Gdy znajdziemy się na zakręcie…

grzeszczak

Tak, artykuł zawiera lokowanie tytułu piosenki Sylwii Grzeszczak. Ale nie będzie nic o tym co zrobić, gdy rzuciła cię dziewczyna. Po prostu wstawienie cytatu z Sylwii, ewentualnie Beaty Kozidrak nadaje tekstowi odrobinę dramatycznego tonu. Celowy zabieg.

Dramatyczny ton jest jak najbardziej potrzebny, bo piszę o spadkowiczach z Bundesligi. Co z nimi będzie, gdy już znaleźli się na zakręcie, oprócz tego, że świat zakręci się niebezpiecznie? Czasem kwilicie, że moje tematy są zbyt niszowe, ale wybaczcie. Masowość tego bloga i tak mnie ostatnimi czasy zaskakuje, a ja nie mam zamiaru wyrzekać się napisania czasem czegoś niszowego. Ten blog wypromował się na niszowych tematach, więc nie rzucim niszy skąd nasz blog :-)

2. Bundesliga jest uznawana za jedną z najmocniejszych drugich lig na świecie i coś w tym jest. Łapałem się za głowę, co by było, gdyby spadło HSV, bo tłok wśród drużyn, które chcą awansować do Bundesligi zrobiłby się niewyobrażalny. HSV nie spadło, ale i tak drużyn, które otwarcie mówią – a jeśli nie mówią, to przynajmniej myślą – o awansie do Bundesligi w najbliższych kilku latach jest zatrzęsienie. Greuther Fürth, bo już niedawno tam był, bo w tym roku był blisko, ma mądrego trenera, nieźle szkoli młodzież, ma młodą drużynę i świat stoi przed nimi otworem. 1. FC Kaiserslautern, bo to Kaiserslautern. Z tego samego powodu Fortuna Düsseldorf (tzn. nie dlatego, że Kaiserslautern, ale że Düsseldorf). RB Lipsk niby nie mówi, że już, teraz natychmiast, ale na transfery chce wywalić z siedem milionów euro. Czyny znaczą więcej niż słowa. Dla St. Pauli wprawdzie zawsze liczy się przede wszystkim sport i dobra zabawa, ale jakoś zawsze w okolic awansu się kręcą. Karlsruher SC dobrym sezonem rozbudził znów nadzieję rzeszy kibiców. Kibice TSV 1860 Monachium nadziei już chyba nie mają, ale kiedyś w końcu klub z Allianz Areny awansować musi (najlepiej jak się wygrzebie z długów). Docelowo Bundesliga ma też być w Bochum (bo to Traditionsverein), no i w Ingolstadt, bo Audi. Wymieniłem już całą ligę? O tym właśnie mówiłem. To będzie szalona liga, jeszcze bardziej niż w tym roku. A trzeba wziąć pod uwagę, że zawsze ktoś jeszcze wyskakuje jak Paderborn z konopi. I są jeszcze Norymberga z Brunszwikiem.

Właśnie. Jeszcze przed chwilą Bundesliga, mecze z Bayernem, Borussiami, liczenie punktów do utrzymania i łup, nie ma. Zainteresowanie przenosi się do Paderborn, a Brunszwik i Norymbergę prawie wszyscy mają gdzieś. Jakie perspektywy czekają spadkowiczów?

Póki co otwarcie o awansie mówi Norymberga, a Brunszwik nie. Choć to Eintracht spadł zdecydowanie bardziej na cztery łapy niż Norymberga.

Eintracht szykował się na spadek już w momencie świętowania awansu. Cuda się zdarzają, ale nie warto na nich opierać planu biznesowego firmy. Ot, zdarzą się, to się podziękuje Bogu, lecz gdy nie, to trzeba mieć przygotowany plan. Brunszwik spadł najmądrzej jak się dało. Bez żadnej rewolucji i długów. Menedżer Marc Arnold i trener Torsten Lieberknecht mają kontrakty podpisane do 2017 roku. Z klubu odeszli Ermin Bicakcić (Hoffenheim) i Daniel Davari (nie wiadomo dokąd) oraz mało znaczące mięso armatnie. Do tego nie jest znana przyszłość Domiego Kumbeli i Damira Vrancicia, ale to naprawdę nie spowoduje upadku klubu. Nawet gdyby odeszli. Kubela – owszem – był najlepszym strzelcem, ale ma 30 lat, więc klub nie ma zamiaru się zastawiać, by go zatrzymać. A Vrancić w Bundeslidze i tak nie błyszczał. Do klubu trafił już Rafał Gikiewicz, który powinien być pierwszym bramkarzem, a za Bicakcicia ma przyjść Maik Franz z Herthy. Jasne, warunki finansowe będą gorsze niż w Bundeslidze, ale lepsze niż w sezonie awansu do niej. Brunszwik będzie miał budżet 25 milionów euro, czyli o 15 mniejszy niż w Bundeslidze, ale o 10 większy niż dwa sezony temu. Wpływy z praw telewizyjnych mają wynieść o 10 milionów mniej niż w Bundeslidze, ale o 3 miliony więcej niż w roku awansu. Klub planuje 15 milionów wpompować w najbliższych latach w akademię. Eintracht stoi na zdrowych nogach, nie będzie przesadnie osłabiony, nie dojdzie w nim do rewolucji, a pieniądze będzie miał i tak lepsze niż wszyscy są przyzwyczajeni. Menedżer mówi, że dzięki sezonowi w Bundeslidze zaoszczędzili jakieś dwa-trzy lata w drodze rozwoju, którą przyjęli. Eintracht na powrót do Bundesligi na pewno nie będzie znów czekał 28 lat. A czy wróci w tym roku? Nie ma presji.

Co innego Norymberga. Tam sytuacja finansowa jest o tyle gorsza, że klub ma długi. Władze nie mają zamiaru zadłużać klubu jeszcze bardziej, tak jak to zrobiły przy poprzednim awansie, ale jednak strukturę chcą utrzymać pierwszoligową. – Z całym szacunkiem dla 2. Bundesligi, ale wszyscy muszą wiedzieć, że Norymberga jest tu tylko tymczasowo – mówi dyrektor sportowy Martin Bader, który – mimo drugiego spadku – utrzymał stanowisko. Póki co podjęto decyzję o utworzeniu stanowiska szefa sekcji piłkarskiej, które objął Wolfgang Wolf, były trener Norymbergi. Oferty przedłużenia kontraktu dostali Javier Pinola (już podpisał), Per Nilsson, Makoto Hasebe i Markus Feulner. Klub chce też zatrzymać Daniela Ginczka, którego za 2,5 miliona euro chce wykupić pół Bundesligi (Freiburg, Werder etc.). Ale Norymberga daje leczącemu kontuzję więzadeł krzyżowych napastnikowi spokojną rehabilitację i wprowadzanie do gry bez presji, czego w nowym klubie może nie doświadczyć. Być może w klubie zostanie skreślany już wielokrotnie Hanno Balitsch, a niewykluczone, że pierwszym bramkarzem zostanie Patrick Rakovsky. I to mimo pozostania Raphaela Schäfera.

