Niebezpieczne związki. Romans, który zatrzęsie futbolem

inzaghi

Chętnie eksponowane krągłości włoskich kobiet wywindowały lata temu telewizję Rai do rangi imperium, a jej założyciela Silvia Berlusconiego do rangi imperatora. Chętnie zapraszane do posiadłości Berlusconiego włoskie krągłości utopiły też w końcu jego karierę polityczną , choć czy na zawsze, wcale z Włochami nie wiadomo – wszak do typów w stylu Silvia – i do Silvia konkretnie – mają słabość. Nawet jeśli dziś wydaje się, że już przebrzmiałą. Teraz rewolucję seksualną wznieca we Włoszech jego córka. Konsekwencje dla światowego futbolu – trudne do oszacowania.

Świat zaczął się chwiać w posadach w 2011 roku, gdy 26-letnia wówczas Berlusconi wyciągnęła ręce po młodego napastnika Milanu Aleksandra Pata. Romans ówczesnej pani wiceprezes z ówczesnym napastnikiem, kazał zastanowić się: w którą stronę ten świat do cholery zmierza? Jasne, romanse już nie jedno królestwo obalały, ale akurat w futbolu siłę oddziaływania miały dotychczas dość skromną. Mogły co najwyżej niszczyć kariery piłkarzy lub stosunki pomiędzy kolegami z drużyny. Pierwszy raz – w tak wielkim klubie przynajmniej – doszło do sprawy na taką skalę. To przestało być pudelkowe zajmowanie się tabloidów, kto z kim sypia i wścibskie zaglądanie do sypialni. To kazało zadać zasadnicze pytania o funkcjonowanie wielkiego klubu. Jak będą wyglądały kontraktowe negocjacje? Jak kochanek pani wiceprezes i córki właściciela klubu będzie traktowany w szatni? A jak będzie się do niego odnosił trener, czujący, że jego posada wisi na włosku? Sam fakt, że pytania te zadawał nawet Rafał Stec, świadczy o doniosłości sprawy.

Minęło parę lat. Kochliwego Pata nie ma już w Europie, związku z panią Berlusconi też już nie ma, sama pani Berlusconi podskoczyła do funkcji dyrektor zarządzającej, odsunąwszy w białych rękawiczkach jednego z twórców potęgi współczesnego Milanu – Gallianiego, a swoje matrymonialne zainteresowania przerzuciła poza futbol. Świat znów wrócił do porządku. Jeśli zajmował się zgubnym wpływem kobiet na futbol, to tylko dlatego, że reporterka klubowej telewizji Crvenej Zvezdy Belgrad była zbyt seksowna, a pani kierownik Legii nie złapała regulaminu UEFA. Błahostki nie warte uwagi.

Aż gruchnęło znowu, ze zdwojoną siłą. Znów pani Berlusconi, znów przecierając niebezpieczne szlaki. To jeszcze nieoficjalne i niepotwierdzone, zresztą oficjalne pewnie długo nie będzie. Włoskie media trąbią jednak o kwitnącym romansie Barbary Berlusconi z TRENEREM MILANU Filippo Inzaghim. Sami zainteresowani sprawę zdementowali, ale to akurat ani niczego nie potwierdza, ani niczemu nie zaprzecza.

berlusconi

Znów – nikomu do łoża nie zaglądam. Myślę tylko o toczonym przez chaos, sprzeciętniałym, ale przecież wielkim klubie, w którym może znów trzeba będzie za jakiś czas zwolnić trenera albo wbrew jego woli sprzedać najlepszego zawodnika, by ratować klubowy budżet. Albo trzeba będzie trenerowi dać podwyżkę, by go zatrzymać. Albo zdecydować czy puścić go gdzie indziej. Jak będą się odbywać te negocjacje? Gdzie? Na jakich zasadach? Pytania są te same, co w przypadku romansu z zawodnikiem. Ale jednak w większej skali. Bo trener to jednak trener.

Choć powoli i opornie, wpuszczanie kobiet do świata piłki idzie coraz sprawniej. Coraz częściej nawet udaje się powstrzymać seksistowskie docinki i niewybredne komentarze. Nikomu nie przyszło już do głowy, że pani prezes Pyżalska mogła mieć romans z trenerem Baniakiem. Bo niby dlaczego? Praca jak praca, nie z każdym trzeba mieć romans. Barbara Berlusconi każe zachowywać w takich sytuacjach czujność i nigdy nie lekceważyć czynnika damsko-męskiego. Barbara Berlusconi wykonuje, że się tak wyrażę, bardzo złą robotę dla wyrównania proporcji płciowych w futbolu. Barbara Berlusconi po raz kolejny przeciera szlak, który może całkowicie zmienić i jeszcze bardziej skomplikować to niby proste i niewymyślne bieganie za piłką, całkowicie wywracając relacje panujące w klubach piłkarskich.

