A co my zrobiliśmy w ostatnich 12 latach?

Niemieckie mistrzostwo świata jest piękne nie tylko dlatego, że ich drużyna najładniej grała. Ale dlatego, że była najbardziej zespołowa. Nie doprowadził jej do niego jeden trener, tylko sztafeta trenerów. Nie doprowadziło jedno pokolenie tylko sztafeta pokoleń. Dobry system, współpraca związku, organizacji zarządzającej ligą, klubów, trenerów i piłkarzy wykluła mistrzostwo świata. To piękna lekcja o tym, jak mistrzostwo świata można zaplanować.

Dla takich, którzy jak ja urodzili się początkiem lat 90 i zaczęli interesować się piłką gdzieś od mundialu 1998 czy Euro 2000, powiedzonko Gary’ego Linekera o zawsze wygrywających na końcu Niemcach brzmiało cokolwiek archaicznie. Dla mojego pokolenia Niemcy to była drużyna wiecznie przegrywająca. Dostająca lanie od Chorwacji, zajmująca dwa razy ostatnie miejsca w grupie mistrzostw Europy, nawet jeśli zachodząca daleko, to w ostatnim momencie przegrywająca.

W 2004 roku leżeli na dnie. Na Euro w Portugalii nie wbili gola Łotwie, a Czesi pobili ich, grając bez żadnej motywacji, w całkiem rezerwowym składzie. W kwalifikacjach remisowali z Litwą i Szkocją, a towarzysko nie byli w stanie pobić Islandii. Dwa lata przed organizowanym przed siebie mundialem nie mieli trenera, bo Rudi Völler podał się do dymisji, ani drużyny ani piłkarzy. Samych tylko topornych i wiekowych rzeźników. Tak stereotypowo niemieckich. Ich liga musiała się obawiać, by wkrótce nie wyprzedziła jej francuska, o rywalizacji z Włochami, Anglikami czy Hiszpanami nawet nie marząc.

Ale działało już coś, czego nie dało się zatrzymać. Od dwóch lat działał Poszerzony Program Promocji Talentów. W całych Niemczech powstało 390 baz piłkarskich dla młodzieży, związek opłacał 1170 trenerów i przekazywał na ten projekt 12,5 miliona euro rocznie. Kluby zaczęły inwestować w swoje akademie nawet po 74 miliony euro rocznie. Co oznacza, że niemiecki futbol jako całość wydawał od 2012 roku przeciętnie 70 milionów euro rocznie na szkolenie młodzieży. Götze, który miał w dniu rozpoczęcia programu dziesięć lat, wczoraj się spłacił. Mistrzostwo świata jest efektem lawiny, która została puszczona ze szczytów niemieckiej piłki 12 lat temu. I jest sukcesem kolektywnym. Od trenera młodzieży pracującego gdzieś w zapadłej dziurze pod Brunszwikiem, po szefa związku.

Wielki wpływ na mistrzostwo świata ma też Jürgen Klinsmann. To on wpuścił do zatęchłego niemieckiego pokoju świeże powietrze i nowinki, które dziś już są normalnością. On, ten jedyny frajer, który w 2004 zgodził się przyjąć ofertę DFB, nie bojąc się klęski na mundialu u siebie, ma dziś swoją dużą cegłę. Tym większą, że to on sprzeciwił się związkowi, który chciał mu wcisnąć na asystenta odpowiednika naszego Strejlaua czy Engela – Holgera Osiecka, i wyciągnął z austriackiego niebytu Joachima Löwa.

Prowadzenie niemieckiej piłki i reprezentacji powinno być wzorem dla wszystkich. W 100-letniej historii piłkarstwa niemieckiego, Löw jest zaledwie dziesiątym (sic!) selekcjonerem. My dziesięciu mieliśmy w ostatnich 17 latach. Siedmiu na dziesięciu niemieckich selekcjonerów wcześniej było asystentami w kadrze, podpatrywali, przygotowywali się do tej roli tak jak Löw. I DFB nie napawa się sukcesem. Już planuje dać Löwowi na asystenta młodego i utalentowanego Thomasa Tuchela. Przez dwa lata ma patrzeć, co się robi, a po Euro 2016 pewnie przejmie kadrę. A niemiecki system szkolenia z każdym rokiem wypluwa nowych Götzech, kluby odważnie stawiają na nastolatków, więc następcy będą mieć raczej łatwiej niż trudniej.

Zamiast zazdrościć sąsiadowi, lepiej zapytać: co my zrobiliśmy z naszym futbolem przez 12 lat?

PS. Dziś na stronach Przeglądu Sportowego znajdziecie dwa moje duże, przekrojowe teksty. Pierwszy to połączenie moich pasji, czyli jak piłka nożna wpływa na świat. Z perspektywy dumnego studenta niemcoznawstwa opisuję jak zdobycie mistrzostwa świata opowiadało i opowiada o samych Niemcach. W drugim zastanawiam się nad Joachimem Löwem. Teoretycznie powinien dołączyć do panteonu niemieckiego futbolu jak Herberger, Schön czy Beckenbauer. A jednak oni wszyscy byli wielcy już przed wygraniem mundialu. On to poczciwy Jogi. Zawsze to wielkie postacie dawały mistrzostwo świata. Czy teraz mistrzostwo świata stworzy wielką postać? 

Najgorsza choroba futbolu

symulka

Zdarzyło się podczas bójki w niższej lidze niemieckiej. Gruby trener złapany za szyję zareagował tak:

Symulowanie zawędrowało pod strzechy.

Pamiętam dokładnie ten moment, to było przy meczu Kolumbii z Brazylią. Tak po prostu w jednej chwili stwierdziłem, że nie jestem w stanie dalej na to patrzeć. Gdyby nie zawodowe obowiązki, przysięgam, wyłączyłbym telewizor. Coś się stało z futbolem, że coraz trudniej go oglądać. Parafrazując marszałka, dyscyplina wspaniała, tylko ludzie k….

