La Liga tylko i aż jak tapas

SONY DSC

Jeszcze nigdy nowy rok nie wypadał tak wcześnie. 1 stycznia to data bez znaczenia, doskonale wiadomo nam wszystkim, że rok zaczyna się wtedy, gdy zaczyna się pierwszy mecz. W naszym klimacie oznacza to zwykle wegetację gdzieś do połowy stycznia i pierwszych zimowych sparingów. W tym roku miałem szczęście. Albo raczej sobie o nie zadbałem.

Teoretycznie 4 stycznia oglądałem najlepszą ligę świata. Pierwszy raz w życiu, bo w Hiszpanii dotychczas byłem tylko na meczu o Superpuchar. Wmawiałem sobie i wszystkim wokół, że nawet jeśli Espanyol i Eibar nikogo nie elektryzują, to po boisku będą biegać sami wybitni, choć jeszcze niezbyt znani piłkarze.

No, nie.

Nie żebym narzekał. Futbol to futbol. Eibar zagrał w moim ulubionym stylu Podbeskidzia – każda liga ma swoje Podbeskidzie – biedny, mały, ambitny klub z gór – czyli skupił się na treści, a nie formie. Jak scena z Indiany Jonesa. Czyli Espanyol wymachiwał szablami i maczugami, a Eibar wyjął pistolet i strzelił od niechcenia Espanyolowi w czoło. Mądre bronienie, konkretne kontrataki i dobre stałe fragmenty gry, to elementy przy których cmokałem na pierwszym noworocznym meczu.

Ale jednak średni poziom piłkarza hiszpańskiego teoretycznie jest wyższy niż każdego innego. Tymczasem ten mecz spokojnie mógłby się odbyć w polskiej lidze. Dowiódł tego test prawego obrońcy. Wychowany jestem na stadionie, na którym biegnący skrzydłem prawy obrońca osiem na dziesięć wrzutek ładuje w trybuny. Najpierw tę rolę dzierżył Sławomir Cienciała, dziś jest to Tomasz Górkiewicz. Poziom Bundesligi zachwycił mnie dlatego, że proporcje były odwrócone – osiem dośrodkowań idealnych na dwa beznadziejne.

W meczu Espanyol – Eibar osiem na dziesięć wrzutek prawego obrońcy szło w trybuny. Były emocje, mecz miał swoją historię, ale nie miał poziomu.

Nie miał też atmosfery. Gdy Niemiec jedzie na mecz (obojętne czy mówimy o Bayernie Monachium czy Arminii Bielefeld), wie o tym cała okolica. Odwrotnie niż mówi stereotyp. W Barcelonie było spokojnie, cicho. Metro puste. Śladów obecności kibiców jadących na mecz tak mało, że aż zaglądałem czy nie pomyliłem dnia meczu. W podobnych okolicznościach w Niemczech podskakiwałbym ściśnięty razem z całym wagonikiem, bo akurat ktoś zaintonował „Wer nicht hüpft ist ein…” (Kto nie skacze ten…). W dzień meczu całe Niemcy jadą na mecz. W Barcelonie tego nie czułem.

Na samym meczu zresztą też, szczyt dopingu to „Espanyol!”, a większość ludzi skupia się jednak na chamskim dogadywaniu swoim, obcym i sędziom. Młyn na 200 osób. Dużo pustych miejsc. Kibiców gości – ujawnionych – żadnych. A nade mną niebo gwieździste. Bo nie wpadłem na to, że na nowiutkim, zadaszonym stadionie, ktoś – pewnie z dziwnie pojmowanej oszczędności – nie dał kawałka blachy w narożnikach, bo po co? Jakoś to fuszerką śmierdziało.