Ale jest jeszcze nadzieja, że to przypadek, który mógł się wydarzyć tylko we Włoszech. O kochliwości tamtejszej ludności powiedziano już wszystko, ale i tak za mało. Podupadającemu włoskiemu futbolowi zaczęła nagle zagrażać nowa, śmiertelna choroba. Przenoszona drogą płciową.

Gianluigi Buffon chce grać w Bundeslidze!

buffon

Wiedziałem, że najlepsi piłkarze świata różnią się od zwykłych zjadaczy tostów pod wieloma względami, ale nigdy nie wpadłem na to, że różnice dotyczą także takich błahostek. Ot, oni widzą swoje partnerki najpierw bez ubrań, a potem dopiero w ubraniach. Większość ma chyba odwrotną kolejność.

Wydawnictwo SQN przysłało mi autobiografię Gianluigiego Buffona. Żeby być uczciwy i wobec nich i wobec was, przyjąłem zasadę, że nie napiszę tylko o tych książkach, w których nie ma ani jednego ciekawego zdania. O książce „Numer 1″ więc piszę, bo choć nie rzuciła mnie na kolana, to jednak czegoś można się z niej dowiedzieć.

Trochę mi głupio, że po przeczytaniu Buffona dzielę się refleksją nie na temat ustawiania między słupkami, a okolicznościami poznania modelki Aleny Seredovej, którą to Czeszkę Włoch najpierw zobaczył nagą na witrynie sklepowej, a potem dopiero na żywo. Drobiazg.

Włoski oryginał ukazał się już parę lat temu, jeszcze przed mistrzostwami świata w RPA, ale Buffon więcej ciekawego i tak przeżył wcześniej. Bramkarz stara się robić wrażenie swojego chłopa, nie żadnej gwiazdy, ale oszczędza czytelnikowi motywów znanych z „Szamo”, „Kowala” czy Paula Mersona. Ot, opowiastki o tym jak zaspał na samolot albo jak o mało nie dostał lania od kibiców Fiorentiny. Sprawia wrażenie, że puszcza do czytelnika oko, ale w taki sposób, żeby nie zburzyć swojej legendy.

Ale nie wiedziałem, że profesjonalni piłkarze też zbierają naklejki do albumów Panini. Nie wiedziałem też, że Buffon w 1993 roku przegrał finał mistrzostw Europy do lat 16. z… Polską. To cokolwiek szokujące. Z jednej strony Kukiełka, Radomski, Wyczałkowski, Magiera, Szymkowiak. Z drugiej Buffon. I wygrywają nasze orły, co do dziś Włoch przeżywa. Albo że w czasie wygranego mundialu w 2006 Włosi cały czas grali w ping-ponga (też lubię). Buffon cały czas przegrywał z Simonem Baronem. „Któregoś dnia wykończył mnie zagraniem na kant stołu. Ze złości kopnąłem z całej siły w szklany witraż obok i rozbiłem go na drobny mak. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że mogłem przecież w tak głupi sposób nabawić się urazu. Kiedy tak stałem, nie wiadomo skąd zjawił się Lippi. No, zgłupiał do reszty – powiedział”. Wyobrażacie sobie, jak potoczyłaby się historia świata, gdyby Buffon przy graniu w ping-ponga na mundialu doznałby kontuzji, eliminującej go np. z finału?

Ciekawe też, że Buffon wstydzi się, że podkablował na Zidane’a po wiadomym strzale z byka. „Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu pobiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na niego kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać”. Cóż, Włochem się nie bywa, ale się jest…

Największy hit znalazłem jednak na końcu. Gianluigi Buffon wśród drużyn, w których chciałby grać, wymienia jeden z zespołów Bundesligi. Mówi o nim: „Ta długa i skomplikowana nazwa klubu zawsze mnie intrygowała”. Czytelnikowi, który jako pierwszy wpisze na FANPAGE’u Z nogą w głowie nazwę tego niemieckiego klubu, w którym chciałby grać Buffon, wyślę egzemplarz jego autobiografii. Czas, start.