Tamten mecz owszem, był brutalny, ostry. Neymar ostatecznie przypłacił go kontuzją eliminującą z mistrzostw. Ale nie ostrość była nie do zniesienia, a ciągłe kładzenie się na ziemi. Spowszedniało nam to już, nie szokuje wcale, wielu próbuje tłumaczyć zawodników, że grają o zwycięstwo i robią to, co najlepsze dla drużyny. Tyle że to niszczy dyscyplinę.

To była Wielkanoc, dziadek w przedpokoju zdejmował kurtkę, wierzę, że przypadkiem uderzył mnie z łokcia w twarz. Zaśmialiśmy się. I refleksja: powinienem był teraz wrzasnąć, podskoczyć w górę i z hukiem runąć na ziemię. Nie umiałbym, trzeba mieć nawyk. A nawyk działa tak, że się nad nim nie panuje. Myślicie, że zawodowi symulanci kładą się, gdy żona ich poklepie po ramieniu, tak jak w tym genialnym filmiku, pokazującym, co by się działo, gdybyśmy na co dzień byli jak piłkarze?

Dziś wszystkich dziwi ugryzienie Luisa Suareza, ale nie wiem co było bardziej żenujące: to, że Urugwajczyk ugryzł czy to, że ugryziony Chiellini padł jak rażony paralizatorem. Żadna indiańska zatruta strzała nie działała tak szybko jak siekacze Suareza.

Piłkarze leżą cały czas. Po każdym zagraniu. I wrzeszczą. Kiedyś synonimem takiego grania byli Włosi, teraz rozprzestrzeniło się na cały świat. Zawodnicy ćwiczą symulowanie fauli, Neymar robił to jako 12-latek na domowej kanapie, z czego zwierzał się w swojej biografii. Szczerze uważam, że najwięcej krzywdy zawodnicy robią sobie fikając kozły na ziemię kilkakrotnie w ciągu meczu, co trzy dni, na różnych nawierzchniach. Pamiętam jeszcze czasy, gdy wszyscy rozumieli symulowanie w polu karnym, ale dziwili się udawaniu, by uzyskać np. rzut wolny. Dziś nagminne jest zastawianie piłki lecącej poza linię końcową własnej bramki i przewracanie się, gdy rywal dotknie, by można było spokojnie zażegnać niebezpieczeństwo. Symulowanie w parę lat wykroczyło daleko poza pole karne i ogarnęło wszystkie regiony wszystkich boisk świata.

Narzekamy na sędziów, ale najbardziej utrudniają im pracę właśnie symulanci. O ile łatwiejsza byłaby praca sędziego, gdyby piłkarze przewracali się tylko wtedy, gdy rzeczywiście mają ku temu powód. Przecież jeśli dany zawodnik dziewięć razy udaje pad w polu karnym, sędziemu trudno wyłowić z tego jeden rzeczywisty faul, zasługujący na rzut karny. My na dziesiątkach powtórek szukamy pretekstów. Dotknął go, położył rękę, zablokował wyskok, wymusił zmianę kierunku biegu. Doszliśmy do sytuacji, która najbardziej przeszkadza mi w koszykówce – faul za każde dotknięcie. Dotknął go? I co z tego, można dotykać. Przewrócił się po zderzeniu? Trudno, futbol to gra, która premiuje także siłę mięśni. Słabszy fizycznie powinien szukać sposobu jak ograć silniejszego, a nie powinien być brany pod specjalną ochronę.

Niestety, trudno o bardziej trafne powiedzenie niż: „piłkarze udają, że boli, a rugbyści, że nie boli”. Tęsknię za czasami, gdy spoliczkowany Alessandro Del Piero ironicznie się śmiał i klaskał rywalowi. Dziś wyrzuciłby nogi w górę i runął na murawę. Dlatego – mimo że patrzę na nich jak na szaleńców – gdzieś w duchu cieszę się, że istnieją jeszcze tacy ludzie jak Alvaro Pereira czy Javier Mascherano, tak bardzo chcący grać, że ukrywają ból.

Kiedyś próbowano z symulowaniem walczyć, ale na tym mundialu nie przypominam sobie ani jednej żółtej kartki pokazanej za wymuszanie rzutu karnego/wolnego. Przydałaby się zorganizowana akcja FIFA, wytyczne, które będą tego typu zdarzenia eliminować. A trzeba, bo piłkarze, którzy kiedyś byli uznawani za mających mocniejsze ciała niż zwykli śmiertelnicy, stali się pośmiewiskami. Gdyby doszło do bójki na wiejskim weselu lub osiedlowej uliczce, każdy najbardziej chciałby się zetrzeć z topowym piłkarzem. Zanim zrobiłbyś ruch, on już by leżał. Z przyzwyczajenia.

Neverlandy

Rude są fałszywe. Pokażą się młodemu, niewinnemu chłopcu, urzeką go swoim pięknem, zaproszą do zmysłowej, subtelnej gry, obiecają wiele, a gdy on odda się im bez reszty i zaufa im w pełni, pstrykną palcami i zaśmieją się w twarz, że się naiwniak kolejny raz dał nabrać. Rude barwy reprezentacji Holandii.

Hej ojcowie, bacznie strzeżcie swoich pociech! Niech się nie dadzą uwieść jak wielu mi podobnych. W reprezentacji Holandii, choć dziś już trochę trudniej, łatwo się zakochać. Pierwsi byli ci urodzeni początkiem i w połowie lat 60., których zachwycił futbol totalny Michelsa i powiew wolności Cruyffa. Cieszyli się z prowadzenia przeciwko Niemcom w finale, zanim ci w ogóle zdążyli dotknąć piłki. Przegrali.

