przyznać, że w pełni zasłużenie.

 Po meczu porozmawiałem z Ćwielongiem, pierwszy raz, mimo że pochodzenie (prawie) nas łączy. Bardzo fajny chłopak, a dawno nie słyszałem, żeby o Polaku tak pozytywnie wypowiadał się zagraniczny trener. Niech ci się wiedzie chłopie. Grasz w lepszej drużynie niż Śląsk Wrocław, bez dwóch zdań.

Nie tylko Eintracht, nie tylko kobiety

Kibicowanie klubowi, który jest wiecznie biedny, wiecznie bez perspektyw, nieznany i od 100 lat  nie osiągający sukcesów boli. Kibicowanie takiemu klubowi, gdy obok lokalny rywal kosi triumfy,  gra na 40-tysięcznym stadionie i zna go każdy szanujący się kibic od Karachi po Tegucigalpę,  wymaga charakteru. Zaś granie w tym klubie, ze świadomością, że największe sukcesy i tak osiąga  sekcja kobieca – wymaga niezłomności. Czasem, raz na pół wieku i do takich drużyn – zza  wielkiej góry – wychodzi słońce. Tak jest w tym roku – FSV Frankfurt gra w tej samej lidze, co  wielki Eintracht.

To były najbardziej wyczekiwane derby, które chcą być jak najszybciej zapomniane. Rzadko się  zdarza, by dwie największe drużyny w mieście nie mierzyły się ze sobą przez 50 lat. Rzadko, o  ile nie mówimy o Niemczech, gdzie dwa kluby na znośnym poziomie w jednym mieście to rzadkość.  Dlatego, gdy FSV po raz kolejny ledwo ledwo utrzymało się w 2. Bundeslidze, a Eintracht  niespodziewanie do niej spadł, wszyscy zacierali ręce. Odnowiony w 2009 roku VolksbankStadion  mieści jednak tylko 11 tysięcy osób. Tymczasem derby chciało ich obejrzeć zdecydowanie więcej.  Ostatecznie, zdecydowano się więc je rozegrać na stadionie Eintrachtu, który mieści 40 tysięcy  kibiców. Klęska FSV była jednak setna. 0-4 sprawiło, że kibice jakoś tak przestali tęsknić za  mierzeniem się z lokalnym rywalem.

Rywalizacja pewnie prędko się nie powtórzy (nie licząc oczywiście rewanżu), bo FSV jak zwykle  walczy o utrzymanie (obecnie na 13. miejscu), zaś sąsiedzi chcą szybko wrócić do elity i na  razie nie przegrali meczu, zajmując drugie miejsce w tabeli. A o tym, że mniej znana drużyna z  Frankfurtu powalczy o Bundesligę po raz pierwszy w historii raczej nie ma co na razie marzyć.  Stary, bo założony w 1899 roku, klub drobne chwile triumfu miał tak dawno, że ci, którzy je  pamiętają nucą sobie już piosenki geriatryka. W 1925 roku FSV zostało wicemistrzem Niemiec (w  systemie pucharowym). W finale uległo Norymberdze 0-1, ale wcześniej ograło HSV Hamburg, czy  Herthę Berlin. W 1938 roku dotarło zaś do finału krajowego pucharu. Również bez efektu.

W latach 60. frankfurtczycy byli jeszcze etatowymi II-ligowcami. Później zaczęli się jednak  staczać, a występy na przedsionku najwyższej ligi stały się raczej wyskokami, niż normą. Po  spadku w połowie lat 90. klub występował w niższych klasach rozgrywkowych. Dobrze zaczęło się  dziać dopiero pięć lat temu. Klub po siedmiu sezonach gry w IV lidze wywalczył awans, jego  sponsorem został Hyundai, odnowiono stareńki stadion z lat 30. i siłą rozpędu powrócono do 2.  Bundesligi. W pierwszych dwóch sezonach cudem udawało się zajmować 15. pozycję, a więc tuż nad  strefą barażową, zaś w trzecim FSV zaszalało, zajęło 13. miejsce i mogło sobie pozwolić na  wątpliwy komfort przerżnięcia trzech ostatnich meczów w sezonie.

