Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Thiago Cionek: jak można grać w Lotto Ekstraklasie? Dni Biznesu w Sporcie znowu udane

Bardzo lubię Dni Biznesu w Sporcie. W ostatnich latach także dlatego, że można na nich zobaczyć ludzika Z nogą w głowie w takim towarzystwie:

Ale na tym zalety konferencji, organizowanej co roku w grudniu na warszawskiej SGH, się nie kończą.

Usłyszałem kiedyś opinię, że jeśli z książki zapamiętasz choćby jedno zdanie, i tak warto było ją przeczytać. Staram się o tym pamiętać, ilekroć nadchodzi możliwość – najpierw tylko jako uczestnik, a w ostatnich latach także jako dumny patron medialny – wziąć udział w Dniach Biznesu w Sporcie. Bo jechać w środku tygodnia do Warszawy, zamiast siedzieć w spokoju w domu, pisać teksty po kątach, zamiast przy wygodnym biurku, to może nie jest kusząca perspektywa. Ale to złudne. Co roku warto. Kilka edycji temu chłonąłem wszystko jak gąbka. Rok temu nie byłem w stanie przyjechać w ogóle, teraz mogłem tylko na jeden dzień, który i tak – z racji obowiązków zawodowych – ograniczył się jedynie do trzech prelekcji. Jednak niezmiennie warto. Dla tego jednego kontaktu, dla jednego poznanego osobiście czytelnika, dla jednej usłyszanej historii.

 Co jest w tym wszystkim najfajniejsze, tuż po wyjściu z budynku SGH, nigdy nie wiem, co się okaże taką historią czy kontaktem. Dwa lata temu nie wiedziałem, że – nagrany w budynku C warszawskiej uczelni – wywiad z Tomaszem Majewskim pozwoli mi po raz pierwszy wskoczyć na pierwszą stronę „Przeglądu Sportowego”. Na Dniach Biznesu w Sporcie poznałem obecnego rzecznika Wisły Kraków, z którym dziś na co dzień pracuję, dzięki Dniom Biznesu w Sporcie dowiedziałem się, jak niesamowitą historię życia miał Rafał Sonik i zdobyłem numery do marketingowców klubów z drugiego końca Polski, których w innych okolicznościach bym nie miał. A przecież nigdy nie wiem, którego dnia taki kontakt okaże się kluczowy.

 Dlatego w tym momencie nie wiem, która z poznanych dziś osób i wysłuchanych historii kiedyś zaprocentuje. Wiem tylko, że któraś tak. Z zainteresowaniem wysłuchałem chociażby wystąpienia Wojciecha Szaniawskiego z Arskom Group, dzięki któremu m.in. Grzegorz Krychowiak funkcjonuje dziś w naszej świadomości jako wojownik i zarazem jeden z najbardziej eleganckich polskich piłkarzy (a kilka lat temu w ogóle nie funkcjonował w świadomości większości). Ale oprócz wielkich słów, liczy się też zgrabne zdanie do wynotowania i zapamiętania. U Szaniawskiego wynotowałem: „Jak cię nie ma w Google, to cię nie ma w og’le”. Zgrabne.

Gdybym nawet jednak nie miał z Dni Biznesu w Sporcie żadnej innej korzyści, pojechałbym tam tylko dla kadrowej anegdotki Łukasza Wiśniowskiego, współtwórcy sukcesu PZPN-owskiego portalu „Łączy Nas Piłka”. Jeden z ekstraklasowych kadrowiczów zapytał kiedyś Thiaga Cionka, jak on w ogóle może grać w lekko już obciachowych korkach firmy Lotto, których nikt inny nie używa. – A jak można grać w Lotto Ekstraklasie? – skontrował Cionek. Jedno zdanie, a jak wiele pozytywnego o nim powiedziało. To też sztuka.

Dlatego czy mnie SGH-owcy za rok zaproszą, czy nie, czy będą chcieli, żebym był patronem medialnym, czy nie, i tak pojadę. Jestem nikim, by mądrzyć się, na czym polega dziennikarstwo, ale w moim rozumieniu m.in. na pisaniu ciekawych historii o ciekawych ludziach. Dni Biznesu w Sporcie bardzo to ułatwiają, zbierając co roku w jednym miejscu, na kilka dni, grono ciekawych ludzi z ciekawymi historiami.

