Zajac, bramkarz bezkonkurencyjny

Nie chcę wyciągać wniosków po dwóch meczach i to jeszcze na gorąco, w stanie, w którym najchętniej w tym tekście umieściłbym same niecenzuralne słowa. Ale myśl zakołatała mi w głowie jeszcze początkiem lipca, wzmocniło ją spotkanie z Pogonią, a utwierdziło starcie z Lechią, więc się podzielę: może Richard Zajac to bramkarz bezkonkurencyjny?

Niesamowity jest dysonans między Zajacem, który nie ma konkurenta, a Zajacem, który musi rywalizować o miejsce w bramce.

Gdy przychodził do Bielska-Białej, w klubie na ławce rezerwowych byli Paweł Linka i Grzegorz Burandt. Żaden z nich nigdy nie był podstawowym bramkarzem poważnego klubu. Zajac z miejsca stał się jednym z najlepszych bramkarzy I ligi, mimo że partnerów miał wtedy bardzo słabych. Puścił wówczas tylko 10 goli w 15 meczach. 0,66 bramki/mecz.

Przed nowym sezonem zespół bardzo się wzmocnił i zaczął walczyć o ekstraklasę, ale w bramce dalej poważnych rywali dla Słowaka nie było. On nie doznawał kontuzji, nie łapał kartek, a w zamian klub nie niepokoił jego psychiki konkurentem. Na ławce siedzieli Linka, Joachim Mikler i Paweł Góra, czyli znów żadne postaci. Bielszczanie awansowali, a w 33 meczach Zajac puścił 23 gole, zdecydowanie najmniej w lidze. 0,69 bramki/mecz

Klub wiedział jednak, że w ekstraklasie potrzebuje dwóch dobrych bramkarzy. Ściągnął więc Mateusza Bąka, z którym Zajac latem wygrał rywalizację. W lidze dopadł go jednak paraliż, z którego nikt wcześniej go nie znał. W meczu z Jagiellonią w 1. kolejce zawalił dwa gole, w starciu z Bełchatowem tydzień później wyciągał piłkę z bramki SZEŚĆ razy. W tamtym sezonie miewał jeszcze lepsze momenty, wracał do bramki, ale nie był tak pewny jak dawniej. Łącznie puścił 23 gole w 18 spotkaniach. 1,27/mecz

Bąk został też w Bielsku na rundę jesienną następnego sezonu. Zajac puścił wówczas 22 gole w 12 meczach. 1,83/mecz. Ale zimą Bąk odszedł do Gdańska, a Podbeskidzie ściągnęło tylko Krzysztofa Barana, który wówczas uchodził za patałacha i ani przez moment nikomu nie przyszło do głowy, by mógł bronić. Rysiek znów miał czystą głowę i na wiosnę wystąpił we wszystkich meczach. Bilans? 14 goli w 15 meczach. 0.93/mecz

Przez cały poprzedni sezon za „konkurenta” miał Rybansky’ego, czyli konkurenta nie miał. Był jednym z najlepszych bramkarzy ekstraklasy. Puścił 26 goli w 25 meczach. 1.04/mecz

Tego lata w klubie uznali jednak, że potrzebują dwóch równorzędnych bramkarzy do rywalizacji. W pierwszych dwóch kolejkach sezonu Zajac zawalił 3/4 goli, z czego przy jednym zawinił, a dwa strzelił sobie sam.

Nie może być przypadkiem, że w sezonach, kiedy Zajac nie miał w bramce konkurencji puszczał w granicach gola na mecz, a w sezonach kiedy konkurencję miał, puszczał znacząco powyżej gola na mecz. Są bramkarze, którzy potrzebują mieć świadomość, że choćby się waliło i paliło, będą w bramce numerami jeden, a wszelka rywalizacja ich paraliżuje. Może Zajac to przedstawiciel tego gatunku? Jeśli tak, to lepiej dla Podbeskidzia, żeby Pesković był z innego…

Piasta Gliwice czeka świetlana przyszłość!

brosz

Piast pozbył się ostatniej przeszkody w drodze do świetlanej przyszłości. Nieudacznik, który zniszczył gliwicki zespół, został zwolniony. Teraz są świetni zawodnicy, rewelacyjnie poukładany klub i droga do gwiazd otwarta. Wystarczy zatrudnić jakiegoś porządnego trenera. Albo nawet nie. Wystarczy, że Brosza już nie ma, bo ta ekipa to samograj!

***

Tak się kończy zbyt wysoki wzlot. Gdyby Piast w zeszłym roku zajął bezpieczne, dziewiąte miejsce, odpuszczając ostatnie mecze, dziś Marcin Brosz spokojnie by sobie pracował, ciesząc się należną mu estymą. Ale nie, Brosz popełnił błąd Ikara, wleciał tam, gdzie nie było jego miejsce i już po nim. Po raz kolejny okazuje się, że w Polsce awans do europejskich pucharów to trenerskie samobójstwo.

Przerost ambicji, nieumiejętność realnego spojrzenia na własną drużynę, to plaga zżerająca polskie kluby. W Gliwicach uważali, że ósme miejsce, po zeszłorocznym wzlocie, im się zwyczajnie na leży. Ósme minimum. Jakby im samym nie zdarzyło się parę lat temu zlecieć z ligi w drugim sezonie po awansie.

Gdyby Piast ściągnął Ronaldo. Albo chociaż Olę Johna zamiast Collinsa. Albo nie wiem, Kownackiego, Piątka, Kwieka. Zrobił pakę jak Zagłębie Lubin. Wtedy Brosza trzeba by było wyrzucić. Ale nie, takich zawodników nie ściągnięto. Piast ma skład na poziom pomiędzy Koroną, Podbeskidziem a Widzewem, czyli dokładnie na miejsca, w których aktualnie się znajduje. To, że rok temu wzbił się wyżej, było zasługą splotu okoliczności, słabości rywali i taktycznej konsekwencji. A nie znaczyło, że Mateusz Matras to już poziom europejski.

