Demjan zasłużył na lepsze pożegnanie

Franz Beckenbauer powiedział kiedyś o Gerdzie Muellerze, że bez niego Bayern wciąż byłby w drewnianej chatce, która kiedyś była siedzibą tego klubu. Zachowując proporcje, z Podbeskidziem i Robertem Demjanem jest tak samo.

 Od pierwszego pójścia na stadion i zachłyśnięcia się jego atmosferą, wraz z wsiąkaniem w struktury klubu i poznawaniem kolejnych ludzi, przeżywa się kolejne rozczarowania. Pisze o tym wielu dziennikarzy. Okazuje się, że pierwsze mecze, którymi się emocjonowałeś, były sprzedane. Że jeden z najlepszych piłkarzy twojej drużyny był już dogadany z rywalem. Że prawoskrzydłowy, którego podziwiałeś, to kompletny półgłówek, lewoskrzydłowy obraża się za rzeczy, których nie napisałeś, stoper, jeśli nie dostanie pieniędzy, to się nie stara, bramkarz to arogant, a napastnik wypiera się swoich słów, jak – nie przymierzając – święty Piotr.

 Oczywiście, tak właśnie miałem z Podbeskidziem. Na przestrzeni lat chyba każdy z piłkarzy, większość trenerów i prezesów, w jakiś sposób mnie rozczarowywali. Sprawiali, że ten ogień gasł. Dalej oczywiście jest sympatia, sentyment, ale ognia do Podbeskidzia nie potrafię w sobie wzbudzić od dawna. Przez te wszystkie lata tylko jedna osoba reprezentowała Podbeskidzie takie, jakim chciałem je widzieć. To był Robert Demjan. Jego gole cieszyły mnie podwójnie.

 Zdążyłem przez lata poznać kilku piłkarzy. Tak inteligentnego, sympatycznego, po prostu dobrego człowieka jak Demjan nie spotkałem. Gdyby nie on, Podbeskidzie nie awansowałoby do ekstraklasy. Gdyby nie on, nie utrzymałoby się w żadnym sezonie. Gdyby nie on, wszyscy trenerzy, którzy pracowali w Podbeskidziu, mieliby zapaskudzone CV, bo jedyna taktyka, która ich ratowała, to dać piłkę Demjanowi do przodu, a on już sobie jakoś poradzi. Przez lata był absolutnie kluczowym piłkarzem. Ci, którzy albo nie oglądali meczów Podbeskidzia, albo niezbyt rozumieli piłkę, mówili, że Demjan to wyskok jednego sezonu. Tego, w którym został królem strzelców ekstraklasy. Ale Demjan przez lata grał dokładnie na tym samym poziomie. Owszem, raz strzelał trochę więcej goli, jednak wcześniej, gdy nie strzelał i później, gdy też nie strzelał, był równie fundamentalnym piłkarzem. Gra Podbeskidzia przez siedem lat opierała się na silnych barkach i mocnych nogach skromnego Słowaka. Bielszczanom numer 23 nigdy nie będzie się kojarzyć z Michaelem Jordanem.

 Obrzydza mnie, że po raz kolejny Podbeskidzie nie potrafi tego docenić. Przed laty, gdy odchodził do Belgii, choć w pojedynkę utrzymał zespół w ekstraklasie, skreślono jego nazwisko z listy premii za utrzymanie i powiedziano mu, że skoro idzie do Belgii, to tam zarobi. Oczywiście, nie chciał iść do tej Belgii, bo jest rodzinnym człowiekiem, a akurat rodzina w Bielsku-Białej zawsze czuła się bardzo dobrze. Raczej dynamika wydarzeń między jego menedżerem a ówczesnym prezesem wypchnęła go na roczną emigrację. Ale potem, jak to on, schował honor w kieszeń, odrzucił lepsze oferty i robił swoje tam, gdzie było mu dobrze.

 Miałem nadzieję, że Bielsko-Biała wyczerpało już limit błędów względem Demjana i tym razem zgotuje mu godne pożegnanie, jako jednemu z najlepszych piłkarzy w historii klubu. Zamiast tego przez pół roku trzyma się go praktycznie cały czas na ławce. Nie z powodu słabej formy, ale po to, by nie wszedł w życie jego nowy kontrakt. Gdy Jan Kocian wpuścił go na dwadzieścia minut z GKS-em Tychy, wszyscy mogli się przekonać, że nie o formę tu chodzi, bo Demjan robił to, co najlepiej potrafił.

Przede wszystkim jednak: Demjan nie zasłużył, by Podbeskidzie tak go traktowało. To oczywiste, że ma już 35 lat i lepiej grać nie będzie. Kolejnego awansu już raczej nie da. To oczywiste nie tylko dla mnie, nie tylko dla trenera czy dla prezesa, ale co najważniejsze, raczej też dla niego samego. To naprawdę inteligentny facet. Gdyby więc powiedziano Demjanowi w zimie: „Słuchaj, chcemy postawić na młodszych, ty swoje zrobiłeś, ale musimy myśleć o przyszłości, więc odpuść ten nowy kontrakt. Pograsz jeszcze pół roku, w czerwcu cię pożegnamy i pójdziesz sobie jeszcze gdzieś pokopać”, to daję głowę, że on by to zrozumiał i przez te pół roku jeszcze bardzo by pomógł. Wbrew temu, co trener Jan Kocian powiedział w piątkowej „Gazecie Wyborczej”, Demjan zamierza jeszcze grać w piłkę. Poza Podbeskidziem. Wstyd mi, że klub, z którym się utożsamiam, tak potraktował swojego najlepszego piłkarza i najprzyzwoitszego człowieka. Przez te wszystkie lata zapracował na to, by w chwili rozstania też potraktować go przyzwoicie.

