Neony w Berlinie już te same. Świat dalej inny

berlin

Berlin jest miejscem zwrotnym, w którym szczególnie mocno ukazuje się to, że świat przychodzi do nas ze wszystkimi swoimi problemami” J. Habermas, z cytatu wysmarowanego markerem na głazie podtrzymującym rurę na jednej z budów w centrum Berlina.

W tym miejscu został rozstrzelany Kurt Schumacher, członek antynazistowskiej opozycji. I tablica pamiątkowa. Skromna. Na uboczu. Szacunek dla Kurta Schumachera. Nie znałem, nie słyszałem wcześniej. Opozycja antynazistowska w Niemczech kojarzy mi się głównie z Augustem Landmesserem, którego zdjęcie stojącego wolno na nazistowskiej manifestacji w 1936 obok salutującej masy obiegło wiele lat później cały świat. Dobrze, że takie Schumachery i Landmessery się w każdych okolicznościach jednak trafiają. Szkoda, że są tylko wyjątkami.

Od początku na stacji Warszawa-Młociny jakoś mnie to ruszało. Że ja sobie tu, wprawdzie, tak jak oni, pod osłoną nocy, ale jednak wsiadam komfortowo i tanio do Polskiego Busa i , jak gdyby nigdy nic, jadę do Berlina. A w sumie jeszcze nie tak dawno wielu pokonywało taką podróż sporo ryzykując. Patrzyłem na te lasy już we wschodnich Niemczech, wzdłuż autostrady i myślałem o smutnych panach ze Stasi pilnujących na skraju czy ktoś przypadkiem nie zboczył. Para za mną rozmawiająca o lotnisku Tempelhof, na które oczywiście musiałem parę godzin później pojechać, wiedząc, że jet nieczynne, tylko po to, by się zawieść, że dziś to tylko łąka. Obrazy. Czarno-białe oczywiście, bo jakoś do lat 70. trudno mi sobie wyobrazić, że ludzie widzieli w kolorze. Samoloty pasażerskie wypchane węglem, lądujące na Tempelhofie co kilkadziesiąt sekund. Trabant, duma Berlina, obecny wszędzie. Inna duma, charakterystyczny ludzik z sygnalizacji świetlnej, który doczekał się muzeum i pamiątkowych sklepów w mieście. Knut, niedźwiedź polarny z berlińskiego zoo, nowy symbol stolicy. Pociąg do Spandau. Dzielnicy, w której było więzienie, jedyna instytucja działająca tak, jak początkowo ustalono po wojnie – przy współpracy czterech mocarstw. Co miesiąc zmieniali flagę na maszcie i ekipę pilnującą z sowieckiej na amerykańską, francuską czy brytyjską, dopóki ostatni więzień, Rudolf Hess, za którąś kolejną próbą nie popełnił samobójstwa. Tak. W Berlinie, jak w Auschwitz, czułem jak historia chrobocze pod stopami.

Siedziba pani kanclerz. Najważniejsze aktualnie miejsce w Europie. Przecież nie cały czas ratuje świat, pewnie też, nie wiem, przygotowuje jajecznicę czy prostuje włosy. Taka pora. Bundestag, czyli Reichstag. Patrzę i myślę jak płonął. Słyszę w głowie „Kult”, piosenkę „Berlin”. Te piękne, lekkie, klubowe brzdęknięcia gitary stylizowanej na Berlin 30 lat. Słyszę je zresztą przez cały pobyt. Z błądzenia gdzieś po czasach wczesnego Hitlera wybudza rzeczywistość. Wojska Polskiego. Herb BKS-u Stal Bielsko-Biała, III liga śląsko-opolska. Możesz uciec od bielskiego futbolu, bielski futbol od ciebie nie ucieknie.

Wszędzie Turcy, muzułmanie, przyjezdni. Kogo ze znajomych nie zapytam o wrażenia z pobytu w Niemczech usłyszę coś o „ciapatych”, oczywiście wypowiedziane z należytą wyższością i nieskrywaną pogardą. Turcy, muzułmanie, przyjezdni jednak występują nie jako błąkający się uchodźcy.. Występują jako stary Turek w metrze, czytający gazetę po turecku, ze stronami sportowymi o Guendoganie i Galatasaray zamiast o Muellerze i Bayernie. Jako małżeństwo, którego widok nikogo nie dziwi i nie zmienia zaspanych wczesną porą twarzy, bo widzieli takich małżeństw miliony i wciąż nie zostali przez nie wysadzeni w powietrze. Jako nastolatka w burce robiąca sobie selfie na tle Bramy Brandenburskiej (swoją drogą, bardzo rozczarowującej. Zawsze wydawała mi się kolosalna, a wcale nie jest) z koleżanką ewidentnie aryjską. Jako niedoświadczona i początkująca aryjska ręka męska niby niezauważalnie podszczypująca muzułmański pośladek na oko 20-letni. Dla mnie to oczywiście żadne zaskoczenie, wiem od dawna, że tak to – wykluczając patologie – funkcjonuje. Ale obserwując, co się dzieję w Polsce, dochodzę do wniosku, że raczej jestem w mniejszości.