W Norymberdze mówią jasno – celem jest powrót do Bundesligi już w pierwszym sezonie. To zadanie ma wykonać najprawdopodobniej trener Holger Stanislawski, któremu w Kolonii się to nie udało.

Ani Norymberdze ani Eintrachtowi nie grozi degrengolada w stylu Cottbus czy Hansy Rostock. Ale za to, że którykolwiek z nich wróci już po roku, nie dałbym sobie obciąć nawet paznokcia.

Kolejny potentat samochodowy chce klubu w Bundeslidze

ingolstadt

Gdy niemiecki kibic ma koszmary, śni mu się, że w Bundeslidze rządzą same kluby bez tradycji, z małych miast, ale wielkimi pieniędzmi. Koszmary kibiców w każdym kraju wyglądają zresztą w miarę podobnie. U nas rolę Buki spełniały Amica, Groclin a ostatnio Termalica. W Niemczech liga jak z Hitchcocka to taka zdominowana przez RB Lipsk, Wolfsburg, Leverkusen, Hoffenheim… No właśnie, wiele wskazuje na to, że lista będzie się rozrastać, bo akces do Bundesligi zgłasza kolejny wielki koncern.

Gdy jedziesz pociągiem z Norymbergi do Monachium, na środku drogi znajdziesz Ingolstadt. To pustynia pomiędzy dwoma oazami. W Monachium i okolicach mają Bayern i Augsburg w Bundeslidze, TSV 1860 w 2. Bundeslidze, a przez jakiś czas w najwyższej lidze było też Unterhaching. Po drugiej stronie, we wrogiej Frankonii, mają Norymbergę i Greuther Fuerth. A w środku przez lata była czarna dziura.

Jak na czarną dziurę, wygląda to całkiem przyjemnie. Po prawej stronie za oknem, przez długie kilometry ciągną się rzędy platform wypełnione nowiuśkimi Audi. Po lewej podobnie. Stoi tych wymarzonych aut tysiące. BMW, choć piękne, za bardzo kojarzy mi się z wiejskim lanserem. Mercedesa kupiłbym na 70. urodziny. O, a Audi byłoby w sam raz na teraz. Rozumiecie, że ciężko się tamtędy jeździło. Tu tysiące aut stoi i moknie, więc może by tak jedno… wicie, rozumicie… i tak nikt nie zauważy…

Audi to słowo klucz. Do 2004 roku po Ingolstadt ganiały się po lasach marne drużynki, które w chwilach najwyższej chwały, za czasów gdy Uli Hoeness był dopiero początkującym menedżerem, grały w 2. lidze. A potem kryzys zmusił je do połączenia w jeden podmiot. Powstało FC Ingolstadt, a w nowy projekt zdecydowało się zainwestować miejscowe Audi. Ma swój klub w Bundeslidze Mercedes (Stuttgart), ma pośrednio BMW (Bayern), ma całkiem bezpośrednio Volkswagen (wiadomo), to może i Audi.

Na pustyni postawiono 15-tysięczny nowoczesny stadion „Audi Sportpark”. Postawiono też, nowiutką jak te Audi przy torach, bazę treningową dla młodzieży. I zaczęto budować drużynę. Nikt w Ingolstadt nie ma planów podboju cywilizacji w stylu Red Bulla z Lipska, ale krok po kroku chciano iść do przodu. Startowano z pułapu IV ligi, ale od razu wzięto znane nazwiska. Dyrektorem sportowym mianowano Thomasa Linkego, byłego reprezentanta Niemiec. A trenerów w krótkiej historii klubu też się już trochę z Ingolstadt wybiło. Awans do 3. ligi wywalczył Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga, ponowny awans po spadku zrobił już Michael Wiesinger, znany z Norymbergi.

Co roku z większymi pieniędzmi, ale drużyna nie potrafiła póki co włączyć się do gry o Bundesligę. Ingolstadt co roku zajmuje miejsce w dolnej połówce tabeli – tak jak i w tym roku – i trzeba przyznać, że Linke nie bardzo sprawdza się jako dyrektor sportowy, skupując raczej podstarzałe, zmanierowane gwiazdki, zachęcone łatwymi pieniędzmi. W Ingolstadt planują jednak położyć kres przeciętniactwu i w najbliższych latach awansować do Bundesligi. Prezes Peter Jackwerth twierdzi, że „klub ma potencjał Freiburga czy Mainz” i chyba wie, co mówi. Musi tylko zacząć wydawać pieniądze tak mądrze jak Freiburg czy Mainz.

Nikt poważny nie będzie przepowiadał, że Bayernowi pod nosem wyrasta konkurencja, zwłaszcza, że Volkswagen i Audi to dziś jeden koncern, którego flagowym okrętem piłkarskim ma być bezsprzecznie Wolfsburg. Ale nikt nie powinien być zdziwiony, jeśli do Bundesligi w najbliższych latach awansuje kolejny tzw. „sztuczny twór”. Bayern, Augsburg, Norymberga, za chwilę Fuerth, gdzieś w odwodzie TSV 1860, Ingolstadt… Bawaria powoli robi się jak Zagłębie Ruhry. Gdzie spojrzysz – tam klub. Przypadku nie ma w tym żadnego, bo dziś to jeden z dwóch najbogatszych regionów w kraju.

PS Na przeglądowym Z nogą w głowie napisałem o najszybszym trenerskim upadku w Bundeslidze.

PPS A na slask.sport.pl o najtrudniejszej lidze świata, z której może spaść nawet 13 drużyn!

Vlog. Czy w szaleństwie Verbeeka jest metoda

Wielkanoc Wielkanocą, ale Bundesliga w weekend grała, a Gertjan Verbeek znów był wierny swojej wizji. O szalonym sezonie 1. FC Nuernberg w cotygodniowym vlogu. A wy wolicie trenerów konsekwentnych w realizacji swojej wizji, czy elastycznych, potrafiących wygrywać z Bogiem lub choćby mimo Boga?

