Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Ekstraklasowy powiew normalności

probierz

Ligowi prezesi chyba zmądrzeli. Wiem, że teza jest straszliwie ryzykowna, ale chyba prawdziwa. Nie wszyscy i pewnie nie na dobre, ale tendencji nie sposób nie zauważyć. Zwłaszcza, że powtarza się drugi rok z rzędu. Na półmetku fazy zasadniczej, pracę straciło tylko pięciu trenerów ekstraklasowych – czterech zostało zwolnionych, a Dariusz Wdowczyk sam podał się do dymisji. Rok temu na tym samym etapie sezonu, wyrzuconych też było pięciu. Dwa takie sezony z rzędu jeszcze się w XXI wieku nie zdarzyły. Bywało, w 2001 i 2007 roku, że po 15 kolejkach tylko czterech trenerów traciło pracę, ale to były lata wyrwane z kontekstu – wkrótce po nich następowało masowe wylewanie trenerów z kąpielą. Dość powiedzieć, że już w 2008 roku po piętnastej kolejce zmieniło się aż 12 trenerów.

Sześć autorskich projektów

 Dwa lata z rzędu z umiarkowanymi zwolnieniami pozwalają jednak zauważyć jakiś malutki trend. Mamy aktualnie sytuację dawno w Polsce niespotykaną. W aż pięciu klubach, trenerzy pracują już dwa lata lub dłużej. Absolutny rekordzista Marcin Kaczmarek, wznosi Wisłę Płock już od blisko czterech i pół roku. Michał Probierz dobija w Jagiellonii Białystok do trzech lat. A ponad dwa lata pracują także Piotr Stokowiec w Zagłębiu Lubin, Grzegorz Niciński w Arce Gdynia i Waldemar Fornalik w Ruchu Chorzów. W przypadku pracującego w Cracovii od półtora roku Jacka Zielińskiego, też można mówić o autorskim projekcie drużyny. W ponad 1/3 ekstraklasy, szkolą obecnie trenerzy, którzy dostali czas na spokojne wpajanie drużynie swojej wizji.

Szansa na wyjście z dołków

 Co jednak najbardziej budujące, coraz więcej prezesów nauczyło się wytrzymywać ciśnienie, gdy nie ich zespołom się nie wiedzie. Posada Probierza w Białymstoku wisiała na włosku, gdy wiosną nie awansował do grupy mistrzowskiej. Został i dziś Jagiellonia jest liderem ekstraklasy. Kaczmarek i Niciński notują ostatnio kiepskie serie, ale trzymają się posad dość pewnie. Fornalik jest z Ruchem w strefie spadkowej i zwolnienia też raczej nie musi się obawiać. A Zieliński, który rozbudził oczekiwania prezesa Janusza Filipiaka zeszłym sezonem, też jeszcze dziesięć lat temu nie przetrwałby zjazdu do dolnej części tabeli i nie pomogłyby tłumaczenia, że zwolnienie byłoby absurdalne. Dziś trzyma się mocno i nikt nawet nie myśli o wyrzucaniu go.

Bieda to nie wytłumaczenie

 Pozytywnych przykładów jest więcej. Wdowczyk dziś wprawdzie zrezygnował z pracy w Wiśle, ale przed chwilą klub pozwolił mu pracować dalej, mimo siedmiu przegranych z rzędu, czyli najdłuższej serii porażek w historii klubu. Analogiczną historię przeżywał we Wrocławiu Mariusz Rumak. Prawdopodobnie w obu klubach przeczekano trudny okres ze względu na kiepską sytuację finansową, ale to wytłumaczenie tylko połowiczne, bo jak świat światem, w polskiej lidze grały biedne drużyny, co nie przeszkadzało im w notorycznych zmianach trenerów. Dotychczas nigdy nie brakowało pieniędzy akurat na zwalnianie trenerów. Co najważniejsze, obaj obdarzeni zaufaniem szkoleniowcy, zdołali podnieść swoje drużyny z kryzysów. Już dawno temu w Polsce pojawiła się książka „Futbol i statystyki”, dowodząca, że efekt nowej miotły nie istnieje i w większości przypadków drużyna wpadająca w dołek wychodzi z niego w podobnym czasie, niezależnie od tego czy trener zmieni się czy nie. Te rewolucyjnie w Polsce brzmiące tezy, nigdy nie mogły zostać przetestowane w praktyce, bo efekt nowej miotły był dla wielu klubów jedynym pomysłem na utrzymywanie się w lidze. Dzięki Wiśle i Śląskowi wiemy, że zwolnienie trenera nie jest jedynym sposobem wyjścia z kryzysu.

Nieedukacyjne przykłady Podbeskidzia i Górnika

 Oczywiście, zarządzanie klubem byłoby dużo łatwiejsze, gdyby była chociaż jedna reguła niezawodnie prowadząca do sukcesu. Na wiosnę okrutnie pokazały to przypadki Podbeskidzia Bielsko-Biała i Górnika Łęczna. W Podbeskidziu młody prezes nie chciał zachowywać się, jak tradycyjni działacze, którzy pierwsze, co robią, to zwalniają trenera. Dlatego, choć Tomasz Mikołajko nie miał do Roberta Podolińskiego przekonania jeszcze w przerwie zimowej, trwał z nim na stanowisku aż do ostatniej kolejki. Równolegle Górnik Łęczna zadziałał tradycyjnie i w podbramkowej sytuacji złapał się brzytwy, z braku laku zastępując trenera jego asystentem, chcąc zmienić choćby cokolwiek. Ta historia nie miała waloru edukacyjnego dla polskiej piłki, bo w ostatecznym starciu Łęczna wiedziona efektem nowej miotły (?) spuściła Podbeskidzie z ligi. Ale i w Górniku zasłużyli później na – póki co ostrożne – pochwały za to, że nie ulegli pokusie i pozwolili tymczasowemu trenerowi pracować dłużej i mimo obecności w strefie spadkowej, nadal się go trzymają.

