„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

Kto powinien grać na środku pomocy reprezentacji Polski? [ANALIZA]

stadion

Dyskusja o środkowym pomocniku dla reprezentacji Polski, który grałby u boku Grzegorza Krychowiaka i nie kłuł w oczy, podnosi się po każdym meczu kadry. W Polsacie Sport podnoszono ostatnio kwestię powrotu Eugena Polanskiego. Walory piłkarskie ma oczywiście takie, że z miejsca rozwiązałby kłopot na tej pozycji. Nie wiemy jednak, jak przyjęłaby go grupa, a przede wszystkim – to czysto jałowa dyskusja, bo on nie chce wracać. Moim zdaniem można sobie dać spokój, zapomnieć o nim.

Chcąc nie chcąc, partnera dla Krychowiaka trzeba będzie raczej znaleźć w polskiej lidze. W zagranicznych klubach nie ma dobrych, grających środkowych pomocników. Nie grających też raczej nie ma. Mimo dobrych wyników kadry, dyskutować trzeba, bo problem nie jest rozwiązany i cały czas doskonale go widać. Krzysztof Mączyński wszystkich powątpiewających w jego klasę określa jako ludzi, których bolą sukcesy kadry, ale wątpić trzeba, bo pomocnik Wisły nie przekonuje.

W internecie i mediach, cała dyskusja sprowadza się do kwestii – „jest dobry”, „nie jest dobry”. „Podoba mi się”, „nie podoba mi się”. Jako że oko jest zawodne, a większość tylko powtarza zasłyszane zdania, obracając się w kręgu jakichś mitów, przyjętych za fakty nieprawd, zdecydowałem się skorzystać z możliwości, jakie daje od tego sezonu ekstraklasa i przyjrzeć się szczegółowym, indywidualnym statystykom. Podobno, te oficjalne, są zawodne. Nie wiem. Lepszych narzędzi spojrzenia na naszych ligowców aktualnie nie mamy.

W Midtjylland i Brentford wyznają zasadę, by nie ufać oczom i szukają kandydatów do składu w liczbach. Wyszedłem z tego samego założenia. Nieważne, co o kimś myślę i jak go oceniam. Nieważne czy jest stary czy młody, pijak czy asceta. Kryteria wstępne do rankingu były dwa: 1. Pod uwagę brałem tylko polskich środkowych pomocników. 2. Każdy z nich musiał rozegrać na środku pomocy w podstawowym składzie w tym sezonie ponad połowę możliwych meczów, czyli pięć. Wyjątek uczyniłem dla Karola Linetty’ego, który grał rzadziej, ale jako że jest aktualnym reprezentantem, miał wyjść w podstawowym składzie na Niemców i uznaje się go za wielki talent, stwierdziłem, że szkoda byłoby nie zobaczyć, jak prezentuje się na tle innych ligowców.

Korzystając z oficjalnych statystyk Ekstraklasy, porównałem zawodników pod kątem siedemnastu kryteriów. Myślę, że to wystarczająco dużo, by móc wyciągnąć jakieś wnioski. Liczyły się: procentowa skuteczność ogólna strzałów, procentowa skuteczność zagrań w pole karne, skuteczność dryblingów, skuteczność w pojedynkach powietrznych, kontakty z piłką na mecz, procent strat, faule, jakie na danym zawodniku popełniono, skuteczność odbiorów, wygrane piłki, wybicia, faule popełnione, procentowa celność długich, średnich i krótkich podań, dośrodkowań, liczba podań do strefy ataku i procent udanych zagrań do przodu. Nie każde z tych kryteriów jest absolutnie kluczowe, bez niektórych można być dobrym środkowym pomocnikiem. Każda z tych cech jest jednak, jeśli nie niezbędna, to przynajmniej pożądana u współczesnych środkowych pomocników.

Zwycięzca każdego z kryteriów otrzymywał 21 punktów (tylu było zawodników), drugi – 20, trzeci – 19 etc. Co ważne, nie wprowadzałem rozróżnienia na tzw. środkowego pomocnika numer sześć (więcej zadań defensywnych) i osiem (więcej zadań ofensywnych). Teoretycznie kadra potrzebuje „ósemki”, ale podział jest tak płynny, a w zależności od meczu niektórzy zawodnicy potrafią grać jako „szóstki” czy „ósemki”, wrzuciłem wszystkich do jednego wora, robiąc tylko podział na kategorie ofensywne i defensywne.

Oto wyniki rankingu polskich środkowych pomocników za osiem pierwszych kolejek sezonu 2015/16

1. Dominik Furman (Legia) 254 punkty.

2. Damian Dąbrowski (Cracovia) 250

3. Łukasz Surma (Ruch) 248

4. Łukasz Trałka (Lech) 246

5. Mateusz Matras (Pogoń) 243

6. Tomasz Jodłowiec (Legia) 232

7. Ariel Borysiuk (Lechia) 218

8. Tomasz Hołota (Śląsk) 209

9. Daniel Łukasik (Lechia) 205

10. Radosław Murawski (Piast) 190

11. Rafał Murawski (Pogoń) 188

12. Krzysztof Mączyński (Wisła) 187

13. Jakub Tosik (Zagłębie) 183

14. Karol Linetty (Lech) 181

15. Alan Uryga (Wisła) 168

16. Jacek Góralski (Jagiellonia) 163

17. Rafał Grzyb (Jagiellonia) 161

18. Tomasz Nowak (Łęczna) 160

19. Bartłomiej Babiarz (Termalica) 153

20. Maciej Urbańczyk (Ruch) 141

21. Radosław Sobolewski (Górnik) 128

W kryteriach ofensywnych czołową trójkę stanowią kolejno Dominik Furman, Damian Dąbrowski i Ariel Borysiuk, a w defensywnych – tu niespodzianka – Alan Uryga, Mateusz Matras i Damian Dąbrowski.

Wiadomo, że budowa reprezentacji nie polega na wstawieniu do składu wszystkich najlepszych piłkarzy. Ranking nie ocenia potencjału ani cech charakteru zawodnika, które selekcjonerowi mogą pasować lub nie. Zwraca jednak uwagę, że najwyżej sklasyfikowany pomocnik, jakiego Nawałka powołuje – Tomasz Jodłowiec – zajmuje dopiero szóste miejsce. Promowany przez selekcjonera Mączyński – dwunaste, a Linetty – czternaste. Tymczasem kompletnie pomijani są młodzi, a będący w najwyższej formie Furman i Dąbrowski. Zwraca też uwagę bardzo wysoka pozycja weterana Surmy i – czarnego konia zestawienia – Mateusza Matrasa.