Następni ci, którzy urodzili się za wczesnego Gierka, widzieli Holendrów prujących po złoto mundialu w Argentynie. Widzieli Rensenbrinka bijącego w słupek w ostatniej minucie przy stanie 1:1. I widzieli Argentynę wygrywającą w dogrywce.

Pokolenie początku lat 90. widziało odrodzenie, widziało najbogatszą w talent reprezentację świata. I porażki po karnych. Wszędzie. Euro 1996, Mundial 1998, Euro 2000. Tam już zadziwiająca niemoc na polu 11. metrów sięgnęła absurdu, gdy w półfinale Holendrzy nie potrafili wbić grającym w dziesiątkę Włochom gola z dwóch rzutów karnych w podstawowym czasie gry (sic!). Oczywiście w serii jedenastek odpadli.

Młodsi, urodzeni w XXI wieku, mają trudniej. Holenderskie koszulki dalej są najbardziej efektowne na turnieju, a wielcy piłkarze dalej tam się rodzą, ale już nie na kamieniu. To moja nadzieja na to, że coraz mniej jest nieszczęśników wybranych przez masakryczną pomarańczę. Dwa razy uwierzyłem, że skoro się nie da siłą (talentu), to trzeba sposobem. I że te ubogie w umiejętności zgarną to, czego nie potrafiły zgarnąć w umiejętności bogate. Ale najpierw Robben w 116. minucie przysolił w Casillasa, a potem oczywiście walili w karnych w bramkarza.

Nie. Teraz wiem, że Holandia nie będzie mistrzem świata nigdy. Tylko co mi z tego, że teraz wiem, jak za dwa lata znowu będę siedział tocząc pianę z ust przy meczu Holendrów i wierzył, że to ten moment.

Mówcie co chcecie, mówcie, że statystyki są dla dziennikarzy, a czarne serie dla czarnych kotów. Wytłumaczcie mi więc proszę was uprzejmie racjonalnie, jak to się dzieje, że jedne narody pełne świetnych piłkarzy karne strzelać potrafią i wygrywają po nich zawsze (Niemcy), a inne przegrywają zawsze (Anglia) lub prawie zawsze (Holandia).

Mówię sobie często wściekły po porażce, że kiedyś zacznę kibicować drużynom, które wszystko wygrywają. Ale potem sobie przypominam, że Hiszpanie, którzy wygrywali wszystko, dostali od Holendrów 5:1. Że najbardziej utytułowany naród świata wyleciał właśnie z mundialu po porażce 1:7. Że ci, którzy ten naród wyrzucili, mimo szatni, w której talent trzeba upychać jak kapustę w beczce, wgramolił się do finału po raz pierwszy od 24 lat. Nie ma w piłce pewnych zwycięzców, są tylko pewni przegrani.

Neverlandy.

Van Gaal Krulem, Van Gaal panem

vangaal

Niech mi ktoś jeszcze raz spróbuje powiedzieć, że piłka to tylko bieganie spoconych facetów za kawałkiem skóry. To rewelacyjna gra strategiczna. Najlepsza.

Przed karnym bramkarz Gato Diaz jadł obiad z prezesem i trenerem klubu. – Constante strzela w prawy róg – powiedział Diaz. – Zawsze – odparł prezydent. – Już po nas, on przecież wie, że ja wiem. Z drugiej strony ja wiem, że on wie, że ja wiem – zauważył bramkarz. – To rzuć się w lewo – powiedział ktoś przy stole obok. – Nie. On wie, że ja wiem, że on wie – powiedział bramkarz i poszedł spać - pisał przed laty w genialnym opisie zagmatwania serii rzutów karnych Michał Szadkowski.

Można to sprowadzić do piosenki o Stirlitzu „Kabaretu Otto”. On wie, że wiem. Ja wiem, że on wie. On wie, że ja wiem, że on wie. Ja wiem, że wiem. On wie, że ja wiem. Ja wiem, że on wie, że ja wiem.

To, co wczoraj zrobił Louis Van Gaal i jego sztab na zawsze przejdzie do historii futbolu. To jeden z tych momentów, o których za dziesięć lat więcej osób będzie mówiło, że widziało, niż naprawdę widziało. Karne to nie jest loteria. Karne to szachy. Futbol to szachy.

Znacie doskonale mój stosunek do Van Gaala. Może nie Wołkowy, ale pełen żalu za zabranie mi 12 lat temu dziecięcej przyjemności z oglądania swojego idola na mundialu. Przeszłość. Zajęło to długie 12 lat, ale dziś jestem wyznawcą Van Gaala.

Niektórzy próbują deprecjonować jego wyczyn, mówiąc, że to nic wielkiego ograć Kostarykę po karnych. Pomijam, że Kostaryka ogrywała już w tym turnieju większych od Holandii, pomijam, że straciła w tym turnieju ledwie dwa gole. Pomijam niezwykle zręczne majstrowanie składem i ustawieniem Holendrów przez cały mundial. Chcę się skupić tylko na maestrii 120. minuty.

Van Gaal kiedyś w Bayernie Monachium ściągnął w szatni spodnie, by pokazać piłkarzom, że ma wielkie jaja. Teraz na szczęście zrobił to w sposób mniej prymitywny i bardziej w przenośni. Ale zrobił to. Nikt nigdy w historii mundiali nie zmienił bramkarza tylko na rzuty karne. Wpuszcza się czasem jednego strzelca, a i to obarczone jest sporym ryzykiem, bo nierozgrzany, nie wszedł mecz i znienacka zderza się z olbrzymią presją. Słaby psychicznie trener nigdy by takiej zmiany nie dokonał.