Jest jak w Europie

 Każdy przypadek jest inny. Całą sztuką jest umieć rozróżnić przyczyny kryzysu. Kiedy drużyna przegrywa, bo ma pecha, a kiedy trener naprawdę jest zagubiony. Ale najważniejsze, że w Polsce ktoś w ogóle zaczął się zastanawiać nad przyczynami kryzysów, a skończyło się wyrzucanie trenerów niemal z automatu, po trzech porażkach. Staliśmy się pod tym względem normalnym europejskim rynkiem. W niektórych klubach prezesi są bardziej w innych mniej cierpliwi, ale generalnie zmiany trenerów powinny być zdecydowaną mniejszością. W Polsce drugi rok z rzędu są. W najsilniejszych ligach wprawdzie nadal zwalnia się rzadziej, ale już nieznacznie – w Bundeslidze i La Liga były dotychczas cztery zwolnienia, we Serie A i Premier League po trzy, a w Ligue 1 – dwa. Ale też w Polsce rozgrywki są w bardziej zaawansowanej fazie, więc statystyki mogą się jeszcze wyrównać.

Czas na środowisko

 Pole, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia, to ogólna świadomość środowiska, które nadal bardzo często w zmianie trenera widzi jedyny lek na całe zło. Kibice w wielu miastach wciąż, po dwóch porażkach, domagają się głów i powtarzają bzdury o „braku chemii w drużynie”. Dziennikarze spekulują czy trener gra o posadę, a eksperci sugerują nieuchronność zmian (sztandarowy przykład: Remigiusz Jezierski zastanawiający się w dzisiejszym „Sporcie” czy Ruch nie powinien przesunąć Fornalika na stanowisko dyrektora sportowego, jakby nie zauważając, że jedynym, co Ruch w tej chwili ma, jest bardzo dobry trener). Te połączone naczynia wywierają ciśnienie, które nie każdy prezes potrafi wytrzymać. Ale jest dla polskiej piłki nadzieja, że i to się z czasem zmieni. To mały kroczek do normalności.

To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

radolsky

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.

Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.

Bronię Dariusza Dźwigałę

dzwig

Dariusz Dźwigała w rozmowie ze mną, która ukazała się w piątkowym „Sporcie” i wywołała spore poruszenie, miał rację. W Podbeskidziu od początku miał pod górkę. Od początku dało się wyczuć niechęć kibiców do niego. Nie ma co zaprzeczać i mówić, że przyszedł z czystą kartą. Zdecydowana większość kibiców była rozczarowana, że – choć na rozmowy przyjeżdżali znani i lubiani – Czesław Michniewicz czy Marcin Brosz, choć wymieniało się Piotra Mandrysza czy Kazimierza Moskala, do Bielska-Białej przyszedł Dźwigała, czyli kolejny, po Robercie Podolińskim, eksperyment. Ludzie nie chcieli eksperymentu, chcieli nazwiska, które dałoby duże prawdopodobieństwo, że szybko uda się pozbierać po spadku. Dźwigała mógł dać tylko nadzieję. Bo jako trener nie pracował nigdy w ekstraklasie, bo nie dał rady w Arce Gdynia, bo jego największym szkoleniowym sukcesem były dobre wyniki z Dolcanem Ząbki. A ile znaczą dobre wyniki z Dolcanem Ząbki, kibice przekonali się przy Podolińskim.

 Od początku Dźwigała musiał coś udowadniać. Drużyna źle grała w sparingach. Trener ściągał zawodników, którzy nie mają dobrej opinii w Polsce (Janota) czy w Bielsku-Białej (Feruga). Ludzie byli słusznie sfrustrowani samym faktem, że muszą na nowym stadionie, po frajerskim spadku, oglądać mecze z Wigrami Suwałki czy Chojniczanką, a już to, że Podbeskidzie nie potrafiło z nimi wygrać, sprawiało, że frustracja kipiała. Dźwigała zdawał się tego nie rozumieć, mówił, że drużyna grała dobrze, tylko zabrakło jej szczęścia, co jeszcze bardziej irytowało ludzi. Wyniki też są takie, że nie zanosi się na powrót Podbeskidzia do ekstraklasy. Po meczu z GKS-em Katowice, bezdyskusyjnie przegranym, wielu domagało się zwolnienia Dźwigały.

 Przyznam, że miałem wtedy duże wątpliwości. Emocje podpowiadały, że nie ma na co czekać. Rozum mówił, że kolejna zmiana byłaby kompletnie bez sensu. Dzisiaj Podbeskidzie znowu przegrało, Zagłębie Sosnowiec odjechało na osiem punktów, drużyna od pięciu miesięcy nie wygrała u siebie. Ale teraz wiem na pewno: nie zwolniłbym Dźwigały.

 Trener Dźwigała przyszedł, bo miał w Bielsku-Białej, po latach grania koszmarnego futbolu, zbudować zespół, który będzie potrafił rozgrywać akcje, prowadzić grę, budować atak pozycyjny. Czyli dostał trudne zadanie, bo łatwiej zamurować się i grać z kontry. Atak pozycyjny wymaga większej kreatywności, większych umiejętności, co widać chociażby po dobrych wynikach i koszmarnej grze Legii Stanisława Czerczesowa i wielkich trudnościach Besnika Hasiego, który miał coś zbudować. Budowanie drużyny prowadzącej grę wymaga więcej czasu niż budowanie drużyny, która ma przede wszystkim skupiać się na obronie.