Nie mówię, że Brosz nie popełnił błędów. Wiem tylko, że to trener, który ma otwarte oczy na to, na co wielu trenerów polskich oczy przymyka. Dietę, przygotowanie mentalne. Od dawna uważam, że najbardziej europejski element Piasta to trener. W każdym miejscu, w którym był, robił wynik przynajmniej przyzwoity. Czy to w Polonii Bytom, Koszarawie Żywiec, Podbeskidziu i w Piaście – tak, w Piaście. W Wodzisławiu też był o krok od dokonania niemożliwego.

Wiem, że trener tego nie zrobi, bo to nie w jego stylu, ale ludziom z Gliwic należałaby się teraz klątwa w stylu Beli Guttmanna. Jak ja rzucę, to też się będzie liczyć? To rzucam:

„Od teraz przez najbliższe 100 lat Piast Gliwice nie zagra w europejskich pucharach”.

Choć generalnie nikomu nie życzę źle, to Piastowi przydałby się teraz spadek z ligi. Za bujanie w obłokach się płaci.

***

Na Piast.Gliwice.pl przeczytałem tekst podsumowujący pracę Brosza. To mocny kandydat do dziennikarskiej maliny roku.

Skrót:

W pierwszym sezonie w Gliwicach Brosz fatalnie poprowadził zespół na wiosnę.

W drugim wprawdzie awansował do ekstraklasy (ledwie drugi raz w historii – dopowiadam ja, bo mogłoby się wydawać, że to takie oczywiste), ale, ALE: menedżer Bodzioch sprowadził Wojciecha Kędziorę (parę fragmentów dalej pada zarzut do Brosza o złe transfery, przy których „ostatnie słowo należy zawsze do trenera”. Przy Kędziorze nie należało?), a poza tym Piast rozgrywał większość meczów w rundzie wiosennej na własnym stadionie. A większość meczów w rundzie jesiennej rozgrywał na wyjazdach i co? Gdyby Brosz przerżnął jesienią 17 wyjazdów, to niespecjalnie by mu pomogło 17 wygranych na własnym stadionie. Na koniec rozbrajający argument o tym, że Piast miał wysoki budżet i „awans w tych okolicznościach był formalnością”. Powiedzcie to Arce Gdynia, Górnikowi Łęczna czy GieKSie, dla których awans od lat jakoś formalnością nie jest.

W ekstraklasie – czytamy dalej – Brosz działał już lepiej, bo nie stosował rotacji i wszedł do pucharów, ale zebrał baty od Azerów i zostało mu to wybaczone.

W takim jesteśmy położeniu, że lanie od Azerów to nic wielkiego. Lech dostał lanie od Litwinów i Rumaka też nie zwolniono, mimo że gdzie Lech, a gdzie Piast. W drugim sezonie Brosz niezrozumiale rotował składem. A może jednak zrozumiale, skoro zawodnicy musieli być w gorszej formie fizycznej po obcej dla nich przygodzie z Europą i graniu na trzech frontach?

Generalnie odniosłem po tym tekście wrażenie, że Brosz to największe zło, jakie spotkało Piasta. Zamiast podziękować mu za to, o czym nigdy nie mogli marzyć: bycie powyżej Górnika Zabrze, odbierają mu zasługi. Dobre sobie.

Mój absolutnie ulubiony fragment to ten, w którym autor przekonuje, że Brosz zaczął tracić kontrolę nad drużyną przegrywając w zeszłym sezonie u siebie z Bełchatowem. Tak, mecz o nic, wieńczący najlepszy sezon w historii, to najlepszy dowód na to, że drużyna zaczyna się rozłazić! :-)))

***

W mojej ulubionej Bundeslidze jest drużyna SC Freiburg, która rok temu – równolegle z Piastem – sensacyjnie awansowała do Ligi Europy. W niej spisała się – jak na niemiecki zespół – źle, w Bundeslidze przez większość sezonu była w strefie spadkowej i szybko odpadła z Pucharu Niemiec. Nieprzyzwyczajeni do grania na trzech frontach, zawodnicy wyraźnie nie wytrzymywali trudów sezonu. Gdyby Freiburgiem rządzili ludzie pracujący w Piaście, trenera Christiana Streicha już dawno by tam nie było. Ale działacze potrafili racjonalnie ocenić sytuację, dali Streichowi czas i po piorunującym finiszu zespół utrzymał się w lidze. Tyle, że nikt od niego nie oczekiwał powtórzenia wyniku.

Może Piast się w tym sezonie utrzyma, nie wiem. Ale działacze całym tym sezonem dali dowód, że nie potrafią racjonalnie ocenić drużyny. A to wróży katastrofę. Raczej prędzej niż później.

Mam problem z Janem Kocianem

Można twardo stąpać po ziemi, analizować statystyki, studiować kadry zespołów, patrzeć chłodno, bez emocji, a potem wszystko weźmie w łeb, bo dochodzi jeszcze czynnik nie do zmierzenia. Czynnik ludzki. I nie wiem, co o tym myśleć.

Nie rozumiem, jak to możliwe, że na jeden z najtrudniejszych terenów dla trenerów w Polsce, gdzie są wielkie ambicje niepoparte wielkimi pieniędzmi, czyli do Chorzowa, mógł tak po prostu przyjść anonimowy Słowak i odmienić to jednym dotknięciem… Tak, nienawidzę sformułowania dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach. Coś się nie udaje, ktoś macha różdżką i wszystko się zaczyna udawać. Nieracjonalne.

Nazwałem Jana Kociana anonimowym, choć wiem, że karierę piłkarską miał bardzo przyzwoitą. Jednak z ręką na sercu – kto rok temu słyszał o Kocianie-trenerze? Ja nie. Wszyscy doskonale wiedzą, w jakiej sytuacji Kocian trafił do Ruchu, a w jakiej sytuacji Ruch kończył rundę. To jeden wielki argument przeciw tym wszystkim, którzy twierdzą, że trener ma znaczenie marginalne, bo na końcu i tak grają piłkarze. Dlaczego w takim razie trener chyba bardzo przyzwoity, za jakiego uchodzi Jacek Zieliński, notował z tą drużyną wyniki – jak się wydawało – przystające do potencjału ludzkiego, ale nic ponad to, a ktoś, kto tych gości kompletnie nie znał, przyszedł i zamienił ich w jednego z najbardziej niewygodnych rywali w lidze?