A w poniedziałkowym felietonie dla SportSlaski.pl piszę o ciężkim losie trenerów, którzy w ciągu życia kilkakrotnie pokonują drogę od pucybuta do Rockefellera i z powrotem.

Holender pracujący, Holender zamiatający

Lekcja dwóch holenderskich trenerów w Bundeslidze pokazuje, jak bardzo trzeba uważać z osądami. Ten, który dziś wydaje się nieudacznikiem, za parę miesięcy może się okazać bohaterem. I odwrotnie.

W książce „Futbol obnażony”, którą ostatnio polecałem, znalazłem taki cytat: „Rezultaty klubu, który zmienił trenera, mogą się nagle obrócić o 180 stopni. Nie powiem, że taktyka nie ma z tym nic wspólnego, ale kiedy słyszę eksperta, który mówi coś w rodzaju „udało mu się poukładać drużynę”, odnosząc się do poprawy wyników, to… załamka. Zazwyczaj ma to niewiele wspólnego z czasem spędzonym na treningu, lecz raczej z faktem, że piłkarze bardziej się starają”.

HSV rozpoczął sezon źle, czyli jak zwykle. Końcem września zwolnił trenera Torstena Finka i postawił na uznawanego za znakomitego fachowca Berta van Marwijka. OK, Holender był dość świeżo po spultanym Euro 2012, ale nadal był aktualnym wicemistrzem świata. Na dzień dobry zremisował we Frankfurcie, co jeszcze nie było jakimś super wynikiem, ale później zmiażdżył 5-0 Norymbergę na wyjeździe (!), zremisował ze Stuttgartem, rozbił 3-0 Freiburg na wyjeździe (!). Wtedy słyszeliśmy – a jakże – że poukładał drużynę. Zresztą, kto w to nie wierzył, niech pierwszy rzuci kamieniem. Cztery mecze, dwie wygrane na wyjazdach stosunkiem bramkowym 8-0, dwa remisy u siebie. To nie były rezultaty spadkowicza.

Zahaczyliśmy o Norymbergę, która skompromitowawszy się klęską 0-5 z Hamburgiem, zwolniła trenera Michaela Wiesingera. Wzięła za niego fachowca o mocno regionalnej reputacji, który nigdy nie wyjechał pracować poza Holandię. Facet kazał na siebie długo czekać. Minął październik, listopad, grudzień. Norymberga dalej nie miała na koncie zwycięstwa i grzęzła w strefie spadkowej. Jasne, każdy widział gołym okiem poprawę, ale trudno było się wygłupiać z chwaleniem trenera, który nie wygrał żadnego meczu.

Perspektywa dzisiejsza? Gertjan Verbeek w ósmym meczu (żaden trener w historii Bundesligi nie czekał tak długo na pierwszą wygraną) w końcu zwyciężył. Potem zwyciężył po raz drugi. Przegrał z Bayernem Monachium, by dziś przerwać rewelacyjną passę Augsburga, wygrywając w jego jaskini mecz derbowy. Wygrywając, dodajmy, bez bardzo ważnego prawego obrońcy Chandlera i środkowego napastnika Ginczka.

Norymberga po 21. kolejce jest na 14. miejscu. Dalej zagrożona, ale raczej teoretycznie niż praktycznie, bo tendencję ma zdecydowanie w kierunku środka tabeli. Hamburg jest na miejscu 17. Właśnie cztery gole wbił mu zdecydowanie najsłabszy atak w lidze. Właśnie ograła go zdecydowanie najsłabsza drużyna w lidze. Tzn. do niedawna najsłabsza, bo dziś Brunszwik w niczym HSV nie ustępuje i jego przeskoczenie to kwestia czasu.

Verbeek przedstawia się Bundeslidze jako fachowiec. Van Marwijk się z Bundesligą żegna.

Futbol polega na codziennej pracy, a nie na efekcie nowej miotły. Pytanie więc, na co w Hamburgu liczą, biorąc do klubu Mirko Slomkę. Jeśli chodzi im o pracę, to dobrze trafili, bo prowadząc przez lata Hannower ten szkoleniowiec udowodnił, że – gdy ma czas – potrafi zbudować zespół. Ale, no właśnie, gdy ma czas. W HSV czasu nie ma nikt, ale zwłaszcza Slomka. W Hamburgu oczekują wstrząsu. Pod tym względem trafili źle, bo zanim Bundeslidze objawił się Verbeek, rekord najdłuższej passy bez zwycięstwa w nowym klubie dzierżył… właśnie Slomka. Pracę w Hannoverze 96 rozpoczął od sześciu porażek. Gdyby powtórzył to w HSV, na dzień dobry zaliczy spadek z ligi.

Za mocni, by spadać

Kiedy kibicujesz takiej drużynie, najgorsze co możesz zrobić, to uwierzyć. Masz sobie traktaty sceptyków przybijać nad łóżkiem i jak się już musisz modlić, to tylko do św. Tomasza. Nigdy nie wierz zanim nie wsadzisz palca w ranę.

Wiem co mówię, przeżywałem to nie raz. Siedzę na Łazienkowskiej. Mój klub ma dostać czterema, pięcioma bramkami, to kwestia czasu. Piłki nie dotyka w ogóle. Legia klepie jak Barcelona. Pudłuje. Raz, drugi, trzeci. Bramkarz znowu ma dzień konia. Rok temu na Łazienkowskiej też miał. Ile jeszcze? Cholera, 72 minuty. Wytrzymać do przerwy. Dobra, przerwa. Karny dla Legii. Obroniony. Idą we trzech sam na sam. Nie trafili. Patrzę na zegar. 82. minuta. To się chyba uda… Kur.. 0-1 „. Błąd. Jak kibicujesz takiej drużynie nigdy nie możesz pomyśleć, że to się uda. 