 Dźwigała dostał więc trudne zadanie pozbierania drużyny po spadku, trudne zadanie nauczenia zespołu przez lata grającego z kontry, grania atakiem pozycyjnym, trudne zadanie zastąpienia DZIEWIĘTNASTU (!) zawodników, którzy w lecie odeszli i trudne zadanie wkomponowania do drużyny DWUDZIESTU DWÓCH zawodników, którzy do niej przyszli, z czego wielu już w trakcie ligi. Do tego doszło trudne zadanie przekonania do siebie przyzwyczajonych do oglądania meczów ekstraklasowych, kibiców. Sporo trudnych zadań jak na trzy miesiące pracy.

 Wyniki, oczywiście, są niesatysfakcjonujące, strata punktowa robi się niebezpiecznie duża. Ale wreszcie jest na czym oprzeć linię obrony trenera. Dotychczas broniły go bardzo skuteczna gra na wyjazdach i wypatrzenie oraz odważne postawienie na Daniela Mikołajewskiego. Teraz doszedł jeszcze jeden bardzo ważny argument. Czy oglądając piątkowy mecz z Zagłębiem, można było mieć wrażenie, że trener niczego nie wniósł do zespołu? Nie. Podbeskidzie rozgrywało akcje po ziemi, często z pierwszej piłki, czasem cierpliwie, a gdy trzeba szybko. Podbeskidzia atakującego z takim rozmachem nie widziałem dawno, być może od czasów Roberta Kasperczyka. Dziś było bardzo wyraźnie widać, że owszem, wiele rzeczy jest do poprawy, nie wszystko jest idealnie, ale ta drużyna zrobiła postęp. Zrobiła postęp w kierunku, który zapowiedział Dźwigała. Podbeskidzie grało dziś w piłkę dużo lepiej niż cztery miesiące temu, rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu. A, jak już pisałem tuż po spadku, kluczowym zadaniem dla Podbeskidzia powinien być nie awans do ekstraklasy, ale wyciągnięcie ze spadku nauki. Nauką jest właśnie spróbowanie innej gry, nie nastawionej tylko na przypadek i szczęście. To dlatego Zagłębie Lubin, Arka, Termalica potrafiły w ostatnich latach wnieść wiele ciekawego do ekstraklasy – bo w I lidze nauczyły się dobrego rozgrywania piłki.

 Dźwigała podpisał kontrakt na dwa lata. Na samym początku podkreślano, że celem jest awans do ekstraklasy w ciągu dwóch lat. Czyli dopuszczano do siebie, że w tym roku się może nie udać. Koniecznym warunkiem, by kontynuować współpracę, musi być jednak monitorowanie postępów. I po trzech miesiącach, po drużynie Dźwigały te postępy widać. Trzeba czekać na następne. Ale dziś jest dla mnie jasne, że warto wytrzymać ciśnienie i nie zwalniać trenera po świetnym meczu jego drużyny, przegranym przez koszmarne indywidualne błędy. Trenera powinno się rozliczać za to jak wygląda drużyna. A drużyna Podbeskidzia wyglądała dziś bardzo dobrze, nawet jeśli poszczególne jej części (Piacek, Baran, Lis) nie wyglądały dobrze. To nie może być jednak powód, by pozbywać się trenera. U mnie Dźwigała kupił sobie dzisiejszym meczem cierpliwość. Nie mówię, że na pewno jest świetnym trenerem, bo nie wiem, nie mówię, że Podbeskidzie osiągnie z nim sukces, bo tego też nie wiem. Ale widzę, że obiecał, że jego drużyna będzie grać inaczej i faktycznie gra inaczej. Lepiej. Mam nadzieję, że władze Podbeskidzia pamiętają, jak kiepskie było pierwsze pół roku Kasperczyka i jak bardzo źle byli do niego nastawieni kibice na rok przed tym jak biegał przed nimi, machając góralskim kapeluszem. 

Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

„Werder wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie”

294336535_b1954acf83_z

Werder Brema to jeszcze jakiś czas temu był poważny kandydat do czołowych miejsc w Bundeslidze. W ostatnich latach, z powodu problemów finansowych, klub popadł w przeciętność i nierzadko musiał drżeć do samego końca o utrzymanie. W lecie doszło w Bremie do zmiany na stanowisku dyrektora sportowego, co zawsze rodzi nowe nadzieje. Czy Werder w końcu rozpoczął drogę do odbudowy dawnej potęgi? Pytam o to dzisiaj, w dniu inauguracji Bundesligi, w której Bayern Monachium podejmie właśnie bremeńczyków, Mariusza Mońskiego, kibica Werderu, prowadzącego twitterowy, polskojęzyczny profil na temat tego klubu.

monski

Lata minęły od czasów, kiedy Werder Brema ostatni raz liczył się choćby w walce o europejskie puchary. Widzisz chociaż jakieś światełko w tunelu, że bremeńczycy będą powoli wracać do czołówki?