Przypomina mi to wstępne czasy Marcina Brosza w Bielsku-Białej. Wprawdzie obecny trener Piasta dostał na początku w Podbeskidziu półtora miesiąca okresu przygotowawczego i okienko transferowe na pomieszanie w drużynie, która przez poprzednie lata cudem unikała spadku do III ligi, ale sytuacja w gruncie rzeczy była podobna – nieznany nikomu trener, zawodnicy ściągani z IV ligi, jeden okres przygotowawczy i nagle stworzyła się czołowa drużyna ligi.

Obu panu łączy też to, że są zwyczajnie sympatyczni. Mili, uśmiechnięci, sprawiają wrażenie bardzo skromnych, mających szacunek dla pracy i twardo stąpających po ziemi. W połączeniu z nagłą, bardzo zaskakującą zmianą wyników, jaka wiązała się z ich nazwiskami, Kocian może się doczekać w Chorzowie niemal boskiego szacunku, jaki Brosz miał w Bielsku. Na sektorówki kibice wynoszą trenerów niezwykle rzadko.

Mimo że Kocian nie jest gwiazdą mediów, to i tak potrafił mnie za ich pośrednictwem zdumieć. We wczorajszym „Sporcie” przyznał, że uwielbia Eminema, doskonale zna jego biografię, wie jakie było jego dzieciństwo w Detroit, jakie były losy jego rodziny, cały czas czeka na kolejną jego płytę, a wszystkie poprzednie już w domu ma. Niesamowite. Nie żeby stosunek do Eminema był dla mnie miarą człowieczeństwa, ale powiedzcie, że was nie zdziwiło, że 50-letni starszy pan ze Słowacji w samochodzie cały czas słucha „Lose Yourself” czy „Sing for the moment”?

Może to tylko odpowiednia kreacja, ale Słowak wkroczył do Polski w niesamowity sposób. Zdobył serca piłkarzy, teraz zdobywa serca kibiców. Mam z nim jednak problem, bo… dalej traktuję go z dystansem. Przepraszam bardzo, nie wierzę w cuda, nadal uważam, że Ruch ma skład na walkę o utrzymanie i mój mózg nie jest w stanie zrozumieć, że teraz już „Niebiescy” będą tak po prostu należeć do czołówki ligi. Że wszystko można w jednym momencie unicestwić, to jasne. W budowanie w sekundę nie wierzę.

Lubię go i lubię Ruch. Liczę, że mnie przekona, że cuda istnieją. Nie chciałbym, żeby się okazało, że jednak nie jest takim cudotwórcą, jak się wydaje. Niemniej, nadal uważam, że uczciwość nakazuje, by oceniać trenera przynajmniej po jednej przepracowanej rundzie razem z okienkiem transferowym i okresem przygotowawczym. Czy zaczyna tragicznie czy rewelacyjnie. Robert Kasperczyk w Bielsku po pierwszej rundzie wydawał się skończonym nieudacznikiem, a Czesław Michniewicz cudotwórcą, a ciekawe kogo bielszczanie lepiej wspominają? Chciałbym się zachwycać Kocianem już teraz, ale – przy całej sympatii i trzymaniu kciuków – poczekajmy, dajmy mu popracować. Obecny Ruch to dalej nie jest jego drużyna.

8 procent Podbeskidzia

Grzegorz Więzik ostatnio powtarza co chwilę, że Podbeskidzie nie jest Zagłębiem Lubin i nie jest też Legią Warszawa i nie stać go na ściąganie zawodników, a potem wymienianie ich na innych, jeśli się nie sprawdzą. Podbeskidzia nie stać na pomyłki – podkreśla na każdym kroku.

To jakaś nowość w polityce transferowej. W ostatnim czasie Podbeskidzie charakteryzowały na rynku transferowym głównie pomyłki. O ile uważam, że prezes Borecki ma niezłe wyczucie w zatrudnianiu trenerów, o tyle nieszczególnie radzi sobie na rynku transferowym. Zresztą tak jak jego poprzednik.

Od awansu Podbeskidzia do ekstraklasy minęło pięć okienek transferowych. Jedno Janusza Okrzesika, dwa Marka Glogazy i dwa Wojciecha Boreckiego.  W tym czasie do klubu trafiło 38 zawodników! Można by więc z nich dokonać dwukrotnej wymiany kadr, tak, że po zespole z awansu nie zostałby ślad. Oto pełna lista. Pogrubiłem nazwiska zawodników, którzy moim zdaniem wzmocnili zespół. Nie zapchali dziury, nie ujdą w tłoku, tylko wzmocnili.

Maciej Wierzbicki
Krzysztof Król
Ondrzej Szourek
Liran Cohen
Mariusz Sacha
Serginho
Adrian Sikora
Wojciech Jurek
Łukasz Mierzejewski
Liad Elmaleach
Wojciech Reiman
Ivan Ćurić
Mateusz Bąk
Mateusz Niechciał
Michal Piter-Buczko
Kamil Adamek
Ireneusz Jeleń
Fabian Pawela
Damian Szczęsny
Piotr Adamek
Krzysztof Baran
Luka Gusić
Błażej Telichowski
Dariusz Pietrasiak
Marko Cetković
Adam Deja
Anton Sloboda
Marcin Wodecki

Frank Adu Kwame

Wojciech Szymanek
Maciej Iwański
Aleksander Jagiełło
Kamil Kurowski
Rudolf Urban
Łukasz Żegleń
Sebastian Bartlewski
Krzysztof Chrapek

i Ladislav Rybansky

Pięciu zawodników na 38, z czego dwóch już w klubie nie ma. Oczywiście, Marcina Wodeckiego czy Fabiana Pawelę w pewnym momencie raczej uznałoby się za wzmocnienie, ale w perspektywie długofalowej, biorąc pod uwagę to, na co można liczyć na wiosnę, Podbeskidzie w ostatnich pięciu okienkach wzmocniło trzech graczy: Sloboda, Telichowski, Pietrasiak. Biorę też poprawkę na to, że któryś ze sprowadzonych juniorów typu Żegleń, Bartlewski może się jeszcze okazać wzmocnieniem. Na dziś nie.