Dlatego wiem, co przeżywają teraz kibice Eintrachtu Brunszwik. Weszli do Bundesligi sensacyjnie, bez nakładów, bez bogatego sponsora w zarządzie, bez świetnej szkółki, bez wielkich transferów. Sukces wyrwany z kontekstu, autorski wynalazek piłki nożnej. Sami doskonale wiecie, że czasem zdarzają się w piłce rzeczy, które dopiero potem obuduje się odpowiednią narracją. W momencie, w którym się dzieją, można je tylko skwitować wzruszeniem ramion i stwierdzić „No, tak to już czasami bywa… Przegrywali, a teraz wygrywają. Odwróciło się”

W Bundeslidze mieli plan, żeby mądrze spaść. Jeszcze nie rozegrali pierwszego meczu, a już mówili o spadku, podkreślając, że utrzymanie byłoby większym cudem niż awans. Chodziło o to, by dalej kupować tanio, zasysać pieniądze z telewizji, od sponsorów i biletów, wzmocnić drużynę tak, by po spadku szybko wrócić i dopiero wtedy normalnie rywalizować. Tak jak zrobiło w Anglii chociażby Hull City. Tak jak próbuje robić Fuerth.

Eintracht też wyglądał w Bundeslidze na ciało obce, które nie wiadomo jakim cudem się tam znalazło. W pierwszych czterech meczach cztery klęski, strzałów prawie w ogóle, nawet dobrych akcji. To miał być słabszy beniaminek niż Greuther Fuerth rok temu, który nie wygrał – jako pierwszy w historii Bundesligi – ani jednego meczu u siebie.

Ale tu w tej historii następuje „wtem”. Wtem Brunszwik wygrał derby w Wolfsburgu. Wtem Brunszwik wygrał z wiceliderem z Leverkusen, który w tym sezonie nie zwykł łatwo rozdawać punktów. Wtem okazało się, że Eintracht potrafił uciułać jesienią 11 punktów i dziś traci tylko trzy punkty do miejsca barażowego. Zaczyna się pojawiać cień nadziei.

W Norymberdze też popełnili błąd, myśląc, że najgorsze przetrwali. Po latach biedy, spadków i drżenia o własny byt, nagle trafił się trener, który rozumiał specyfikę klubu i potrafił osiągać wyniki wbrew otoczeniu. Dieter Hecking potrafił znaleźć tanią perełkę i z odpowiednim przebiciem posłać ją dalej, a Norymberga wreszcie poczuła co to bezpieczny środek tabeli. Odejścia Heckinga do Norymbergi bali się wszyscy. Ale runda wiosenna pod batutą żółtodzioba Michaela Wiesingera była więcej niż obiecująca. O ile Norymberga w XXI wieku cały czas drży przed spadkiem, tak tego lata wreszcie spodziewano się nudnego, spokojnego sezonu, bez wielkich wzlotów i upadków.

I przyszły wszystkie klęski. Niewytłumaczalne 0-5 z Hamburgiem. Dobra gra w większości meczów i fatalne rezultaty. Typowa Norymberga to ciekawa drużyna, która stwarza multum sytuacji, wszystkie marnuje, a w czasie jednego pięciominutowego przestoju w grze traci trzy gole po metrowym spalonym, koszmarnym kiksie niezawodnego obrońcy  i strzale życia rywala. Jesienią nieszczęścia bombardowały Norymbergę jak alianci. Zmiana trenera nie pomogła. Może nawet u Verbeeka ten tragizm się jeszcze bardziej uwidocznił. Apogeum (a może ono jeszcze przed nami?) fatum było widać w Hanowerze, gdy Norymberga prowadziła 3-0, by dać sobie strzelić „honorową” bramkę, a w końcówce po grubych pomyłkach sędziów roztrwonić całą przewagę. Jako pierwsza drużyna w historii nie wygrała ani jednego meczu przez całą rundę. Mimo to nikt nie wierzy, że spadnie, bo gra naprawdę dobrze i uzyskała aż 11 punktów za remisy. Z Norymbergą wcale się łatwo nie wygrywa.

A Freiburg? Dla nich spadek w tym sezonie byłby taki typowo polski. Jak już polski sportowiec wyjdzie z grupy śmierci, po heroicznych bojach bijąc największe potęgi, to w następnej rundzie przegra z jakimś anonimowym nikomu nieznanym rywalem. Sprawdzone, potwierdzone. Gdy ma być już z górki, to akurat robi się pod górkę. Freiburg walkę o utrzymanie ma wpisaną w statut. Tkwi ona w klubowym DNA. Ale akurat rok temu do samego końca walczył o Ligę Mistrzów. Co z tego, gdy latem rozgrabili Christianowi Streichowi pół drużyny i kazali grać na trzech frontach. Freiburg ma tę zaletę, że której pozycji by mu nie ucięli, to i tak odrośnie. Przy tym systemie wychowywania talentów, Freiburg w długofalowej perspektywie zawsze jakoś da radę. Tylko czasem w krótkofalowej nie daje rady. Talenty nie zdążą dojrzeć. Wtedy zdarzy się spadek z ligi i dojrzewanie na boiskach 2. ligi, by znów awansować.

A Eintracht Frankfurt? Przecież tego nikt nie traktuje poważnie. Wiadomo, że jego zaplątanie w walkę o utrzymanie to tylko coś chwilowego. To samo mówiło się po piątej, dziesiątej i piętnastej kolejce. Ten klub, który świetnie radzi sobie w europejskich pucharach i w Pucharze Niemiec może być groźny absolutnie dla każdego, tylko jakoś się nie składało. Gdyby Eintracht nie tracił bramek w końcówkach meczów, byłby gdzieś 20 punktów przed Bayernem. Ale tracił. Ale nie wygrał w rundzie żadnego meczu u siebie. I żeby w maju nie trzeba było mówić: „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka”.

Tę wyliczankę mógłbym kontynuować do jutra w południe, mając przecież z tyłu głowy, że z Bundesligi nigdy nie spadają drużyny, które po jesieni zamykają tabelę, a jeden z zeszłorocznych spadkowiczów – Fortuna Duesseldorf – zimował w środku tabeli w wydawałoby się komfortowej sytuacji. Być może przyszłego spadkowicza znajdziemy w drużynie, o której dziś powiedzielibyśmy, że walczy o puchary?

Z Bundesligi nie ma komu spaść. Jest ten jeden nieszczęsny Brunszwik, który jednak wcale nie jest tak słaby, by nie mógł wywinąć numeru. A kto na drugie miejsce spadkowe? A kto do baraży? – W Bundeslidze nie mogę teraz znaleźć drużyny, która skupiałaby się na wybijaniu piłki i czekaniu na kontry. Każdy próbuje prowadzić grę – mówi Christian Streich. Właśnie. Wszyscy tacy kulturalni w grze, tacy poukładani, tacy ułożeni, a jak nawet szaleni to z metodą. Wiosną z Bundesligi nie spadną dwie najsłabsze drużyny, tylko dwie najmniej dobre.