Mariusz MOŃSKI: – Bardziej liczyłem przed meczem w Pucharze Niemiec (Werder odpadł ze Sportfreunde Lotte – przyp. MT). To był dla mnie trochę kubeł zimnej wody przed nowym sezonem. Ale generalnie, Frank Baumann, nowy dyrektor sportowy, zrobił fantastyczną robotę. W jedno okienko zrobił więcej dobrego niż Thomas Eichin przez całą karierę. Mam poczucie, że wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie. Przyszło bardzo dużo nowych piłkarzy, jest cała nowa obrona. Jest na czym opierać nadzieję.

W poprzednim sezonie posada trenera Viktora Skripnika parę razy wisiała na włosku. Jesteś zadowolony, że jednak z klubu odszedł dyrektor sportowy Eichin, a nie trener?

- Jeżeli mają do niego szczere zaufanie, to jestem zadowolony. A jeżeli mają już kogoś innego nagranego, a tylko czekają na jego wpadkę, to moim zdaniem nie ma to sensu. Jeśli go nie zwolnią po kilku nieudanych meczach, to będzie znaczyło, że jest częścią jakiegoś planu. Ma w końcu pięciu nowych piłkarzy. Nie da się zrobić tak, żeby wszystko grało od razu. Zwłaszcza, że to zmiany w obronie. W ofensywie to można sobie jeszcze pokombinować, ale w defensywie zawodnicy muszą się choć trochę nawzajem znać. Z czasem pewnie defensywa będzie wyglądać lepiej, ale na inaugurację, z Bayernem Monachium, może być łomot…

Zachwycałeś się transferami Baumanna. Dlaczego?

- Odniosłem wrażenie, że wszystkie były przemyślane. Nie kupował ludzi tylko do zapełnienia składu, ale na konkretne pozycje. Kadra jest teraz bardzo liczna. Moim zdaniem zbyt liczna. Jeszcze z dziesięciu piłkarzy trzeba wytransferować lub przynajmniej wypożyczyć. 33 graczy do grania na jednym froncie, to za dużo. Szkoda na to pieniędzy. W ostatnich dniach okienka transferowego trzeba usiąść i zacząć ostre wycinanie. Przy takiej liczebności kadry, zbyt dużo byłoby ludzi niezadowolonych, siedzących wiecznie na trybunach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „NIE ZABOLAŁA MNIE STRATA LEROYA SANEGO. ZA ROK MÓGŁBY PRZEJŚĆ DO BAYERNU”

Kilku piłkarzy też odeszło. Którego będzie ci brakować najbardziej?

- Na pewno boli strata Jannika Vestergaarda, bo to był prawdziwy lider defensywy. Gdy przychodził, różnie się o nim mówiło, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Zarówno na nim, jak na Anthonym Ujahu, Werder zarobił kupę pieniędzy. Obaj musieli odejść, bo Bremy nie stać, by odrzucać takie wielomilionowe oferty. Ale z nazwisk wynika, że następcy powinni być dobrze. Kompletnie się nie spodziewałem, że Baumann tak szybko załata te ubytki. I to nie piłkarzami nie wiadomo skąd, tylko konkretnymi, o realnej wartości. Gdy dany zawodnik odchodził, dwa dni później przychodził nowy. Widać, że dyrektor sportowy działał z planem.

Po którym ze wzmocnień obiecujesz sobie najwięcej?

- Będę mało obiektywny – po Florianie Kainzu. Oglądam go już wielu lat w austriackiej lidze. Dla mnie to najlepszy piłkarz austriackiej Bundesligi obok Jonathana Soriana z Salzburga. Kainz musi w Niemczech nabrać trochę masy, bo na razie może mieć syndrom Marcina Kamińskiego w Stuttgarcie. Ma umiejętności, ale twardzi obrońcy z Bundesligi go zniszczą. Podobnie było z Kevinem Kamplem po transferze z Austrii do Niemiec – w Borussii Dortmund przepadł, ale w Bayerze Leverkusen zaczął grać bardzo dobrze. Jeżeli Skripnik chwilę poczeka, da mu czas, to będzie z niego pożytek. Zresztą chyba tak będzie, bo nie ma potrzeby, by od razu go wstawiać, skoro jest chociażby Fin Bartels. Z tym że Kainz to dla mnie piłkarz o klasę lepszy od Bartelsa. Ciekaw jestem też nowych francuskich obrońców. Lamine Sane w Bordeaux podobno był długo liderem obrony, ciepło mówili o nim spece od Ligue 1. Niklas Moisander to były kapitan Ajaksu Amsterdam, co ma swoją wymowę. Swego czasu to był świetny obrońca. Pytanie, jak jest dzisiaj. Umiejętności zostają, ale szybkość może już nie być ta. Szybkim testem będzie mecz Bayernem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „TO MOŻE BYĆ PRZEŁOMOWY SEZON BAYERU LEVERKUSEN”

Gdzie w tej kadrze widzisz największe braki, które z czasem mogą być problemem Werderu?

- Trudno powiedzieć o brakach, ale moim zdaniem największym błędem Skripnika jest to, że Sambou Yatabare jest ustawiany jako prawy, a nie defensywny pomocnik. W Belgii grał tylko i wyłącznie na środku pomocy. On nie ma technicznych umiejętności, kreatywności i szybkości na skrzydłowego. Jeżeli trener dalej będzie tak robił – a w Pucharze Niemiec tak zrobił – to wyrządzi krzywdę zarówno drużynie, jak i chłopakowi, wystawiając go cały czas na nie jego pozycji. W środku pomocy mógłby sobie świetnie poradzić. Nie znam Roberta Bauera, wziętego z Ingolstadt, ale Santiago Garcia przynajmniej będzie czuł, że ma na prawej obronie jakiegoś zmiennika. Ważne, że na każdej pozycji są po dwaj zawodnicy, nikt – poza Claudiem Pizarrem – nie ma pewnego miejsca w składzie.