Nadziei na szybką poprawę sytuacji raczej, jako się rzekło, nie ma. A to dlatego, że obecny  skład FSV jest tak samo mizerny, jak właściwie wszystko, co się z tą drużyną wiąże. Jedyne  nazwisko, które cokolwiek znaczy, nosi Wiaczesław Hleb, ale jest znane tyleż, przez  podobieństwo z branżą piekarską, co przez starszego brata piłkarza FSV – Aleksandra, który dziś  gra w VfL Wolfsburg, a w szczytowym okresie biegał po Camp Nou jako gospodarz. Wiaczesław ma  jednak ten feler, że nigdzie poza Białorusią nie błyszczy. Nie dał rady w HSV, Grasshoppers  Zurich, czy Szanghaju, za to w MTZ-Ripo Mińsk strzelał bramki jak Grzegorz Piechna za czasów  gry w WOY-u Bukowiec Opoczyński. Żaden piłkarz FSV nie ma też tylu występów w reprezentacji, co  on – już ponad 40.

Reszta to gracze, jak z Odry Wodzisław. Odrzuceni, kiedyś może utalentowani, o czym świadczą  powołania do reprezentacji młodzieżowych, potem staczający się coraz niżej. Epizodziki w  młodzieżówkach mieli Nils Teixeira i Manuel Konrad (Niemcy) oraz Tufan Tosunoglu (Turcja).  Trochę więcej w pewnych momentach kariery znaczyli Karim Benyamina, który jest najlepszym  strzelcem w historii Union Berlin i dwa razy zagrał w reprezentacji Algierii, Babacar Gueye,  25-razy zakładający koszulkę Senegalu (w 25 różnych meczach). Mario Fillinger i Daniel Gordon  krótko podokazywali odpowiednio w HSV i Dortmundzie, wreszcie Sven Mueller znaczył trochę  więcej w Wolfsburgu, Norymberdze czy Kaiserslautern, a nawet 4-krotnie grał w niemieckiej  kadrze B.

Najjaśniejszą gwiazdą i pewnym promykiem nadziei na lepszą przyszłość jest jednak Macauley  Chrisantus. Dobre informacje są takie, że jest młody (21), bardzo skuteczny (6 goli w 10  meczach) i już się pokazał na arenie międzynarodowej, kiedy został królem strzelców mistrzostw  świata U-17, strzelając dla Nigerii siedem goli w siedmiu meczach, więc daje nadzieję na niezły  zarobek z przyszłego transferu. Zła wiadomość jest taka, że… nie dla FSV. Młody napastnik  jest wypożyczony z HSV, okrzepnie, nastrzela w 2. lidze i tyle go będą we Frankfurcie widzieć.

Całą obarczoną lekko tragicznym losem zgrają dowodzi Hans Juergen Boysen, czyli trener z  gatunku naszego Janusza Kubota, którego niektórzy określiliby „ma 70 lat i nigdy nic nie  wygrał”. Boysen ma 54 i prowadził dotychczas równie prowincjonalne, co jego obecna, drużyny.  Gdyby nagle wzleciał z nią ponad poziomy, miałby jeszcze szansę na późne zawodowe spełnienie.  Skończy się jednak pewnie tak, że Boysen następnych derbów Frankfurtu z FSV jako gospodarzem  już nie dożyje. Niestety, dosłownie…

PS Wyszperałem, że FSV miało w swojej historii jednego mistrza świata. Richard Herrmann,  urodzony w Katowicach, do połowy lat 30 grający w 1. FC Katowice w 1954 roku sięgnął z  reprezentacją RFN po tytuł najlepszej drużyny na planecie.


Beniaminek znad Lecha*

Gdybym się nazywał Jan-Ingwer Callsen-Bracker, ten blog biłby ogólnoświatowe rekordy popularności. Wygrywałbym rankingi zaufania. Był jednym z najbardziej wpływowych i rozchwytywanych ludzi. Jestem pewny. Jan-Ingwer Callsen-Bracker to w moim rankingu najpiękniejszych nazwisk absolutny top. Wiadomo, niemieckie, najpiękniejszy język świata robi swoje. Bastian Schweinsteiger zdetronizowany.

Tego Jana-Ingwera Callsen-Brackera w kolejnym sezonie słychać będzie dużo częściej, bowiem były piłkarz Bayeru Leverkusen i Borusii Moenchengladbach (też cudowna nazwa. Jan-Ingwer Callsen-Bracker z Borusii Moenchengladbach. To były czasy…) awansował ze swoim obecnym klubem do ekstraklasy. A klub to taki, co najbardziej na tym blogu lubimy. Absolutny beniaminek! FC Augsburg.