Każdy doskonale wczoraj chyba czuł, że ten mecz toczył się w kierunku nieustannej, cyklicznej i jak dobrze znanej pomarańczowej katastrofy. Teoretycznie najłatwiejszy rywal, Holandia faworytem, Amsterdam z Rotterdamem kłócą się, kto zorganizuje fetę po mistrzostwie świata. To takie typowo holenderskie, że akurat w tym momencie bramkarz rywali zostaje bohaterem,  Holendrzy dwa razy lutują w poprzeczkę, a raz w słupek. Wiadomo też, że nie ma drugiej nacji gorzej strzelającej karne na świecie. Oni i Anglicy w karnych odpadają zawsze, a incydenty, takie jak wyeliminowanie Szwecji w 2004 roku urastają do rangi legendarnych wydarzeń. Nawet jednak bez tej wiedzy – Keylor Navas to znakomity fachowiec, świetnie broniący karne i w lidze hiszpańskiej i na tym turnieju. Z drugiej strony Jasper Cillessen, który karnego jeszcze nigdy w krótkiej i nieefektownej karierze nie obronił.

Van Gaal jednym ruchem zmienił rozkład psychologicznych sił na boisku. Krul w Newcastle obronił dwa z 20 rzutów karnych. Trudno go więc nazwać niesamowitym specjalistą od bronienia jedenastek. Nie chodziło o to kto wchodzi, a o sam fakt zmiany bramkarza. Niewykluczone, że gdyby przez cały turniej bronił Krul, to wczoraj na karne wszedłby Cillessen. Wszyscy w takim momencie podświadomie czują, że ten bramkarz, którego trener wpuszcza tylko na bronienie karnych, musi być jakimś niesamowitym kozakiem i strasznie ciężko mu strzelić. Jestem pewien, że Van Gaal wprowadził zamęt w głowach strzelających Kostarykanów. Krul natomiast musiał się poczuć bardzo pewnie. To pewnie jego jedyny moment w mistrzostwach, ale wiedział, że nagle może zostać bohaterem. Że wszedł tylko na to jedno zadanie – musi po prostu wybronić karne.

Psychologiczny majstersztyk Van Gaala. Ale Holendrzy stali nad przepaścią. Myślałem sobie, co by było, gdyby nierozgrzany Krul w 120. minucie puścił gola. Van Gaal byłby największym błaznem turnieju. Został bohaterem. Żaden półfinalista nie zawdzięcza swojemu trenerowi tak wiele.

Beneluksowa erupcja piłkarska

holbel

Jak najłatwiej się dorobić? Kupić Holendra za tyle, ile jest wart, a sprzedać za tyle, ile myśli, że jest wart. To wyciąg z baśni o tysiącu o jednym Holendrze. Holendrzy mają swój odpowiednik o tysiącu i jednym Belgu, z tymi samymi dowcipami tylko odwrotnie.

Belgowie i Holendrzy są nierozłączni jak Zydorowiczowscy „Beldzy i Holendrowie”. Z jednej strony to jedno z najsilniejszych połączeń politycznych i gospodarczy w Europie, z drugiej jedna z największych rywalizacji. Nie nienawiści, raczej złośliwości, dogryzania i chęci pokazania, kto w tym Beneluksie rządzi.

W futbolu Belgowie i Holendrzy są jednak jak najbardziej rozłączni. Zorganizowanie Euro 2000 było właściwie jedynym wspólnym elementem ich piłkarskiej historii. Ale już losy na samym turnieju nie. Belgia i Holandia siedzą na jednej huśtawce. Spadek jednego wypycha drugiego w górę, co dobrze pasuje do obu narodów, które są swoimi lustrzanymi odbiciami. Gdy Holender płakał, Belg się cieszył. Gdy Belg płakał, cieszył się Holender.

Chcecie to szukajcie, nie znajdziecie na mundialach od 1930 roku drugiego wspólnego wzlotu. Owszem, wspólnie oba kraje leżały na piłkarskim dnie przez 40 lat, ale gdy Holendrzy z futbolem totalnym wybili się na niepodległość, już nigdy nie było między nimi spójności. Złote pokolenie lat 70. w Holandii wyschło, to dobre geny przeniosły się do Belgii i obrodziły złotym pokoleniem lat 80. Względnie podobnie było początkiem lat 90., gdy obie drużyny osiągały na mundialach podobnie przeciętne wyniki i JEDYNY RAZ W HISTORII wyszły razem z grupy. Później jednak dorosło kolejne wielkie amsterdamskie pokolenie, a w Belgii Scifo i kumple się skończyli. W XXI wieku Holendrzy wojowali po czołówkach, a Belgowie nawet na turnieje nie jeździli. Sami zobaczcie. Na czerwono zaznaczone porażki, na zielono sukcesy. Zwróćcie uwagę, że jedyny wspólny ćwierćfinał mistrzostw Europy był w 1976 roku, czyli w czasach, gdy ćwierćfinał był właściwie rundą wstępną. W mundialu wspólnie doszli najdalej do drugiej rundy. Raz. W ćwierćfinale jednego mundialu Belgia i Holandia nie były nigdy.

tabelka

Wydawało się, że w tym mundialu reguła zostanie zachowana. Superzdolne pokolenie Belgów równa się wybitnie nieuzdolnionemu pokoleniu Holendrów. Ale z wprawną ręką Louisa Van Gaala Holendrzy przetrwali. Sąsiadów dzieli jeden wygrany mecz od wpadnięcia na siebie w półfinale. Rywalizacja belgijsko-holenderska jeszcze nigdy nie toczyła się na tak wysokim poziomie.

Głowa, słupek i kolano Dzemailiego

jules

Są momenty, które się taktykom nie śniły.

Fascynujące, jak można wyszkolić piłkarzy, wychować całe zdolne pokolenie, nauczyć ich biegać w 4-3-3 czy innym 3-5-2, idealnie ustawić ich na boisko i zderzyć się z…

No, właśnie, z czym?