Nieciecza. Stare grzechy, a nie powiew świeżości

20170322_140330

Moje początki z Niecieczą nie były łatwe. Ledwo zacząłem się tym klubem zajmować, podczas pierwszej służbowej wizyty, zaliczyłem czołowy wypadek samochodowy z jednym z miejscowych. Do dziś nie przepadam za tamtą trasą, do dziś rejestracje „KTA” omijam łukiem. Ale mimo nieprzyjemnych doświadczeń, do Niecieczy stopniowo się przekonywałem. Imponowało mi, jakie boiska i obiekty treningowe udało się tam zbudować. Z podziwem przyglądałem się pracy analityka Kamila Potrykusa, o którym słyszałem wcześniej, ale którego poznałem dopiero tam. Drony to jedno, uszyte na miarę programy komputerowe to drugie, tablety dla zawodników to trzecie. Najważniejsza w tym wszystkim była dbałość o każdy szczegół. By nic nie umknęło. By ciężko pracować. Że trener Czesław Michniewicz tak pracuje, wiedziałem już z Bielska. Ale w Podbeskidziu było wiele niesprzyjających okoliczności do budowy poważnego klubu – wtrącający się we wszystko prezydent, specyficzny prezes, absolutny brak infrastruktury. Nieciecza to co innego. Można było wierzyć, że to miejsce, w którym da się zbudować coś trwałego.

Michniewicz stworzył potwora

Polska narzekała na to, w jakim stylu Bruk-Bet gromadził punkty, ja patrzyłem z podziwem. Jesienią Michniewicz stworzył potwora. By strzelić Niecieczy gola, musiało się pomylić trzech zawodników z rzędu. Jeśli myliło się dwóch, trzeci zawsze go asekurował. Ten klub był dla mnie najlepszym dowodem, że w futbolu organizacją i dbałością o szczegóły da się zrobić bardzo dużo. I że naprawdę lepsza armia baranów dowodzona przez lwa niż odwrotnie. Krzysztof Pilarz przed przyjściem do Niecieczy był rezerwowym Cracovii. Patryka Fryca nie chciano w Wiśle, Kornela Osyry w Piaście, Mateusza Kupczaka w Podbeskidziu. Roman Gergel i Samuel Štefanik chwilę wcześniej zaliczyli spadki z ligi. Podobnie jak Sebastian Ziajka. Vladislavsa Gutkovskisa po pierwszym półroczu w Polsce można było uznawać za ligowy szrot, a nie za „białego Lukaku”. Patrik Mišak był słowackim Michałem Janotą – wszyscy mówili o jego potencjale, ale pokazywał go dwa razy na rundę. I tak częściej niż Bartłomiej Smuczyński. Dalibor Pleva, czyli rzeźnik, o którym się nie mówi, był dla mnie symbolem i twarzą tej zbieraniny. Dawid Nowak przez dwa lata nie grał w piłkę (jego pojawienie się w klubie to akurat wina Michniewicza), a Wojciech Kędziora miał na karku 36 lat. Z tej drużyny chyba tylko Artem Putiwcew, Guilherme, Vlastimir Jovanović, Bartłomiej Babiarz i może David Guba załapaliby się do podstawowych składów innych ekstraklasowych klubów. Tym składem dało się jednak zdobyć na czołowej czwórce ligi dziesięć punktów. Nawet polubiłem te wyjazdy do Niecieczy.

Rabacja na twarzach

 Pojawiały się jednak z czasem rysy na idyllicznym obrazie. Miejscowe trybuny były wiecznie niezadowolone. O tym, że na miejscu nie było presji, może mówić tylko ten, kto uważa, że presję są w stanie wytwarzać tylko karki krzyczące „jak spadniemy, zajeb…my”. Wściekli dziadkowie, narzekający po każdym zagraniu, wrzeszczący na Michniewicza, gdy tylko nie było 2:0 po dwudziestu minutach, sprawiali przykre wrażenie. Widząc ich wściekłe grymasy, rozumiałem, czym była rabacja galicyjska. Patrząc na te okoliczne pola, na których nic nie ma, na tereny, na które nikt by nigdy nie zaglądał, gdyby nie było w pobliżu ekstraklasowego klubu, wyobrażałem sobie, że ludzie będą wdzięczni, choćby ich drużyna przegrała trzydzieści meczów. Wdzięczności nie było. Widziałem głównie skrzywione twarze, narzekające na fatalny styl. Jakby to miejsce w czołówce szokowało tylko przyjezdnych, a przez miejscowych było traktowane jako oczywistość. Czy właściciele będą to w stanie wytrzymać? Czy żyjąc w tej społeczności, siedząc wśród tych ludzi, słuchając ich codziennie, będą w stanie wznieść się ponad wszystko i oceniać racjonalnie? Czy wytrzymają ciśnienie i gdy przyjdzie potrzeba, pójdą pod prąd? Czy przy ewentualnym konflikcie trenera z zawodnikami, będą na tyle twardzi, by wyrzucić zawodników?

Prawdziwie rodzinny klub

 Druga rysa pokazała się w grudniu. Razem z fotografem, byliśmy w Niecieczy z wizytą. Trener Michniewicz zgodził się pokazać nam różne klubowe zakamarki, zabrał nas na odprawę, wpuścił z aparatem do szatni (zawodnicy wyglądali na niezadowolonych). W pewnym momencie treningu ktoś z miejscowych zaczął atakować fotografa za to, że nie robi zdjęć rozgrzewających się zawodników. Byłem w szoku, nie wiedziałem, o co człowiekowi chodzi. Okazało się, że zawodnicy rozciągali się na tle loga firmy Bruk-Bet. O odpowiednie lokowanie produktu chciał zadbać Jan Pochroń, drugi trener, prywatnie brat pani prezes. W sztabie szkoleniowym odpowiadał za rozkładanie grzybków i znaczników. Podczas treningu stał na trybunie i patrzył na wszystko z góry, okiem gospodarza. W innych klubach prezesi starają się czasem mieć kogoś, kto szepnie im, czym żyje szatnia i co myśli o trenerze. W Niecieczy nie trzeba szeptać ani uprawiać fikcji. Wiedziałem, że to nie może się na dłuższą metę skończyć dobrze. Każda rozmowa, każdy grymas niezadowolenia zawodnika z trenera, na pewno były pilnie rejestrowane przez ucho pani prezes. W kluczowym momencie to się musiało zemścić. Pochroń pracował już u poprzednich trenerów. Pewnie będzie pracował też u następnych. Gabriel Starzec, wiceprezes, jest szwagrem pani prezes. To naprawdę rodzinny klub. Domyślam się, że przyjezdnym nie jest łatwo tam pracować i mieć inne zdanie niż miejscowi.