Z nogą w głowie w aplikacji SQUID

squid-wiadomosci-i-newsy-2

Miło mi poinformować, że teksty ze „Z nogą w głowie” będzie można teraz czytać także na urządzeniach mobilnych. Wystarczy pobrać aplikację SQUID i można korzystać.

SQUID chce sprawić by najwartościowsze wiadomości były zawsze w zasięgu ręki, jednocześnie oferując szeroki wybór tematów, które użytkownik może dowolnie wybierać tworząc niepowtarzalną, spersonalizowaną, atrakcyjną wizualnie Stronę Główną. Aplikacja zbiera najciekawsze artykuły z sieci i pozwala użytkownikom być zawsze na bieżąco z najświeższymi wydarzeniami jednocześnie dając możliwość, by dzielić się nimi z najbliższymi w szybki i prosty sposób. To, co między innymi odróżnia SQUID od podobnych aplikacji, to zestaw kreatywnych narzędzi, które sprawiają, że wiadomości stają się nie tylko ciekawe, ale i zabawne.

Aplikację można pobrać w App Store i w Google Play.

Mateusz Cetnarski zagra Z nogą w głowie

Mateusz Cetnarski z Cracovii dał się w tym sezonie poznać jako jeden z najbardziej wszechstronnie uzdolnionych zawodników ekstraklasy. Potrafił nie tylko uzbierać dwucyfrową liczbę goli (13), ale też asyst (12), co nie udało się nikomu od czasów szczytowego Pawła Brożka. O wszechstronności Cetnarskiego poza boiskiem wiadomo  już nie od dziś, wszak jest fanem muzyki i przyjacielem muzyków Pablopavo czy OSTR. Wiemy o tym z mediów, od których Mateusz nie ucieka i z którymi potrafi rozmawiać ciekawie jak mało który kolega z ekstraklasy. Na temat budowania wizerunku zawodnika w mediach mógłby powiedzieć sporo ciekawego.

A właściwie nie tyle mógłby, co powie, dając kolejny dowód swojej wszechstronności. Po miesiącach tworzenia duetu z Erikiem Jendriskiem czy Bartoszem Kapustką, w środę stworzy duet ze mną. Spotkamy się na trzeciej edycji organizowanej przez Koło Naukowe Managerów Sportu Uniwersytetu Jagiellońskiego konferencji naukowej Młodzi o Sporcie. Tegoroczna edycja będzie się kręcić wokół marketingu sportowego i kreowania własnej marki. We wspólnym wystąpieniu porozmawiamy o wizerunku zawodnika w mediach. Spróbujemy połączyć te dwa światy – pytającego i pytanego. Tego, który – jeśli ma odpowiednią świadomość – chce pytanemu przemycić do tekstu swój wizerunek i tego, kto generalnie nie jest od budowania czyjegokolwiek wizerunku, ale w praktyce ma na to wielki wpływ. Posłuchać nas, a pewnie i posprzeczać się z nami, będzie można w najbliższą środę, 18 maja, od godziny 17.15 w sali 0.105 na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ przy ul. prof. S. Łojasiewicza 4.

Ale oczywiście my będziemy jedynie skromnym zwieńczeniem dnia. Warto zarezerwować sobie całą środę i pojawić się już na początku, o 9.00. Potwierdzają to poprzednie edycje. Bo Konferencja Młodzi o Sporcie to już cykliczny projekt Koła Naukowego Managerów Sportu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co roku, studenci spotykają się z ekspertami w dziedzinie zarządzania i organizacji sportu, by skonfrontować ich wiedzę i doświadczenie z własną wizją i spostrzeżeniami. Poprzednie edycje wydarzenia cieszyły się dużym zainteresowaniem, a wśród prelegentów wystąpili m.in.: Bogdan Zając, drugi trener reprezentacji Polski w piłce nożnej, Adrian Ochalik, wieloletni rzecznik prasowy Wisły Kraków oraz oraz Grzegorz Pilarz, reprezentant Polski w siatkówce.

Tym razem, zaproszeni prelegenci poprowadzą wykłady o tematyce związanej z promocją sportu oraz kreowaniem wizerunku i rozpoznawalnej marki. Swoją obecność w roli prelegentów zapowiedzieli m.in Paulina Dużyk – Dyna, specjalista ds. marketingu w Zarządzie Infrastruktury Sportowej w Krakowie, Marek Cieślak, trener żużlowej reprezentacji Polski czy Marcin Lewicki, menedżer piłkarski. No i my.

Udział w wydarzeniu jest otwarty dla wszystkich zainteresowanych. Konferencja Młodzi o Sporcie „Marketing sportowy od kuchni, czyli jak skutecznie wykreować produkt” odbędzie się 18 maja 2016 roku w sali 0.105 na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ przy ul. prof. S. Łojasiewicza 4. Początek wydarzenia zaplanowany jest na godzinę 9:00.Rejestracja na konferencję prowadzona jest poprzez zgłoszenia internetowe. Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie Koła Naukowego Managerów Sportu UJ na Facebooku oraz pod adresem: biuro.knms@gmail.com.

„Z nogą w głowie” jest dumnym patronem medialnym konferencji.

Zostań sędzią

Już po raz drugi „Z nogą w głowie” zostało patronatem organizowanych przez SKN Zarządzania w Sporcie SGH Warszawskich Mistrzostw „Zostań Sędzią”. Zawody odbędą się 6 kwietnia i składać się będą z dwóch części.

W pierwszym etapie zadaniem uczestników będzie rozwiązanie testu zawierającego rozmaite sytuacje boiskowe. Osoby z najlepszymi rezultatami wezmą udział w kolejnej rundzie, w której przedstawione zostaną im krótkie materiały wideo. Po obejrzeniu danego klipu konkursowicz ma 30 sekund na ustosunkowanie się do obejrzanego zajścia i wydanie swojego werdyktu. Treść merytoryczna wszystkich pytań została przygotowana we współpracy z gremium sędziowskim PZPN. Na podstawie poprawności udzielonych odpowiedzi wyłoniony zostanie zwycięzca zawodów.

Przysługującą za pierwsze miejsce nagrodą główną jest możliwość towarzyszenia trójce arbitrów sędziujących finał Pucharu Polski, który odbędzie się 2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie. Zainteresowanych organizatorzy zapraszają na fanpage projektu na Facebooku. Tam będą publikowane wszelkie dodatkowe informacje związane z przebiegiem konkursu. Zamieszczony zostanie tam również formularz zgłoszeniowy. Zapisy rozpoczęły się 17 marca, liczba dostępnych miejsc jest ograniczona.

Jak trafić na okładkę Przeglądu Sportowego? Pojechać na Dni Biznesu w Sporcie

dbws_logo

Czego reszta Polski może zazdrościć Warszawie? Z całą pewnością Dni Biznesu w Sporcie. Wydarzenie organizowane w Szkole Głównej Handlowej jest co roku w grudniu powodem, by wybrać się do stolicy i posłuchać, co mają do powiedzenia przeróżne postaci łączące biznes i sport. Co roku przywoziłem stamtąd ciekawostki, znajomości, tematy na teksty, wywiady (w zeszłym roku była na Dniach Biznesu w Sporcie okazja przepytać sztandarowy przykład człowieka sukcesu – Rafała Sonika – tuż przed wyjazdem na wygrany przez niego Rajd Dakar), a nawet pierwsze strony Przeglądu Sportowego. Pisałem i pisałem na różne tematy, nie mogąc się dochrapać materiału z okładki, pojechałem na Dni Biznesu w Sporcie, gdzie porozmawiałem z Tomaszem Majewskim i z tym wywiadem wskoczyłem na „jedynkę”. Sami więc widzicie, że warto.

majewski

Najlepsze w Dniach Biznesu w Sporcie jest to, że zawsze trafi się postać, która pozornie nie zapowiada się ciekawie, opowie o temacie, który teoretycznie kompletnie człowieka nie interesuje, a później siada się w sali i okazuje się, że postać i temat są absolutnie fascynujące i inspirujące. Nie polecam więc dzielenia wystąpień na lepsze i gorsze. Lepiej słuchać wszystkiego od deski do deski.

Z Dniami Biznesu w Sporcie mam do czynienia od 2011 roku i z każdym rokiem impreza jest coraz prężniejsza. Już drugi raz „Z nogą w głowie” ma zaszczyt być patronem medialnym wydarzenia, które odbędzie się w dniach 8-10 grudnia w SGH w Warszawie.

Podczas tegorocznej edycji konferencji również nie zabraknie ciekawych osób i tematów: Dariusza Mioduskiego, właściciela Legii Warszawa oraz Tomasza Zahorskiego, pełnomocnika zarządu ds.Międzynarodowych i Administracji sportowej, komentatorów i dziennikarzy sportowych: Tomasza Smokowskiego i Piotra Sobczyńskiego, Doriana Dziubinskiego, starszego specjalistę ds. wydarzeń, bezpieczeństwa i infrastruktury na wydarzeniach sportowych, czy Joanny Nycz-Kowalskiej, prezesa zarządu Proton Relation Sp. z o.o.

Patronatem honorowym tegoroczną edycję Dni Biznesu w Sporcie objął Polski Komitet Olimpijski. Głównym sponsorem projektu została firma Accenture, w gronie partnerów znajdziemy wydawnictwa sportowe, takie jak SQN, Sendsport, AHA czy Inne spacery,instytucje kulturalne – Kino Luna i Teatr Powszechny oraz miejsca, gdzie studenci mogą spędzać czas wolny, czyli ANOYA Squash czy Let Me Out.

Konferencja ma charakter bezpłatny. Wstęp na wykłady jest wolny, natomiast na warsztaty będą prowadzone zapisy ze względu na limitowaną liczbę miejsc. Zapisy odbędą się w niedzielę 6 grudnia o godzinie 20.

Więcej szczegółów na temat konferencji (m.in. dokładne godziny wykładów i warsztatów, termin zapisów, pełną listę prelegentów) można znaleźć na fanpage’u wydarzenia na Facebooku: www.facebook.com/DniBiznesuwSporcie.

Zmienione Z nogą w głowie – szersze wody, to samo źródło

Jako że Z nogą w głowie w ostatnim czasie najczęściej funkcjonowało jako blog o Bundeslidze i pojawiały się tutaj treści związane głównie z niemiecką piłką, uznałem, że należy się szanownemu czytelnikowi trochę wyjaśnień na temat dalszego funkcjonowania bloga.

Wraz z rozpoczęciem nowego sezonu, rozpoczął istnienie serwis Bundesliga.onet.pl. Zastąpił on istniejący wcześniej oficjalny, polskojęzyczny portal Bundesligi, co oznacza, że w serwisie pojawiają się ekskluzywne materiały – wywiady, statystyki prosto z Bundesligi, a także skróty meczów, co mnie osobiście bardzo cieszy. Zawsze miałem w Polsce problem znaleźć dobrej jakości, względnie obszerne skróty meczów z Niemiec, teraz takie miejsce na szczęście jest. Korzystałbym z niego nawet, gdybym tam nie działał.

Bo właśnie działam. Pisanie czasem niszowych tekstów o Bundeslidze nie poszło na marne, bo zostało zauważone i poskutkowało włączeniem mnie do zespołu Bundesliga.onet.pl. Nie wnikając w szczegóły, mam w tym portalu robić to, co robiłem na blogu, czyli pisać o całej lidze niemieckiej, nie tylko o Bayernie Monachium i Borussii Dortmund i starać się tłumaczyć, dlaczego coś jest bardzo ważne, a coś innego mało ważne. Zaleta: Onet to inna galaktyka niż michaltrela.blog.pl i szansa trafienia do znacznie szerszego grona odbiorców. Wada: Z nogą w głowie nie będzie już mogło funkcjonować jako blog głównie o niemieckim futbolu.

Wszystkich zainteresowanych szczególnie tym, co piszę o niemieckiej piłce, zachęcam do uważnego śledzenia Bundesliga.onet.pl. Już można tam znaleźć teksty o Thomasie Tuchelu, Polakach w nowym sezonie Bundesligi, Bayernie, który będziemy mierzyć nie Bundesligą, a Ligą Mistrzów i o tych, którzy mogą tę sytuację wykorzystać. W każdym tygodniu będzie ich sporo. Bo to kolejna zaleta. Na bloga czasem nie starczało czasu, więc teksty pojawiały się raz częściej, raz rzadziej. Na Bundesliga.onet.pl moje teksty o lidze niemieckiej będą wskakiwać kilka razy w tygodniu.

Daleki jestem od tego, by twierdzić, że Z nogą w głowie znalazło się w tarapatach. Przeciwnie, liczby nadal są bardzo dobre, a ja zbyt wiele zawdzięczam prowadzeniu bloga, żeby to porzucić. Chcę tylko lojalnie uprzedzić, że Bundesligi będzie tu zdecydowanie mniej niż wcześniej. Z nogą w głowie od 2008 roku przetrwało wiele zmian mojego miejsca pracy i tę też przetrwa, ale w innej formule.  Można się tu spodziewać więcej tekstów o polskiej czy europejskiej piłce. Jest nadzieja, że blog będzie mniej hermetyczny i stanie się bardziej atrakcyjny dla tych, których Paderborn czy Darmstadt nie interesują tak mocno jak mnie i garstki innych wariatów.

Zachęcam, abyście zostali przy Z nogą w głowie, a jednocześnie postarali się zaprzyjaźnić z Bundesliga.onet.pl. A jakby nowości było mało, wygląda na to, że będę także dość regularnie gadał o Bundeslidze. Debiut już za mną. TUTAJ możecie zobaczyć, jak oceniam inaugurację Bayernu, TUTAJ, co mówię o Tuchelu, a TUTAJ, dlaczego o Jakuba Błaszczykowskiego jestem dziwnie spokojny.

Z nogą w głowie wkracza na szersze wody, ale źródło zostaje to samo.

Bohaterowie drugiego planu, czyli kto pracuje na sukces sportowca?

MOS_2015_plakat

„Bohaterowie drugiego planu, czyli kto pracuje na sukces sportowca?”. To tytuł drugiej konferencji naukowej z cyklu „Młodzi o sporcie”, która odbędzie się 21 maja na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wśród prelegentów, którzy wezmą udział w tym wydarzeniu, znaleźli się wybitni eksperci, których nie widać na pierwszych stronach gazet, a bez których żaden sportowiec nie osiągnąłby sukcesu.

Gośćmi konferencji będą ludzie z różnych dziedzin sportu, odpowiadający za zróżnicowane elementy przygotowania sportowca do zawodów. Prelegenci poruszą kwestie związane m.in. z kreowaniem wizerunku, marketingiem, przygotowaniem mentalnym i fizycznym, rolą trenera, itp.

Prelegentami II konferencji „Młodzi o sporcie” będą:

- Bogdan Zając: były reprezentant kraju w piłce nożnej, asystent Adama Nawałki w reprezentacji Polski w piłce nożnej,

- Michał Pacuda: PR manager w Polskim Związku Koszykówki i Polskiej Lidze Koszykówki,

- Mark Kar: specjalista ds. marketingu w największym anglojęzycznym magazynie na Bliskim Wschodzie „Sport360″,

- Jakub Głogowski: manager drużyny futbolu amerykańskiego Panthers Wrocław.

- Jakub Krebok: statystyk siatkarskiego zespołu Chemika Police

- Marzanna Herzig: psycholog sportu

- Dawid Chyaszek – menedżer w BMG Sport Management- firmie, która reprezentuje między innymi: Łukasza Piszczka oraz Macieja Kota

Organizatorem wydarzenia jest Koło Naukowe Managerów Sportu działające przy Katedrze Zarządzania w Turystyce Uniwersytetu Jagiellońskiego. Całodniowa konferencja, która rozpocznie się 21 maja o godzinie 9.00, ma charakter otwarty, a każdy uczestnik będzie miał szanse wygrania atrakcyjnych nagród, m.in. koszulki reprezentacji Polski z autografami. Warto również dokonać wcześniejszej rejestracji, gdyż osoby, które to uczynią, otrzymają atrakcyjne pakiety startowe.

 Konferencja będzie także okazją do przedstawienia prac studentów i doktorantów, którzy przygotują artykuły naukowe dotyczące roli bohaterów drugiego planu w kształtowaniu wizerunku sportowca, zarządzaniu i skutecznemu wykorzystaniu sukcesu sportowego. Prezentacja odbędzie się w formie posterowej. Wybrane prace zostaną opublikowane także recenzowanej monografii naukowej (w formie e-booka).

Z nogą w głowie jest patronem medialnym konferencji. Wrażeń z wydarzenia możecie się spodziewać na blogu jeszcze w tym tygodniu.

Zostań Sędzią Z nogą w głowie

11007632_911167802266634_1239354068_n

Staję się już chyba powoli tradycją, że „Z nogą w głowie” jest patronem medialnym wydarzeń organizowanych przez SKN Zarządzania w Sporcie na warszawskiej SGH. Po „Dniach Biznesu w Sporcie” czas na kolejną ciekawą inicjatywę, czyli „Zostań sędzią”. Bo przepisy piłki nożnej nie są wcale tak proste jak nam się wydaje.

***

Chcesz poczuć się jak sędzia piłkarski? Mamy coś dla Ciebie! Nie ma chyba takiego kibica piłki nożnej, który oglądając przed telewizorem mecz np. Ligi Mistrzów, nie krytykował decyzji sędziowskich. Dlatego dzięki inicjatywie Studenckiego Koła Naukowego Zarządzania w Sporcie działającego przy Szkole Głównej Handlowej każdy fan futbolu,który ukończył 16 lat, będzie miał okazję sprawdzić swoją wiedzę na temat przepisów piłki nożnej oraz wcielić się w rolę sędziego piłkarskiego.

Szansę taką daje nowy projekt SKN Zarządzania w Sporcie – Warszawskie Mistrzostwa „Zostań Sędzią”. Jest to jednodniowy, zaplanowany na 27 marca, trzyetapowy konkurs, którego celem jest upowszechnienie i spopularyzowanie wiedzy o przepisach gry w piłkę nożną oraz podkreślenie warsztatu sędziego piłki nożnej dla prawidłowego przebiegu zawodów sportowych. Konkurs ma charakter niekomercyjny i jest on skierowany do osób nie będących czynnymi sędziami piłkarskimi.

Na czym polegać będzie konkurs? Otóż, pierwszy etap to test składający się z 30 pytań. Uczestnik będzie musiał wykazać się wiedzą dotyczącą podejmowania decyzji w konkretnych sytuacjach boiskowych oraz znajomością bardziej teoretycznych przepisów. Najlepsi w pierwszym etapie przejdą do kolejnej fazy, w której oprócz pytań testowych pojawi się część ustna polegająca na podjęciu decyzji sędziowskiej po obejrzeniu materiału wideo. Uczestnik będzie miał zaledwie 5 sekund na odpowiedź, co pozwoli poczuć mu się jak prawdziwy sędzia. Decydujący etap składa się już wyłącznie z części ustnej. Wygrywa oczywiście osoba, która zgromadzi największą liczbę punktów we wszystkich trzech fazach konkursu. Warto dodać, że o poziom merytoryczny konkursu zadba Kolegium Sędziów PZPN, co gwarantuje wysoką jakość przeprowadzenia mistrzostw.

Dla zwycięzców konkursu przewidziano atrakcyjne nagrody. Triumfator Warszawskich Mistrzostw „Zostań Sędzią” będzie mógł towarzyszyć arbitrom podczas finałowego spotkania Pucharu Polski, który zostanie rozegrany na Stadionie Narodowym. Poza tym każdy z uczestników będzie mógł wziąć udział w wykładzie poświęconym interpretacji kontrowersyjnych decyzji boiskowych.

Więcej informacji na temat projektu oraz próbki tego, co może czekać uczestników podczas ich konkursowych zmagań można znaleźć na fanpage’u
https://www.facebook.com/WMZSedzia

Kibice Wisły, Kolczak i futbol w czystej formie

Smartfony nie służą rozwiązłości. Jako że rzeczy martwe są nie złośliwe, a okrutne, blog ostatnio trochę wegetował,  bo mając w perspektywie wstukiwanie swoich skomplikowanych tekstów w telefon, stwierdzałem, że po co się rozpisywać, skoro można wszystko skomentować jednym zdaniem na Twitterze. Ale jak już się dorwałem, to nie odpuszczę, bo palce świerzbiły, a trochę się narobiło zaległości.

Otóż w poniedziałek pierwszy raz w życiu byłem w Myślenicach. Myślenic to tam wiele nie widziałem, przeszedłem się raczej po obiektach treningowych Wisły Kraków i stwierdziłem, że jak by sytuacja krakowian nie była zła, to i tak zawodników zawsze w polskich warunkach ściągną. Naprawdę jest gdzie trenować i to wystarczy, by już robiło wrażenie. Ale ja nie o tym. Sporo się ostatnio działo w Wiśle, bo wszedł do klubu nowy prezes Robert Gaszyński. Wydaje się, że kandydat niemal idealny. Biznesmenom zarzuca się, że nie rozumieją piłki. Byłym piłkarzom, że nie rozumieją biznesu. Legionistom w Krakowie, że Legioniści. A Gaszyński to i były piłkarz, więc  ”wie jak pachną skarpety” i biznesmen, więc wie jak pachną krawaty. No i Wiślak. Ale to, że jest Wiślakiem, nie wygląda na jego największy atut, a… to już spory atut.

I sprawia Gaszyński wrażenie, jakby rzeczywiście była szansa na nowe otwarcie. Mówi jak jest. Obiecuje, ale realistycznie. Nie zalicza wpadek. Dba o szczegóły. Można się śmiać, ale doceniam, że o 16.00 widzę go w Myślenicach pod krawatem, a godzinę później w Krakowie – dalej eleganckiego – już bez krawata, z odpiętym ostatnim guzikiem koszuli. Na spotkaniu z kibicami lepiej nie wyglądać na zbyt sztywnego. Dobrze, że ma tego świadomość.

Ale trudno nie zesztywnieć, gdy się słyszy i widzi, co niektórzy „kibice” Wisły wyprawiają. W skrócie: stowarzyszenie obraziło się na prezesa, że w listopadzie, kiedy jeszcze nie był prezesem, nie chciał się z nim spotkać, a w styczniu, gdy już jest prezesem, zwołuje spotkanie otwarte, na które może przyjść każdy, nawet ten, kto nie należy do stowarzyszenia. Nastąpiło uwolnienie dostępu do prezesa. Każdy mógł zadać pytanie. Już nie można aż tak bardzo roztaczać aury tajemniczości, którą skwitowałoby się pięcioma magicznymi literami – KMWTW.

Teraz konfliktu jeszcze nie ma. Jest tylko napięta atmosfera, obrażanie pracowników klubu na spotkaniu, ostentacyjne opuszczanie pomieszczenia. Ale jako że kibice to najłatwiejsza do obrażenia grupa na świecie, konfliktu można się spodziewać. A przynajmniej tego, że na trybuny wrócą race, których od wyrzucenia z klubu Jacka Bednarza, przy Reymonta nie było. Jeśli tak się stanie, Gaszyński będzie musiał płacić za to, jak Wisła jako całość zachowała się względem Bednarza. Skoro pozwoliła wtedy kibicom decydować o obsadzie prezesa prywatnej spółki, to niech się nie dziwi, że dziś kibice chcą decydować o zmienianiu rzecznika prasowego. Ciąg dalszy niestety nastąpi.

Na wspomnianym spotkaniu, gdy obrażeni już wyszli, było momentami wesoło, momentami żenująco. Wesoło zrobiło się, gdy jakiś dziadzia zażądał odebrania akredytacji prasowych dziennikarzom Radia Kraków i Gazety Wyborczej, bo „dziennikarze jedzą za pieniądze Wisły, a kibicują Cracovii”. Pomijam, że po drugiej stronie Błoń myślą zgoła odwrotnie. Pomijam, że jakby dziennikarze żywili się tylko tym, co Wisła daje do jedzenia, nie byłoby już od dawna żadnych dziennikarzy w Krakowie. Rozbawiło mnie, że dziadzia dostał z sali brawa, bo to pokazało, jak bardzo w narodzie mocno zakorzenione jest pragnienie cenzury i jak wolność słowa niektórych boli. Ciekawostka i tyle.

Dziś krakowska Wyborcza sprawę rozbuchała, pisząc, że „nie ugnie się pod żądaniami kiboli”. Jakich kiboli? W Krakowie jest w każdej kolejce ligowej 552381821 zachowań kibolskich, które należałoby zwalczyć/napiętnować/ukarać, ale po wypowiedzi jednego dziadka, nie róbmy z siebie męczenników.

***

Podbeskidzie miało zrobić cztery porządne transfery i zapowiedzi wyglądały szumnie. Tematy Golańskiego, Malarczyka i Drygasa były, nawet jeśli każdy z nich teraz się tego wyprze. Leszek Ojrzyński ich chciał. Jako że radni miejscy jednak nie pozwolili utonąć Koronie, Golański i Malarczyk raczej zostaną w Kielcach. Drygas po pierwsze ma ważny kontrakt w Bydgoszczy, a Podbeskidzie przecież za niego nie zapłaci, po drugie jest ważnym zawodnikiem drużyny, która wciąż ma zamiar walczyć o utrzymanie, a po trzecie ponoć interesuje się nim Lech. Drużyna już jest na jednym obozie, za chwilę będzie na drugim, a wzmocnień niemal nie ma. Jak ktoś w końcu przyjdzie, znów będzie gadka o tym, że jest nieprzygotowany do sezonu. Klub wydaje mi się natomiast trochę nieprzygotowany do okienka.

Wyciągnięcie Kristiana Kolczaka ze Slovana Bratysława należy jednak uznać za plus. CV tego grajka nijak nie pasuje do bielskich warunków. Grał w najlepszym słowackim klubie, regularnie, także w europejskich pucharach, wygrywał trofea i to nie 13 lat temu, tylko teraz, niedawno, w zeszłej rundzie. No i nie ma 48 lat tylko dwa razy mniej. Nie będzie też problemów z aklimatyzacją.