Z słupkiem – to najbardziej trywialna odpowiedź. Z pechem. Z przypadkiem. Z fatum. Z bóstwem. Z Bogiem.

Może jestem powariowany do reszty, ale nie potrafię tak po prostu zaakceptować faktu, że w 122. minucie, trzy minuty po stracie gola, drużyna robi wrzutkę rozpaczy, obrońcy odpuszczają strzelca, ten uderza głową, trafia w słupek, traci równowagę, piłka odbija się od słupka, trafia go – bez jego wiedzy – w kolano i przelatuje centymetry obok słupka. Pech? Nie, to jest zbyt prozaiczne. To jest dla mnie sytuacja rodem z Pulp Fiction.

A co to jest cud?
- Akt Boga.

A co to jest „akt Boga”? Kiedy Bóg czyni niemożliwe możliwym. Ale dzisiejszy poranek pod to nie podpada.

- Vincent, tu właśnie źle rozumujesz. Bóg może zatrzymać kule, zmienić colę w pepsi, znaleźć moje kluczyki, ale przecież nie o to chodzi. To nieważne, czy to był cud spełniający wymogi cudu. Ważne to, że poczułem dotknięcie Boga. Bóg się w to wmieszał.

- Ale dlaczego?

- Tego właśnie, kurwa, nie wiem.

Ja też nie. Ale wiem, że mierzenie wielkości piłkarza liczbą zdobytych przez niego trofeów jest absolutnie bezsensowne. Gdyby Blerimowi Dzemailiemu piłka inaczej odbiła się od kolana, doszłoby do rzutów karnych, w których przewagę psychologiczną mieliby Szwajcarzy. Argentyna by odpadła, a o Messim powiedziano by, że znów nie zrobił tego, co zrobił Maradona. A Messi nie miał na to żadnego wpływu. Tu był tylko słupek, rzepka, kula z tworzyw sztucznych i absolut.

To zostawia trwały ślad w psychice. Mauricio Pinilla już zdążył sobie wydziergać na plecach swój strzał w poprzeczkę z ostatniej minuty meczu z Brazylią. Z Dzemailim tatuażysta będzie miał większy problem, bo trzeba uwiecznić i przygrzmocenie w słupek i odbicie od kolana. To będą dwa najbardziej pechowe momenty w życiu tego Szwajcara.

Współczuję mu, bo ja wprawdzie dzisiaj jestem w takim stanie, że sam bym sobie chętnie wytatuował ten moment, mimo że ze Szwajcarią łączy mnie tyle, co z samochodami drogimi, ale mam nadzieję, że to przejdzie. Dzemaili z nadprzyrodzoną interwencją przeciwko sobie będzie musiał żyć do końca.

Klinsmann idzie na całość

Z wielkim zainteresowaniem przyglądam się temu, co Klinsmann robi z amerykańską reprezentacją, ba, z amerykańską piłką w ogóle. Niemiec póki co rozgrywa tę turniejową partię po mistrzowsku.

Najpierw odstawił Landona Donovana. Oczywiście, to dorabianie ideologii, ale dziś wygląda to na genialny ruch. Sygnał dla całego środowiska, że zaczyna się coś nowego. „Pamiętacie, ten nieporadny soccer, który wydawał wam się dziwny i nie był w stanie niczego wygrać? Zapomnijcie o tym. Nie biorę Donovana, bo mamy nowych, lepszych”.

Później postawił na graczy z rodzimej ligi. Oczywiście, wolałby żeby jego gracze występowali w najlepszych klubach europejskich. Ale że nie występują, to zrobił drużynę z tych, których ma, robiąc z wady zaletę – dzięki temu mógł rozgrywać więcej sparingów niż inni selekcjonerzy.

Następnie wystosował w amerykańskich mediach apel do wszystkich pracodawców o zwolnienie pracowników celem umożliwienia im oglądania meczu, dodał wzór usprawiedliwienia i zaapelował o danie przykładu. Amerykanie lubią takie rzeczy. To umiejętne grzanie atmosfery i pieczenie zainteresowania futbolem.

To wszystko było dodatkiem do znakomitej gry w meczach grupowych i świetnego ustawienia drużyny. Amerykanie wyszli z niemożliwie trudnej grupy. Widzę, że Klinsmann idzie teraz na całość, a na stół wyłożył całą artylerię argumentów psychologicznych.

Najpierw zaapelował do piłkarzy i ich żon o przebukowanie biletów najwcześniej na 15 lipca. Amerykanie nie mają zamiaru wracać wcześniej.

Później amerykańska prasa napisała z okładek, że piłkarze są „tylko o cztery mecze od marzenia”. To naród optymistów, daję głowę, że większość już – tak jak Barack Obama – wierzy, że się uda.

Piłkarze już wierzą. Mówi o tym Omar Gonzalez. „Trener zaraża nas nieprawdopodobnym optymizmem. Wierzymy, że możemy ograć na tym mundialu każdego. Wyszliśmy z grupy, a w szesnastce może się zdarzyć absolutnie wszystko”.

Wreszcie Klinsmann na konferencji prasowej wywarł presję na arbitrze. Doczepił się jego algierskości, uważając, że będzie faworyzował Belgów, do tego będzie  z nimi mówił po francusku, tak by Amerykanie nie rozumieli, przypomniał, że to Amerykanie zamknęli Algierii drogę do wyjścia z grupy cztery lata temu, a Algierczycy grali z Belgią w fazie grupowej tych mistrzostw. Nie pytajcie, jakie to ma znaczenie, Klinsmann sam nie wie. Strzelał te głupoty z premedytacją. Algierczyk nie jest przygotowany do gierek trenerskich na konferencjach prasowych i jestem pewien, że będzie mu dużo trudniej w ostatniej minucie podyktować w spornej sytuacji rzut karny dla Belgii.