Transfer za plecami

 Trzecia rysa była już całkiem wyraźnym sygnałem, że jest źle. Gdy na początku marca zadzwoniłem do trenera Michniewicza, z pytaniem o nowo pozyskanego Słowaka Martina Mikovicia, usłyszałem, że szkoleniowiec dowiedział się o jego kupnie z 90minut.pl. Myślałem, że to sprawka dyrektora sportowego Marcina Baszczyńskiego i dowód na to, że między nim a Michniewiczem nie jest dobrze (z Mandryszem Baszczyński był skonfliktowany). Ale Baszczyński też o niczym nie wiedział. Decyzja o wydaniu blisko 200 tysięcy złotych zapadła gdzieś w klubowych gabinetach, gdzie uznano, że trener nie musi o niczym wiedzieć. A gdy nie znający się na piłce prezesi, kupują zawodników, to zwykle kończy się źle.

Nieciecza jak Sanford

 W filmie „Hot fuzz. Ostre psy”, nadgorliwy policjant zostaje oddelegowany z Londynu do spokojnego miasteczka Sanford. Na pierwszy rzut oka, w mieście panuje sielanka i nie dzieje się nic złego. Nadgorliwość policjanta pozwala jednak odkrywać całkiem poważne przestępstwa, tuszowane przez miejscowych, bo zagrażają wizerunkowi miasta, rok w rok wygrywającego plebiscyty na najspokojniejsze, najczystsze i najlepsze do życia miasto w Anglii. Z perspektywy kilku miesięcy, trochę przypomina mi to Niecieczę, która na pierwszy rzut oka wygląda na najzdrowsze miejsce polskiego futbolu, ale gdy się jej bliżej przyjrzeć, popełnia wiele grzechów niepozwalających ekstraklasie od lat pójść do przodu. Dzisiejsza decyzja o zwolnieniu Michniewicza jest tego dowodem. Ten trener gdzie indziej sobie poradzi. Zwykle radzi sobie lepiej niż kluby, które go zwalniają. Potrykus, którego w zimie zaprosił do siebie trener Middlesbrough też. A Nieciecza? Dziś już nie dałbym za nią złamanego grosza. Może tzw. efekt nowej miotły da nawet awans do grupy mistrzowskiej, ale na dłuższą metę to niczego nie zmieni. Ręczne sterowanie klubem przez działaczy nigdzie nie skończyło się dobrze, nawet jeśli przynosiło doraźne efekty.

„Takich Błaszczykowskich w niższych ligach jest na pęczki”. Czy warto stawiać na młodych Polaków z niższych lig?

Wikimedia commons

Im futbol w danym kraju zdrowszy, tym bardziej klarowny łańcuch pokarmowy. Gdy wiadomo, który klub jest producentem piłkarzy, a który konsumentem, cały system zwykle działa lepiej. W cywilizowanych piłkarsko krajach, reprezentanci kraju zwykle mają za sobą grę na szczeblach juniorskich i byli chowani w najlepszych akademiach. W najgorszym wypadku zaczynali kopać na prowincji, ale ich talent został dostrzeżony przez najlepsze akademie jeszcze, gdy byli nastolatkami. W Niemczech czy w Hiszpanii rzadko zdarzają się już przypadki, by ktoś został gwiazdą futbolu, choć nigdy nie przechwyciła go żadna reprezentacja juniorska czy akademia zawodowego klubu.

Uruchomili lawinę i postawili piwo

 To ułatwia też pozyskiwanie piłkarzy. Real Madryt czy Barcelona nie muszą wysyłać mas skautów na IV-ligowe boiska w poszukiwaniu drugiego Messiego, bo wiedzą, że gdyby w okolicy Messi się urodził, grałby już w pobliskim klubie La Liga. W założeniu Bayern zbiera najlepszych z Borussii Dortmund (czy innego mocnego niemieckiego klubu), Dortmund ze średniaków, średniacy ze słabeuszy, słabeusze z 2. Bundesligi, 2. Bundesliga z III etc. Najlepiej było to widać w lecie, gdy Schalke wzięło trenera Augsburgowi, Augsburg Darmstadt, Darmstadt II-ligowej Arminii Bielefeld, Arminia Bielefeld III-ligowemu Sonnenhof Grossaspach, Sonnenhof IV-ligowemu SV Eichede, a Eichede V-ligowemu Wedeler TSV. W ramach przeprosin za uruchomienie tej lawiny Christian Heidel, dyrektor sportowy Schalke wysłał V-ligowcowi pięćdziesiąt skrzynek piwa i zaprosił całą drużynę na mecz Schalke. Przy takim systemie to praktycznie niemożliwe, by dziś ktoś z IV ligi niemieckiej wparował do szatni Bayernu i rywalizował z Lewandowskim jak równy z równym. Jeśli ktoś wyróżnia się w IV lidze niemieckiej, zostanie co najwyżej zaproszony do rezerw Bayernu.

Błaszczykowskich jest na pęczki? 

Są powody, by sądzić, że w Polsce system szkolenia i diagnozowania talentów nie działa tak sprawnie. Albo, że na razie są dopiero jego zalążki. Dlatego u nas raz za czas zdarza się, że taki Kamil Adamek z okręgówkowego Drzewiarza Jasienica zacznie sobie przyzwoicie dawać radę tuż po transferze z ekstraklasowego Podbeskidzia Bielsko-Biała, a Jakub Błaszczykowski z IV-ligowego KS-u Częstochowa podbije Wisłę Kraków. Takie przykłady działają na wyobraźnię, dlatego kibice każdego polskiego klubu, co okienko transferowe, widząc, jak działacze ściągają kolejnych anonimowych obcokrajowców, apelują o szukanie młodych Polaków z niższych lig. „Bo takich Błaszczykowskich jest w niższych ligach na pęczki. Trzeba tylko dać im szansę”.

Czy rzeczywiście niższe ligi są aż tak bogate w talent? Czy w ogóle ma sens, by skauci klubów ekstraklasowych przeczesywali III i IV-ligowe boiska? A może wystarczy przyglądać się uważnie jedynie I lidze, która jest naturalnym rezerwuarem dla elity? Prześledziłem, jak naprawdę jest z tymi młodymi Polakami w niższych ligach. Czy ci, którzy przebili się do ekstraklasy, rzeczywiście okazywali się tacy świetni? A może lepiej sięgać po obcokrajowców?