Bundesliga jak mundial. Spożywać w całości

7

Uwaga! Tekst zawiera ulepszacze w postaci dwóch cytatów z Jerzego Pilcha.

Pierwszy przeczytałem wczoraj u Michała Okońskiego. Kradnę: „Jak się ogląda mundial, trzeba oglądać wszystko. Tylko frajerzy oglądają wybrane mecze, tylko oni wiedzą, które wybrać. Dziecinada czysta – na mundialu nie ma meczów mniej ważnych. Ileż to razy, gdy byłem młody i naiwny, opuszczałem jakieś spotkania na oko bezbarwne i na rozum bez znaczenia i zawsze się okazywało, że na tych trzeciorzędnych sparingach działy się rzeczy wstrząsające i niepoczytalne: jakieś monstrualne wyniki, jakieś niebywałe ekscesy, jakieś krwawe porażki stuprocentowych faworytów, jacyś kuwejccy szejkowie na płycie”

Dzisiaj stwierdziłem, że tak samo jest z Bundesligą. Pojechałem na mecz naprawdę daleki od hitowego, ot dwóch średniaków, VfB Stuttgart z Hannoverem i gorzko zapłakałem. Naprawdę już za chwilę będę musiał oglądać na żywo Widzew i Zagłębie Lubin? Wydawało mi się, że Stuttgart zagrał w ofensywie zjawiskowo, ale dziennikarz „Kickera”, który ogląda ich regularnie na żywo, mówi, że owszem nieźle, jednak bywało lepiej. No, to ja już nie wiem, co o tym myśleć.

Sześć goli, w tym trzy w odstępie pięciu minut (ciekawe pytanie zadało wtedy Deutsche Welle na Twitterze: „Czy oni grają w koszykówkę?”). Hannover był niezły, imponowała niesamowita szybkość i siła Dioufa. Co ciekawe, okazało się, że nie warto strzelać gole. Sobiech, zdobywając bramkę, został zahaczony przez Schwaaba (nazwisko) w kolano i mocno cierpiał. Sane zdobywając drugą bramkę został znokautowany przez Ullreicha. Nie dziwota, że się Hannoverowi odechciało dalej strzelać. Cieszy mnie, że Sobiech zaczął wyglądać jak pełnoprawny uczestnik Bundesligi – to znaczy gdy wyskakuje do główki, to zwykle obrońca ląduje na ziemi bez amortyzacji, a gdy się zastawia, to rywal się kładzie. Jak by to powiedział Hardkorowy Koksu: Siła! Sobiech nie będzie gwiazdą na miarę Lewandowskiego, ale ma wszelkie szanse utrzymać się na średnim poziomie Bundesligi (czyli bardzo wysokim!) przez lata. Oby tak było. Poza tym, przyjemność patrzeć na to, jak Marcelo wyprowadza piłkę. Pełen spokój, świetna technika, widać, że Brazylijczyk. To jeden z nielicznych obcokrajowców, którzy po wyjeździe z Polski zrobili karierę. A o Wiśle i tak dalej pamięta. Znajomością najnowszego wyniku mi zaimponował.

Ale co tam Hannover, przede wszystkim zjawiskowy był Stuttgart! Leitner posyłał kluczowe podanie za asystą. Harnik strzelał i asystował. Ibisević do szczupaków fruwał idealnie poziomo (nogi na wysokości tułowia i głowy; wyglądał jak poziomica), ale Werner, Werner, co to jest za dzieciak! Rocznik 1996, więc za moich czasów na podwórku mógłby maksymalnie, ewentualnie biegać nam po piłkę. A tu szybkość, spokój i ta bezczelność. Mija rywali i ich upokarza. Jak mu któryś nie połamie nóg, to będzie kolejnym zawodnikiem ze Stuttgartu który zrobi wielką karierę. Dla mnie młodzi z Schalke (Draxler, Meyer) są fajni, ale Werner jest zjawiskowy.

Podpytałem przy okazji to tu to tam o Dominika Furmana, bo w mediach pojawiało się, że Stuttgart ma go zimą kupić. Otóż nikt tu o nim nie słyszał, a gdy podałem cenę ok. 3 milionów euro i dodałem, że nie jest specjalną gwiazdą ekstraklasy, to powiedzieli, żebym zapomniał. Gdyby był do wzięcia za darmo i przy tym czarował w lidze, to może by była szansa. Ale Stuttgart jest za biedny, by płacić za byle kogo 3 miliony euro. Bardzo ciepło wspominają za to Radosława Gilewicza, choć raczej za to jakim był człowiekiem, niż piłkarzem.

Czy ja napisałem Stuttgart jest za biedny? Cóż, wszystko na stadionie i wokół bije przepychem. Centrum Mercedesa wokół stadionu, wszędzie Mercedesy, gdy pada gol w innym meczu, w Stuttgarcie rozlega się trąbienie Mercedesa. Nie widziałem jeszcze wszystkich stadionów Bundesligi, ale na tych, które widziałem – włącznie z Allianz Areną – nie ma takiego komfortu pracy dla dziennikarzy. Telewizory z 15-sekundowym opóźnieniem pokazują na każdym stanowisku cały mecz. Nie ma już opcji, by – jak w Polsce – dogadywać się „to piszemy wszyscy, że to był Witold Cichy. Nikt się nie wyłamuje, ok?”.

Wyobrażam sobie, że tak jak Mercedes Arena będzie kiedyś wyglądał Stadion Śląski, o ile go ukończą. Przejeżdżam koło budowy i rozwiązania wyglądają podobnie. Z bliska wygląda to mało efektownie, ale z daleka ten podwieszany dach robi wrażenie.

4

Tak, w Bundeslidze trzeba oglądać każdy mecz. Kto patrzy tylko na Dortmund i Bayern, życia nie zna.

* * *

A wczoraj byłem w Norymberdze na meczu z Mainz i – tu drugi prawie cytat z Pilcha – „Nie wiedziałem, że Norymberga jest takim Podbeskidziem”. Tak, ten klub, mimo że nie żywię do niego sympatii, zapewnia mi tu w Niemczech odpowiednią dawkę uczuć, które znam od dziecka, a teraz mogę oglądać z zewnątrz i współczuć. Cholernie zimno, śnieg, że nic nie widać, 14 meczów bez zwycięstwa na „początku” sezonu, o jeden mecz od rekordu wszech czasów. A przecież nie miało być źle. Poprzedni rok był całkiem udany. Jak na warunki Bundesligi, stadion pusty, tylko 31 tysięcy. Po drodze, w pociągu, nie ma żadnych śpiewów, jak zwykle. Wszyscy idą jak na ścięcie.