Śmierdziała mi tylko forma transferu. Definitywny na pół roku, z opcją przedłużenia o dwa lata?

Okazało się, że Podbeskidzie po raz kolejny – tak jak robiło rok temu – na oficjalnej stronie podaje nie do końca prawdziwe informacje. Wtedy kontrakty okazywały się krótsze niż podawano na stronie. Teraz okazało się, że Kolczak jest do Bielska tylko wypożyczony, za pół roku kończy się jego kontrakt ze Slovanem, może wtedy definitywnie przejdzie do Bielska (ale może nie). Rozumiem, że nie o wszystkim trzeba informować, ale strona Podbeskidzia nie informuje niemal o niczym. O zwolnieniu trenera bramkarzy i asystenta trenera poinformowano jakieś 3 tygodnie po tym, jak podały to wszystkie media sportowe i tydzień po „Gościu Niedzielnym”. Zaznaczam, nie jest to raczej wina piszących na stronie, którzy tylko wypełniają przykazy z góry. Nie ma to jak budować przemyślaną strategię informacyjną klubu. Nie wiem, jaki interes klub ma w tym, żeby ludzie myśleli, że Kolczak jest w klubie na stałe, mimo że nie jest. Wiem tylko, że nie jest to pomyłka tego, który pisał newsa. I że nie jest to poważne traktowanie swoich kibiców, łapczywie próbujących czegokolwiek się dowiedzieć.

***

Tuszowania rzeczywistości nie ma w Pucharze Narodów Afryki. Tam futbol jest szczery i piękny jak na podwórku. Pozostaje dla mnie nieodgadnione, dlaczego zawodnicy wychowani w Europie, nauczeni gry w piłkę w Europie, grający w europejskich klubach i w reprezentacjach prowadzonych przez europejskich trenerów, postawiwszy stopę na Czarnym Lądzie kompletnie zapominają o taktyce i po prostu ganiają za piłką. Mają przy tym fantastyczne umiejętności techniczne i fizyczne. To sprawia, że potrafią dużo i niemal sobie nawzajem nie przeszkadzają. Jak na podwórku – jeden wykop oznaczać może sytuację sam na sam, ale inaczej niż na podwórku – potrafią bardzo wiele. Wygrywają ci, którzy bardziej potrafią okiełznać żywioł. Dzisiaj lepiej zrobił to Gabon.

Po pierwsze, miał lepszego bramkarza. Burkiński Germain Sanou siedzi na co dzień na ławce w IV lidze francuskiej, więc gaboński Didier Ovono, podstawowy bramkarz ekstraklasowego belgijskiego Oostende wygląda przy nim jak Buffon. I tak też było – kilkoma szczęśliwymi interwencjami wybronił Gabonowi mecz. Aubameyang w europejskich warunkach to jeździec bez głowy, w Bundeslidze pewnie w takiej sytuacji jak dziś, nie strzeliłby gola, tylko zanim oddałby strzał, zabraliby mu piłkę obrońcy, ale w afrykańskich warunkach wyglądał całkiem przyzwoicie. Gabon potrafił czekać i kontrować. A że widok wyprowadzających kontrę Gabończyków działał na Burkińczyków jak laska Mojżesza na Morze Czerwone, okazji było sporo.

Druga bramka dla Gabonu, to kwintesencja Pucharu Narodów Afryki. Piękne rozpoczęcie Aubameyanga, genialne dośrodkowanie Bulota, niesamowity wyskok (z miejsca) Evuony i absolutny brak reakcji obrońców. Różnicę pomiędzy europejską a afrykańską piłką było dziś widać gołym okiem. Jakościowo na korzyść Europy, ale jeśli chodzi o frajdę, na korzyść Afryki. Na trzy tygodnie raz na dwa lata, lubię sobie przypomnieć czystą formę futbolu. Chociaż w kolejnych dniach może jej być trochę mniej, bo dziś grała zdecydowanie najsłabsza grupa. W kolejnych dniach PNA może być trochę bardziej europejski. I to dobrze. W PNA wszystko jest dobre, oprócz tego, że zwykle za szybko się kończy.

PS. Zanotowałem sobie nazwisko Bertranda Traore z Burkina Faso. Póki co ma 19 lat i gra w holenderskim Vitesee Arnhem, ale już zgarnęła go Chelsea. Na pierwszy rzut oka, wcale mnie to nie dziwi.