Klinsmann poczuł moment i dorzuca do tej watry. Nie zostawia sobie już żadnej furtki odwrotu, gra o wszystko. Wmówił Amerykanom, że przywiezie mistrzostwo świata i wygląda na to, że faktycznie ma taki zamiar.

Niemiecko-holenderska wymiana genetyczna

Płynne tożsamości współczesnej Europy. Hybrydowość. Glokalizacja. Niemki ładne a Hiszpanki brzydkie. Jose Gonzalez ze Szwecji. Hiszpanie wygrywający przez lata wszystko jak leci. Niemcy grający pięknie i przegrywający. Grecy prowadzący grę i tracący gole po rzutach rożnych. Stereotyp runął, runął runął i pogrzebał stary świat.

 To może i ten runął? Pytam z cichą nadzieją, trwogą i nieśmiało.

 Może teraz to Niemcy będą pięknie przegrywać, a Holendrzy brzydko wygrywać?

 Może gdzieś tak w okolicach 2005-2006 roku, korzystając z tego, że przejście graniczne Roermond – Emmerich am Rhein już dawno nieobstawione surowymi celnikami, chyłkiem przeskoczył na drugą stronę gen pięknego przegrywania. Nic się Niemcy nie pokapowali, nawet się cieszyli, że grali tak efektownie na mundialach w 2006 i 2010 oraz Euro 2008 i Euro 2012. Dopiero po tym ostatnim coś im przestało pasować. „Wszyscy grają 90 minut i dłużej a na końcu wygrywają Niemcy?“. To dlaczego nie wygraliśmy od 20 lat? Dlaczego tracimy gole w końcówkach. Dlaczego prowadzimy 4:0 i remisujemy 4:4?

 Holendrzy mieli swojego genu bardziej burzliwy proces ekstradycyjny. W 2006 roku wykopali do Emmerich piękne przegrywanie, ale zobaczyli, że to nie było zbyt mądre, bo nic nie wzięli w zamian, co sprawiło, że w Niemczech zagrali brzydko jak nigdy i przegrali jak zwykle. W międzyczasie gen pięknego przegrywania, przebywający już w Niemczech, podczas wizyty w Amsterdamie – dzieci, sprawdźcie czy was nie ma w kuchni -połączył się z komórką genetyczną holenderską i w 2008 obie pięknie przegrały. Ale Holendrzy się zorientowali, wyrzucili za granicę piękne przegrywanie i zaczęli grać bardzo brzydko. O mało nie zgarnęli w ten sposób mistrzostwa świata, ale jednak korzenie dały o sobie znać. Możesz wyciągnąć człowieka z Holandii, ale nie tak od razu wyciągniesz Holandię z człowieka.

 W 2012 w wyniku powikłań związanych z zamianą genów, doszedł do głosu inny holenderski gen odpowiedzialny za przerośnięte ego. Holendrzy nie mieścili się przez niego w drzwiach krakowskiego Sheratonu, nie mówiąc już o wąskich tunelach na stadion. Na żaden mecz nawet nie wyszli.

 U Niemców ta zamiana genów dokonała się nagle, u Holendrów to był długotrwały proces.

 Ale tak sobie marzę, może to już? Może teraz wszyscy grają 90 minut i dłużej, a na końcu wygrywają Holendrzy?

 Czy to nie jest takie niemieckie, jak Holendrzy bezlitośnie punktują rywali, sami nawet nie próbując wmawiać, że są idealni? Czy to nie jest niemieckie, że przegrywają do 88. minuty i wygrywają nawet bez dogrywki, po golu najsłabszego zawodnika na boisku? Czy to nie jest niemieckie, że wszyscy rywale wybijają się w jednej części drabinki, a Holendrzy z krzywym niemieckim uśmiechem brną przez rywali uboższych w talent? Czy to nie jest niemieckie, że drużyna składa się z dziewięciu rzeźników i dwóch gości, którzy rozumieją, co się z tą gałą robi?

 Nie, to nie jest niemieckie. Niemieckie to teraz grać pięknie jak nigdy i przegrać jak zawsze. Dać się wyeliminować w jedynym słabszym meczu w turnieju. Chcę wierzyć, że odwieczne stereotypy zamieniły się właścicielami.

 Nie kwilcie mi tu w czasie meczów Holendrów, że grają brzydko. Nie ma nic piękniejszego niż brzydko grająca Holandia. Za dużo już razy widziałem ten mecz z Meksykiem, który toczył się wczoraj do 88. minuty. To odpadanie w najmniej spodziewanym momencie. 2000, 2004, 2006, 2008, 2010. Pięć razy mi wystarczy.

 Holandia wyrachowana, och. Brutalna, ach. Wygrywająca fuksem, jak wspaniale. Zwyciężająca niesprawiedliwie, a najlepiej przy pomocy sędziów – uczta dla strudzonej duszy. Pomarańczowa rewolucjo trwaj, jesteś piękna.

Azjatyckie papierowe tygrysy

„Nawet Iran gra w piłkę lepiej od nas” – powiedział dzisiaj Grzegorz Lato i trudno odmówić mu racji. Ale Iran i jego kontynentalni sąsiedzi znajdą na świecie niewiele drużyn, od których kopią lepiej.

Azja to piłkarska pustynia.

Mówiło się w trakcie fazy grupowej, że mamy wielki kryzys Europy. Fakt, fazę grupową przebrnęło tylko sześć europejskich drużyn, podczas gdy standardem kilku poprzednich mundiali było dziesięć. Ale już cztery lata temu Europy wyszło tak samo mało, co nie przeszkodziło wszystkim w obwołaniu turnieju wielkim zwycięstwem tego kontynentu. Nie dość, że pierwszy raz europejska drużyna zdobyła mistrzostwo świata poza swoim kontynentem, to jeszcze w półfinałach 3/4 składu grało u nas.