Składniki idealne do przedstawienia na „Z nogą w głowie” są prawie wszystkie w komplecie. Klub stary, założony w 1907 roku, przez większość stulecia nie znaczył kompletnie nic. Szczęście mieszkańców trzeciego największego miasta Bawarii mimo to było duże. Te bowiem 264 tysiące ludzi ma najwięcej dni wolnych od pracy w całych Niemczech. Wszystko dlatego, że Augsburg jest jedynym miejscem, który ma swoje prywatne święto miejskie i 8 sierpnia, w rocznicę podpisania pokoju augsburskiego, całe Niemcy hulają w należytym ordnungu, a augsburczycy leżą sobie na trawce i popijają chłodne, moczopędne napoje. Jak jednak wiadomo, szczęście nie może być pełne bez sukcesów piłkarskich.

Pierwsze symptomy poprawy pojawiły się w latach 60. Grający jeszcze jako BC Augsburg zespół spędził dwa sezony w 2 lidze i spadł. Wrócił w kolejnej dekadzie, już po połączeniu ze Schwaben Augsburg, pod dzisiejszą nazwą i był najbliżej sukcesów. W sezonie 1973/1974, który również Polacy chętnie wspominają, augsburczycy bili się o awans do Bundesligi. Ostatecznie wszystko miał rozstrzygnąć mecz z największym rywalem – TSV „achtzehnhundertsechszig” Muenchen. Przegrali w obecności 90 tysięcy widzów, co jest rekordem na meczu II-ligowym w Niemczech (o 10 tysięcy więcej niż wynosi rekord polskiej… ekstraklasy), na tym samym stadionie, na którym Polacy dwa lata wcześniej zdobyli złoty medal olimpijski.

Ostatni sezon w przedpokoju spędzili w 1983 roku. Zlecieli na 23 lata, w których nie za wiele się działo. Nuda, 3 liga, stabilizacja, brak perspektyw. Zrobiło się ciekawiej tylko na przełomie wieków, kiedy sprawa się rypła, wydawałoby się na dobre. Z powodu długów Deutscher Fussball Bund nie przyznał im licencji i zdegradował do IV ligi. To był impuls. Klub zaczął budować stadion, który nazwał… Impuls Areną. Zaczął też iść w górę. Pieronem wygrał trzecią ligę, wskoczył do drugiej, zajął siódme miejsce, a w drugim ledwo się utrzymał. Zatrudniono wtedy holenderskiego trenera Josa Luhukaya. Wychowanek Venlo, które zasłynęło niedawno tym, że „podpisało” kontrakt z 18-miesięcznym chłopczykiem, który sprawnie trafiał piłką większą od niego do wysokiego pudełka. Nie ma co się jednak śmiać, ludzie z Venlo znają się na rzeczy. To oni zauważyli Keisukę Hondę i to oni wychowali Luhukaya.

Holender dotychczas prowadził prowincjonalne kluby, jak Uerdingen czy Paderborn. Jedyną odskocznią było Moenchengladbach, gdzie sobie nie poradził. Z Augsburgiem osiągnął jednak największy sukces w historii swojej i klubu. Mając w składzie Lukasa Sinkiewicza (miał być reprezentantem Polski za piękne Sienkiewiczowskie nazwisko, nie wyszło), Jana-Ingwera Callsen-Brackera czy Simona Jentscha (były bramkarz Schalke) zajął drugie miejsce za Herthą Berlin. To było kluczowe, bowiem wszyscy w bawarskim mieście chcieli uniknąć sytuacji z zeszłego roku, gdy byli pozycję niżej i przegrali baraże z Norymbergą.

A co jest w tym wszystkim najbardziej imponujące i sprawiające, że zazdroszczę Niemcom tej ich organizacji? To, że absolutny beniaminek wchodzi do ligi z nowoczesnym, 30-tysięcznym stadionem. Zawsze. Nie przypominam tam sobie cyrków i gry na pastwisku. Jedno Hoffenheim musiało się na pół roku wynieść poza miasto, ale jak już wróciło do siebie, to gra na 35-tysięcznej Rhein-Neckar Arenie. A u nas? ŁKS Łódź ruina. Podbeskidzie – stadionik stary i ciasny. Flota – chyba nawet na okręgówkę dostałaby warunkową licencję…

* Augsburg leży nad swojskobrzmiącą rzeką Lech