Nie pisałem nigdy dotychczas, co sądzę o najdonioślejszym aktualnie problemie Europy. Nie pisałem, bo uznawałem, że nikogo nie obchodzi moje zdanie na ten temat. Ale doszedłem do wniosku, że skoro mądrzą się na ten temat wszyscy, na czele z tymi, których zdanie w tej kwestii mnie nie obchodzi, raz mogę się nie powstrzymać.

Chodząc tam, rozbijając się po uliczkach Berlina, patrząc na te harmonijne życie stolicy, bez żadnego wyczuwalnego napięcia, które czułoby się na polskiej ulicy, gdyby pojawił się ktoś z ciemniejszą skórą, wyglądający Bliskowschodnio, zastanawiałem się czy wy ludzie, moi znajomi i nieznajomi wypisujący wszystkie te ksenofobiczne bzdury nie widzicie? Czy wy dalej nie macie, jak ci, wpadający nielegalnie na Tempelhof, prawa wyjazdu z kraju i zobaczenia jak to naprawdę wygląda? Ale dochodzę do wniosku, że kłania się Aronson. Każdy widzi to, co chce widzieć.

Mieszkałem w Niemczech. Studiowałem niemcoznawstwo. Interesuję się Niemcami od lat. Studiując w Niemczech robiłem kursy na temat muzułmańskiej obecności w Niemczech. W kursach uczestniczyli muzułmanie i chrześcijanie. Katolicy i sunnici. Protestanci i szyici. Ateiści i alawici. Dyskutowaliśmy. Ja słuchałem ich doświadczeń, w końcu oni w tym środowisku wyrastali przez 20 lat, ja tam wpadłem na chwilę jako obcy. Pisałem licencjat o muzułmanach w Niemczech, co wymusiło jednak, w przyspieszonym tempie, przeczytanie paru rzeczy na ten temat, m.in. spojrzenia na mechanizmy przedstawiania muzułmanów w mediach. No i wychodzi na to, że jestem skażony. Skażony tym, że za cholerę nie widzę w każdym muzułmaninie napotkanym w Berlinie terrorysty wrzeszczącego Allah Akbar. Zwłaszcza, że wielu muzułmanów, z którymi studiowałem, tak przestrzegało przykazań swojej wiary, jak ja przestrzegam swojej, czyli podchodzili do nich bardzo swobodnie. Więcej napotkałem w życiu radykałów katolickich.

Tak, w Niemczech jest bardzo wielu muzułmanów. Widać to na pierwszy rzut oka na niemieckiej ulicy. Islamizacji Niemcy zawdzięczają, że ich przeciętne kobiety są dziś – z ręką na sercu – ładniejsze niż przeciętne Hiszpanki. No i ma też islamizacja jedną negatywną stronę, która mocno mnie dotknęła. Łatwiej znaleźć w Berlinie restaurację z jedzeniem azjatyckim niż z berlińskimi kiełbaskami i piwem pszenicznym. Trzeba się było naszukać, czas ich wyrzucić skąd przyszli.

Nie przekonuję, że nie ma z nimi i poważniejszych problemów. Przeszedłbym się nocą samemu po tureckiej dzielnicy to bym się przekonał. Dokładnie jak na Bałutach czy innym Tauzenie.

Berlin to miasto kontrastów. Muzułmanie i Aryjczycy jako para trzymająca się za ręce. Stare Afganki owinięte burkami (Aryjki zaczną tak wyglądać za miesiąc, gdy zrobi się chłodno i zaczną się owijać szalikami) i stare Aryjki uśmiechające się do wszystkich napotkanych osób. Nikt nie uśmiecha się tak często jak stare Niemki. Do kogo nie uśmiechnie się stara Niemka, ten naprawdę musi nie mieć serca. Salon z nowiuśkimi Lamborghini, a po drugiej stronie budynku stara, piękna dzielnica, Nicolaiviertel, z wąskimi uliczkami, budynkami z cegieł i piwem pszenicznym. Rury wystające z jakiejś budowy, umocowane do głazów z wypisanymi cytatami wielkich ludzi (o dziwo, w całej masie tylko jeden Einstein, żadnego Jana Pawła, żadnego Coelha). Nowoczesne budynki i stara kawiarnia z JF Kennedy’m, który był pączkiem. Kontrasty też regionalne, wewnątrzniemieckie. Kelner wypisujący kredą Oktoberfestowe menu i kierowca dostawczaka firmy przewozowej krzyczący do niego: Oktoberfest jest tylko w Monachium.