Nie boisz się o obsadę bramki?

- Mam nadzieję, że Raphael Wolff szybko spakuje walizki. Doszedł Jaroslav Drobny, który swoim doświadczeniem może bardzo pomóc Feliksowi Wiedwaldowi na treningach. Może nie poprawi jego bramkarskich umiejętności, ale przekaże trochę doświadczenia. Jeśli Wiedwald będzie bronił tak, jak w końcówce poprzedniej rundy, to nie mam się czego obawiać. W dużej mierze to on uratował Werderowi miejsce w Bundeslidze. Trudno, żebym teraz wieszał na niego psy, skoro bronił całkiem niedawno rewelacyjnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „PISZCZEK OPIERA SIĘ ODMŁODZENIU W BORUSSII, BŁASZCZYKOWSKI MUSIAŁ ODEJSĆ”

Najgłośniejszym nazwiskiem, które trafiło do Werderu, był niewątpliwie Max Kruse. Czego się po nim spodziewasz?

- Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, jak będzie szło drużynie. Jeśli będą punkty i atmosfera, to powinien szybko – po wyleczeniu kontuzji – wpaść w swój rytm. Jeśli zespół będzie przegrywać, od niego będzie się natychmiast wymagało bramek, nie dadzą mu kilku meczów na złapanie formy. Kosztował bardzo duże – jak na Werder – pieniądze. Jeśli początek sezonu będzie jak za Robina Dutta i bremeńczycy będą dostawać od każdego bęcki, będzie problem. Wiadomo, że z Bayernem przegrają, ale później w miarę może się to ułożyć. A wtedy Kruse będzie bardzo silnym punktem zespołu, bo to klasowy piłkarz. Generalnie, w Werderze napastnicy z Bundesligi generalnie nie zawodzą. Ten klub wypromował kilku napastników. Niektórzy w Werderze się sprawdzali, a w innych klubach już nie. Ale nigdy nie było problemu z tym, żeby napastnicy strzelali dla Werderu gole.

Znów wszystko się będzie kręcić wokół nieśmiertelnego Claudia Pizarra?

- Myślę, że nie. Poprzedni sezon miał rewelacyjny, choć zawodnicy w tym wieku, po 60 minutach powinni być zmieniani. A on był za bardzo eksploatowany przez cały sezon. Od niego wymaga się za dużo, dlatego grał prawie bez przerwy. Myślę, że teraz to skutkuje kontuzjami. Jeśli będzie zdrowy, to on nie musi biegać, żeby strzelić gola. Wie, gdzie stać, ma umiejętności. Ale Werder ma teraz taką możliwość rotacji, tylu napastników, że powinien się trochę od Peruwiańczyka uniezależnić. Pytanie, czy Skripnik będzie potrafił z tych napastników korzystać.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

„Nie zabolała mnie strata Leroya Sanego. Za rok mógłby przejść do Bayernu”

20242991260_4c3f485a70_z

Po dwóch z rzędu rozczarowujących sezonach, Schalke 04  znów zaczyna wszystko od nowa. Ma nowego trenera oraz dyrektora sportowego i chce wreszcie zacząć  gonić dystans do uciekającej z roku na rok ścisłej czołówki. O nowej odsłonie klubu z Gelsenkirchen mówi Marcin Borzęcki, dziennikarz Weszło i fan Schalke.

borzecki

W ostatnich latach nie było łatwo kibicować Schalke. Czy masz jeszcze jakieś nadzieje przed nowym sezonem?

Marcin BORZĘCKI: – Nigdy nie było łatwo kibicować Schalke. Nastroje mam mocno ambiwalentne, bo takiej niewiadomej, jak w tym sezonie, jeszcze nie było. Na górze zmieniło się właściwie wszystko – zarówno dyrektor sportowy, jak i trener. Jest wielu nowych zawodników, więc ciężko powiedzieć, jak to będzie wyglądało. Na pewno jestem spokojniejszy niż przed każdym poprzednim sezonem. Markus Weinzierl nie jest moim wymarzonym trenerem, ale to część planu. A wcześniej dominowały w Schalke doraźne sposoby zaleczenia problemów – jak nie Roberto Di Matteo, to Andre Breitenreiter. Dyrektor sportowy Christian Heidel to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nie mam wielkich oczekiwań na ten sezon, ale wierzę, że z czasem jego praca będzie przynosić efekty.

Jesteś przekonany, że Heidel będzie tak samo skuteczny, jak był w Moguncji?

 Na początku był pewien niepokój, jak poradzi sobie z dostępem do dużej gotówki, ale te pierwsze ruchy świadczą o nim bardzo dobrze. Porusza się po rynku transferowym naprawdę sprawnie, mądrze dysponuje pieniędzmi. Gdy czytam wywiady z nim, sprawia wrażenie gościa rozsądnego i konkretnego. Horst Heldt, jego poprzednik, wszystko robił trochę po omacku, na farta, a tu wszystko jest przemyślane. Mocno przygotował się do swojej roboty. To projekt na lata.

Wiadomo, że w Schalke ścierają się różne frakcje. Nie obawiasz się, że Heidel nie dostanie pełnej władzy?

- Na pewno wokół klubu kręci się sporo podpowiadaczy, mądre głowy, które dorzucają swoje trzy grosze, ale myślę, że charakter Heidela nie pozwoli na to, by ktoś ingerował w jego pracę. To gość z jajami. Nie da sobie przeprowadzać dużych transferów na ostatnią chwilę, jak Heldt z Kevinem-Princem Boatengiem. Heidel pewnie będzie się starał dążyć do autorytarnej władzy. W jego działce nikt nie będzie mógł na pewno mieszać.