Jeśli spojrzeć dziś, na kogo w Podbeskidziu można liczyć, kto daje jakąś tam jakość, wymieniłbym: Richarda Zajaca, Marka Sokołowskiego, Bartłomieja Koniecznego, Tomasza Górkiewicza, Dariusza Łatkę, Damiana Chmiela, od biedy Piotrka Malinowskiego, no i wspomnianą trójkę – Sloboda, Telichowski, Pietrasiak. Zauważcie jednak, że trzon drużyny, gdzieś około siedmiu podstawowych zawodników, to piłkarze, którzy zrobili w 2011 roku awans do ekstraklasy. Już wtedy w większości niemłodzi, teraz jeszcze o dwa lata starsi. A i tak lepsi od wszystkich, których się im sprowadza.

To oczywiście nie do sprawdzenia, ale jestem przekonany, że ekipa 2010/2011 nie miałaby większych problemów z obecną ekipą. Dodajcie Macieja Rogalskiego, Adama Cieślińskiego, nie mówiąc już o Demjanie i Patejuku.

Rzadka sztuka udała się w Podbeskidziu – w I lidze, bez pieniędzy z Canal+ zmontować ekipę mocniejszą niż w ekstraklasowym klubie, do którego teraz można też przyciągać perspektywą najwyższej ligi i – wkrótce – nowego stadionu.

Dlatego cieszę się, że Więzik zapowiada na rynku transferowym skuteczność wyższą niż dotychczasowe 8 procent. Najwyższy czas. Porównywać Podbeskidzie do Zagłębia czy Legii jest wygodnie, bo wszyscy wiedzą, że to bez sensu. Gorzej gdy Podbeskidzie wypada słabiej nawet od I-ligowego Podbeskidzia.

PS Żeby dopełnić formalności, dodam, że oczywiście na żadnym zawodników, którzy w ciągu tych pięciu okienek odeszli, klub nie zarobił ani grosza.

Stanowski i kwestia Malinowskiego

W sobotnim felietonie w „Przeglądzie Sportowym”, Krzysztof Stanowski obsmarował doszczętnie Piotra Malinowskiego z Podbeskidzia, którego przedstawił jako przykład „ślizgania się” ligowych nieudaczników przez całe lata po naszej ekstraklasie, wskutek ciągłych zmian na stołkach trenerskich.

Fajnie się pisze teksty pod tezę, ale ich wadą jest to, że łatwo można się do nich przyczepić. No, więc idę na łatwiznę i czepiam się.

Jestem w stanie się zgodzić, że w idealnym świecie Malinowski nie powinien grać w ekstraklasie, bo jest po prostu za słabym piłkarzem. Nie ma strzału ani lewą, ani prawą nogą, niezbyt umie dryblować, przeciętnie dośrodkowuje. Skuteczności nie ma żadnej i z oczywistych względów nie umie grać głową ani się zastawiać. Nawet nie próbuję wmawiać, że gdy myślę sobie „prawdziwy ekstraklasowy piłkarz” to mam przed oczami „Malinę”. Na tej samej zasadzie mógłbym powiedzieć, że w idealnym świecie taki klub jak Podbeskidzie (czy Ruch, Widzew etc.) nie powinien grać w ekstraklasie. Ekstraklasę mamy jednak jaką mamy, kluby w niej, jakie mamy to i piłkarzy, jakich mamy. Nie jest to na pewno Malinowskiego wina, że od lat ktoś go jednak chce widzieć w ekstraklasie i jeszcze mu tę grę dobrze opłaca.

Jednak pan Stanowski przekonuje, że – tak jak on przechodził z klasy do klasy nie znając niemieckiego, bo nauczyciele co roku się zmieniali – tak Malinowski i jemu podobni przez lata utrzymuje się w ekstraklasie. Później następuje wyliczanka trenerów, którzy już na pewno orientowali się, że trzeba Malinę wyrzucić, ale najpierw ich wyrzucano. To kompletne spłycenie sprawy i autor ma chyba czytelnika za idiotę albo przynajmniej nie znającego podstawowych faktów, jeśli porównuje postępowanie Kasperczyka, Kubickiego i Michniewicza względem Maliny.

Fakty są takie:

Brosz, który ściągnął Malinowskiego do Bielska-Białej, miał 10 miesięcy na uznanie go za beznadziejnego. Jednak nie zanosiło się na to. Wręcz przeciwnie, cały klub zabiegał, by wykupić go z Górnika Zabrze, co ostatecznie się udało.

Kasperczyk, który zdaniem Stanowskiego był już o krok od podjęcia decyzji, że Malinowski się nie nadaje, spędził w Bielsku-Białej pięć okienek transferowych. PIĘĆ. Zbudował swoją drużynę, taką, jaka mu pasowała, wszedł z nią do ekstraklasy, utrzymał się w niej i mimo to nie pozbył się Malinowskiego, choć przez trzy lata widział go codziennie na treningach. Skąd pan Stanowski ma wiedzę, że akurat w szóstym okienku Kasperczyk by się go pozbył?

Sasal oczywiście nie miał na nic wpływu. Nawet jeśli uznał, że Malinowski jest beznadziejny, to nie mógł tego stwierdzić, bo nie dotrwał do okienka transferowego. Jednak tuż przed nim, w porozumieniu z prezesem, ustalił listę transferową. Malinowskiego na niej nie było.