Młodych Polaków z niższych lig w ekstraklasie nie ma wcale tak wielu. I to nie musi wcale oznaczać, że z ekstraklasą jest źle (patrz Bundesliga, La Liga). Większość graczy ekstraklasowych, zanim do niej trafiła, otrzaskała się albo z I ligą (jej nie traktuję jako „niższej”, a jako bezpośrednie zaplecze ekstraklasy), albo z rezerwami klubu ekstraklasowego, albo z jego najstarszymi drużynami juniorskimi, albo w ogóle została wychowana przez kluby ekstraklasy. Trzymałem się też słowa „młodzi”, dlatego nie brałem pod uwagę graczy, którzy trafili do ekstraklasy bezpośrednio z niższych lig, mając więcej niż 21 lat. Szukałem wypisz-wymaluj karier według modelu Błaszczykowskiego. Z niższych lig prosto do ekstraklasy, jeszcze jako młodzieżowcy. Oczywiście, niektórzy z nich mogą mieć dzisiaj po 30 lat. Liczyło się to, w jaki sposób za pierwszym razem trafili do ekstraklasy.

Liderzy z Poznania i Warszawy

 Aktualnie w ekstraklasie gra 35 takich zawodników. Najwięcej (po pięciu) – o dziwo – w Lechu i Legii. W Poznaniu występują Dariusz Dudka (Celuloza Kostrzyn nad Odrą/IV liga), Maciej Gajos (Raków Częstochowa/II liga), Radosław Majewski (Znicz Pruszków/III liga), Maciej Makuszewski (Wigry Suwałki/II liga) i Szymon Pawłowski (Mieszko Gniezno/III liga). W Legii Łukasz Broź (Kmita Zabierzów/III liga), Maciej Dąbrowski (Victoria Koronowo/III liga), Artur Jędrzejczyk (Igloopol Dębica/IV liga), Michał Pazdan (Hutnik Kraków/III liga) i Michał Kucharczyk (Świt Nowy Dwór Mazowiecki/II liga). Biorąc pod uwagę, że to w większości znaczące nazwiska najsilniejszych drużyn w kraju, mógłby to być solidny argument za szukaniem graczy w niższych ligach. Proponowana najsilniejsza jedenastka wyszukanych w II lidze lub niżej wygląda tak:

 najlepsi

 Takim składem można by pewnie bić się o mistrzostwo Polski. Zwłaszcza że ławka rezerwowych też byłaby całkiem solidna. Jest też jednak druga strona medalu. Z wyciągniętych za młodu z niższych lig można by skleić skład, który z całą pewnością spadłby z ekstraklasy. A trzeba pamiętać, że i tak mówimy o elicie. Większości zawodników z niższych lig, którzy w ostatnich latach trafili do ekstraklasy, już w niej nie ma, bo zostali zweryfikowani negatywnie.

najgorsi 

Nie każdy wyciągnięty z niższej ligi staje się Błaszczykowskim. Ani nawet nie Kucharczykiem. Byłoby za prosto.

 Inna sprawa to zarabianie na transferach piłkarzy znalezionych w niższych ligach. Panuje przekonanie, że w łatwiej polskiemu klubowi zarobić na Polaku niż na obcokrajowców. To może być prawda, ale niekoniecznie dotyczy Polaków wyszukanych w niższych ligach. Spośród 51 transferów z ekstraklasy droższych niż milion euro (wg transfermarkt.de), dziewięć dotyczyło piłkarzy wyszperanych w niższych ligach:

Untitled 

Cudzoziemcy są pod tym względem nieznacznie lepsi. Za więcej niż milion euro odeszło z polskich klubów jedenastu z nich. W czołowej dziesiątce najwyższych transferów w historii ligi jest dwóch graczy znalezionych w niższych ligach i czterech ściągniętych z zagranicy.

Untitled-2 

Na zagranicznych piłkarzach da się więc zarabiać nie gorzej niż na młodych Polakach z niższych lig. Jeśli chodzi o jakość zespołu, obcokrajowcy wypadają w ekstraklasie dość podobnie do rodzimych graczy niskoligowych. Taki skład też mógłby się liczyć w walce o mistrzostwo Polski. Dałoby się jednak spokojnie skleić zagraniczną ekipę, która spadłaby z ligi.

 zagraniczni

 Zasadniczym problemem w porównaniach młodych Polaków z niższych lig i piłkarzy z zagranicy jest zupełnie inna skala, co dobrze obrazuje minione okienko transferowe. Kluby ekstraklasy ściągnęły łącznie dwóch młodych Polaków z niższych lig – Zagłębie Lubin pozyskało Radosława Dzierbickiego i Bartosza Slisza z II-ligowego ROW-u Rybnik. Równolegle wszystkie kluby najwyższej ligi ściągnęły 33 obcokrajowców. W poprzednich okienkach proporcje wyglądały bardzo podobnie. Skoro do polskiej ligi trafia co okienko ponad 15 razy więcej zawodników z zagranicy niż z niższych lig, można się spodziewać, że uda się z nich uzbierać lepszą jedenastkę i kilku najlepszych sprzedać drożej.

Na młodych trzeba czekać

 O ile okazuje się, że z zawodników z niższych lig da się utworzyć podobnie silną jedenastkę, co z piłkarzy zagranicznych i sprzedać ich równie drogo, o tyle problemem dla lobby szukającego młodych Polaków jest to, ile czasu zajmuje im dorośnięcie do poziomu ekstraklasowego. Jakub Błaszczykowski zaczął w zmierzającej po mistrzostwo Wiśle grać od razu po transferze z IV ligi. Ale to absolutny wyjątek. Z proponowanej wcześniej najlepszej jedenastki, Łukasz Załuska, Artur Jędrzejczyk i Maciej Dąbrowski przebijali się do podstawowego składu w ekstraklasie cztery lata od pierwszego pojawienia się w niej, Mateuszowi Cetnarskiemu zajęło to rok, a Szymonowi Pawłowskiemu i Jarosławowi Niezgodzie pół roku. Droga od przebicia się do podstawowego składu, do zostania gwiazdami ligi, trwała jeszcze dłużej, co najlepiej widać po Pazdanie, który trafił do ekstraklasy jako 20-latek, a etatowym reprezentantem kraju został dopiero, zbliżając się do trzydziestki. Młodzi z niższych lig często mają potencjał na ekstraklasę, ale zwykle pozyskując ich, trzeba się liczyć z tym, że minie kilka lat, kilka wypożyczeń, zanim zaczną go przywoływać. To rzadko kiedy wzmocnienia „na już”. Obcokrajowcy mają pod tym względem znaczną przewagę. Poza tym zwykle są tańsi. Dla ledwo wiążących koniec z końcem klubów, myślących na pół roku do przodu, zdecydowanie bezpieczniej jest nie słuchać lamentów kibiców i ściągać tanich, gotowych obcokrajowców.