Wspomniałeś, że Weinzierl to nie jest twój wymarzony trener. Dlaczego?

- Nie jest wymarzony, ale z drugiej strony, gdy zastanawiałem się kto byłby wolny, w zasięgu, wpisujący się w plany klubu, to nie znalazłem nikogo lepszego. Mam pewne obawy czy nie okaże się to Breitenreiter bis, ale ich doświadczenia są jednak nieporównywalne. Weinzierl prowadził Augsburg przez długi czas, grał z nim w Lidze Europy. Ciężko ich porównywać, choć Weinzierl też jest sporą niewiadomą. Ale jestem optymistą. 

Czego twoim zdaniem należy realnie oczekiwać po Schalke?

- Zadowoliłoby mnie miejsce w pierwszej czwórce i taki wymóg bym stawiał. Wydaje mi się to w miarę w zasięgu, choć gdy patrzę na wzmocnienia Leverkusen czy Wolfsburga, jestem trochę przerażony. A jest przecież jeszcze Gladbach. Mimo to myślę, że czwórka byłaby w zasięgu. Ale nie o to chodzi. Nie chcę patrzeć krótkowzrocznie. Pracę Heidela czy Weinzierla powinniśmy oceniać w perspektywie kilku lat. Dałbym im czas. Jako kibic Schalke, jestem tak wyposzczony, że jestem w stanie dać dużo czasu i ogromne wotum zaufania, byleby spokojnie popracowali i w długim okresie coś poprawili. Gdyby okazało się, że znów będzie tylko Liga Europy, to nie będę narzekał. Nie zawieszam wysoko poprzeczki. 

Wielu spodziewało się po Schalke sporej aktywności transferowej. Tymczasem Heidel chyba chce zobaczyć, jak na niektórych zawodników wpłynie zmiana trenera.

- Po części się zgadzam, bo obserwując okres sparingowy, zwróciłem uwagę, że np. Eric-Maxim Choupo-Moting spisywał się doskonale. To był zawodnik, którego nie poznawałem. Poprzednio był chimeryczny, a teraz grał świetnie. Może Weinzierl z Heidelem chcą poczekać i ocenić z bliska niektórych piłkarzy. Czy spodziewałem się szaleństwa? Miałem pewnie cichą nadzieję na sporo transferów, ale wiem, że Schalke ma nadal spore długi i nie może sobie pozwolić na rozrzucanie pieniędzy na lewo i prawo. Ale coś się jeszcze może wydarzyć przed końcem okienka.

A z obecnych transferów jesteś zadowolony?

Jak najbardziej. Niedosyt pozostawia oczywiście kontuzja Kokego, po którym wiele sobie obiecywałem. Świetnym ruchem było rozbicie transferu Breela Embola na trzy raty po około osiem milionów, przez co budżet klubu tak mocno tego nie odczuje. Naldo w sparingach pokazał, że może wnieść wartość większą niż Joel Matip. Możemy bardzo szybko zapomnieć o Kameruńczyku. Świetnie gra w destrukcji, a do tego bardzo dużo podpowiada innym. W tym sezonie to może być najważniejszy transfer. Bo Embola traktuję jednak jako wzmocnienie głównie na przyszłość.

O drużynie Schalke mówiło się, że jest za grzeczna. Czy to się zmieniło?

 - Chciałbym w drużynie takiego doświadczonego pomocnika z jajami. Przywołam znowu Koke. Kibice Sevilli podkreślali, że to nie był zawodnik, który trafiał na czołówki gazet, ale był pierwszy do pracy. To podobno dusza i serce zespołu, dlatego fajnie jakby był jak najszybciej do dyspozycji. Poza zasięgiem jest Bastian Schweinsteiger, ale o kimś takim w Schalke bym marzył. Chociaż nie wiem, jak wtedy Weinzierl pomieściłby w składzie jeszcze Leona Goretzkę, Johannesa Geisa i Maksa Meyera. Ale to problem tylko hipotetyczny.

Na ile zabolała cię strata Leroya Sanego?

 - Nie zabolała mnie. Kocham go oglądać i na pewno będę regularnie oglądał dla niego mecze Manchesteru City, ale jestem świadom tego, że za rok mógłby odejść do Bayernu Monachium, a tego bym nie przeżył. Już po Manuelu Neuerze długo się zbierałem. Jego sprzedaż cieszy mnie tym bardziej, że udało się wyciągnąć za niego kolosalne pieniądze. Kosztował więcej milionów niż rozegrał meczów w Bundeslidze.

 Nie boisz się, że wzmocnienia wzmocnieniami, a znów wszystko będzie zależeć od dyspozycji Klaasa-Jana Huntelaara?

 - Punktem wyjścia jest to, jak Weinzierl to ustawi. W sparingach grał na jednego albo dwóch napastników. Za Breitenreitera napastnicy też czasem grali w linii, ale tutaj zawsze jeden z nich cofał się po piłkę. Nie jestem zbytnio fanem Huntelaara, widać, że nie ma już żadnej dynamiki. Być może jest rozpatrywany jako mentor dla Embola. Wierzę, że z racji obecności w klubie Szwajcara oraz Franca Di Santa, odpowiedzialność za strzelanie goli trochę się rozłoży. Liczę, że Argentyńczyk, po fatalnym sezonie, wróci do poziomu prezentowanego w Werderze Brema. Przydałby się jeszcze jakiś skrzydłowy. Wtedy, grając rozsądnie i z głową w obronie, nie powinniśmy być uzależnieni od tego czy Huntelaar trafi do bramki.