Choć dzisiejsze europejskie drużyny wydają się słabsze niż cztery lata temu, wciąż nie można wykluczyć sytuacji, że do półfinału dojdą np. Francja, Holandia i Belgia. Pogłoski o śmierci Europy są przedwczesne.

Podobnie rzecz się ma z Afryką. Fakt, że po pierwszej serii meczów wydawało się, że z Czarnego Lądu przyjechali sami słabeusze i do dziś trudno wierzyć, by ktokolwiek dał radę dojść choćby do ćwierćfinału, nie mówiąc już o półfinale, ale jednak dwóch afrykańskich drużyn w tej fazie mundialu nie było nigdy.

Najlepszy wynik w historii wykręciła bardzo niedoceniana strefa CONCACAF zaś paradoksem południowoamerykańskim na tym turnieju jest fakt, że najsłabiej wyglądają tradycyjni potentaci – Brazylia i Argentyna – podczas gdy cały świat zachwyca się Kolumbią, Chile i Urugwajem.

A w Azji pustka, czarna dziura.

Historycznie da się to wytłumaczyć, bo to zawsze był kontynent, na którym kopano najsłabiej. Dość powiedzieć, że pierwszego gola na mundialach zdobyli w… 1966 roku, a więc 36 lat po pierwszym turnieju. W Anglii Korea Północna zaliczyła jednorazowy wybryk, ale później aż do dziewięćdziesiątych lat Azja czekała na drugą wygraną.

XXI wiek zdawał się jednak to myślenie o Azji wywracać. Coraz więcej tamtejszych zawodników pojawiało się w mocnych europejskich ligach i nie byli już tylko nośnikami reklamowymi, ale wnosili realną wartość piłkarską, że wspomnę tylko Hidetoshiego Nakatę, Park Ji Sunga, Lee Young Pyo czy Sunga Jihaia. Od mundialu, który zorganizowali, zaczęło się szaleństwo na punkcie piłki nożnej i dobre wyniki. Jasne, Korea Południowa była niemożliwie przeciągana do półfinału, ale słabą drużyną na pewno nie była. Japonia wówczas także wygrała grupę. Kolejne mundiale też potwierdziły poprawę. W 2006 wprawdzie nikt nie wyszedł z grupy, ale Korea do końca o to realnie walczyła. W 2010 i Korea Południowa i Japonia były w 1/8 finału.

Patrząc na wybieganie, dobrą organizację tamtejszych drużyn i całkiem niezłą technikę, wreszcie widząc zalew np. Bundesligi japońskimi i koreańskimi piłkarzami, można było zacząć myśleć, że już chyba prędzej mistrzostwo świata pojedzie do Azji niż do Afryki.

Tymczasem mistrzostwa w Brazylii okazały się absolutną klapą, totalną klęską azjatyckiej piłki. Już nawet nie to, że okazali się znów najsłabszym kontynentem. Oni uciułali razem nędzne trzy punkty po trzech remisach. To najgorszy wynik od 1990 roku, gdy wysłali o połowę mniej drużyn. Pierwszy raz od mistrzostw we Włoszech azjatycki zespół nie wygrał nawet jednego meczu.

Był taki moment w fazie grupowej, gdy myślałem sobie, że to, co się dzieje w Brazylii, jest odzwierciedleniem tego, co się dzieje w geopolityce. Tradycyjne centrum, czyli Europa, staje się peryferyjne, kluczowe ośrodki przenoszą się gdzie indziej. Metafora była jednak chybiona i szybko ją porzuciłem. To, co się dzieje, jest zupełną odwrotnością geopolityki. Największy kontynent w największym sporcie nie istnieje i zwija się zamiast rozwijać.

Przynajmniej w piłce nożnej wydaje się, że Azja swój moment i szansę na skokowy rozwój przespała.

Czemu cieniu odjeżdżasz cz. II

Nadal skupiam się na przegranych mundialu, bo w ten sposób będzie można ocenić prawie każdą drużynę. W końcu 31 z 32 drużyn te mistrzostwa świata przegra. Osiem w ostatnich dwóch dniach już to nawet zrobiło.

Wybrzeże Kości Słoniowej

Nie chcę, żeby to zajeżdżało ministrem spraw zagranicznych, ale Wybrzeże odpadło w typowy dla afrykańskich drużyn sposób, do którego już nas przez lata przyzwyczaiło. W momencie, kiedy miało zagrać bezwzględnie i cynicznie, Iworyjczycy zagrali radośnie. No i gola z Grecją stracili. W poprzednich dwóch mundialach WKS też zajmowało trzecie miejsce w grupie, ale wówczas były to grupy śmierci, a teraz zdecydowanie nie. Pokolenie Drogby, Kolo Toure i innych przechodzi do historii jako świetni zawodnicy, którzy nigdy nic nie wygrali. Szkoda, bo na papierze wyglądali na najmocniejszą afrykańską drużynę turnieju. Ostatni mecz obnażył brak doświadczenia selekcjonera. Z lepszym i bardziej obytym niż Sabri Lamouchi, Iworyjczycy raczej by z Grecją nie przegrali. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo zabrakło ci cwaniactwa. Warto zawiesić oko na: Serge Aurierze. Świetny prawy obrońca Tuluzy zaliczył dwie asysty w meczu z Japonią, a bardzo dużo biegał we wszystkich spotkaniach. Czeka go transfer do lepszego klubu.

JAPONIA

Duże rozczarowanie. Jako fan Bundesligi oglądam co tydzień wielu znakomitych Japończyków i myślałem, że na mundialu to będzie mocna paka. Jeden punkt to za mało. Azjaci byli dobrze zorganizowani i momentami wyglądali nieźle, ale niestety fatalnie wyglądali w polu karnym i własnym i rywala. A to w sumie miejsca w futbolu najważniejsze. Źle spisywali się stoperzy, bramkarz i środkowy napastnik. Czyli brakowało skuteczności a nie brakowało prostych kiksów pod własną bramką. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo w piłkę gra się nie tylko pomiędzy polami karnymi. Warto było zawiesić oko na: Hondzie i bocznych obrońcach Uchidzie oraz Nagatomo. Ale to żadne zaskoczenia.