I łup.

Koniec miasta. Koniec świata. Mur. Checkpoint Charlie. Nie trzeba mi odgrywać scenki z przechodzeniem (a da się, za opłatą). Wystarczy mi tło, żeby działała wyobraźnia. Żeby przypominał się Stieglitz i filmy, na czele z „Zawód: Szpieg” z Redfordem i Pittem. 25 lat. Robi wrażenie patrzeć na resztki muru berlińskiego w momencie, w którym trochę na południe jeden kraj odgradza się od drugiego płotem, a niektórzy jeszcze stawiają ten kraj za przykład i żałują, że my nie działamy w ten sam sposób.

Musiało być paskudnie być Niemcem przez wiele lat po drugiej wojnie światowej. Musi być paskudnie być Niemcem za każdym razem, gdy wkręcamy ich na zakrapianych imprezach, że żadna Polka nigdy nie zechce Niemca i kiedy żartujemy sobie, że są Hitlerowcami. U nich ta rana się nie zabliźniła. Ciągle boli i kontrastuje z pragnieniem wielkości. Z jednej strony wystrzelista kolumna w samym centrum, upamiętniająca jakieś podrzędne zwycięstwo nad… Danią, z drugiej, w samym centrum, pomniki poświęcone wszystkim, którzy przez Niemców cierpieli – Romom, Żydom, to jasne, ale że nawet homoseksualistom, to nie przypuszczałem. Pamiątek martyrologii narodu niemieckiego nie stwierdzono. My, nie wiedzielibyśmy, co upamiętniać, gdyby nam zabroniono przypominać nasze krzywdy.

Niemcy mieli nazizm, czyli paskudną kartę, ale pozwoliło im to na rozliczenie się z nim. To odbija się do dzisiaj, gdy jako jedyni autentycznie czują się w obowiązku przyjmować tych nieszczęsnych uchodźców, gdy wstydem jest w towarzystwie przyznać się do niechęci ich przyjmowania, a nie jak u nas do przyjmowania.

Kilkadziesiąt lat temu szokiem dla wszystkich wyjeżdżających do Berlina były pełne sklepy i kolorowe neony. Tych się w końcu sami dorobiliśmy. Ale odnoszę wrażenie, że Berlin to nadal inny świat.

Nie jestem szczęśliwy jak psi ogon

Janusz Rudnicki znowu nie wygrał nagrody Nike. Znowu będzie mu ją musiała zrobić prostytutką na dachu Złotych Tarasów (Warszawiacy, patrzcie uważnie!). Ja znowu nie usłyszę laureata Nike mówiącego, że szczęśliwy jest jak psi ogon.

Możecie słusznie zauważyć, że w ogóle nie był nominowany, więc jak miał wygrać? Ja zauważę – też słusznie – że niesłusznie nie był nominowany. W jego kwestii jestem jak fanatyk, którego racja jest zawsze najmojsza. Który nic nie słyszy i nic innego nie widzi. Pewnie pani Joanna Bator zasłużyła na nagrodę, skoro ją fachowcy wybrali, ale Rudnicki też, cholera, zasłużył!

Nie byłoby w Polsce kryzysu czytelnictwa – to znaczy i tak nie ma, ale jeszcze bardziej by nie było – gdyby więcej ludzi wzięło do ręki Rudnickiego. W ogóle by było lepiej, gdyby świat był bardziej rudnicki.

Najlepiej by było, gdyby tego chłopa wreszcie docenić. Za życia, bo co mu potem z tego, że się jeden z drugim obudzą, że – kiedy żył – był jednak najwybitniejszym żyjącym pisarzem polskim? Toż to przecież sam mówi, że jest, a ja potwierdzam.

W przyszłym roku pewnie nic nie napisze, więc będę znowu musiał czekać nie wiadomo ile aż Kędzierzyn-Koźle stanie na baczność, wyć będą syreny, a kierowcy opuszczą samochody.

Niech mu chociaż buty Nike dadzą, jak już nie nagrodę. Też zasługuje.