PRZECZYTAJ TAKŻE 

Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego” – rozmowa z Michałem Jeziornym.

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść” – rozmowa z Pawłem Musiałem.

„To może być przełomowy sezon Bayeru Leverkusen” – wywiad z Martinem Huciem.

 

„To może być przełomowy sezon Bayeru Leverkusen”

bayarena

Trudno sobie przypomnieć Bayer Leverkusen, który przed sezonem wyglądałby tak obiecująco jak teraz. O ile w poprzednich latach, nie było żadnej walki nie tylko o mistrzostwo, ale też o wicemistrzostwo Niemiec, o tyle tym razem, Bayer może rzucić wyzwanie nie tylko Borussii Dortmund, ale nawet Bayernowi Monachium – oczywiście, gdyby ten raczył choć trochę osłabnąć. O nadziejach przed nowym sezonem opowiada nam dzisiaj Martin Huć, redaktor polskiego serwisu Bayeru Leverkusen.

huc

Pal Dardai, trener Herthy Berlin, mówi, że mistrzem Niemiec będzie Bayer Leverkusen. Zwariował czy coś w tym może być?

Martin HUĆ: – Zawsze jestem ostrożny z nadziejami przed kolejnymi sezonami. 19 lat kibicowania Bayerowi mnie tego nauczyło. Było kilka takich sezonów, gdy wydawało się, że będzie przełom i nagle wszystko się sypało. Patrząc na kadrę, to naprawdę może być przełomowy sezon. Kadra jest świetna. Nie licząc lewej obrony, gdzie jest tylko Wendell i – awaryjnie Beniamin Henrichs – na każdej pozycji jest dwóch-trzech zawodników. Z drugiej strony, nie wiem czy to nie będzie pułapka. Po czerwcowych ruchach transferowych, było dla mnie nie do pomyślenia, że Andre Ramalho, Robbie Kruse, Admir Mehmedi czy Ryu Seung-woo zostaną w drużynie. A wszyscy w tej kadrze są. Obawiam się jedynie czy ta kadra nie jest za szeroka, czy nie pojawią się z tego powodu jakieś niesnaski. Na pozycję środkowego obrońcy jest sporo zawodników, a jeszcze może przyjść Aleksandar Dragović z Dinama Kijów (we wtorek podpisał kontrakt – przyp. MT). Na środku pomocy na początku nie będzie tłoku, bo Lars Bender i Julian Brandt grali na igrzyskach olimpijskich, ale za chwilę będzie tam kilku graczy. Tak samo na skrzydłach, gdzie doszli Levin Oeztunali czy Kevin Volland. Próbowałem rozpisać podstawową jedenastkę, jak mogłaby wyglądać i miałem problem, by kogoś odrzucić. Wielu dobrych graczy nie załapie się nawet na ławkę. Dlatego faktycznie, jakąś nadzieję nawet na mistrzostwo można mieć. Przykład Leicester City pokazał, że wszystko jest możliwe. Nie powiem, że Bayer to główny kandydat. Na razie jest za plecami Bayernu i Borussii Dortmund. Ale są podstawy do optymizmu.

Mówimy o planie maksimum. A na co realnie stać Bayer?

- Na pewno ten sezon będzie trudniejszy dla trenera Rogera Schmidta, bo miejsce poza trójką będzie porażką. W zeszłym sezonie czwarte miejsce jeszcze byłoby OK, za rok byłoby rozczarowaniem. Na pewno zarząd oczekuje też pokazania się w Europie. Nie tylko wyjścia z grupy Ligi Mistrzów, ale walki o ćwierćfinał. Wicemistrzostwo Niemiec na pewno byłoby traktowane jako sukces. Pieniądze, które Bayer wydał na transfery i utrzymanie całej kadry, choćby zatrzymanie w klubie Oemera Topraka, powodują, że oczekiwania wobec Schmidta rosną. Nikt nie oczekuje mistrzostwa, wicemistrzostwa też nikt głośno nie wymaga, ale miejsce na podium to minimum. 

Po którym transferze najwięcej sobie obiecujesz?

Paradoksalnie, po transferze sprzed roku. Charles Aranguiz do Bayeru trafił latem 2015, ale kontuzja, której się nabawił, spowodowała, że zagrał tylko kilka meczów, które dały ogromną nadzieję. Myślę, że teraz pokaże, że zeszłoroczny transfer był trafiony. Powinien być motorem napędowych drużyny. Z zawodników pozyskanych tego lata – na pewno wiele oczekuję od Kevina Vollanda. Bayer zaskoczył wielu, że zdołał go wyciągnąć z Hoffenheim i prześcignąć konkurencję. Sparingi pokazały, że już dobrze rozumie się z Karimem Bellarabim i uzupełnia się z Javierem Hernandezem.  

 W Bayerze w ostatnich latach wyskakiwali zwykle jacyś młodzi, zdolni zawodnicy, jak Brandt, Vladlen Jurczenko czy Henrichs. Ktoś taki jest dziś na horyzoncie?

- Z tym jest problem, bo ta szeroka kadra sprawia, że trudno będzie się jakiemuś nowemu przebić. Henrichs na pewno dostanie swoje szanse, może Joel Abu Hanna, mistrz Niemiec juniorów, który był już parę razy na obozach. Może usiądzie parę razy na ławce, ale raczej nagle nie wskoczy do podstawowego składu. Nie za bardzo jest miejsce dla młodych graczy. Mam nadzieję, że w kolejnych latach przebije się bramkarz Tomek Kucz, który już parę razy trenował z drużyną, był na obozie. Może z czasem dostanie szansę.