Liczby potwierdzają ogólne wrażenie, że nie sposób nie szukać kogoś, kto zająłby miejsce Mączyńskiego, a może nawet Jodłowca. Wydaje się, że spojrzenie na Furmana i Dąbrowskiego przed Euro 2016, na które – wszystko na to wskazuje – pojedziemy, miałoby sens. Dopiero gdyby oni się nie sprawdzili, moglibyśmy z czystym sumieniem powiedzieć: jesteśmy skazani na tego Mączyńskiego, bo nikogo lepszego nie ma.

P.S. W ramach ciekawostki, podaję najlepszych i najgorszych w poszczególnych kategoriach: (przed myślnikiem najlepsi, po myślniku najgorsi)

procentowa skuteczność ogólna strzałów: Furman – Uryga

procentowa skuteczność zagrań w pole karne: Matras – Urbańczyk

skuteczność dryblingów: Jodłowiec, Tosik, Grzyb – Linetty, Urbańczyk, Łukasik, Sobolewski, Nowak.

skuteczność w pojedynkach powietrznych: Matras – Babiarz

kontakty z piłką na mecz: Dąbrowski – Sobolewski.

procent strat: Furman i Surma – Góralski.

faule, jakie na danym zawodniku popełniono: Radosław Murawski – Tomasz Nowak.

skuteczność odbiorów: Matras – Babiarz.

wygrane piłki: Góralski – Nowak

wybicia: Góralski – Linetty.

faule popełnione: Uryga – Góralski.

procentowa celność długich podań: Jodłowiec – Góralski

procentowa celność średnich podań: Dąbrowski – Uryga

procentowa celność krótkich podań: Furman – Matras

procentowa celność dośrodkowań: Sobolewski – Uryga.

liczba podań do strefy ataku: Rafał Murawski – Urbańczyk.

procent udanych zagrań do przodu: Furman i Dąbrowski – Urbańczyk.

Olkowski, przypadek wyjątkowy

O tym, że Paweł Olkowski wszedł w Bundesligę aż szokująco dobrze, miałem ochotę napisać już dawno temu, ale dziś nikt mi nie uwierzy. Trzeba było pisać wtedy, byłbym hipsterski, dziś to już mainstreamowe pisać o Olkowskim. Ale co tam, podzielę się, bo Olkowski to rzadki jak cholera przypadek, kiedy zagraniczni ocenili kogoś naszego lepiej, w sensie korzystniej, niż miejscowi. Zazwyczaj oceniają naszych piłkarzy lepiej, w sensie trafniej: my myślimy, że są świetni, a oni, że nie jest z nich taki cud. I zwykle wychodzi na ich. Teraz też wyszło, ale skala zdziwienia większa.

Te dwa gole z Hoffenheim, choć piękne, odpuśćmy. Nie chcę, żeby to był tekst o tym, że Olkowski zdobył dwie bramki i prasa okrzyknęła go księciem goli. Skupmy się na tym, że chłopak, niby młody, ale już nie tak bardzo młody, wyjechał z polskiej ligi, do ligi niemieckiej pierwszej i nie dość, że łapał się do kadry, nie dość, że wchodził na końcówki, nie dość, że zaczął w pierwszym składzie na nieswojej pozycji, nie dość, że wychodził w podstawowym składzie już na swojej pozycji, to wychodził w podstawowym składzie na swojej pozycji kosztem kapitana drużyny. Wieloletniego. Takiego, o którym wydawało się, że nie do wygryzienia.

Sprostowanie. Miso Brecko to nie Philipp Lahm. To Miso Brecko. Ale jednak tenże Brecko w tejże Kolonii grał od lat. Nie imały się go kontuzje, nie wylatywał za kartki, nie miał dołków formy, nie wchodził w konflikty z trenerami. Ot, typowy kat polskiego zawodnika wyjeżdżającego za granicę. Olkowski mógłby wrócić do Polski i z czystym sumieniem mielić ozorem, że Brecki z Kolonii nie da się wygryźć i mówiłby z grubsza prawdę. Wiadomo było, że jak Olkowski ma tam grać, to na skrzydle.

Rozmawiałem w maju, po awansie Kolonii, ze Stephanem Von Nocksem, dziennikarzem Kicera zajmującym się 1. FC Koeln. Mówił to wszystko, co napisałem powyżej o Breczce, dodając, że nie mówi, że jest nie do wygryzienia, bo nie wie jak gra Olkowski. „Jeśli się okaże drugim Piszczkiem, to oczywiście Breckę wygryzie”, a ja rechotałem. I to rechotałem jako zwolennik talentu Olkowskiego od pierwszego wejrzenia, czyli meczów za trenera Wojciecha Stawowego w GieKSie, gdy „Olo” grał na środku ataku (tak). Jasne, toczyłem zaciekłe dyskusje, twierdząc, że Olkowski dałby radę na poziomie średniaka Bundesligi. Ale potem ostudził mnie dzisiejszy bohater narodowy Milik.

Akurat te dyskusje w obronie Olkowskiego toczyłem, gdy dzisiejszy bohater narodowy Milik siedział na ławce w Augsburgu, a ja powyżej niego, na trybunach w Augsburgu, regularnie, co tydzień. Patrzyłem na jego próby podbijania Bundesligi i załamywałem ręce nad stanem polskiego futbolu. Ja takiego nastolatka jak Milik w polskiej lidze wcześniej nie widziałem. Na moje oko Milik z Górnika momentami kasował Lewandowskiego z Lecha. Jak widziałem, jak źle wygląda na tle – przepraszam za wyrażenie – FC Augsburg, to przestałem wierzyć, że jakikolwiek Polak jeszcze kiedyś przebije się w poważnej lidze. Koniec. Jeśli nie Milik, to nikt. Dalej zresztą jestem Milikiem zawiedziony. Uważam, że w Ajaksie przeżywa syndrom Mateusza Klicha, czyli radzi sobie jako tako – bo znowu bez przesady, że rewelacyjnie – w lidze holenderskiej, a to wcale nie znaczy, że w Bundeslidze będzie znaczył cokolwiek. Milik zachwiał strasznie moją wiarą w Olkowskiego.