Dariusz Kubicki przyszedł do Bielska, zobaczył „Malinę” i spytał (mnie) czy kiedyś ktoś na niego postawił tak zdecydowanie, od pierwszej do ostatniej minuty, przez powiedzmy pięć meczów. Nie. Kubicki prowadził Podbeskidzie w czterech meczach i we wszystkich Malina grał od pierwszej minuty. Być może pan Stanowski ma rację i Kubicki prędko przekonałby się, że chłopak bardziej nadaje się do kręcenia karuzeli niż do piłki nożnej. Jednak po okresie przygotowawczym to jednak na niego, a nie na np. Marko Ćetkovicia zdecydowanie postawił.

W czasie czterech lat Malinowskiego w Bielsku tylko jeden trener ewidentnie uważał go za nienadającego się na ekstraklasę i był to oczywiście Czesław Michniewicz. Gdy tylko mógł, odstawiał go jak najdalej od składu, w wywiadach zdarzało mu się powiedzieć: „Piotrek Malinowski gra jak gra”.

Wyszedłem kiedyś, już w tej rundzie, ze stadionu, w ciemnej uliczce w parku spotykam się z Malinowskim. Wygląda, jakby miał sprawę. On też o coś z pretensjami?

- Ty robiłeś niedawno wywiad z Michniewiczem i… on tam powiedział coś takiego: „Piotrek Malinowski gra, jak gra”. Naprawdę tak powiedział, czy tylko tak napisałeś?

- No, skoro tak napisałem, to oczywiście, że tak powiedział.

Zasmucił się.

- Cóż, widać, że na ciebie nie chce stawiać, co tu dużo mówić.

- Ja wiem, wiem. Widzę to na każdym treningu. No, ale trzeba swoje robić, na razie.

Malinowski był już odstawiony, aż nagle u schyłku Michniewicza wskoczył do pierwszego składu jako… jedyny wysunięty napastnik. Znając stosunek Michniewicza do Maliny i znając statystykę jego strzelonych goli, odbierałem to tylko i wyłącznie jako manifestację: „Patrz, Borecki, do czego mnie doprowadziłeś, że muszę Maliną grać w ataku”. To była raczej myśl na zasadzie: „A co mi szkodzi spróbować?” Że Michniewicz nie wierzył, że Malina zbawi zespół, wiadomo doskonale.

Pomysł na Malinowskiego w drużynie miało może kilku trenerów, ale tylko jeden umiał i miał czas go zrealizować. U Kasperczyka Malina był rezerwowym, który zawsze wchodził na boisko w 60. minucie. Rywal zmęczony, odległości pomiędzy formacjami większe, miejsca na boisku dużo więcej. Akurat na to, by Malinowski pociągnął do przodu, uciekł wszystkim i… zostawił piłkę tym, którzy umieją strzelić gola. Czasem nawet sam trafiał (Puchar Polski z Wisłą i z Lechem).

Gdy Podbeskidzie miało zawodników, którzy potrafią idealnie zagrać Malinowskiemu prostopadłą piłkę (Rogalski)  i następnie wykorzystać jego podanie (Cieśliński, Demjan), a także trenera, który dokładnie wiedział, w których minutach meczu Malina jest mu potrzebny, był to bardzo pożyteczny zawodnik. Teraz ani nie ma kto go prostopadle wypuścić, ani kto wykorzystać jego podań. Łatwo jest wytykać pomocnikowi, że nie zalicza asyst, ale trzeba być nieobiektywnym, żeby nie zauważyć, że łatwiej się je zalicza podając do Demjana niż do Żeglenia.

Artykuł Stanowskiego mam jednak za obrzydliwy nie dlatego, że  jest pisany pod tezę i szeptany do ucha przez Michniewicza (we wszystkich tekstach tego autora słyszę słowa Michniewicza; wcześniej jakoś Podbeskidziem nie zajmował się nigdy, teraz całkiem często), ale dlatego, że obraża też chłopaka osobiście. „Cała jego ciężka praca, wszystko było ch. warte, gdyby leżał całe życie, mniejszą czyniłby on stratę”. Stratę czynią debile, którzy idą demolować swoją stolicę, a nie inteligentny, wykształcony człowiek, który jako piłkarz nie strzela goli. Najpierw Stanowski chciał „utylizować Rybansky’ego”, teraz jedzie poniżej pasa po innym piłkarzu. Chyba trzeba trochę wyluzować z tymi środkami stylistycznymi.

Małe rzeczy Podbeskidzia

Janusz Okrzesik po zatrudnieniu Leszka Ojrzyńskiego powiedział, że to niewiele zmieni. I zgadzam się. Nie jest winą Czesława Michniewicza, że skład miał, jaki miał.

Z Ojrzyńskim wiążę właściwie tylko jedną nadzieję. Oczekuję od niego, że zdoła sprawić, że na Podbeskidzie znów będzie dało się patrzyć. Cudów, w postaci ładnej gry, czy utrzymania w lidze nie wymagam. Wobec każdego trenera, który prowadziłby tę zgraję, byłoby to nieuczciwe. Liczę po prostu, że Podbeskidzie będzie stawać w gardle każdemu rywalowi, nawet jeśli ostatecznie zostanie połknięte.

Mam ten przywilej, że nie widziałem meczów z Ruchem i Śląskiem Wrocław, więc siadłem dziś i zobaczyłem odmienioną drużynę. Oczywiście, słyszałem, że te dwa poprzednie były daremne, więc nie ma co przesadzać z hurraoptymizmem. Po Koronie Kielce też liczyłem, że coś się zmieni, a nie zmieniło się nic.

Kierunek wydaje się jednak dobry. Podbeskidzie było naładowane jak Korona Ojrzyńskiego. Szarpało, gryzło, kopało i ostatecznie to ono może być niezadowolone z wyniku.

Oczywiście, obiektywne dziennikarstwo, którego domaga się prezes Borecki, każe napisać, że gdyby drużyna nie była zmuszona grać bez napastnika, wygrałaby dziś ten mecz. Ale nie o tym chcę pisać i wspominam o tym tylko w trosce o obiektywne dziennikarstwo, by nie rozczarować prezesa.

Kilka luźnych wniosków personalnych.