1

Znam doskonale ten mechanizm. Tydzień temu byli w Leverkusen i patrzyli, jak Bayer ich łomocze trzema bramkami. Wychodzili ze stadionu i mówili sobie, że już nigdy się nie pojawią na stadionie i zapiszą się do kółka modelarskiego. Dzień później niechętnie obejrzeli powtórki i stwierdzili, że może nie nigdy, ale w tym sezonie to już na pewno. W poniedziałek poszli do pracy, pomyśleli o czymś innym, koło środy zaczęli myśleć, że w sumie można by ostatni raz, w czwartek zdecydowali, że pójdą, ale bez żadnej nadziei i emocji – chcą po prostu na chłodno obejrzeć mecz.

Siedzą więc tacy chłodni, oblepieni soplami i w 4. minucie Norymberga strzela gola. Najgorsze co może być. Zapominają o wszystkim, drą się, cieszą, wierzą, gęby im się śmieją. Dalej, na nich! Norymberga marnuje kolejną sytuację i następną, sędzia się myli na jej niekorzyść, obrońcy wybijają z bramki. W 60. minucie wiem już dokładnie, jak to będzie – zaraz dostaną gola. Jeśli ktoś taki ma się przełamać, musi wygrać 3, 4-0. Jeśli trzyma 1-0 do końca, to zawsze straci. Głowa. I w 75. minucie Mainz wyrównuje. 1-1. 15. mecz bez zwycięstwa. 31 tysięcy ludzi stwierdza, że już nigdy nie pójdzie na stadion…

Hitler i Bundesliga

Ten widok może wam nic nie powiedzieć:

Ten już na pewno wszyscy znacie.

Poznajecie? To samo miejsce. Na górnym zdjęciu widać stadion i boiska. Wiedziałem oczywiście, że w Norymberdze na bardzo starym stadionie gra 1. FC Nuernberg. Wiedziałem też oczywiście, że w Norymberdze odbywały się Parteitagi i że w historii XX wieku to miasto zapisało się paskudnie. Ale nie kojarzyłem obu miejsc ze sobą.

Gdy pierwszy raz szedłem na mecz w Norymberdze, jakoś we wrześniu, zwróciła moją uwagę ponadprzeciętnie szeroka ulica i jakieś stare trybuny wokół niej. Pełno betonu i asfaltu. Kojarzyło mi się to z opuszczonym torem Formuły 1. Sprawdziłem, w Norymberdze nie ma i nie było toru Formuły 1. Jednak nie do końca skojarzenie było złe, bo jak się okazuje, odbywają się tu wyścigi samochodowe lecz mniej prestiżowe.

Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że te dzieci, które biegają za piłką, ci kibice, którzy w barwnych szalikach ciągną na stadion, ci młodzi piłkarze, którzy codziennie przychodzą tutaj trenować, robią to dokładnie na terenach będących areną najbardziej wstydliwego czasu XX wieku.

Dziś to tylko parking przed meczami 1. FC Nuernberg. Podniszczone trybuny. Ale gdy się już wie, to miejsce budzi grozę. Ciężko będzie teraz przejść koło niego obojętnie.

Adam Matysek: Młodzi piłkarze nie powinni tak szybko wyjeżdżać

Był ostatnim znaczącym polskim bramkarzem w Bundeslidze, ale w Polsce jest ostatnio trochę zapomniany. Z Adamem Matyskiem porozmawiałem w Norymberdze o jego pracy z bramkarzami 1. FC Nuernberg oraz o Mariuszu Stępińskim i innych Polakach w Niemczech. Fragment tej rozmowy – o reprezentacji Polski – znajdziecie na stronach „Przeglądu Sportowego”

Przeżył pan już w Norymberdze kilku trenerów. Ostatnio klub zatrudnił nowego – Gertjana Verbeeka. Jest pan już po spotkaniu z nim. Jak pierwsze wrażenie?

 Adam Matysek: – Bardzo pozytywnie. Potrzebujemy człowieka, który poprowadzi cały klub w dobrym kierunku, bo ostatnio to trochę kulało. Wydaje mi się, że drużyna fizycznie wygląda bardzo dobrze, a brakuje tylko człowieka, który to poukłada i mam nadzieję, że nowy trener sobie z tym poradzi. Po pierwszym spotkaniu mam wrażenie, że nadajemy na tych samych falach. On chyba czuje atmosferę naszego klubu i wie, o co nam chodzi.

 Czyli nie ma ryzyka, że będzie chciał ściągnąć swoich ludzi na pana miejsce?

 - Zawsze jest tak, że pierwszy trener przyprowadza asystenta, czasami też trenera przygotowania fizycznego. Ale akurat u nas trener bramkarzy, czyli ja, Marek Mintal, asystent szkoleniowca i trener przygotowania fizycznego zostają bez zmian.

 Już osiem lat pracuje pan w Norymberdze. Trochę się pan zasiedział…

 - To fakt, wiele się tu zmienia, bo nasz klub nie należy do stabilnych, a ja cały czas jestem. Choć w sumie przez ostatnie trzy lata, aż do teraz, 1. FC Nuernberg nie zwalniał trenera. Dieter Hecking w zeszłym roku odszedł na własne życzenie, bo miał w kontrakcie klauzulę, która umożliwiała mu odejść za odpowiednią sumę transferową. Klub nie robił mu przeszkód i puścił do Wolfsburga. Nie ukrywam, że trochę nam to podcięło skrzydła, bo do tego momentu mieliśmy dużą stabilizację. Początki sezonu bywały różne, ale koniec końców zawsze zajęliśmy to 8-10 miejsce. Hecking wprowadził tu spokój. Na dłuższą metę okazało się, że bez niego czegoś już brakowało. Gdybyśmy mieli 5-6 punktów więcej, pewnie nie byłoby tematu zwolnienia trenera Wiesingera, ale klub musiał reagować po przegranej 0-5 z Hamburgiem.

 Pan nigdy w Norymberdze nie grał. Jak to się więc stało, że akurat tutaj odnalazł pan swoją przystań po zakończeniu kariery?

 - Trener Wolfgang Wolff, kiedy jeszcze pracował w Wolfsburgu, chciał mnie tam ściągnąć, ale później przeniósł się do Norymbergi. Wziął mnie tutaj ze sobą, a… trzy miesiące później go zwolnili. Nie wiedziałem, czy ja też nie stracę posady, ale okazało się, że trochę tych trenerów przeżyłem. Wydaje mi się, że z mojej fachowości i lojalności są w klubie zadowoleni.

 Blisko Wolfsburga był pan też chyba całkiem niedawno. Trener Hecking chciał tam zabrać ze sobą cały sztab. Dlaczego to nie wypaliło?

 - Była taka opcja, ale Norymberga powiedziała, że trenerzy, którzy tu pracują, mają zostać. To też był znak, że nie chcą burzyć struktur, które funkcjonują. Był to dla mnie duży dowód zaufania i zadowolenia z mojej pracy. Ma to swoją wymowę.

Klub osiąga w tym sezonie słabe wyniki, ale do bramkarza Raphaela Schaefera chyba nikt nie ma pretensji. Może poza meczem z Hamburgiem…

 - Do bramkarza zawsze można mieć pretensje. Mnie się jednak wydaje, że Schaeferowi i młodym chłopcom, którzy są za nim, pasują doświadczenia, które im przekazuję. Jestem dość wymagającym trenerem, choć staram się wiedzieć, kiedy trochę im odpuścić. Współpraca jest bardzo dobra i wydaje mi się, że do gry Schaefera nie można mieć wielkich zastrzeżeń. Dla nas to bardzo pozytywna postać.

 Od kilku miesięcy w Norymberdze gra też Mariusz Stępiński. Jak sobie radzi ten chłopak?

 - Mariusza chciało wiele innych klubów, menedżerowie kręcili mu w głowie. My byliśmy bardzo konkretni w rozmowach i udało nam się go przekonać do przyjścia tutaj. Historia ostatnich lat pokazuje, że nasi młodzi szybko idą dalej, jak Guendogan czy Schieber. Z jednym zastrzeżeniem – Mariusz przyszedł z Polski…

 To taki problem?

 - Było widać, że bardzo się stara, jest bardzo ambitny, bardzo chce u nas zaistnieć, ale zawsze po takiej wewnętrznej motywacji przychodzi dołek. To jakiś miesiąc temu spotkało Mariusza. Jest bardzo duża różnica między polską ligą a Norymbergą. Czasami mam pretensje do dziennikarzy, że nie doceniają średnich klubów ligi belgijskiej, holenderskiej czy niemieckiej. Żeby tam grać i się przebić, trzeba naprawdę dużo zrobić i sporo się nauczyć. Mariusz ma umiejętności, ale teraz pytanie, kiedy zacznie grać.

Największe mankamenty są w kwestii przygotowania fizycznego czy technicznego?

 - Piłkarsko też, ale trzeba go trochę wziąć w obronę. On ma 18 lat, więc musi dojrzeć fizycznie, piłkarsko, ale też jako człowiek. Musi się rozwijać we wszystkich dziedzinach. On ma duże perspektywy, tylko pytanie kiedy jego organizm dopasuje się do Bundesligi. Tempo jest bardzo wysokie. Musi też grać bardzo dobrze taktycznie, a nie tylko biegać za piłką czy z piłką. Oczywiście, będzie rozliczany ze strzelania bramek, ale trenerzy zwracają uwagę na wiele kwestii taktycznych, współpracę między formacjami, pracę dla zespołu. Mariusz musi się tego wszystkiego nauczyć. Z naszej strony nie ma żadnego nacisku, że on musi za miesiąc czy za dwa zacząć grać w lidze. Liczymy się z tym, że to może potrwać, ale wygląda na to, że wkrótce to może nastąpić. Zależy to jednak od wielu czynników.

 Wielu twierdzi, że tacy młodzi piłkarze jak on powinni dłużej pograć w polskiej lidze, a później dopiero wyjeżdżać na Zachód. Pan myśli, że im szybciej tym lepiej?

 - Prawda leży gdzieś w środku. Uważam, że gdyby Mariusz grał w Legii, Wiśle czy w Śląsku i był tam podstawowym zawodnikiem, to faktycznie należałoby się zastanowić, czy już ma wyjeżdżać na Zachód. Np. po Legii widać, że trochę za szybko pozbywa się zawodników. Jasne, wiadomo, że potrzebują pieniędzy, ale jednocześnie burzą drużynę. Nie jestem za szybkim wyjeżdżaniem młodych piłkarzy, jednak… pytanie z jakiego klubu odchodzisz. Jeśli tak jak Mariusz, grasz w Widzewie Łódź, strzelasz bramki, wyróżniasz się, szukasz gry, to może akurat dobrze wyjechać. Jednak mój apel do władz klubowych brzmi: przytrzymajcie młodych chłopców trochę dużej. Perspektywy Lecha, Śląska, Wisły czy Legii są naprawdę dobre, ale co chwilę odchodzi ktoś z podstawowego składu. Wchodzą nowi juniorzy, jednak tak nie będzie co roku. Trzeba dbać o stabilizację.

 Ostatnio co okienko transferowe, do Bundesligi trafia jakiś polski zawodnik. Myśli pan, że ta tendencja będzie się utrzymywać?

 - Zawsze się cieszę jeśli Polak trafia do Niemiec, ale musi tu grać. Sobiech potrzebował trochę czasu żeby w Hanowerze zaistnieć. Wracamy do tego, że jeśli chcesz wyjechać z Polski na Zachód, to musisz być świetnie przygotowany. Sama umiejętność gry w piłkę nie wystarcza, trzeba też mieć wiele innych cech, by grać w pierwszym składzie. Przykładem jest Mateusz Klich, który przyjechał do Wolfsburga. Trafił na… niezbyt przyjaznego trenera, ale okazało się, że ma umiejętności, bo i w reprezentacji zaczął grać i w Holandii. Potrzebował jednak czasu, by się przystosować do europejskiej piłki. Polacy powinni być trochę lepiej przygotowani w momencie wyjazdu z kraju…

 Do Bundesligi przyjeżdża wielu polskich piłkarzy, ale od bardzo dawna nie ma polskich bramkarzy, którzy są szczególnie cenieni np. na Wyspach Brytyjskich. Z czego to wynika?

 - Mamy od lat świetnych bramkarzy i tego się nigdy nie powinniśmy wstydzić. Tyle że rynek niemiecki też ma ich naprawdę dobrych. Jeśli weźmiemy tylko bramkarzy z Bundesligi – Baumann – Freiburg, ter Stegen – Moenchengladbach, Trapp – Frankfurt, Leno – Leverkusen, Zieler – Hannover – oni wszyscy są dopiero na początku karier. To topowi bramkarze Bundesligi! A za nimi są jeszcze młodsi, rokujący na przyszłość. Polski rynek bramkarzy zawsze będzie interesujący, ale tu jest zbyt dużo dobrych bramkarzy, żeby sięgali po obcych. Jak pan spojrzy na pierwszą, drugą, trzecią ligę, to trudno tu znaleźć zagranicznego bramkarza. Ja chyba byłem ostatnim polskim bramkarzem, który bronił w Bundeslidze, a od tego czasu już minęło z 15 lat! Też się długo przebijałem. Wtedy był jeszcze problem, że mogło grać tylko trzech obcokrajowców. Rynek niemiecki jest niezwykle ciężki, ale jeśli będzie taka okazja, to na pewno podpowiem jakieś polskie nazwisko.

 Myśli pan, że Bayern w tym sezonie zdominuje Bundesligę?

 - Myślę, że ma ku temu wszelkie możliwości, aczkolwiek Borussia będzie mu deptała po piętach. Niespodziewanie czai się za nimi Leverkusen, ale na dłuższą metę to może być trochę za mało. Tym bardziej, że Bayern potrafi sobie radzić na trzech frontach. To jest przewaga Bayernu nad całymi Niemcami w ostatnich 20 lat. W międzyczasie wyskakiwały jakieś kluby, ale nie potrafiły pogodzić ligi z europejskimi pucharami. Bayernu to nie dotyczy.

 Drużyna Guardioli podoba się panu bardziej niż ta Heynckesa?

 - Obie mi się podobają, bo mają swój system. Choćby nie wiadomo, co się działo, grają swoje. Rok temu to działało znakomicie, a Guardiola jeszcze dodał Bayernowi hiszpański polot, tiki-takę. Super to wygląda.

Bundesliga od… budy strony

Że Lewandowski gra w Borussii wie każde dziecko. Każde trochę starsze dziecko wie, że Strunz był zawsze kontuzjowany. Bardziej zorientowani wiedzą, że Julian Baumgartlinger gra w Mainz, a eksperci orientują się, że Maksimilian Arnold z Wolfsburga debiutował w Bundeslidze na stadionie w Augsburgu. Nie wszyscy jednak wiedzą, że 1. FC Nuernberg ma swoje koparki i traktory ozdobionymi herbami, że kostka brukowa składa się z klubowych odznak.

p_20131022_114400

Bundesligi od środka nikt mi nie pokazał, więc sam zajrzałem.

p_20131022_104241

To nie było zwiedzanie od kuchni. Raczej od budy.

Pojechałem na Veinzweiher Strasse w Norymberdze, by pogadać z Mariuszem Stępińskim i Adamem Matyskiem. Przy tej ulicy – jakiś kilometr od stadionu – mieszczą się klubowe obiekty Norymbergi. Zamiast jednak szybko pogadać i wrócić, spędziłem w Norymberdze prawie cały dzień.

Działo się naprawdę dużo. Akurat w klubie pojawił się nowy trener Gertjan Verbeek. Na trening przyszło więc sporo kibiców, trener Matysek musiał się spotkać z Holendrem itd. Miałem jednak dużo czasu, więc zacząłem od klubowego muzeum. Jak na jeden z najstarszych klubów w Niemczech, wyjątkowo skromne i małe. Wydaje mi się, że Lechia Gdańsk ma bardziej efektowne. Historie są jednak ciekawe, da się znaleźć wspominane już tutaj „Torjaeger Kanone” dla Marka Mintala, stare stroje czy korki piłkarzy Norymbergi. Jak zawsze, jest też polski wątek, choć mały. – W 1939 roku od ataku Niemiec na Polskę zaczęła się II wojna światowa. Doceniam, że pamiętaliście.

Przechadza się ze mną Niemiec, kibic Norymbergi, który przyszedł zobaczyć nowego trenera. „Z Polski? To tak, jak Adam Matysek! Świetny facet, wszyscy go tu szanują. I Stępiński. Widziałem jego mecze w rezerwach, ma talent. Na pewno dostanie szansę. Tutaj młodzi zawsze dostają szansę”. Obyś miał rację, Marco.

Idziemy na boisko treningowe, a tam kopara i mi opada kopara. Kopara w barwach Norymbergi. I traktor. Żeby nie było wątpliwości, wszystkie klubowe pojazdy z rejestracją N FC.

p_20131022_104006

Koparka i traktor przygotowują do użytku boisko treningowe. Nie raz słyszałem te teksty piłkarzy, którzy wyjechali za granicę, że obiekty są niesamowite, ale… są niesamowite. Naliczyłem osiem boisk, w tym jedno ze sztuczną nawierzchnią. Młodzi trenują jednocześnie z pierwszą drużyną, łakomym wzrokiem spoglądają w kierunku Ginczków i Chandlerów.

W kompleksie Norymbergi oprócz pomieszczeń klubowych, ośmiu boisk, basenu jest też hotel, centrum rehabilitacyjne, hala sportowa i restauracja, w której zawodnicy jedzą obiad. A także sklepik w klubowy, w którym – jak zawsze nielegalnie – trzasnąłem fotkę klubowemu tosterowi.

p_20131022_114309

Byłem ciekaw, jak trenuje klub Bundesligi. Druga część była taka, jaką widać w Polsce. Niczym się nie różniła. Większą uwagę zwróciła jednak pierwsza. Przez bitą godzinę, cała drużyna waliła z 20 metrów na bramkę. Prawa, lewa, środek, ostry kąt, na wprost bramki, z bliższa, z dalsza, z woleja, z przyjęciem, bez przyjęcia. Szaleństwo. Mam wrażenie, że u nas brakuje treningów strzeleckich. Że mało kto ćwiczy strzelanie bramek. Tam mogły nogi odpadać. Co więcej, żadnych śmichów-chichów, docinek po nieudanym strzale, czy odgłosów w stylu „łooooooł” po uderzeniu w okienko. Sprint, bomba na bramkę, sprint na koniec kolejki.

Nasz Stępiński nie wyglądał przy reszcie drużyny jak przybłęda. Nie wyglądał też jak gwiazda. Ot, nie odstawał, a to już dużo.

Polecam wszystkim zobaczyć dokładnie zdjęcia z obiektów klubowych przeciętnego niemieckiego klubu. A potem zastanowić się, czy Stępiński naprawdę powinien był zostawać w Łodzi.