SONY DSC

Ale być kibicem Espanyolu w Barcelonie ewidentnie nie jest łatwo. Nie dość, że wszędzie widać ślady wiadomego kolosalnego sąsiada, to jeszcze na ulicznych straganach panoszy się Real Madryt. Dla mnie to triumf pieniądza nad tradycją, skoro w stolicy Katalonii bez problemów można kupić dowolny gadżet Realu. Triumf pieniądza nad tradycją widać też notabene na Camp Nou, pod które się przeszedłem. Jeszcze nie tak dawno Barcelona szlachetnie opierała się wpuszczaniu sponsorów na koszulki, ale teraz już nie zna umiaru. Quatar Airways widać przy stadionie bardziej niż nazwę FC Barcelona.

SONY DSC

 Śladów Espanyolu aż do samego dnia meczu, przez cały tydzień patrzenia uważnym okiem na miasto, nie stwierdziłem. Nic dziwnego, że wszystkim musiałem tłumaczyć, że Espanyol gra w najwyższej lidze i to od wielu lat i to z sukcesami. Normalni ludzie o tym klubie nie słyszeli. I po tym meczu sądząc, niech tak zostanie. Może liga hiszpańska jest najlepsza na świecie, ja zostaję przy Bundeslidze. La Liga posłużyła mi za szybki otwieracz nowego roku i to wystarczy. Była niezłym tapas, ale nie daniem głównym.

Valdes, czyli zawsze byłem najgorszy

valdes

Jest taka pieśń kościelna, którą w duchu nazywałem sobie zawsze pieśnią ascety, w której wierny prosi Boga, żeby zabrał go na pustynię, tam gdzie głód, gdzie pragnienie, gdzie cisza, a wcześniej pyta, w stylu Patryka Małeckiego, tylko samego siebie. Kim ja jestem, żeby fikać?

Tłukła mi się ta słyszana przed laty pieśń przy czytaniu biografii Victora Valdesa „Samotność bramkarza”, którą przysłało mi wydawnictwo SQN. No, bo kimże Victor Valdes jest, żeby mnie uczyć życia? Początkowo był dla mnie tym, który zawsze coś spartaczy w najmniej odpowiednim momencie, potem się do niego przekonałem, ale nigdy nie przestał dla mnie wyglądać jak średnio inteligentny chłopak z sąsiedztwa. Na pewno nie chciałbym go mieć za nauczyciela życia. Zwłaszcza w formie książkowej, bo pierwsza zasada książek sportowych mówi:

Im bardziej jesteś piłkarzem Barcelony, tym nudniejsze autobiografie piszesz

Piłkarze Barcelony nie umieją pisać i już. Ich opowieści to zawsze: od zawsze kopałem piłką o ścianę, potem zrobiliśmy coś szalonego, bo zjedliśmy cztery oliwki na kolację, zamiast trzech, a gdy wygrywałem Ligę Mistrzów byłem bardzo szczęśliwy.

Otóż ta Valdesa taka nie jest.

Jestem w ciężkim szoku. Pomijając fakt, że książka jest quasi poradnikiem psychologicznym, jest naprawdę dobra. A nawet pal licho, że jest poradnikiem. Może to dobrze, niektórzy ludzie ponoć potrzebują takiego zewnętrznego głosy, który powie im jak zmienić życie.

Tyle, że – na tyle na ile się orientuję w psychologii – pod tym podręcznikiem nie podpisałby się żaden psycholog. Wszyscy motywatorzy mówią, żeby wyobrażać sobie sukces i myśleć pozytywnie. Valdes mówi, że na szczyt doszedł, bo myślał negatywnie. Powtarzał sobie, że jest najgorszy, wszystko pójdzie źle, nikt od niego już niczego dobrego nie oczekuje i widział nawet nagłówki, które prasa wymyśli po kolejnym klopsie. Treningi nawet lubił, ale meczów nienawidził. Bo była ona. Presja. Nieustanna presja. Ojca, który odbijał sobie niespełnione piłkarskie ambicje na synu. Całego narodu katalońskiego. Rodziny. Prasy. Trenera. Całego świata. Valdes boi się gry w piłkę.