- Cieszę się, gdy w bramce znów widzę Richarda Zajaca. Gdy Rybansky zaliczał kilka mniej katastrofalnych meczów, trener bramkarzy mówił, że nie ma podstaw do zmiany w bramce. Podstawa była jedna – Ladislavowi się może udać, Zajacowi się może nie udać, ale to generalnie ten drugi umie bronić, a nie ten pierwszy.

- Powierzanie wykonania rzutów wolnych Krzysztofowi Chrapkowi to szczyt rozpaczy. Ten chłopak ma swoje atuty, ale na pewno nie należy do nich dogrywanie piłki w punkt.

- Nie mogę patrzeć na Adama Deję. Na niego jednego motywacyjna pogadanka Ojrzyńskiego nie podziałała, on nie wyglądał na zmobilizowanego do czegokolwiek. Jak zawsze błędny wzrok, jak zwykle nie może się ruszyć do piłki zagranej o metr niedokładnie. Niby ma wrzutkę i strzał, ale tak naprawdę wiedzą to tylko w Kluczborku.

- Gdyby Anton Sloboda w okolicy bramki zachowywał się choć trochę spokojniej, nie grałby w Podbeskidziu, a gdzieś wyżej.

Podbeskidzie ma po rundzie jesiennej 10 punktów. Mało, najmniej w ekstraklasie, ale nie to jest powodem do paniki. Raz, że bywało mniej, dwa, że czasu jeszcze sporo. Bardziej mnie martwi, że personalnie jest tak słabe. Z tym, że Podbeskidzie spadnie pogodziłem się w momencie awansu do ekstraklasy – jeśli nie w 2013, to w 2014, albo później, ale póki co – jak śpiewa klasyk – „cieszę się z małych rzeczy”. Pierwszy raz od dawna ta drużyna nie wywoływała we mnie irytacji ani bezradności, wreszcie człowiek patrząc na nią odczuwał – w sumie dość pozytywne – emocje. A to już coś.

Szombry, nie psujcie tego

Wczoraj pisałem o tym, że zagotowali się w Polonii Bytom, ale niestety nie tylko tam. Plaga dotknęła także Szombierki Bytom.

 Jestem fanem Bytomia. Nie wiem dlaczego. Może z powodu niestworzonych opowieści o tym mieście? Może dlatego, że wydaje mi się takim symbolem czarnego Śląska a na widok dzielnic typu Karb czy Stroszek podaję portfel na kiju? Nie wiem. Ale zawsze dobrze życzyłem – z dystansu – zarówno Polonii, jak i Szombierkom. Ich ekstraklasowe derby są moim nieziszczalnym pewnie piłkarskim marzeniem.

 Szombierki to już w ogóle sama rozkosz. Nazwa jest przepiękna i rozkochała w sobie nawet noblistkę. Edward Ambrosiewicz nadal  w bramce, te wszystkie opowieści o mistrzostwie Polski. Ten klub bez wątpienia ma w sobie jakąś magię. Życzę mu żeby się dźwignął.

 Jednak żeby tak się stało, potrzeba niestrudzonej pracy wielu ludzi. Aktualnej, wybiegającej do przodu, a nie sięgającej w tył. I ci ludzie z Szombierek ostatnio mnie zesłabili.

 Zaczęło się od meczu z rezerwami Piasta Gliwice. Dziennikarz SportSlaski.pl napisał w króciutkiej relacji z niego, żaden to był elaborat, że gliwiczanie prezentowali się lepiej. Wspomniał też coś o tym, że fanów Piasta było więcej niż miejscowych. Dzień później znalazłem na mailu ŻĄDANIE sprostowania i przedziwną GROŹBĘ:

 „ Będziemy zmuszeni wystosować pismo opisujące Wasze praktyki dziennikarskie w innych mediach, czego z pewnością nie byliby zadowoleni sponsorzy i darczyńcy.”

 Grozili mi już sądami, obiciem mordy, ale to było przeciekawe. Już widzę oczami wyobraźni te nagłówki „Przeglądu Sportowego”, Weszło, „Gazety Wyborczej, „Faktu”: „Skandal! SportSlaski.pl napisał, że Szombierki były gorsze. A były lepsze!!!” Kto wie, może nawet na Onet byśmy trafili?

 Naprawdę takimi bzdurami zajmują się ludzie w Szombierkach? Naprawdę to jest ważne dla pana wiceprezesa, czy ktoś napisał, że lepsi byli ci niż tamci? Przecież ile osób oglądających mecz, tyle wrażeń. A mam powody by sądzić, że wiceprezes Szombierek jest jednak trochę mniej obiektywny niż dziennikarz, który tak sobie pojechał na mecz.

 Tydzień później przyszedł mecz ze Skrą Częstochowa. Szombierki przegrały 0-4. To nie jest 0-1 czy 1-2, żeby móc zwalić na kogoś winę. 0-4 to 0-4. Nokaut. Tymczasem na oficjalnej stronie:

 Już tytuł sugeruje odlot: Mecz można wygrać, zremisować lub przegrać. Z tym sędzią tylko to ostatnie!

 „ po 6 – ciu minutach było wszystko wiadomo, kto ma wygrać i kto tu rządzi. Głównym aktorem stał się arbiter główny tego spotkania Karen Mirzabekyan. Nie wytrzymał dłużej niż jedną minutę odgwizdując karnego z kapelusza” i dalej „ Swoją drogą bardzo żal piłkarzy Skry, niemiłosiernie poniewieranych przez zawodników innych drużyn i to zawsze w polu karnym. Należy dodać, że Skra w tym sezonie egzekwowała już bodajże 12 rzutów karnych, czym można by obstawić całą kolejkę ligową meczów. Nic na siłę, Skra jest na tyle dobrym zespołem, że sama powinna sobie dać radę, bez pomocy niebios i nie tylko.”