Zagłębie ma czas

 Dlatego nie dziwi, że jedynym klubem, który tej zimy pozyskał graczy z niższych lig, jest akurat Zagłębie. W Lubinie patrzą na kilka lat do przodu. Nikt nie oczekiwał od Slisza i Dzierbickiego, że pomogą Zagłębiu dostać się do pierwszej ósemki. Być może w tym sezonie nawet nie zadebiutują. Być może wkrótce zostaną wypożyczeni do jakiegoś Chrobrego Głogów. Ale obaj dają nadzieję, że za kilka lat będą porządnymi piłkarzami. Niestety, niewiele polskich klubów stać na tak cierpliwe, długofalowe działanie. Sięganie po młodzież z niższych lig jawi się bardziej jako przywilej bogatych niż jako ostatnia nadzieja  biednych.

O co naprawdę gra ekstraklasa

statistics-706383_640

Teraz trochę się uspokoiło, ale to cisza przed burzą. Już za dwa tygodnie, od 9 stycznia, gdy większość drużyn ekstraklasowych wznowi przygotowania, zaatakuje nas lawina deklaracji trenerów, piłkarzy i działaczy wszystkich drużyn. Ci, którzy zimują poniżej ósmego miejsca, zapewnią, że „straty są minimalne i jeszcze nic straconego, a po zimowych korektach w składzie, wyleczeniu kontuzji przez kilku zawodników oraz – koniecznie – dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym, udowodnią, że potrafią grać w piłkę.” Ci od ósmego miejsca w górę zaznaczą, „że muszą zachować czujność, bo jeszcze nic nie wygrali i cieszyć się będą dopiero po trzydziestej kolejce. Na razie muszą te punkty wybiegać”.

 Być może jedni i drudzy mają rację. Uznanie, że większość drużyn ma już jasność, co do tego, w której grupie zagra po podziale punktów, może zabrałoby trochę frajdy. Być może komuś uda się wygrać dziesięć meczów z rzędu. Być może będzie to Górnik Łęczna. To ekstraklasa. Nie ma się co przekonywać, że to niemożliwe. Ale mało prawdopodobne. Przygotujmy się merytorycznie na to, co jest prawdopodobne. Trzy sezony ekstraklasy w obecnym systemie to wprawdzie na tyle mało, że można się obawiać, iż pewne ekstrema jeszcze przed nami, ale na tyle dużo, by spróbować poszukać pewnych prawidłowości.

 Ile punktów potrzeba, by awansować do grupy mistrzowskiej?

 Trenerzy zawyżają tę granicę, bo chcą utrzymać u swoich piłkarzy czujność. W rzeczywistości, by myśleć o awansie do ósemki trzeba zgromadzić minimum 38 punktów. Na podstawie poprzednich sezonów, całkowitą pewność daje 41 punktów. Całkowitą pewność, czyli – jeszcze się nie zdarzyło, by 41 punktów nie wystarczyło.

 Czy tabela w tym roku jest spłaszczona bardziej niż zwykle?

 Mamy tendencję, by oceniać w danym sezonie ligę jako wyjątkowo wyrównaną, jakby zapominając, że w zeszłym roku była nie mniej wyrównana. I w jeszcze poprzednim. By to sprawdzić, porównałem różnice punktowe między drużynami z ósmego i piętnastego (nie szesnastego, by wykluczyć ekstremum) po 20 kolejkach sezonu. Dziś ta różnica wynosi osiem punktów. Tyle samo, co przed dwoma sezonami. O trzy mniej niż przed trzema sezonami, ale o trzy więcej niż przed sezonem. Co oznacza, że obecny sezon, jeśli chodzi o wyrównanie, mieści się w normie. Dodając do tego informację, że ósmy zespół na tym etapie sezonu ma pomiędzy 24 a 28 punktów (aktualnie 26), można spokojnie podejrzewać, że tak, jak w poprzednich latach, wynik w granicach 40-41 punktów da awans do grupy mistrzowskiej. Wygląda na to, że może być potrzebne minimalnie więcej punktów niż przed rokiem (wystarczyło 38). Zeszły sezon naprawdę był bardziej wyrównany niż zwykle.

Na ile tabela po 20 kolejkach odzwierciedla tabelę po 30 kolejkach?

 Bardzo mocno. Dokładnie w 87,5 procenta. Co roku siedem zespołów zajmujących miejsce w ósemce po 20 kolejkach, wchodzi do grupy mistrzowskiej. Co roku wypadał jeden.

Wszystkie zebrane informacje pozwalają wyprowadzić pięć niezmiennych reguł systemu ESA 37:

  1. Kto po 20 kolejkach ma więcej niż 30 punktów, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  2. Kto po 20 kolejkach jest w pierwszej piątce ligi, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  3. Kto po 20 kolejkach ma mniej niż 23 punkty, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  4. Kto po 20 kolejkach zajmuje miejsce gorsze niż dwunaste, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  5. Kto po 20 kolejkach traci więcej niż cztery punkty do ósmego miejsca, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.

 Zgodnie z tymi regułami, Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Bruk-Bet Termalica Nieciecza (!) i Lech Poznań zagrają w maju w grupie mistrzowskiej. Bardzo bliskie tego jest Zagłębie Lubin, które wprawdzie osiągnęło liczbę punktów odpowiednią, by mieć pewność, ale jednak zajmuje szóste miejsce. A w dwóch z trzech poprzednich sezonów, szósty zespół po 20 kolejkach, lądował w grupie spadkowej. W Lubinie muszą zachować trochę ostrożności, ale bez przesady.

Analogicznie – Cracovia, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów zagrają w grupie spadkowej. O ile w dwóch ostatnich przypadkach to dość oczywiste, trener, piłkarze i właściciel „Pasów” sprawiają wrażenie takich, którzy rzeczywiście wierzą, że jeszcze zdążą odrobić posiane na jesień punkty. Historia poprzednich lat nie daje im na to szans.

 Pewne złudzenia, ale niezbyt duże, mogą mieć w Gliwicach (Piast ma za mało punktów i za niską pozycję, by myśleć o ósemce, ale jego czteropunktowa strata do ósmego miejsca daje jeszcze pewną nadzieję) i Wrocławiu (za mało punktów, ale odpowiednia pozycja i nie za duża strata).