Gdy był w rezerwach Barcelony, a więc tuż tuż od celu (swojego ojca, nie swojego), chciał porzucić piłkę, ale widział, jakie rozczarowanie sprawił rodzicom, którzy wierzyli, że dzięki synowi będą w lepszej sytuacji ekonomicznej. Więc zagryzł zęby i grał dalej.

Straszne, nie? Grał na największych stadionach, ale nie dlatego, że o tym marzył, tylko żeby rodzice mieli więcej kasy.

Valdes objawił się jako typ samotnika i postać dramatyczna. Człowiek, który osiągnął wszystko kilkakrotnie, ale z każdej strony książki bije wyniszczenie i psychiczne wycieńczenie. Nie dziwię się, że kumpel Valdesa z drużyny popełnił samobójstwo. Dziwię się, że nie zrobił tego sam Valdes. Jeśli miałbym do czegoś porównać metodę Valdesa, to do mitu Syzyfa Camus. Syzyf wygrywa dopiero wtedy, gdy nie ma nadziei, że wturla kamień, doskonale wie, co się stanie, więc gdy kamień się turla w dół, nie jest zaskoczony, a się śmieje. To jego moment triumfu. Tak mniej więcej radzi młodym adeptom piłkarstwa Victor Valdes. Metoda specyficzna, postać tragiczna, książka bardzo dobra.

Piłkarze Barcelony nie potrafią pisać dobrych książek. Chyba że bramkarze i lewoskrzydłowi.

Dla czytelników Z nogą w głowie mam dwa egzemplarze książki „Victor Valdes. Samotność bramkarza”. Szczegóły na Facebookowym profilu bloga.

Dlatego myślę, że Atletico wszystko przegra

atleti

Oczywiście może się okazać, że wszystko wygra. Prognozowanie jest bardzo trudne, zwłaszcza jeśli dotyczy przyszłości.

I oczywiście w ten weekend najbardziej interesuje mnie, żeby Podbeskidzie zapewniło sobie utrzymanie, Hull City wygrało Puchar Anglii, a Greuther Fuerth awansował do Bundesligi.

Ale będzie też miał weekend smaczki poboczne. Takim będzie walka o mistrzostwo Hiszpanii. Walka niesamowita, która bardzo dobrze zrobiła tej lidze i w której wszystko rozstrzygnie się w bezpośrednim meczu dwóch delikwentów. Pisałem już kiedyś, że ten sezon La Liga jest Desperadem. A Desperado kończy się przyjściem El Mariachi do hacjendy Bucha. I jatką.

Myślę, że Atletico przegra. Bo futbol jest okrutny. Atletico miało przed sobą dwa scenariusze – albo zgarnie trofea bogatym i za to zapłaci okrutnym rozgrabieniem latem, albo będzie blisko zgarnięcia trofeów, ale polegnie na finiszu. Atletico miało wszystko w swoich nogach, ale szans nie wykorzystało. Teoria mówi, że na Camp Nou wystarczy nie przegrać. Doświadczenie i znajomość przewrotności futbolu mówi, że wygra Barcelona.

Ile to razy ten romantyczny przegrywał na finiszu? Ile razy wszystko miało pójść jak nigdy, a szło jak zawsze? Weźmy choćby ten tegoroczny Liverpool, który jak już stał się bardzo blisko zgarnięcia trofeum, to zaczął nagle trwonić trzybramkowe prowadzenia z rywalami, którzy o nic nie walczą, a jego najlepszy zawodnik ślizgał się w najważniejszych momentach na skórce od banana. Tak, jeśli jest możliwość, by futbol zrobił coś okrutnego, to na pewno to zrobi.