A udało się. Już uważam, że osiągnął chłopak wiele. Bo nie czekał jak Penelopa na debiut, jak czekają Stępiński i Klich. Bo nie przepadł jak Furman w Tuluzie. Bo osiągnął w Europie więcej niż ten cały Sławomir Peszko. W ogóle, jest Olkowski jednym z nielicznych przykładów wymykających się kategorii. Dotychczas, jeśli chciałeś coś znaczyć na świecie, musiałeś:

a) wyjechać jako nastolatek: Szczęsny, Krychowiak.

b) wyjechać jako gwiazda naszej ligi: Lewandowski, Boruc, Fabiański.

c)  nie wyjechać, tylko już tam być: E. Smolarek, Polanski, Matuszczyk, Boenisch.

Są jeszcze tacy, którzy potrafili przezwyciężyć przeciwności i się wybić. Albo przez gorszą ligę, albo przez gorszą drużynę. Do tej kategorii zaliczyłbym Glika, Wasilewskiego, Dudka, Tytonia, Wilka czy Grosickiego czy Piszczka, który przecież zanim został światowej klasy obrońcą był słabym napastnikiem siedzącym na ławie Herthy.

Bardzo naszemu futbolowi brakuje karier podobnych do tej Olkowskiego, czyli płynnego przejścia ze średniaka polskiej ligi do średniaka ligi niemieckiej. Ot tak, jak udało się np. Juniorowi Diazowi, a polskim piłkarzom jakoś się nie udawało.

Szansa dla polskiego futbolu, to nie wychowanie 11 Lewandowskich, bo Lewandowski polega na tym, że jest jeden. Tacy się nie rodzą na kamieniu. Chodzi o to, by na kamieniu rodzili się solidni wyrobnicy, którzy nie będą piłkarzami sezonu w Bundeslidze, ale w swojej solidnej drużynie będą trzymać solidny poziom. Musimy – jako polski futbol – wychowywać więcej Olkowskich. Ten chłopak jest tak solidnym powiewem optymizmu, że trudno w ostatnich miesiącach o większy.

Nie mamy szans z Niemcami. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie

Selekcjoner Joachim Löw ogłosił powołania na mecz z Polską. Bez większych niespodzianek. Jest 16 mistrzów świata, Antonio Rüdiger, Sebastian Rudy i Max Kruse, których też selekcjoner już powoływał i jeden debiutant – Karim Bellarabi, którego powołanie jest tyleż uznaniem dla świetnej skądinąd formy skrzydłowego Bayeru Leverkusen, ile zamknięciem mu drogi do czyniącej pod niego zakusy reprezentacji Maroka.

16 mistrzów świata. Przeciwko Polsce. A jednak w ostatnich dniach da się zaobserwować w naszym kraju analizy tak optymistyczne, że aż oderwane od rzeczywistości. Próbuje się szukać racjonalnych przesłanek przemawiających za Polską. Daremne żale, próżny trud. Racjonalnych przesłanek nie ma. Najbardziej racjonalne zdanie o optymistycznej wymowie, jakie można przed tym meczem wygłosić to „Kiedyś w końcu musi być ten pierwszy raz”. Tak, rachunek prawdopodobieństwa wskazuje, że kiedyś w końcu powinno się udać.

W niemieckiej bramce słabych punktów nie ma co szukać. Przeciwko Polsce zagra Manuel Neuer, czyli najlepszy bramkarz świata, definiujący grę na tej pozycji na nowo. Jeśli nawet uda się wyjść z kontratakiem i ktoś urwie się obrońcom, to zaraz, tuż za połową boiska wyrośnie przed nim Neuer. W innym przypadku znakomicie obroni na linii. Trudność gry z Niemcami polega na tym, że możesz być lepszy i przegrać, bo oni maja Neuera, a ty nie masz. Pokazał to przykład Algierii na mundialu. Roman Weidenfeller i Ron-Robert Zieler są powołani tylko dla potwierdzenia hierarchii bramkarzy w Niemczech. I żeby na ławce nie było zbyt pusto.

Słabe punkty można znaleźć w niemieckiej defensywie. Zwłaszcza na bokach. Na mundialu na tych pozycjach grali albo Philipp Lahm (skończył reprezentacyjną karierę), albo Jerome Boateng, albo Benedikt Höwedes. Dwaj ostatni to stoperzy, z konieczności wypychani w okolice linii bocznych boiska. Höwedes jednak ma kontuzję i dlatego nie znalazł się w gronie powołanych, a będący w świetnej formie Boateng jest potrzebny na środku. Zwłaszcza, że karierę skończył Per Mertesacker, a Mats Hummels dopiero wyleczył się po kontuzji. W pierwszych meczach po mundialu na bokach obrony zagrali Kevin Grosskreutz (źle, więc nie znalazł się w kadrze), Sebastian Rudy (środkowy pomocnik, którego Löw przerobił na prawego obrońcę) i Erik Durm (środkowy napastnik, którego rok temu Klopp przerobił na lewego obrońcę). Eksperyment z Rudym można uznać za udany. Zawodnik zaliczył w meczu ze Szkocją świetną asystę, a selekcjonerowi pomógł też jego klubowy trener Markus Gisdol, który zaczął go wystawiać również na prawej obronie. To najbardziej prawdopodobne rozwiązanie na mecz z Polską. Rudy nie jest oczywiście zawodnikiem klasy Łukasza Piszczka, ale czy nie będzie w stanie powstrzymać ataków np. Macieja Rybusa? Erik Durm jest natomiast w ewidentnie słabej formie, ale i tak powinien zagrać. Gdyby mieli na niego nacierać Jakub Błaszczykowski z Piszczkiem, byłby to dla Löwa na pewno spory problem. Jednak w Bundeslidze grają w większości piłkarze jednak o klasę lepsi niż Kamil Grosicki. Mimo to, lewa obrona Niemców jest miejscem, które Polacy powinni atakować szczególnie mocno.

To właśnie Hummels z Boatengiem stworzą najpewniej parę stoperów. Może i ten pierwszy w derbach Zagłębia Ruhry zaprezentował dyspozycję cokolwiek wakacyjną, ale doszukiwanie się akurat w tym zawodniku niemieckiej słabości, byłoby przejawem nadmiernego optymizmu. Alternatywy? Przeciętne. Matthias Ginter, mistrz świata, który po transferze z Freiburga przeżywa w Borussii Dortmund lekcję za lekcją (póki co dość bolesne), Shkodran Mustafi, wynalazek Löwa, którego zalety są póki co dość skrzętnie chowane przed światem, oraz Antonio Rüdiger, stoper silny jak czołg, ale chimeryczny jak Ricardo Quaresma. Forowany trochę chyba na siłę środkowy obrońca Stuttgartu będzie jednak siedział na ławce. Jeśli nic złego się nie zdarzy, Hummels z Boatengiem odpowiednio zadbają o zaryglowanie dostępu do bramki Neuera.

Innych słabych punktów w niemieckiej drużynie znaleźć po prostu nie sposób. W linii pomocy Christoph Kramer, Toni Kroos, Mesut Özil, Andre Schürrle i będący w świetnej formie Mario Götze. Wysunięty w ataku Thomas Müller? Pozostający w odwodzie lider Borussii Mönchengladbach Kruse, Lukas Podolski, Julian Draxler i debiutant Bellarabi? Druga linia i atak w podobnym zestawieniu wbiły w półfinale mistrzostw świata trzy miesiące temu siedem bramek Brazylii w półfinale mistrzostw świata. Nie jest więc specjalnie uczciwe mówienie, że Polacy mają wielkie szanse powstrzymać Niemców, bo „to już nie ta sama drużyna”. Mają szanse, bo „to jest sport”. Czyli jakiś nikły procent, dzięki któremu legenda głosi, że kiedyś zadziałał. Powiedzmy to sobie już dziś uczciwie, żeby nie zdziwić się niemiło za tydzień.

Nawałka chyba ma pierwszego plusa

polanski

Eugen Polanski ma znów zostać powołany do reprezentacji Polski, co po raz kolejny wywołało na jego temat dziką dyskusję.

Warto zadać sobie w jego sprawie kilka pytań. Ilu Polaków na jego pozycji jest w klubach z czołowej siódemki lig świata (Anglia, Hiszpania, Niemcy, Francja, Włochy, Portugalia, Rosja)?

W Anglii żadnego. W Niemczech Mateusz Klich i Adam Matuszczyk, w Hiszpanii Grzegorz Krychowiak i Cezary Wilk, we Francji Dominik Furman, we Włoszech nikt, w Portugalii Paweł Dawidowicz, w Rosji Janusz Gol.

Czyli oprócz Polanskiego mamy siedmiu. Ilu z tych siedmiu rzeczywiście w tych ligach gra?

Klich ani razu nie był w kadrze Wolfsburga. Matuszczyk w Kolonii raz gra, a raz nie gra. Krychowiak w Hiszpanii gra, ale Wilk już nie. Furman w tym sezonie nie dotknął nawet boiska, a w zeszłym spędził na nim tyle, że dłużej przebywałby wdzierając się na nie z trybun na golasa. Dawidowicz w Benfice jest w rezerwach, Gol natomiast w Amkarze regularnie gra.

Wychodzi nam na to, że Polanski jest jedynym obok Krychowiaka i Gola Polaków na tej pozycji występującym regularnie w mocnej lidze zagranicznej. Pytanie nie powinno więc brzmieć, czy go powoływać, tylko ewentualnie czy wystawiać go w podstawowej jedenastce. Powołanie dla niego jest czymś w polskich warunkach absolutnie oczywistym.

A przynajmniej powinno być. Polanski spełnia wszystkie warunki, by być reprezentantem Polski: ma polskie obywatelstwo, mówi po polsku, gra regularnie w silnym klubie. Nigdy nie odniosłem wrażenia, żeby zaniżał poziom gry naszej reprezentacji. Ba, wydaje mi się, że dawał z siebie zawsze wszystko. Był tylko ofiarą zaszufladkowania go jako „farbowanego lisa”. Mówiło się „farbowane lisy nic Polsce nie dają”. Nic nie dawał Boenisch, nic nie dawał Obraniak, nic nie dawał Perquis. Polanski dawał, ale to się nie liczyło, bo my musimy się odbijać od ściany do ściany. Jak stawiamy na migranckich Polaków, to na całego. Jak ich wyrzucamy, to wszystkich, nie zważając na to, że każdy przypadek jest inny. Coś jak z Wisłą Kraków raz mającą w składzie 20 obcokrajowców, a dwa miesiące później stawiającą na młodych Polaków.

Polanskiemu zarzuca się, że nie przyjechał w maju na kadrę. Nie wiem jak było, pewnie mało kto wie. Tyle że to nie zbrodnia. Nie on jeden nie przyjechał kiedyś na kadrę. Wojciech Pawłowski też kiedyś nie chciał przyjeżdżać na młodzieżówkę i to ma sprawić, że już nigdy nigdzie nie będzie go można powołać?

Głównym zadaniem selekcjonera jest rozmawianie, szukanie kompromisów, utrzymywanie wszystkich polskich piłkarzy w przekonaniu, że selekcjoner na nich patrzy. Miałem pretensje do Nawałki za to, jak łatwo i w sumie głupio stracił najrówniej grającego Polaka w Bundeslidze.  To, że ponoć ma z Polanskim porozmawiać jeszcze raz, uznaję za dowód siły, a nie słabości Nawałki. Nie jest dla mnie „miękką fają” (tak napisało Weszło) ten, kto potrafi się jeszcze raz zastanowić czy aby nie przesadził. Jest dla mnie miękką fają ten, kto raz popełniwszy błąd później ślepo w niego brnie, by się nie przyznać.

Nasz futbol jest na tyle słaby, że nie stać nas na odrzucanie piłkarzy pokroju Polanskiego czy Boenischa. Selekcjoner ma wybierać spośród najlepszych polskich piłkarzy, a nie spośród najlepszych piłkarzy, z którymi nie jest skłócony. Jeśli potwierdzi się, że Nawałka jednak wróci do Polanskiego, będzie miał u mnie pierwszego plusa.

Polacy nie chcą oglądać mundialu!

foto

My Polacy jesteśmy dość często zmuszeni do tego, by wybierać sobie na mundiale drugą reprezentację do kibicowania. A właściwie pierwszą, bo naszej nie ma już od połowy eliminacji. Ja ten problem rozwiązuję zawsze dość łatwo: kibicuję Holendrom i najsłabszym teoretycznie drużynom. Gdy już odpadną i Holendrzy i najsłabsze zespoły, sympatyzuję z Niemcami, co zazwyczaj pozwala mi przetrwać do samego końca mundialu z drużyną, której dobrze życzę.

Zastanawiało mnie jednak zawsze, jak rozkładają się sympatie w innych krajach i teraz pierwszy raz miałem okazję to sprawdzić. Przy okazji, mogłem też prześledzić nastroje w krajach mundialowych na dwa tygodnie przed startem turnieju. A konkretnie zrobili to za mnie badacze przeprowadzający ankiety w ramach projektu Komisji Europejskiej*. Mnie tylko przesłali bardzo ciekawe wyniki.

POLSKA

Spośród badanych krajów europejskich, najmniej osób planuje śledzić mundial w Polsce.

Szok numer jeden. 62,3 procenta ankietowanych deklaruje, że NIE BĘDZIE ŚLEDZIĆ MISTRZOSTW ŚWIATA. To bardziej przerażający wynik niż siedem procent dla króla w ostatnich wyborach. Z Korwina się wyrasta, z nieoglądania mistrzostw świata, obawiam się, że nie.

Nasi rodacy uważają w większości, że mistrzem świata zostanie Brazylia (17,3%) albo Hiszpania (15,6%). W inne kraje nie wierzymy niemal kompletnie. Bo jak nazwać ledwie 2% dla Argentyny?

Większość Polaków twierdzi, że mundial wygra Brazylia.

Z kolei sympatia nad Wisłą będzie wędrować raczej w kierunku Hiszpanów, którym będzie kibicowało 16,3% spośród ankietowanych. Na drugim miejscu jest Brazylia (8,4%) i Niemcy (6,2%).

EUROPA

Jeśli chodzi o śledzenie mistrzostw świata, w Europie będzie dużo lepiej niż w Polsce. Mundial chce oglądać 82,2% ankietowanych Niemców, 67,6% Duńczyków (nie podejrzewałbym ich o to), 67,3% Hiszpanów, 66,1% Francuzów itd. W żadnym z przepytywanych krajów tak często nie zgłaszano niechęci dla mundialu!

Największą dumę ze zwycięstw reprezentacji odczuwają Turcy, przed Niemcami. Najmniejszą Polacy, bo nie pamiętamy chyba jak to jest wygrywać i czuć z tego powodu dumę.

Co ciekawe, o ile Niemcy są dumni ze zwycięstw, to zupełnie nie smucą się porażkami. Przygnębienie po przegranej ich reprezentacji zadeklarowało tylko 3,9% respondentów. Oni z kolei chyba nie pamiętają, jak to jest przegrywać. Najsmutniejsi po porażkach są Włosi, przed Brytyjczykami.

Jeśli chodzi o wiarę w reprezentację przed mundialem, najlepiej wypadają Niemcy i Hiszpanie. Tylko 1,1% pytanych Niemców uważa, że ich drużyna nie wyjdzie z fazy grupowej, podczas gdy boi się tego aż 17,8% zagadniętych Anglików i Francuzów. Pewnych zwycięstwa w całym Turnieju jest blisko 10% Niemców i aż 17 procent Hiszpanów!

Jeśli chodzi o faworytów mundialu:

Austriacy wskazują Niemców.
Duńczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi, Polacy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Turcy Brazylijczyków. Swoją drogą, największą wiarę w Wybrzeże Kości Słoniowej wykazują Austriacy (0,8%), a w Kamerun Francuzi (0,9%). W moich biednych Holendrów najbardziej wierzą Turcy (4%).

I najciekawsze. Jak rozkładają się sympatie?

Austriacy kibicują głównie Niemcom. Bez zaskoczeń.
Duńczycy wolą Hiszpanów. Podobnie jak Francuzi, Polacy i Włosi. Hiszpanie najlepiej życzą sobie, ale gdy dowiadują się, że mają wybrać inną kadrę, wskazują Brazylię. Turcy też o dziwo najlepiej życzą Brazylii, a potem dopiero Niemcom.

Polska jest jedynym krajem obok Danii, w którym nikt nie wskazał sympatii dla reprezentacji Rosji. Bez zaskoczeń.

A czytelnicy Z nogą w głowie kogo będą wspierać na mundialu?

NAJ, NAJ, NAJ MUNDIALU…

Najmniej osób planujących śledzić mundial: Polska.

Najwięcej osób planujących śledzić mundial: Niemcy.

Najdumniejsi po zwycięstwach: Turcy.

Najmniej dumni po zwycięstwach: Polacy

Najmniej rozpaczający po porażkach: Niemcy.

Najbardziej rozpaczający po porażkach: Włosi i Anglicy

Najbardziej będziemy kibicować: Hiszpanii

Najbardziej wierzymy w: Brazylię.

Najbardziej wierzą w swoją reprezentację: Hiszpanie.

Największy faworyt mundialu to dla Austriaków: Niemcy, ale dla pozostałych badanych państw: Brazylia.

Austriacy najlepiej życzą: Niemcom, Turcy i Hiszpanie: Brazylijczykom, pozostali: Hiszpanom.

*Projekt “FREE – Football Research in an Enlarged Europe” jest innowacyjnym przedsięwzięciem akademickim z zakresu nauk społecznych, którego tematami są piłka nożna oraz europejska tożsamość. Projekt trwa trzy lata (2012-2015) i finansowany jest ze środków europejskiego siódmego programu ramowego (7PR) na rzecz badań i rozwoju technologicznego, na podstawie umowy grantowej numer 290805. Jego koordynatorem jest Szkoła Zarządzania ESSCA we Francji, która współfinansowała ankietę.Badania przeprowadzono przy współpracy wszystkich uniwersytetów zaangażowanych w projekt FREE: Københavns Universitet (Dania), Loughborough University (Wielka Brytania), Middle East Technical University (Turcja), Universitat de València (Hiszpana), Universität Stuttgart (Niemcy), Universität Wien (Austria), Université de Franche-Comté (Francja) oraz Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Koordynatorem badań ankietowych we wszystkich dziewięciu krajach była Céline Bracq z firmy BVA France. W Polsce badania zostały przeprowadzone przez firmę Mareco Polska w okresie grudzień 2013/styczeń 2014. Ankiety zostały przeprowadzone w formie telefonicznej. W każdym kraju zapytano po 800 osób. 

Reprezentacja Polski dalej nie gra w piłkę

nawalka

Plan taktyczny reprezentacji Polski.

Ten leniwy ja mówi, żeby napisać po tym meczu tylko tyle – jak ma być dobrze, skoro Sławomir Peszko dalej w podstawowym składzie? Ale to już pisałem. Powtórzę krótko: oglądanie polskiej kadry jest i tak cholernie trudne, więc nie ma co jeszcze ludziom zadania utrudniać. Odpuśćmy sobie Peszkę. Niech zakłada tę swoją korporację taksówkarską czy coś. Ostatnie tylko zdanie o nim: rozbawił mnie Typowy Sławomir, który w pierwszej połowie wepchnął Gintera na bandę. Komentator powiedział, że chodzi o to, żeby pokazać, że nie boimy się Niemców. A ja bym chciał tylko żeby raz jeden w życiu pokazał, że potrafi podnieść głowę.

Komentatorzy. Maciej Iwański – ten z TVP, nie z Podbeskidzia – mówi, że przykład Bayernu pokazuje, że posiadanie piłki niewiele daje. To ma być argument, że z Polską nie tak źle.

Nie wycierajmy sobie gęby Atletico, Chelsea czy Realem, które kontrolują mecze nie posiadając piłki. Jest chyba drobna różnica pomiędzy celowym oddaniem piłki, ustawieniem żelaznej obrony i wyprowadzaniem zabójczych kontrataków, a oddaniem piłki, bo nie ma się innego lepszego pomysłu?

Naprawdę, mało mnie obchodzi, że – rankingowo patrząc – to najlepszy wynik Polski od lat. Adam Nawałka już parę miesięcy jest selekcjonerem, a dalej widzimy przypadkową grupę ludzi, która nawet nie gra w piłkę.

Bo to nie jest gra w piłkę. Odzwyczaiłem się od tego, że można tak grać. Weźmy wyprowadzenie piłki z własnej połowy przez obrońców. W normalnej piłce obrońcy zwykle potrafią – krótko bądź długo – wyprowadzić piłkę. W ekstraklasie obrońcy wypieprzają piłkę dalej niż widzą. A w reprezentacji Polski, notorycznie, wyprowadzenie piłki polega na spuszczeniu głowy, zamknięciu oczu, zasunięciu klapek, włączeniu gazu i biegu przed siebie do najbliższej przeszkody.

Ile razy gra polska kadra, słyszymy formułkę: „rywale nie pozwalają nam rozgrywać piłki”. Bo tak się gra w piłkę. Nie pozwala się rozgrywać piłki. Chyba, że ma się taki plan i wściekle atakuje powiedzmy od 30. metra. U nas ten wściekły atak nie następuje nigdzie.

Bardzo znamienne, że rywale, którzy byli jeszcze bardziej obcą sobie zbieraniną niż nasza drużyna i notabene grali niemal równie słabo, potrafili przynajmniej jedno – stosować pressing. Jakoś to już chyba jest we krwi zawodników przygotowanych do gry na jakimś poziomie, że pressing polega na JEDNOCZESNYM zaatakowaniu rywali przez KILKU graczy tej samej drużyny. To, co notorycznie pokazują Polacy, czyli atak jednej osoby na jedną osobę to nie jest pressing, tylko bezsensowne marnowanie sił pod publiczkę.

Oceny personalne dziś nie mają najmniejszego znaczenia. Dopóki nie ma zalążków systemu gry reprezentacji jako całości, czy gra Robak czy Lewandowski nie robi właściwie żadnej różnicy. W starciu o jakąkolwiek stawkę skończy się jak zawsze. Wniosek personalny mam więc tylko jeden, ten sam, niezmienny – skreślić Peszkę. Nawet jeśli miałoby to być tylko symboliczne odcięcie się od tego, co było złe w naszej kadrze, to i tak warto.

Ranga reprezentacji Polski spadła. Nie widzę problemu

Co roku, bądź częściej, zależnie od częstotliwości rozgrywania meczów reprezentacji Polski w dziwnym krajowym składzie, na dziwnym, pustym stadionie, z dziwnym przeciwnikiem, w dziwnym miejscu i z Tomaszem Jasiną czy Jackiem Jońcą jako komentatorami, pojawia się lament, że „kiedyś to było inaczej“. „Kiedyś czasem nawet wielcy piłkarze nie dostawali szansy gry w reprezentacji, kiedyś powołanie znaczyło więcej, kiedyś trzeba się było postarać, żeby się dostać do reprezentacji“. To wszystko prawda. I co z tego?

 Kiedyś zwycięstwo w Pucharze Rappana znaczyło więcej, a teraz nic nie znaczy, bo go już nie ma. Kiedyś Trabant znaczył więcej, a teraz znaczy mniej.

 Kiedyś czasy były inne, a teraz są inne. Kiedyś Polska była trzecia na świecie, a dziś jest 78., więc też siłą rzeczy kiedyś żeby zostać reprezentantem Polski trzeba było się wznieść na wyższy poziom niż obecnie. Kiedyś Polska rozgrywała kilka meczów w roku, a teraz rozgrywa kilkanaście, w tym także w krajowym składzie, więc siłą rzeczy jest większa szansa załapać się do kadry.

 Ktoś, czytaj firma Sportfive, zapłacił, by ten mecz był uznawany za oficjalny. Skoro PZPN się na to zgodził i skoro nie zrobił niczego niezgodnego z prawem, to nie rozumiem dlaczego mecz miałby nie być uznawany za oficjalny. A zasadność rozgrywania takich meczów? PZPN-owi pozwala zarobić, selekcjonerowi też raczej nie zaszkodzi, a już na pewno nie piłkarzom. Kiedyś oczywiście też takie sparingi rozgrywano, tylko nie zaliczano ich do rejestru oficjalnych meczów, a teraz się zalicza. Tak jak kiedyś kobiet nie zaliczało się do ludzi, a teraz się zalicza.

 Zgadzam się, że ranga reprezentacji Polski spadła. No i? Spadła ranga każdej reprezentacji świata, bo spadła ranga futbolu reprezentacyjnego w ogóle. Zupełnie normalne zjawisko. Poza tym ranga naszej kadry – bardziej niż przez rozgrywanie meczów w krajowym składzie – spadła przez notoryczne zbieranie oklepu, gdzie się tylko pojawi.

Moim zdaniem to wszystko kwestia poziomu. Nasza liga jest słaba, więc i reprezentacja skompletowana z zawodników z tej ligi jest słaba. Chcemy, by reprezentowali nas wielcy piłkarze, a nie łamagi. Problem nie tkwi w samym sprzeciwie dla uznawania kadry ligowej za kadrę narodową, bo wtedy – na tej samej zasadzie – Hiszpanie powinni uznawać za hańbienie reprezentacji wystawienie samych graczy z Primera Division. Przeszkadza nam, że reprezentacja jest do niczego, a nie, że akurat na te dwa mecze są w niej sami piłkarze z krajowej ligi.

 Zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci jakimś nazwiskiem z przeszłości – niech będzie śp. Krzysztofa Surlita – i powie, że bardziej zasłużył, bo był znakomitym piłkarzem, a teraz wartość koszulki z orłem na piersi się zdewaluowała. No, pewnie bardziej zasłużył od takiego Rafała Leszczyńskiego.

Ale dlaczego w tej głupiej licytacji się zatrzymać tylko na reprezentacji?

 Kazimierz Deyna nigdy nie zagrał w Lidze Mistrzów. Nawet w fazie grupowej. A zasłużył bardziej niż Łukasz Szukała!

 Włodzimierz Lubański nigdy nie zagrał w Premier League. A zasłużył bardziej niż Grzegorz Rasiak.

 Zygmunt Maszczyk nigdy nie zagrał na mistrzostwach Europy. A zasłużył bardziej niż Mariusz Jop.

 Andrzej Szarmach nie dostał w karierze żadnego milionowego kontraktu. A zasłużył bardziej niż Krzysztof Mączyński.

 Nie ma co porównywać minionych realiów z obecnymi, bo to do niczego nie prowadzi. Graham Bell bardziej ode mnie zasłużył na to, by mieć telefon komórkowy. Ale takie czasy – ja mam, on nie miał.

 Gdyby śp. Krzysztof Surlit miał możliwość zagrania w reprezentacji Polski w krajowym składzie przeciwko Norwegii w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, to by z niej skorzystał. Nie miał i niczyja to wina, taki los. Przeciwko komu i czemu chcecie się buntować?

 Dzisiaj powołanie 20 najlepszych zawodników z polskiej ligi jest uznawane za hańbienie barw narodowych. A 40 lat temu kadra – w krajowym składzie! – zdobyła trzecie miejsce na świecie. Wtedy chyba nikt o hańbie nie mówił.

PS Zgodnie z zapowiedzią, kontynuuję nieśmiałe raczkowanie w multimedialnym świecie. Wczoraj pogadałem ze stadionu w Fuerth o Arkadiuszu Miliku i Sebastianie Tyrale.

Dlaczego nie chcę Ostrzolka w kadrze

Znacie na pewno ten typ ludzi, który nie tylko potrafi wypowiedzieć się na każdy temat, ale ma też taką wewnętrzną potrzebę. Zrzucony z samolotu do obcego miasta, podniósłby się, otrzepał i zagadnięty przez Japończyka, w którą stronę na pocztę, powiedziałby, że dwie przecznice prosto, a potem 200 metrów na lewo.

Szczególnie mają tak tzw. eksperci. Dla dziennikarzy są często zbawieniem i ostatnią deską ratującą tekst. Masz mieć rozmówkę o transferach śląskich drużyn na 20:00, jest 19:32 i dwóch ci nie odebrało, a trzech nie chciało rozmawiać? Telefon do Marka Motyki i:

- Przygotowuję tekst o transferach Piasta Gliwice. Jak pan je ocenia?

- Hm, a przypomniałby mi pan, kogo oni tam ściągnęli?

- Kornela Osyrę, Bartosza Szeligę…

- Aaaa! Nooo, Szeliga to ciekawy zawodnik, w Cracovii i Widzewie pokazywał się dobrze na…

- Ale to nie ten Szeliga, panie Marku!

- Aaa, Bartosz. Trener Brosz na pewno jakoś to poukłada i będzie dobrze.

Nie ma się czym chwalić, ale każdy, kto trochę liznął mediów sportowych to zna. Są ludzie, do których dzwoni się, gdy wszyscy inni zawiodą. Sądząc po ilości tematów, na które wypowiada się pan Marek, wiele redakcji ma go za koło ratunkowe.

W ostatnich dniach narobiłem trochę zamieszania (w dwóch krajach!) informacjami o tym, że PZPN próbuje przekonać do gry dla Polski Matthiasa Ostrzolka. Nagle okazało się, że w Polsce mamy pokaźną grupkę entuzjastów FC Augsburg, którzy chętnie wypowiedzieli się na temat wad i zalet 23-letniego obrońcy.

Oprócz nazwiska, zwykle niewiele się zgadza.

Jestem w tym sezonie jednym z nielicznych Polaków regularnie oglądających Augsburg, w dodatku oglądających na żywo i w dodatku mających za sobą rozmowę z Ostrzolkiem, pozwolę sobie więc dorzucić swoje trzy grosze.

Andrzej Juskowiak w rozmowie z Mateuszem Karoniem stwierdził, że Ostrzolek przyzwoicie wygląda w grze obronnej, ale nie radzi sobie z ofensywą. Podejrzewam, że były reprezentant Polski oglądał akurat mecze z Bayernem i Borussią. Na ich tle całkiem niewielu zawodników na świecie radzi sobie z grą ofensywną.

Już kiedyś pisałem, jak gra Augsburg – z zupełnym pominięciem środka i wielkim naciskiem na skrzydła. Do prostopadłych piłek zagrywanych przez Daniela Baiera schodzą zwykle do środka skrzydłowi Tobias Werner i Andre Hahn. Zadanie biegania od linii końcowej do linii końcowej spada na bocznych obrońców, z których Paul Verhaegh jest tym bardziej trzymającym głębię, a Ostrzolek grającym momentami właściwie na skrzydle. Moim zdaniem Ostrzolek może mieć problem, ale z nadążeniem z powrotem za akcją. W grze ofensywnej jest bardzo przydatny, bo szybki, przebojowy i bardzo dobrze dośrodkowujący lewą nogą. W tym sezonie zaliczył cztery asysty, co jak na bocznego obrońcę, „słabo radzącego sobie z grą ofensywną” jest – przyznacie – dość przyzwoitym wynikiem.

Pada też w cytowanej rozmowie stwierdzenie, że Boenisch w optymalnej formie jest lepszy od Ostrzolka, a Twitterowi „eksperci” dodają „znacznie lepszy”. Boenischa w optymalnej formie widziałem jakieś cztery lata temu, w Werderze Brema, albo w meczu z Australią w reprezentacji Polski, przed kontuzjami, 10 kilo temu. Wtedy był znacznie lepszy od Ostrzolka. Dziś jest na jednym poziomie. Chyba trochę lepiej atakuje (tak) i trochę gorzej broni. W tym sezonie Boenisch ma w Kickerze średnią not 3,71, a Ostrzolek 3,81. Tu nie ma różnicy klas.

Piłkarsko ten chłopak zasługuje na sprawdzenie, zwłaszcza, że gra na tak newralgicznej pozycji. Ja jednak widziałbym go w kadrze niechętnie. W imię zasad.

Nie cierpię nagonki na „farbowane lisy” i tego łatwego szafowania wyrokami, kto jest Polakiem, a kto nie („gdy swoją krew i waszą sprawdzę, wierzcie mi – jedna będzie jucha”), a już nazywanie Ostrzolka „farbowanym lisem” zakrawa na kpinę. Kto jest Polakiem, skoro nie syn Polaka i Polki?

Niemniej, Matthias, który okazał się naprawdę niesamowicie sympatycznym chłopakiem, powiedział swego czasu jasno i wyraźnie, że nie czuje się Polakiem i chce reprezentować Niemcy. Super, brawo za otwartość. Oczekiwałem, że w środę powtórzy mi, że z panem Chorążykiem spotyka się tylko kurtuazyjnie, by osobiście przekonać, że chce walczyć o miejsce w kadrze Loewa.

Zamiast tego usłyszałem wykręcanie się, kombinowanie, kalkulacje. W takie coś się nie bawmy. Masz być zdecydowany na 100 procent. Dlatego tak podoba mi się postawa Daniela Ginczka, który od dawna, jako juniorski reprezentant Niemiec opowiadał, że gra w Polsce go nie interesuje i teraz, już będąc bardzo daleko od reprezentacji Niemiec, to zdanie podtrzymuje.

Takich przykładów będzie coraz więcej. Jak kluczysz, to klucz od początku do końca. Ale jak się już opowiesz po którejś stronie, to tego się trzymaj. Zyskasz szacunek w obu krajach.

Problem kadry tkwi w Tobie

Często się zastanawiam, dlaczego trenerzy o tak różnych wizjach odnoszą w piłce sukces. Wszyscy niby dążą do tego samego, więc jak się to dzieje, że ludzie, którzy mają 98% takich samych genów, oglądają te same mecze, czytają podobne analizy i chodzą do podobnych szkół, dochodzą do kompletnie różnych wniosków.

Mourinho niewątpliwie odniósł nie jeden sukces i niewątpliwie zna się na swojej robocie. On twierdzi, że kluczowe jest moment przejścia z obrony do ataku i odwrotnie. Jego drużyny świetnie kontratakują, momentalnie potrafią się dużą liczbą zawodników znaleźć po drugiej stronie boiska. I wyniki go bronią.

Guardiola niewątpliwie też odniósł sukces i zna się na swojej robocie. A mówi i robi dokładnie odwrotnie jak Mourinho. U niego kluczowe jest posiadanie piłki, będące strategią ofensywną i defensywną zarazem. I wyniki go bronią.

Sukces może odnieść jajogłowy Rafael Benitez, który każdą sekundę na boisku analizuje, wylicza i przewiduje. Ale sukces może też odnieść Harry Redknapp, który gdyby znał Tomasza Kulawika na pewno doceniłby słowa: Taktyka? Tak tyka to zegar.

Juergen Klopp odnosi sukcesy stosując pressing na całym boisku. Otto Rehaggel odnosił sukcesy oddając inicjatywę na całym boisku. Można się tak cofać do XIX wieku, przez Rinusa Michelsa i futbol totalny, Helenio Herrerę i cattenaccio, Belę Guttmana, Herberta Chapmana. Człowiek ich słucha i czyta, ogląda mecze ich drużyn i ma mętlik w głowie. Oni się wykluczają, a łączy ich tylko to, że wygrywają.

Dochodzę do wniosku, że najważniejszą sprawą jest pomysł i konsekwencja w jego realizowaniu. Chcesz grać trzema obrońcami? Świetnie, ale rób to przez 10 meczów z rzędu choćby nie wiem co. Twój zespół ma stosować pressing na całym boisku? Rewelacja. Ale najpierw go tego naucz. Chcesz grać z kontry? Dobrze, tylko ćwicz to do porzygu. Chcesz panować na boisku? Nigdy nie słyszałem lepszego pomysłu! Ale zdajesz sobie sprawę, że przez pierwsze 10 meczów, gdy twoi zawodnicy nie będą stwarzać żadnych sytuacji, prasa 10 razy cię zwolni, a kibice obrażą twoją rodzinę 10 pokoleń wstecz? Wytrzymasz, to będą cię nosić na rękach.

Zawodnicy muszą mieć czas zgrać się i wypracować sposób gry, który zadowala trenera. Właśnie dlatego obawiam się, że w polskiej piłce nigdy nie będzie dobrze.

Naszym problemem nie jest to, że mamy głupich trenerów, ani że boiska krzywe, ani że nie ma akademii, ani że nie ma piłkarzy. Naszym problemem jest to, że nie ma czasu. Każdego trenera zwalniamy właśnie gdy zawodnicy zaczynają kapować, o co mu chodzi.

Mam wrażenie – to oczywiście nie do sprawdzenia – że gdyby cała Polska, media, kibice, wszyscy, nie interesowali się przez cały rok reprezentacją, trener rozsyłałby 18 zainteresowanym miejsce i datę rozegrania meczu, graliby i rozjeżdżali się w tajemnicy, za rok obudzilibyśmy się w nowej rzeczywistości. Niestety, to alternatywna rzeczywistość. W tej realnej obudzimy się jak zawsze z ręką w nocniku.