 Rzeczywistą walkę o grupę mistrzowską stoczą w dziesięciu pozostałych do końca sezonu kolejkach Pogoń Szczecin, Arka Gdynia, (jedna z nich na pewno wejdzie do grupy mistrzowskiej), Korona Kielce, Wisła Kraków i Wisła Płock. Tylko dla tych pięciu drużyn, walka będzie się toczyć o najwyższą stawkę, bo ich los balansuje na krawędzi. Pozostałe jedenaście zespołów, choć głośno tego nie powie, gra tylko o jak najlepszą pozycję i formę przed fazą finałową.

Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Ekstraklasowy powiew normalności

probierz

Ligowi prezesi chyba zmądrzeli. Wiem, że teza jest straszliwie ryzykowna, ale chyba prawdziwa. Nie wszyscy i pewnie nie na dobre, ale tendencji nie sposób nie zauważyć. Zwłaszcza, że powtarza się drugi rok z rzędu. Na półmetku fazy zasadniczej, pracę straciło tylko pięciu trenerów ekstraklasowych – czterech zostało zwolnionych, a Dariusz Wdowczyk sam podał się do dymisji. Rok temu na tym samym etapie sezonu, wyrzuconych też było pięciu. Dwa takie sezony z rzędu jeszcze się w XXI wieku nie zdarzyły. Bywało, w 2001 i 2007 roku, że po 15 kolejkach tylko czterech trenerów traciło pracę, ale to były lata wyrwane z kontekstu – wkrótce po nich następowało masowe wylewanie trenerów z kąpielą. Dość powiedzieć, że już w 2008 roku po piętnastej kolejce zmieniło się aż 12 trenerów.

Sześć autorskich projektów

 Dwa lata z rzędu z umiarkowanymi zwolnieniami pozwalają jednak zauważyć jakiś malutki trend. Mamy aktualnie sytuację dawno w Polsce niespotykaną. W aż pięciu klubach, trenerzy pracują już dwa lata lub dłużej. Absolutny rekordzista Marcin Kaczmarek, wznosi Wisłę Płock już od blisko czterech i pół roku. Michał Probierz dobija w Jagiellonii Białystok do trzech lat. A ponad dwa lata pracują także Piotr Stokowiec w Zagłębiu Lubin, Grzegorz Niciński w Arce Gdynia i Waldemar Fornalik w Ruchu Chorzów. W przypadku pracującego w Cracovii od półtora roku Jacka Zielińskiego, też można mówić o autorskim projekcie drużyny. W ponad 1/3 ekstraklasy, szkolą obecnie trenerzy, którzy dostali czas na spokojne wpajanie drużynie swojej wizji.

Szansa na wyjście z dołków

 Co jednak najbardziej budujące, coraz więcej prezesów nauczyło się wytrzymywać ciśnienie, gdy nie ich zespołom się nie wiedzie. Posada Probierza w Białymstoku wisiała na włosku, gdy wiosną nie awansował do grupy mistrzowskiej. Został i dziś Jagiellonia jest liderem ekstraklasy. Kaczmarek i Niciński notują ostatnio kiepskie serie, ale trzymają się posad dość pewnie. Fornalik jest z Ruchem w strefie spadkowej i zwolnienia też raczej nie musi się obawiać. A Zieliński, który rozbudził oczekiwania prezesa Janusza Filipiaka zeszłym sezonem, też jeszcze dziesięć lat temu nie przetrwałby zjazdu do dolnej części tabeli i nie pomogłyby tłumaczenia, że zwolnienie byłoby absurdalne. Dziś trzyma się mocno i nikt nawet nie myśli o wyrzucaniu go.

Bieda to nie wytłumaczenie

 Pozytywnych przykładów jest więcej. Wdowczyk dziś wprawdzie zrezygnował z pracy w Wiśle, ale przed chwilą klub pozwolił mu pracować dalej, mimo siedmiu przegranych z rzędu, czyli najdłuższej serii porażek w historii klubu. Analogiczną historię przeżywał we Wrocławiu Mariusz Rumak. Prawdopodobnie w obu klubach przeczekano trudny okres ze względu na kiepską sytuację finansową, ale to wytłumaczenie tylko połowiczne, bo jak świat światem, w polskiej lidze grały biedne drużyny, co nie przeszkadzało im w notorycznych zmianach trenerów. Dotychczas nigdy nie brakowało pieniędzy akurat na zwalnianie trenerów. Co najważniejsze, obaj obdarzeni zaufaniem szkoleniowcy, zdołali podnieść swoje drużyny z kryzysów. Już dawno temu w Polsce pojawiła się książka „Futbol i statystyki”, dowodząca, że efekt nowej miotły nie istnieje i w większości przypadków drużyna wpadająca w dołek wychodzi z niego w podobnym czasie, niezależnie od tego czy trener zmieni się czy nie. Te rewolucyjnie w Polsce brzmiące tezy, nigdy nie mogły zostać przetestowane w praktyce, bo efekt nowej miotły był dla wielu klubów jedynym pomysłem na utrzymywanie się w lidze. Dzięki Wiśle i Śląskowi wiemy, że zwolnienie trenera nie jest jedynym sposobem wyjścia z kryzysu.

Nieedukacyjne przykłady Podbeskidzia i Górnika

 Oczywiście, zarządzanie klubem byłoby dużo łatwiejsze, gdyby była chociaż jedna reguła niezawodnie prowadząca do sukcesu. Na wiosnę okrutnie pokazały to przypadki Podbeskidzia Bielsko-Biała i Górnika Łęczna. W Podbeskidziu młody prezes nie chciał zachowywać się, jak tradycyjni działacze, którzy pierwsze, co robią, to zwalniają trenera. Dlatego, choć Tomasz Mikołajko nie miał do Roberta Podolińskiego przekonania jeszcze w przerwie zimowej, trwał z nim na stanowisku aż do ostatniej kolejki. Równolegle Górnik Łęczna zadziałał tradycyjnie i w podbramkowej sytuacji złapał się brzytwy, z braku laku zastępując trenera jego asystentem, chcąc zmienić choćby cokolwiek. Ta historia nie miała waloru edukacyjnego dla polskiej piłki, bo w ostatecznym starciu Łęczna wiedziona efektem nowej miotły (?) spuściła Podbeskidzie z ligi. Ale i w Górniku zasłużyli później na – póki co ostrożne – pochwały za to, że nie ulegli pokusie i pozwolili tymczasowemu trenerowi pracować dłużej i mimo obecności w strefie spadkowej, nadal się go trzymają.

Jest jak w Europie

 Każdy przypadek jest inny. Całą sztuką jest umieć rozróżnić przyczyny kryzysu. Kiedy drużyna przegrywa, bo ma pecha, a kiedy trener naprawdę jest zagubiony. Ale najważniejsze, że w Polsce ktoś w ogóle zaczął się zastanawiać nad przyczynami kryzysów, a skończyło się wyrzucanie trenerów niemal z automatu, po trzech porażkach. Staliśmy się pod tym względem normalnym europejskim rynkiem. W niektórych klubach prezesi są bardziej w innych mniej cierpliwi, ale generalnie zmiany trenerów powinny być zdecydowaną mniejszością. W Polsce drugi rok z rzędu są. W najsilniejszych ligach wprawdzie nadal zwalnia się rzadziej, ale już nieznacznie – w Bundeslidze i La Liga były dotychczas cztery zwolnienia, we Serie A i Premier League po trzy, a w Ligue 1 – dwa. Ale też w Polsce rozgrywki są w bardziej zaawansowanej fazie, więc statystyki mogą się jeszcze wyrównać.

Czas na środowisko

 Pole, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia, to ogólna świadomość środowiska, które nadal bardzo często w zmianie trenera widzi jedyny lek na całe zło. Kibice w wielu miastach wciąż, po dwóch porażkach, domagają się głów i powtarzają bzdury o „braku chemii w drużynie”. Dziennikarze spekulują czy trener gra o posadę, a eksperci sugerują nieuchronność zmian (sztandarowy przykład: Remigiusz Jezierski zastanawiający się w dzisiejszym „Sporcie” czy Ruch nie powinien przesunąć Fornalika na stanowisko dyrektora sportowego, jakby nie zauważając, że jedynym, co Ruch w tej chwili ma, jest bardzo dobry trener). Te połączone naczynia wywierają ciśnienie, które nie każdy prezes potrafi wytrzymać. Ale jest dla polskiej piłki nadzieja, że i to się z czasem zmieni. To mały kroczek do normalności.

To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

radolsky

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.

Trenerska rewolucja wybuchnie na prowincji

Przynajmniej od czasów pierwszych niepowodzeń Leo Beenhakkera z reprezentacją Polski, ale prawdopodobnie od jeszcze bardziej zamierzchłej przeszłości, polscy trenerzy ligowi zaczęli podnosić głowy. Przestali się pokornie godzić z tym, że są słabsi od szkoleniowców zagranicznych. Nieformalnym liderem tej odsieczy został Michał Probierz – który kiedyś na Twitterze raczył stwierdzić, że Pep Guardiola nie jest od niego lepszym trenerem, tylko ma lepszych piłkarzy – ale bardzo chętnie podążyli jego śladami inni. Gdy Borussia Dortmund boleśnie uświadamiała mistrzowi Polski, jak wiele dzieli go od solidnego futbolu, Maciej Bartoszek z I-ligowej Chojniczanki wyciągał triumfalny wniosek, że gdyby polski trener przegrał chociaż 0:3, to już byłby zwolniony – czemu kłam zadały ochy i achy po porażce (polskiego trenera) 1:5 w Madrycie. To nie były jedyne nazwiska. Znakomita większość polskich trenerów ligowych powiedziała kiedyś coś, co miało wskazywać, że trenerzy ze światowego topu różnią się od nich tylko umiejętnościami trenowanych piłkarzy.

Gdybym miał na transfery tyle co Mourinho…”

 Trzeba oddzielić dwie sprawy. Pierwszą jest ślepe przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, jako lepszego. Nie, nie wszystko, co zagraniczne, jest lepsze od polskiego, nawet nie każdy zagraniczny trener jest lepszy od polskiego, co pokazało wiele przypadków w polskiej lidze – Pacheta nie był lepszy od Ojrzyńskiego, Perez Garcia od Brosza, Hasi od Urbana etc. W tej krucjacie jestem w stanie polskim trenerom przyznać rację. Zatrudniając trenerów, trzeba umieć identyfikować hochsztaplerów, bo czasem może się okazać, że lepiej zatrudnić Jacka Magierę niż Besnika Hasiego. Drugą sprawą, jest powszechne zakładanie, że trenerzy z najlepszych lig europejskich, mają lepsze wyniki, bo pracują z lepszymi piłkarzami. Szyderczo zwracają często trenerzy uwagę, że wydając po 200 milionów na transfery jak Jose Mourinho czy Louis Van Gaal, też by mogli być rozliczani za wyniki.

Osiągnąć wynik ponad stan

 Żeby mieć do wydania 200 milionów na transfery, trzeba na to zasłużyć. Rozmawiając z wieloma trenerami, przez kilka lat, o ten brak autorefleksji mam do polskich trenerów – uogólniając, bo są oczywiście wyjątki – największy żal. Mało kogo stać na refleksję, że Van Gaal zaczął chodzić po największych klubach, bo kiedyś, dwadzieścia lat temu, potrafił z Ajaksem Amsterdam zdobyć Ligę Mistrzów, mając nieporównywalnie mniejsze możliwości finansowe niż rywale, których pokonywał. Że Mourinho, zanim zaczął być zapraszany na wielkie przyjęcia, sam się na nie, nieproszony, wdarł, prowadząc FC Porto. Że Pep Guardiola nie dostał Barcelony, jak się powszechnie uważa, dlatego, że był dobrym piłkarzem – tak, jakby Barcelona nie miała pod ręką setek dobrych, byłych piłkarzy – ale dlatego, że był wybitnym kandydatem na trenera. Rynek trenerski, także na szczycie, jest wbrew pozorom bardzo sprawiedliwy. Czasem ktoś przypadkowy, jak Avram Grant czy Roberto Di Matteo, chwilowo wskoczy na szczyt, ale bardzo szybko jest weryfikowany. Ci, którzy się utrzymują, nigdy nie są tam przypadkiem. Czy którykolwiek polski trener spróbował wskoczyć do tego wyższego kręgu? Nie do Manchesteru United, nawet nie do Stoke, ale choćby do Karpat Lwów? Czy, skoro polscy trenerzy są tak dobrzy, jak ci z samego szczytu, ktoś zdołał wycisnąć z drużyny tyle, by pobić choć trochę bogatszych? Nie mówię o biciu od razu Realu Madryt, to inna galaktyka. Ale czy polscy trenerzy, skoro są tacy dobrzy, zdołali z Jagiellonią Białystok, Cracovią, Śląskiem Wrocław czy Zawiszą Bydgoszcz osiągnąć w Europie jakiekolwiek wyniki ponad stan? Zrobili cokolwiek, by ktokolwiek ich zauważył? W ostatnich latach pamiętam tylko jeden przypadek, w którym polska drużyna w europejskich pucharach zagrała wyraźnie powyżej oczekiwań – Ruch Chorzów. Prowadzony przez Słowaka. W pozostałych przypadkach trenerzy skupiają się raczej na pokazywaniu, że rywal miał wyższy budżet.

Zmiana pokolenia nie wystarczy

 Gdy wchodziłem w świat piłki, myślałem, że to kwestia zmiany pokoleniowej. To były czasy, w których jeszcze pracowali w polskim futbolu trenerzy pokroju Janusza Wójcika, Mieczysława Broniszewskiego czy Mariusza Kurasa. Po kilkunastu latach okazuje się, że to myślenie jest zakorzenione dużo głębiej. Że wchodzące pokolenie młodych Probierzy, Ojrzyńskich czy Urbanów, nie sprawiło, że polska liga zaczęła gonić świat. Polski trener nadal najczęściej jest tym pokrzywdzonym, który urodził się w złym miejscu. Bo gdyby był tym, kim jest i urodził się w Katalonii, wołaliby na niego „Pep”. A takie myślenie jest wyjątkowo demobilizujące. Bo jeśli jest się tak dobrym, jak najlepsi na świecie, a trenuje się Grzelczaka zamiast Aguera, nie pozostaje nic innego jak załamać ręce i złorzeczyć wokoło.

Sygnały zmiany?

 Dlatego bardzo doceniam choćby ślady pojawiających się u polskich trenerów myśli, że to jednak nie przypadek, że nasz futbol ligowy od lat tkwi, tu, gdzie tkwi. Że to jednak nie jest przypadek, że absolutnie nikt z zagranicy nie chce zatrudniać polskich trenerów. Takie myśli prowadzą do wniosku, że trzeba nadganiać świat. Że jeśli mamy się zacząć zbliżać choćby do europejskich średniaków, musimy biec szybciej od nich. A mam wrażenie, że w ostatnim czasie takich trenerów zaczęło się pojawiać jakby więcej.

System ważniejszy niż Zlatan

 Wprawdzie środowisko dalej nie do końca jest gotowe, wprawdzie gdy Marcin Brosz zaprasza do sztabu Górnika Zabrze człowieka, który w Borussii Dortmund pracował nad poprawą działania mózgu piłkarzy, słyszy krytykę, że „każe piłkarzom bawić się jakimiś piłkami tenisowymi”, ale zaczynają się pojawiać ślady normalności. Ruszyło mnie niedawne zdziwienie światowych dziennikarzy, gdy Roberto Martinez, selekcjoner reprezentacji Belgii, zaczął nagrywać dronem treningi swojej drużyny. Ruszyło mnie, bo u nas to już oklepany temat – trener Czesław Michniewicz robił to już w Pogoni Szczecin i robi dalej w Bruk-Becie Termalice Nieciecza. Ruszyła mnie niedawna rozmowa z Andrzejem Rybarskim, trenerem Górnika Łęczna, który absolutnie wszystkie aspekty pracy jego drużyny, stara się przeliczyć na mierzalne elementy, fascynuje go koncepcja „Moneyball” w piłce nożnej i interesuje model Midtjylland. Ruszyło mnie nie dlatego, że myślę, że „Moneyball” da się przenieść z baseballa do piłki nożnej, bo tego jeszcze nie wiemy, ale dlatego, że w zapyziałym Górniku Łęczna pracuje człowiek, który się w ogóle nad tym zastanawia, zamiast patrzeć, jak jego piłkarze wchodzą po schodach. Właśnie w takich Górnikach Łęczna, Bruk-Betach, I-ligowcach potrzeba nam trenerów myślących w ten sposób. „W ten sposób” nie oznacza, że Rybarski, Brosz czy Michniewicz myślą tak samo. Myślą o futbolu zupełnie różnie. Ale łączy ich to, że rzeczywiście chwytają się wszelkich sposobów, by swoich piłkarzy popchnąć na wyższy poziom. Przez lata słyszałem od polskich trenerów „dajcie mi 200 milionów, a będę grał jak Barcelona”. Nie dziwcie mi się, że zdębiałem, gdy usłyszałem: „na warunki Górnika Łęczna, gdybym miał do wyboru Zlatana Ibrahimovicia albo nowoczesny system analityczny, raczej wybrałbym system analityczny”.

Pionierom sterczą strzały z pleców

 Wierzę, że takich trenerów będzie coraz więcej. I właśnie w takich, trochę prowincjonalnych klubach. Myślę, że w dużej mierze w tym tkwi współczesny fenomen niemieckiego futbolu, że Juergen Klopp, Thomas Tuchel objawiali się w FSV Mainz, a nie w Bayernie, Jezus w Betlejem, a nie w Jerozolimie, że Ralf Rangnick przez większość swojego życia nauczał futbolu w Ulm, Hoffenheim czy w Lipsku, a nie w Borussii Dortmund, że Volker Finke wprowadzał ustawienie bez libero we Freiburgu, a nie w Hamburgu. Rewolucja wybucha na prowincji, dopiero potem maszeruje na stolice. I chociaż nie będzie im łatwo, cieszę się, że ślady takiego myślenia zaczynają się w Polsce pojawiać. Nawet jeśli oni sami nie dadzą rady (Brosz czy Michniewicz pracują w zawodowej piłce od ponad 10 lat i nigdy nie dostali do prowadzenia klubów nawet z polskiego topu), nawet jeśli pionierom sterczą strzały z pleców, pojawia się nadzieja, że za nimi pójdą kolejni, którym już się uda. To kwestia nie jednego, a pewnie paru pokoleń, ale może programowe myślenie polskiego futbolu, że „się nie da”, kiedyś jednak zniknie. To więcej niż pewne, że w „magiczny sposób” pójdzie za tym i poprawa wyników i poprawa opinii o polskich trenerach za granicą.