A historia z Barceloną? Toż to taki chichot losu, jaki tylko futbol potrafi napisać. Wszyscy już napisali artykuły o końcu Barcelony, końcu epoki, końcu posiadania piłki, wszyscy stwierdzili, że Barcelona od odejścia Guardioli nie ma trenera. Do tego stopnia wszyscy, że dyrektor sportowy Andoni Zubizaretta zaczął za plecami Martino negocjować już kontrakt z Luisem Enrique. Miał to robić cichaczem, ale wie o tym cały świat. I w tym momencie nagle okazuje się, że Barcelona jest o jeden mecz od obronienia mistrzostwa Hiszpanii. I ocena sezonu diametralnie się zmienia. W walce z bardzo trudnymi rywalami – Realem i Atletico, zdołała zwyciężyć, była w finale Pucharu Hiszpanii. Wtedy nawet to odpadnięcie z Atletico po dwóch remisach łatwiej przeboleć.

Barcelona to wielcy, syci mistrzowie, ale z mentalnością zwycięzców. Jasne, Atletico będzie wypruwać żyły, ale daję głowę, że wielcy mistrzowie akurat tego wieczoru, akurat w tym momencie, zagrają ten jeden jedyny porywający mecz w sezonie, kiedy nikt na świecie nie będzie ich umiał zatrzymać. Rozumiem Xaviego czy Iniestę, że nie grzeje ich już wygrywanie z Valladolid czy Elche, ale na ten jeden wieczór będą potrafili się spiąć.

Rozbite Atletico wyjdzie z nosami na kwintę na Real w finale Ligi Mistrzów i wiadomo, jak się to skończy. Bo – Michał Okoński naprawdę znalazł kamień filozoficzny tej dyscypliny – futbol jest okrutny. Jak cholera.

La Liga starantinizowana

Kto widział Desperado, ten wie. Kto w ogóle czuje klimat Rodrigueza i Tarantino, temu gęba śmieje się szeroko, gdy patrzy na tę hiszpańską bajkę. Bo to się nie dzieje serio.

To jest Bucho. Zawsze ubrany na biało.

Stać go na wszystko. Rządzi całą okolicą i terroryzuje każdego. Całe miasteczko jest w jego sieci powiązań. Nie zna kogoś, to do niego strzela. Ma jednak rywala, który na niego poluje. Śmiertelny wróg, ale brat. Są do siebie podobni, ale różni. Nie mogą żyć bez siebie, próbują się przez całą opowieść wzajemnie załatwić.

Jego brat to El Mariachi.

Też zły, ale jednak wielu dobrze mu życzy. Bo budzi sympatię i pomaga uczyć małe dzieci. Zabija nie mniej niż Bucho, ale tworzy wrażenie, że robi to w słusznej sprawie. Ma naturalny talent, dlatego nazywają go „El Mariachi”. Jego popisowy numer na gitarze to tiki-taka.

Ten trzeci, to właściwie nie wiadomo kto.

Przyjechał z Ameryki Południowej i nikt go nie zna. Nie wiadomo do końca, kto za nim stoi i przeciwko komu walczy. Walczy w sumie przeciwko wszystkim. Chodzi po mieście i rzuca nożami jak psychopata. Celnie.

Od środy wiadomo, że futbolowi bogowie postanowili odegrać w La Liga Desperado do końca. Zerwali więc więzadła Valdesowi i ściągnęli do Santa Cecilia kościelnym autobusem, nieobliczalnego, ale budzącego sympatię Campę. Czyli Jose Manuela Pinto (pierwszy z prawej).

Wejście 39-letniego piekielnie dobrego szajbusa do bramki Barcelony na najważniejsze mecze sezonu jest tak nierealne, że aż Tarantinowskie. Dotychczas La Liga była jak dobre kino akcji. Wskoczenie do bramki Pinto, z miłości do którego już się zwierzałem, to nadanie jej Tarantinowskiego rysu.

W ostatniej scenie sezonu nożownik spotka się na jednym placu z Mariachim i Campą. „Let’s play…”. Będzie fajna jatka, jak w Desperado.

Atletico (na chwilę) może wszystko

Z braku Bundesligi wędrówki po innych ligach ciąg dalszy. Dziś zdecydowanie było warto zajrzeć do Hiszpanii na hit Atletico – Barcelona, chociaż większość wydaje się rozczarowana.

Ja jestem zachwycony poziomem. Zwłaszcza ze względu na Atletico.

Na początku najbardziej nie mogłem się przyzwyczaić, że ta Korona Kielce to Barcelona. Ale szybko bardziej zaczęło mnie dziwić, że ta drużyna, która z wywieszonym jęzorem cały czas biega za piłką to Barcelona. Atletico w stu procentach kontrolowało mecz. Barcelona była jego igrzyskiem. Gdy gospodarze zechcieli Katalończyków przycisnąć, to tamci nie mogli wymienić trzech podań. Gdy Atletico odpoczywało, Barcelona mogła sobie klepać, ale w zupełnie niegroźnej strefie.

Wydawało się, że mecz może odmienić wejście Messiego. Zakodowałem, że wszedł w 46. minucie, a jednak gdy 25 minut później komentator powiedział „Messi zdecydował się przenieść ciężar gry”, pomyślałem: „to Messi gra?”. Prezes Zbigniew Boniek napisał na Twitterze, że lepsze mecze widział w Polsce. To musiało być w dawnych czasach, bo ja sobie nie przypominam, żeby któraś drużyna w Polsce zagrała kiedykolwiek tak, że Messiego nie było widać w ogóle, a Barcelona nie mogłaby grać tiki-taki.

W ogóle, myślę, że czas powiedzieć sobie jasno, że tiki-taka na świecie jest dziś w kilku miejscach na świecie, ale nie w Barcelonie. Najdoskonalsza w Bayernie, gorsza w Swansea czy Rayo Vallecano. Mimo że Barcelonie zdarzały się już mecze z niższym posiadaniem piłki od rywala, to dopiero dzisiejsze – tak bardzo ciężkiej wagi – pokazało, że określenia tiki-taka w odniesieniu do Barcelony używamy tylko z przyzwyczajenia.

Barcelona za to dalej znakomicie broni. Gdyby nie to, przegrałaby dziś z Atletico. Stawiam dolary przeciw orzechom, czy jakby pewnie powiedział Leszek Orłowski „jeny przeciw migdałom”, że dziś Bayern nie rozbiłby Barcelony siedmioma bramkami. Mała ilość sytuacji w dzisiejszym meczu nie wynikała z tego, że drużyny grały tak źle, tylko z tego, że grały tak dobrze w obronie. Znane powiedzenie mówi, że gdyby odbył się kiedyś doskonały mecz, to zakończyłby się on wynikiem 0-0. I bardzo mi się to dziś kojarzyło. Oczywiście, w futbolu chodzi o bramki, ale czy ten mecz byłby lepszy, gdyby po kilku kiksach skończyło się 4-4? Albo gdyby ktoś kogoś zdemolował 5-0? Nie. Dobry thriller nie rozstrzyga się w połowie. W połowie kończy się remisem, a ostateczne rozstrzygnięcia padają w ostatniej sekundzie. Walki największych potentatów wagi ciężkiej kończą się zwykle na punkty, a nie nokautami. Starcia największych mistrzów szachowych potrafią trwać tygodniami.

Leszek Orłowski, który komentował ten mecz, cieszył się, że nie ma dogrywki i mówił, że obie drużyny mogłyby grać tak do rana. Bardzo żałuję, że na mecze na tym poziomie nie jest przewidziana podwórkowa reguła „kto strzeli, ten wygra”. W wielobramkowych hitach często zerkam ile do końca. Atletico – Barcelona oglądałbym z wielkim napięciem choćby do piątku bez przerwy, mimo że żadna z drużyn ani mnie grzeje, ani ziębi.

Najważniejszy wniosek: skoro Atletico ogrywa Real, skoro jest zdolne zdominować Barcelonę, skoro potrafi zagrać z nią tak mądrze, to potrafi ograć każdego w Europie i wygrać każde trofeum. To taka Borussia Dortmund z czasów, zanim ją rozgrabili wielcy. Atletico też rozgrabią, ale zanim to zrobią, mogą się z ich strony spodziewać wszelkich upokorzeń.