 Wiem, że to tylko III liga i że generalnie oficjalna strona nie musi być wzorem obiektywizmu, ale ludzie, litości. Przecież to się nadaje do opisania w innych mediach z czego nie byliby zadowoleni sponsorzy i darczyńcy do prokuratury. Jak ktoś coś wie i uważa, że sędzia był nieuczciwy, to są ku temu odpowiednie organy. Trzeba się nauczyć, że nie można dowolnych głupot pisać na lewo i prawo.

 Skra egzekwowała w tym sezonie 10 rzutów karnych. Dużo. Nie wiem, czy były słusznie dyktowane, czy nie, ale co to za argument, że „dużo”? Jak się należą, to trzeba gwizdać, a nie bać się, bo ta czy inna drużyna strzelała już dużo karnych. Argumenty trenera Wosia brzmią dla mnie przekonująco: ma szybkich zawodników, grają bardzo ofensywnie, więc rywale się ratują.

 Z Szombierkami Bytom jak z tekstem na podryw: „Podobasz mi się. Nie spieprz tego”. I takie przesłanie dedykuję ludziom pracującym w tym zasłużonym klubie.

Polonia Bytom pożałuje

Informacja o zwolnieniu Jacka Trzeciaka jest dla mnie szokiem. Nie rozumiem jej. Pisałem już, że jestem fanem tego człowieka – nie trenera, człowieka – ale w tym wypadku to nie ma za wiele do rzeczy. Albo ma? Chyba jednak ma, bo niektórym ludziom pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada.

 Można powiedzieć, że za Trzeciaka Polonia spadła z I ligi. Spadła, ale nie uważam, żeby z tamtą drużyną dało się nie spaść. A i tak w końcówce rundy wiosennej postęp był niewyobrażalny. Na ten zespół po prostu dobrze się patrzyło. Można powiedzieć, że zimowe okienko transferowe należało do niego. Tak i przy tych ograniczonych bytomskich możliwościach wzmocnił ten zespół, na ile się dało.

 Po tych wszystkich dziewięciu latach, kiedy Jacek Trzeciak znosił Bytomiu wszystko, kiedy znosił naprawdę więcej niż ktokolwiek w tym czasie zniósł, kiedy w znoju i trudzie walczył o chwałę Polonii najpierw na boisku, potem spoza niego, po prostu nie przystoi go tak potraktować. Można oczywiście zwalniać legendy. Można, ale po co? Gdyby Polonia w II lidze przegrywała wszystko jak rok temu w I – OK, trzeba by było reagować. Ale siedem punktów straty do miejsca premiowanego awansem? W sezonie, który jest kosmicznie trudny, bo każdy od początku walczy o utrzymanie. Zagłębie Sosnowiec, nie wiem czy nie mocniejsze personalnie, a raczej mocniejsze organizacyjnie zajmuje miejsce w strefie spadkowej. Polonia nie.

 Oczywiście, w Bytomiu wszyscy chcą awansu. Tyle, że chcieć, to nie zawsze od razu znaczy móc. Ja chciałbym być obrzydliwie bogaty i oczywiście mogę. Mam dwie ręce, dwie nogi i w miarę sprawny umysł, więc jest teoretyczna szansa, że będę. Ale raczej nie w tym roku. Tak samo jak Polonia. Ta drużyna może wyewoluować w taką, która awansuje, lecz raczej nie w tym roku. Działacze chcą wielkiej Polonii i słusznie, ja też chcę, ale trwałe budowle się buduje długo. Nie można wszystkiego chcieć zrobić w rok. Polonia nie ma składu, żeby zdemolować całą ligę. To nie jest Warta czy Bytovia, które i tak wcale ligi nie demolują. A mimo to bytomianie trzymają się w czołówce i może się zdarzyć, że awansują. Czy to są okoliczności do wywalania legendy?

 Następcą Trzeciaka ma zostać Artur Skowronek. To trener, który wydaje się wiedzieć, o co w piłce chodzi. Tyle że w tej sytuacji to tym większy strzał w kolano. Każdy, kto przyszedłby za tak uwielbianego trenera jak Trzeciak w Bytomiu, byłby traktowany nieufnie (patrz Pacheta za Ojrzyńskiego). Jeśli za tak uwielbianego trenera przychodzi człowiek jednoznacznie kojarzony z Ruchem Radzionków, to już na wstępie ma przekichane.

 Może sobie oczywiście poradzić. Ale czy z Trzeciakiem czy ze Skowronkiem, czy z kimkolwiek innym, nie wierzę w tegoroczny awans Polonii. A jak się będzie za dużo mieszać w rozwijającym się mechanizmie, to można szybko znaleźć się na poziomie Radzionkowa i Szombierek, czyli w III lidze śląsko-opolskiej. W tym sezonie o to nie trudno.

Adamek brutalnie obnażył ekstraklasę

Kamil Adamek, choć powoli staje się postacią tragiczną, może przejść do historii polskiej ekstraklasy, jako człowiek, który mimochodem ujawnia wszystkie słabości i absurdy naszej ligi. Przez pół roku, strzelając gole i asystując w Podbeskidziu Bielsko-Biała, udowadniał wszystkim, że z ligi okręgowej do ekstraklasy jest wcale nie tak daleko. Teraz sprawa konfliktu wokół niego pokazuje, że organizacyjnie różnic też zbyt wielkich nie ma.

Jak wygląda sytuacja?
15 czerwca 2012 Adamek podpisał umowę o reprezentowanie na wyłączność z radcą prawnym Grzegorzem Zieleckim, który zobowiązał się w szczególności do: „reprezentowania go w sprawach zawarcia kontraktów/umów z klubami sportowymi, w tym umów transferowych oraz negocjowania warunków tych umów lub kontraktów”.

29 czerwca 2012 Adamek podpisał umowę zlecenie z Podbeskidziem Bielsko-Biała. W kontrakcie znalazły się zapisy skandalicznie niekorzystne dla zawodnika, takie jak: możliwość rozwiązania kontraktu przez jedną ze stron bez podania przyczyny z 7-dniowym okresem wypowiedzenia, możliwość wstrzymania wynagrodzenia dla zawodnika, w przypadku gdy usługi (czyt. profesjonalne uprawianie piłki nożnej) były nieprawidłowo wykonywane lub w okresie, gdy nie były wykonywane. Absolutnym hitem jest jednak zapis, który dopuszcza, że w wykonywaniu obowiązków Adamka może zastąpić „osoba trzecia”, o ile Podbeskidzie wyrazi

Lato zagłady śląskiej piłki

Ktoś nam zabrał to lato. Powinniśmy się cieszyć słońcem, wylegiwać na plaży, wspinać po górach, w międzyczasie nasłuchując, jakich transferów nasze kluby dokonują, jakie deklaracje składają trenerzy, jak radzą sobie w sparingach piłkarze. Niestety, ja już mam dość lata 2012. Niech ono się skończy. Wczoraj GKS Katowice przestał istnieć, dziś kosa dosięgła Ruch Radzionków. Kto będzie jutro? Czyją zagładę przyniesie nowy dzień?

To lato będzie się wspominać. Niestety, bo im bardziej chce się o czymś zapomnieć, tym bardziej to będzie do nas wracać. Ireneusz Król bezradnie rozkłada ręce: „Wolałbym awans na boisku, ale nie było na to szans“. Biedactwo. Nie było szans, to trzeba było tę szansę stworzyć. A jak nie było ochoty szansy stwarzać, to trzeba było GKS sprzedać, oddać, wykazać odrobinę dobrej woli. Zamiast przejść do historii jako grabarz GieKSy.

O KP Katowice jestem spokojny. Jeśli nie spadnie za rok, spadnie za dwa lata. Jak się Król uprze to może i za pięć (można przecież co roku po spadku kupować licencję tego, który się utrzymał, prawda?). Ale Dariusz Wolny, były pomocnik GKS-u, w dzisiejszym dzienniku „Sport“ powiedział prawdę: „Każdy klub przechodzi czasem przez okresy stagnacji“. Dlatego jestem spokojny. KP też dosięgnie stagnacja. Tyle, że nie każdy klub wytrzymuje okresy stagnacji. Jeśli buduje się go na wariackich papierach, bez żadnych fundamentów, można być pewnym, że KP będzie tylko bolesnym wspomnieniem lata 2012.

O GKS też jestem spokojny. Tym się różni od KP, że choć przez ostatnie lata nad jego dziejami ciąży coś tragicznego, on te fundamenty ma. I przetrwa. I nie zginie. Ale ile zajmie powrót po kolejnym ciosie? Zaczynali kibice budować klub od IV ligi i wypchnęli go na zaplecze ekstraklasy. Zrobili bardzo wiele. Wierzyli, że oddając klub miastu spełnią marzenie „Ekstraklasa w Katowicach“. Cóż, „gdy bogowie chcą nas ukarać, spełniają nasze prośby“…

Nie każdy inwestor musi być Abramowiczem. Po pierwsze niech nie szkodzi. Pan Król bredzi coś o dobru śląskiej piłki. Polonia Bytom będzie mogła grać w I lidze. A Concordia Knurów w IV. No, za to to się należy Order Uśmiechu, albo Krzyż Walecznych! Ja sądzę, że gdyby prezes Polonii budował wielką Polonię, prezes Concordii wielką Concordię, a prezes GKS-u wielki GKS, śląska piłka skorzystałaby na tym sto razy bardziej. Bo takie przysługi, jakie pan wyświadcza śląskiej piłce zwykło się w języku polskim nazywać niedźwiedzimi…

Nie ma też już Ruchu Radzionków. Albo przynajmniej nie ma go w tym kształcie. Prędko okazało się, że choć teoretycznie Śląsk ma 1/3 ekstraklasy, wielkich perspektyw – paradoksalnie – nie ma. Lato 2012 jest zapowiedzią chudego czasu na Śląsku. W poprzednich latach śląskie kluby regularnie uzyskiwały awanse do ekstraklasy. Teraz? Miejsce choćby w czołówce GKS-u Tychy byłoby sensacją. Kto wie, czy beniaminek I ligi nie będzie jedynym reprezentantem województwa na tym szczeblu? Nawet jeśli Polonia Bytom dostanie licencję, to może z nią być krucho. Nie wiem, na jakiej podstawie prezes Nowakowski mówi, że drużyna spokojnie by się utrzymała, bo chyba nie na podstawie analizy siły obecnej kadry? Skoro kilka miesięcy temu to było za mało, to dlaczego po kilku letnich… osłabieniach, miałoby już być wystarczająco?

Niższe ligi? Widzi ktoś gdzieś wspinającą się rok w rok potęgę, która zaraz może dotrzeć na poziom przynajmniej I ligi? Rozwój Katowice? Energetyk ROW Rybnik? Nie spodziewałbym się ich walki o awans, podobnie jak w przypadku Rakowa czy Zagłębia.

Zostaje jeszcze ekstraklasa. Tu Śląsk jest kolosem, choć na glinianych nogach. Że KP Katowice nie ma perspektyw, to już ustaliliśmy. Podbeskidzie nie jest kandydatem numer jeden do spadku tylko dlatego, że u innych dzieje się jeszcze gorzej. W Piaście mają to szczęście, że choćby nie znali imienia ani jednego testowanego gracza i tak wybudowali stadion i to daje im gwarancję jako takiej stabilizacji na wysokim poziomie.

Tylko Górnik i Ruch pasują na swoim podwórku jak kwiatki do kożucha. Wzmocnienia, albo brak osłabień, europejskie puchary, nawet w skali Polski oba nasze największe kluby zaczynają wyglądać coraz bardziej obiecująco. Ale w tym morowym powietrzu, które nam zawiało latem 2012 i w tym przypadku upatruję jakiegoś haka. Może dla Ruchu strata trenera będzie jednak nie do przeskoczenia, a dla Górnika brak „Prezesa“ Nakoulmy kluczowy? To by było dopełnienie tragicznego lata 2012. Skoro teraz już jesteśmy w wisielczych nastrojach, to ja się boję co będzie jesienią…