Przez lata atak Bayeru opierał się na Stefanie Kiesslingu. Teraz Niemiec jest kontuzjowany, ale chyba udało się od niego uniezależnić?

-  Parę lat obawiałem się tego, że gra była oparta tylko na nim, dyskutowałem często z wieloma osobami, kogo by ściągnąć, żeby był dobrym następcą. Okazało się jednak, że poszło to dość bezboleśnie. Przyszedł Hernandez, dobrze wpasował się do gry w Bundeslidze i Kiessling zszedł trochę na boczny tor, choć gdy wchodził, pomagał drużynie. Teraz przyszedł Volland, Bayer zostawił wypożyczonego ostatnio Joela Pohjanpalo, ze względu na problemy zdrowotne „Kiessa”, ale wierzę, że ten doświadczony napastnik jeszcze się nam przyda. Jest legendą Bayeru, ma szacunek wśród kibiców, jest dobrym łącznikiem pomiędzy drużyną a fanami, ma też posłuch w szatni. Przez najbliższe lata może być pomocny jako zawodnik od dbania o atmosferę. A przy okazji, gdy będzie zdrowy, na pewno pomoże doświadczeniem i zaangażowaniem.

Czy twoim zdaniem to będzie kluczowy sezon dla Rogera Schmidta? W Leverkusen pracuje już od dwóch lat. Miał świetne momenty, ale wydaje się, że pełni potencjału z zespołu jeszcze nie wycisnął.

- Na pewno to będzie najtrudniejszy sezon. Już poprzedni był bardzo trudny, bo w rundzie wiosennej przytrafiła się seria nieoczekiwanych porażek, odpadnięcie z Villarrealem w Lidze Europy, zawieszenie za kłótnię z sędzią i przed meczem ze Stuttgartem pojawiły się spekulacje, że gra o posadę. Sytuacja kadrowa była ciężka. Zagrali wtedy Jurczenko, Ramalho, Henrichs. I nagle drużyna wygrała 2:0, a wszystko się odmieniło, do samego końca grając już świetnie. Widać było, jak niewiele trzeba, żeby odbiór trenera nagle się zmienił. Sam byłem już w tym momencie za tym, żeby coś zmienić, bo sytuacja robiła się fatalna, po czym Bayer zaczął grać najładniej w Bundeslidze. Długo miałem ze Schmidtem problem, bo młodzi zawodnicy się u niego nie rozwijali. Brandt, Calhanoglu stanęli w miejscu. Końcówka to wszystko zmieniła.  Teraz jednak znów będą duże oczekiwania, koniecznie trzeba zająć miejsce na podium i jeszcze pokazać się w Europie. Bayer już nie będzie w Lidze Mistrzów jako klub z młodą kadrą, niedoświadczony, ale jako mocny klub z Bundesligi, który w meczu z najmocniejszymi walczy i robi zamieszanie, a słabszym pokazuje miejsce w szeregu. Ale wierzę, że Schmidt temu podoła. Wierzę w niego. Podbudowała mnie końcówka sezonu. Myślę, że to trenera na lata, który ma swoją wizję. Mówi się, że jest wizjonerem. Potrafi grać ofensywnie, ładnie dla oka. Mam nadzieję, że potwierdzi. Głównym testem będzie umiejętność rotowania składem i utrzymania spokoju w szatni oraz dbania o atmosferę, przy tak szerokiej kadrze.

Wspomniałeś o Calhanoglu. Jeszcze rok temu wydawało się, że będą się o niego bić największe firmy. Myślisz, że to dla niego też sezon ostatniej szansy?

- Każdy chciał odejścia Calhanoglu już tego lata. Myślałem: „Niech Anglicy dadzą te 30 milionów i niech idzie, znajdziemy za niego dwóch lepszych zawodników za 15 milionów”. Dlatego dużym zaskoczeniem było dla mnie, gdy został tymczasowym kapitanem. To pokazało, żę Schmidt widzi w nim ciągle wielki talent, zawodnika, który ma charakter i większy wpływ na drużynę. Czy w tym sezonie może się obudzić? Przede wszystkim, musiałby wywalczyć miejsce w składzie, a ja na razie tego nie widzę. Przy Kevinie Kamplu, Aranguizie, Julianie Baumgartlingerze, gdzie on mógłby grać? Póki nie będzie Bendera i Brandta, to może tak, ale potem stanie się  rezerwowym. Mam nadzieję, że nie będzie się go wpychać do składu tylko po to, by go potem sprzedać. Liczyłem na pieniądze z jego transferu, ale po nieudanym Euro, kompletnie do zera spadło zainteresowanie nim. Ale może to mu pomogło, bo miał spokojny okres przygotowawczy po poprzednim, okropnym sezonie. Pierwszy rok w Bayerze ratował jeszcze liczbami – golami z wolnych, asystami – ale w poprzednich rozgrywkach już nawet wolne mu nie wychodziły. Zyskał łatkę nieudanego transferu, niespełnionego talentu. Nadal jest młody i wszystko przed nim, ale będzie miał problem z grą. Jeśli Schmidt ma stawiać na kogoś młodego, wolałbym częściej oglądać Jurczenkę, który przyszedł za drobne z rezerw Szachtara Donieck i w obliczu wielu kontuzji, pokazał się z dobrej strony.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść”