Stadion Stefana Kiesslinga

Jeśli widzicie, że stadion, który wygląda jak Dąb Bartek, nosi imię 29-letniego faceta, że klub, który niby na nim gra, ma trzy lata, jeśli nieznajomy Niemiec pakuje was do swojego samochodu podkreślając, że absolutnie, koniecznie, musisz, bezwzględnie zdążyć na ten mecz IV ligi, to znak, że właśnie obchodzicie swój 400. widziany na żywo mecz w życiu.

 Miałem tak samo. Przyjechałem do Bambergu. Piękne miasto, stare, zadbane, naprawdę, najładniejsze, jakie w Niemczech widziałem. Minąłem cudowny ceglany browar…

bam1

… z którego obłędnie pachniało i szukałem stadionu Eintrachtu Bamberg. Jestem oczywiście zarozumiałym, bufoniastym bubkiem, pytającym ludzi o coś tylko po to, by potwierdzić swoją tezę. Czułem, że stadion powinien być gdzieś blisko na wprost, spytałem gościa na przejściu. Powiedział, że w prawo i dwa kilometry stąd. Podziękowałem i poszedłem na wprost. Jeśli rzeczywistość nie potwierdza moich faktów, tym gorzej dla faktów. Wszak znam Bamberg jak własną kieszeń i nie gubię się nigdy.

 Zgubiłem się, ale jakiś stadion jest. Stefan Kiessling Arena.

bam2

Powariowali? Gra w Leverkusen, kręci się wokół reprezentacji, ale żeby stadion? Poza tym, gdzie Bamberg, a gdzie Kiessling? Sprawdziłem, mea culpa. Wychowanek. Macie prawo, dziuro piłkarska, swego jedynego wychowanka bundesligowego chwalić. Widzę więc, że stadion jest, nawet Eintrachtu Bamberg, też się zgadza, tylko nikt na nim nie gra. Są tylko dwaj starzy Niemcy.

 - Przepraszam, czy to tutaj będzie się odbywać mecz?

- Piłkarski?

- Tak, właśnie piłkarski…

- Eintrachtu?

- Tak

- Bamberg?

- Dokładnie!

- Pierwszej drużyny Eintrachtu Bamberg?

- Właśnie.

- Z Memmingen?

- W rzeczy samej.

- W Regionallidze Bayern?

- Nie chce być inaczej

- To nie tutaj.

Dwa kilometry dalej na prawo.

 Widzisz młody bufonie? Pokazywał ci rodowity bamberczyk, to nie wierzyłeś. Ale Kiesslinga znalazłeś. – Toż to przecież nie zdążysz na ten mecz! Zawieziemy! Trzeba! Koniecznie! Tak! Musisz zobaczyć jak grają!

I mnie porwali.

 Przywieźli mnie na prawdziwy stadion. Ponoć ma 20 tysięcy, nazywa się Fuchspark Stadion, ale te 20 tysięcy to dlatego, że miejsca w większości stojące. Wygląda jak stadion w Czechowicach-Dziedzicach, jeśli wiesz o czym ja mówię. Jedna duża trybuna z miejscami siedzącymi, bieżnia, daleko od murawy, a pozostałe trzy trybuny skromne, żeby nie powiedzieć, że ich nie ma.

 Doprawdy nie wiem, czemu tak chcieli, żebym ten Eintracht zobaczył. A właściwie 1. FC Eintracht Bamberg, bo o to się wszystko rozbiło. Wcześniej trafiłem na boisko Eintrachtu Bamberg, a teraz jestem na boisku FC Bamberg, które połączyły się przed trzema laty, tworząc 1. FC Eintracht Bamberg. A więc sztuczny twór! Poczułem się swojsko, jak w domu.

 Tenże Eintracht był niemiłosiernie słaby. Wiecie, IV liga niemiecka to już nie jest byle co. Krzysztof Król mówił, że jest lepsza niż ekstraklasa, piłkarze z IV ligi niemieckiej przychodzą do ekstraklasy, Stępiński przychodzi z ekstraklasy do IV ligi niemieckiej. Szukałem więc dla nas przyszłych gwiazd. W Bambergu nie ma. Strasznie słaby mecz zagrali. Nie mogłem uwierzyć, że są o parę miejsc wyżej od Memmingen, bo goście wyglądali przy nich jak Bayern Monachium (nawet koszulki się zgadzały).

 O Monachium wspominam nie przypadkiem, bo Memmingen też się może kimś – jak Bamberg Kiesslingiem – pochwalić. Na świat przyszedł tam Holger Badstuber. Patrzyłem amatorskim okiem na tych przyszłych Badstuberów i Kiesslingów. W Memmingen podobało mi się trzech chłopaczków, w tym dwóch Turków. W ekstraklasie by sobie dali radę. Wymienię tu ich nazwiska, które kompletnie nikogo teraz nie interesują, żebym mógł potem mówić: a nie mówiłem? Burak Tastan, Umut Sonmez i Matthias Jocham.

 Goście wygrali 4-1, powinni byli strzelić trzy razy więcej goli, ale ładowali po słupkach i poprzeczkach. W ogóle, nielogiczne było to, że pierwsi stracili bramkę. I to jaką piękną. Chyba powinienem zacząć nagrywać, bo jak tu opowiedzieć gola? W każdym razie ładny lob wślizgiem. Warto było na niego czekać, żeby usłyszeć jako cieszynkę wrzaski Herberta Zimermanna z finału mistrzostw świata 1954.

 Ja się, głupi, staram tym wszystkim pocieszyć, bo tak między nami mówiąc, to żadnej przyjemności z niego – tego meczu – nie było. Zawsze muszę przegapić tę magiczną granicę między zimą a latem na stadionie, więc przez większość meczu wybijałem sobie dolne zęby górnymi i odwrotnie. 400 meczów zaliczyłem i jeszcze się nie nauczyłem. To co, może przy 800 będzie lepiej?

Najkrwawsze derby świata

erl6

Od samego rana było słychać złowrogie zgrzytanie ostrzonych maczet. Dzieci i kobiety chowały się w szafach i pod łóżkami, matki błogosławiły synów, a psy z całego miasta wyły. Niebo też jakby przyciemnione, zwiastowało, że coś się dzisiaj wydarzy. Hufce z dwóch stron maszerowały przez całe miasto, żeby stoczyć ostateczną bitwę o panowanie w Erlangen. Pal sześć Kraków, Belgrad, Rio de Janeiro czy Buenos Aires. Najkrwawsze derby są właśnie w Erlangen.

 Trela? Tu ziemia! Wiadomo, że tak naprawdę zelektryzowany walką o panowanie w mieście dwóch drużyn z ósmej ligi byłem tylko ja. Faktycznie, ulice były puste, ale to dlatego, że tutaj w niedzielę zawsze są puste. Poza tym, dziś wybory, o czym przypomnieli mi jedyni napotkani ludzie. Agitatorzy z SPD, którzy rozdawali wszystkim wokół prezerwatywy z logiem SPD i hasłem „We wrześniu nadejdzie szczytowy punkt. Pamiętaj o SPD”. Będę pamiętał!

 Myślałem, że po tym nic mnie już bardziej nie zdziwi. Jak się okazało, to był dopiero początek zdziwień. Jeszcze nie doszedłem na stadionu, a już zdziwiłem się po raz drugi. Nigdy wcześniej nie widziałem budynku, którego elewacja składałaby się wyłącznie z… flag krajów świata.

erl9

 Do wielu rzeczy już jestem przyzwyczajony. Za pierwszym razem zaskoczyło mnie, że każdy klubik z szóstej, siódmej czy ósmej ligi ma swój barek/restaurację, więc też czerpie zyski z dnia meczowego. Dziś mnie to nie zdziwiło. Albo te boiska, na których nie ma nawet źdźbła trawy. Dotychczas widywałem takie tylko w filmach z Argentyny czy Brazylii, a tu każdy klub ma do dyspozycji kilka boisk trawiastych i – nie wiadomo po co – jedno błotniste. Może wyznają zasadę Czesława Michniewicza, że wielcy piłkarze rodzą się w błocie?

erl3

 Takiej trybuny, jak ta, którą ma SpVgg Erlangen nie ma jednak nikt inny. Re-we-lac-ja! Cała drewniana, pewnie jak ją postawili w 1904, tak stoi. Ale jak świetnie się ogląda mecz z drewnianej trybuny, jak na niej pachnie, jaki drewniany dach! Nowoczesne stadiony są fajne, ale są nowoczesne. A stare stadiony są stare, ale jak są drewniane, to są rewelacyjne.

erl5

 To jednak nie był koniec zdziwień. Zawodnicy SpVgg Erlangen i TV 48 Erlangen wyszli na boisko, żeby stoczyć ostateczny bój o panowanie w mieście, a wyprowadziła ich na nie… kobieta. Nie żeby coś, ale nigdy nie widziałem kobiety jako sędzi głównej w meczu o stawkę mężczyzn, w dodatku z mężczyznami jako liniowymi. Wyzbywszy się wszelkich uprzedzeń, oglądałem ze zdwojoną uwagą. Pamiętałem w końcu, że gdy w Brazylii kobieta po raz pierwszy w historii prowadziła mecz mężczyzn, uznała gola strzelonego przez chłopca do podawania piłek. Kamerę miałem więc cały czas w pogotowiu, węsząc potencjalny hit internetu.

 Tak efektownie nie było, ale – obiektywnie mówiąc – to była porażka. Jakieś lokalne Kolegium Sędziów się skompromitowało wyznaczając tę panią do prowadzenia derbów. Może całe miasto nie było zelektryzowane, ale piłkarze już tak. Wyszli nabuzowani jak stado buhajów, a ona miała nad tym zapanować? No, nie. To był jeden z ostrzejszych meczów, jakie widziałem w życiu. Po obejrzeniu go, każdy z piłkarzy żywieckiej A klasy odłożyłby buty na wieki, bo zobaczyłby, co to prawdziwa walka. Marsylia i Paris Saint Germain to w ogóle zupełnie inny poziom brutalności. To, co się działo w Erlangen przechodziło ludzkie pojęcie.

 Czterech zawodników zeszło w trakcie meczu z kontuzjami. Dwóch kolejnych grało z zabandażowanymi głowami, bo zalało się krwią. Do jednego przyjechała karetka na sygnale. To był mecz, w którym trzeba było pokazać 47 żółtych kartek i cztery czerwone. A była… dwie żółte.

 To jakaś kpina. Widzi się wiele razy sytuację, w której drużyna ma rzut wolny i jeden z rywali staje przy piłce, żeby uniemożliwić szybkie rozegranie. Jeśli wykonujący rzut wolny ma dobry refleks, to kopie z całej siły w delikwenta i rozkłada ręce, że przeciwnik przeszkodził mu wykonanie rzutu wolnego. Tamten dostaje żółtą kartkę i po sprawie. Dziś byłoby po sprawie, ale żółte kartki dostali… obaj. Naprawdę, jestem bardzo ciekaw, co złego zrobił ten, który po prostu kopnął piłkę?

 Tam naprawdę nogi latały w powietrzu niezależnie od reszty ciała, piłkarze sami sobie wymierzali sprawiedliwość, a pani sędzia nawet nie wyciągała kartek. Można gorzko powiedzieć, że pozwalała grać, ale tak to nie pozwalają nawet angielscy sędziowie. Ten eksperyment się nie udał.

 Sam mecz był przekomiczny. Bramkarz TV 48 miał tyle centymetrów co Marcin Garuch w kapeluszu. Wydawało się, że każdy strzał powyżej 1,60 m będzie dla niego nie do obrony. Tymczasem facet fruwał w pionie i w poziomie, wyjmując w naprawdę efektowny sposób każdą piłkę. Zresztą obie drużyny niezwykle wierzyły w swoje umiejętności. Jedni i drudzy strzelali z dystansu co 47 sekund, a wy wiecie co to są niemieckie strzały z dystansu. Pociski. Bramkarze mieli co robić i fantastycznie się oglądało ich parady. Obaj byli bohaterami.

 Jak zwykle w takich przypadkach, kiedy już wybronili obaj wszystko, co się dało, padła niewytłumaczalna bramka. Po rzucie wolnym jeden z obrońców SpVgg uderzył głową w kierunku… własnej bramki. Bramkarz powinien był to spokojnie złapać, ale lecąca z prędkością 0,55342 km/h zaskoczyła go i wyślizgnęła mu się z rąk do bramki.

 Tak, 8-ligowe derby Erlangen były fantastycznym widowiskiem, ale też najkrwawszym, jakie widziałem. Jeśli jutro spotkam na ulicy kogoś z podbitym okiem, urwaną nogą, postrzępionym uchem czy złamanym nosem, będę wiedział, że to jeden z uczestników dzisiejszego meczu.

Wykopmy sponsorów ze stadionów

I się zaczęło. Usiedziałem w Niemczech bez meczu cały jeden dzień. Ale przez pewien czas czułem się, jakbym w ogóle nie wyjechał z Bielska-Białej. No, może na Śląsk.

 Jak to jest, że niemal wszystkich wielkich stadionów, jakie widziałem, nie widać? Wiem, brzmi głupio, ale już tłumaczę. Wydaje ci się, że kolos na 50, 70 czy 100 tysięcy powinien być widoczny z kosmosu, a tymczasem ledwo wystaje ponad okoliczne bloki i platany. Tak było choćby z Camp Nou czy Marakaną w Belgradzie. W Norymberdze jest podobnie, może oprócz tych platanów. Wysiadasz na stacji „Frankenstadion”, więc trochę głupio pytać, gdzie jest stadion, skoro wiadomo, że tutaj. Ale nie wiadomo, bo nie widać.

 Pełna zmyła następuje, gdy widzisz ulicę Bytomską obok siebie. Się śni mi? A potem, jak już przebrnąłem przez służby informacyjne, które zawsze są najgorszej poinformowane, dają mi jedzenie. Rolada, modra kapusta i ziemniaki, dość, że nie kluski. Już się nie dziwię, że wpuścili mnie jako SportSlaski.pl. Prawie jak na Olimpijskiej.

 Żart.

 To była IV liga niemiecka, Regionalliga Bayern. Rezerwy FC Nuernberg z SV Heimstetten. Czyli poziom Czarnych Otmuchów i Polonii Głubczyce. A tu jedzenie, picie, wszystko. Jak mi zacznie brakować euro, będę się stołował na stadionach, to pewne. Niegłupie to, bo jak się dziennikarza nakarmi, to jest najedzony, a nie zajadły. Dla marketingu to lepiej.

 Nie chcę za dużo o jedzeniu gadać, ale naprawdę, taką obsługę widziałem tylko na reprezentacji Polski.

 Szybko złapałem lokalną ciekawostkę. Stadion, na którym gra Norymberga i jej rezerwy to… No właśnie. Stacja nazywa się Frankenstadion i to najpopularniejsza nazwa. Kibice używają jednak „Max-Morlock Stadion” (były piłkarz, mistrz świata z 1954). Oficjalnie obiekt nazywa się „Grundig Arena”, a jeszcze przed chwilą nazywał się „Easy Credit Stadion”. Natknąłem się na plakat wyborczy, których pełno obecnie w Niemczech. Ten był jednak inny niż wszystkie – upolitycznienie trybun zaszło dużo dalej niż u nas – kibice promują SWOJĄ partię i apelują do wyrzucenia sponsora ze stadionu. Against modern football pełną gębą.

Teraz i tak jest pół biedy, bo gorszej nazwy niż „Easy credit” nie będzie, to pewne. Tak jakby nazwać „Kredyty-Chwilówki Arena”. Brr. Nie kracz chłopie, bo jeśli komuś to grozi, to raczej twojemu miastu.

 Skojarzenia z Bielskiem miałem też przy graniu klubowego hymnu, w którym są słowa „Unser Club wird niemals untergehn”.

 „Niiiigdy nie spadnie…!”. Jak ktoś nawet w hymnie gada o utrzymaniu, to już znaczy, że może być z tym utrzymaniem problem.

 Na trybunie prasowej za to dość specyficznie. Mam wrażenie, że ludzie przyjeżdżają tu oglądać i opisywać konkretnego zawodnika. Skoro ma skośne oczy, to pewnie pisze o Kiyotakem, skoro zajada hamburgera to zajmuje się Chandlerem, skoro ma skarpetki, sandały i wąsa jednocześnie, to przyjechał dla Stępińskiego. Nie no, żart. Jedyny, jakiego spotkałem w naszym narodowym stroju był Niemcem. Teraz to my ich podbijamy!

 Mecz wzbudził moje mieszane uczucia. Po pierwsze, zaliczyłem spektakularną gafę, chętnie bym nawet powiedział kobiecą, ale nie powiem, bo mnie w domu zabiją. Mianowicie, nie zorientowałem się, którzy są którzy. Wydawało mi się oczywiste, że skoro gra Norymberga i ma charakterystyczne bordowe stroje, to takich samych nie może mieć jakieś Heimstetten. Może. A Norymberga biała. Dziwny jest ten świat.

 Kiedy się już zorientowałem, było 1-0 dla Norymbergi. Myślałem, że to jakaś Barcelona gra. Przypominało mi się, jak Krzysio Król mówił, że IV liga niemiecka jest lepsza od naszej ekstraklasy, a wszyscy się z niego śmiali. Patrzyłem jak FCN rozklepuje przybyszy na wszystkie sposoby. Ale potem gdzieś wyczułem feler. Niby grali jak Barcelona, ale wykańczali jak – z całym szacunkiem – Motor Lublin. Do 16. metra to była Bundesliga, ale w polu karnym już nasza ekstraklasa.

 Było jasne, że jak drużyna ma 153 sytuacje i nie potrafi ich strzelić, za chwilę straci gola. Heimstetten wywiozło punkt, chociaż nie dorastało gospodarzom do pięt. W Norymberdze grali niemal sami 18 i 19-latkowie, najstarszy zawodnik miał 22 lata i to on najbardziej mi się podobał. Michael Ngadeu Ngadjui. Może dlatego, że lubię jak środkowy obrońca nie jest jakimś chuchrem tylko szafą, najlepiej czarną, demolującą wszystko i wszystkich wokół i mającą ksywkę „Opoka”. Taki był „Gadu-Gadu”. Naszego Stępińskiego nie było, bo pojechał na zgrupowanie młodzieżówki. Ale dopadnę go tutaj i przemagluję.

 Może jestem beznadziejnym skautem, ale nie sądzę, żebym dziś zobaczył jakąś przyszłą światową gwiazdę, albo chociaż grajcara na Bundesligę. Lecz do ekstraklasy połowa by się nadała.