WŁOCHY

Nie wiem, co powiedzieć. Po pierwszym meczu zakładałbym się, że to najmocniejsza obecnie europejska drużyna z selekcjonerem idealnym. Drugie z rzędu odpadnięcie po fazie grupowej to katastrofa, bo o ile włoska piłka klubowa wygląda fatalnie, to reprezentacja jeszcze do niedawna dawała radę. Już nie daje. Problemem mogło być zmieniane co mecz ustawienie i skład. Może zabrakło stabilizacji? Może atmosfery? Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo powiedziawszy A, nie powiedziałeś B i C. Warto było zawiesić oko na: Candrevie w pierwszym meczu i na Darmianie. Nie wymieniam Pirlo, bo w niego warto było się wgapiać non stop, a nie tylko zawieszać oko.

ANGLIA

Nie rozumiem lamentów nad tą kadrą. Szczerze i bez ironii: nie pamiętam tak dobrej angielskiej reprezentacji. Zawsze jakimś psim swędem wychodzili z grupy czy dochodzili do ćwierćfinału, a tu wyglądali naprawdę dobrze i w meczach z Urugwajem i z Włochami. Dużo świeżych, dobrych nazwisk, naprawdę ciekawa drużyna. Wiem, że Anglicy teraz wieszają psy na selekcjonerze, ale to dla mnie przykład kompletnego nie uznawania roli przeciwnika w futbolu. Tak się trafiło, ktoś musiał odpaść. Z sześciu na osiem grup na tym mundialu Anglicy by wyszli, z czterech na osiem wyszliby z pierwszego miejsca. A akurat trafili do takiej, z której nie wyszli. Zdarza się, ale idźcie tą drogą, to może coś wreszcie wygracie. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo rywale byli mocniejsi. Tylko tyle. Warto było zawiesić oko na: Sterlingu.

EKWADOR

Jak się ma za miękkie serce, to trzeba mieć twardą d… Mieli piłkę meczową na 2:1 ze Szwajcarami, ale bali się strzelić, więc zostali skontrowani i przegrali kluczowy mecz. Od Hondurasu byli znacząco lepsi, ale na rezerwową Francję umiejętności zabrakło. Gdyby mundial zorganizowali u siebie, pewnie byliby w strefie medalowej, ale skoro grają na wyjazdach, muszą być bezwzględni, bo inaczej to inni będą bezwzględni. Czemu cieniu odjeżdżasz? A co tam, pojadę językiem TVP: Bo niewykorzystane sytuacje się mszczą. Warto było zawiesić oko na: Ennerze Valencii. Do Europy go. Lepszy od tego bardziej znanego Valencii.

HONDURAS

Czyli ekipa będąca bolesnym potwierdzeniem naszej słabości. Musimy się podniecać tym, że jakiś z całym szacunkiem Honduranin nazwał syna na cześć Bońka, a teraz ten syn jedzie na mistrzostwa świata. Albo że ich rezerwowy był kiedyś u nas w Wiśle, a ich gwiazda strzelała gole dla – przepraszam za określenie – Bełchatowa. Skoro najbardziej polska, to też jedna z najsłabszych na mundialu. Mogłaby o to miano walczyć w kisielu z zawodnikami Kamerunu. Ale swój cel osiągnęła – zdobyła pierwszą od 32 lat mundialową bramkę. W tym tempie w 2046 roku powinna wygrać mecz. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo byłeś najbardziej polską drużyną. Warto było zawiesić oko na: Nie że warto, ale Bernandez był zafarbowany na biało i trudno było nie zawiesić na nim oka, bo się wyróżniał.

BOŚNIA I HERCEGOWINA

Pisałem już, że nie wiem do końca, jak oceniać mundialowy występ debiutanta. W meczach z Argentyną pokazali spore umiejętności, ale w najważniejszym, z Nigerią, kompletnie zgaśli po niesłusznie nieuznanym golu. Jestem mimo wszystko rozczarowany, bo Bośniacy mają lepszych piłkarzy niż Nigeryjczycy i to oni powinni dostać szansę gry z Francją. Ale jak mówi stare przysłowie nerdów, liczy się to, co w sieci. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo zabrakło ci turniejowego ogrania. Zagrałeś zbyt naiwnie. Warto było zawiesić oko na: Oprócz oczywistych nazwisk, przede wszystkim na Muhamedzie Besiciu. Jak taki świetny 22-latek może grać tylko w Ferencvarosu Budapeszt? Polskie kluby, brać go!

IRAN

Marzy mi się taki występ Polaków na mundialu. Co z tego, że piłkarze beznadziejni, jak ułożeni mądrze. Zagrali wspaniały pokaz antyfutbolu (tylko pozornie oksymoron) z Nigerią, o mało nie wsadzili kija w szprychy Argentynie. Z Bośniakami trzeba było już zdobywać bramki, to znacząco utrudniło zadanie, ale Iran bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dowód na to, że nie trzeba mieć piłkarzy do tego, by radzić sobie z naprawdę dobrymi piłkarzami. Psuć jest łatwiej niż budować i tyczy się to także akcji na boisku piłkarskim. Czemu cieniu odjeżdżasz? Bo prawdopodobieństwo wyjścia z grupy z trzema bezbramkowymi remisami jest jednak bardzo niskie. Warto było zawiesić oko na: lewym obrońcy Persepolis Teheran Mehrdadzie Pooladim.

 Ciąg dalszy nastąpi.