Atletico z koszmarów Guardioli

Doprawdy, futbol nie oszczędza nam w tym roku emocji. Jeszcze całkiem nie doszliśmy do siebie po nieziemskim starciu Liverpoolu z Borussią, a właśnie spadła na nas jak donica z balkonu wiadomość, że w półfinale Ligi Mistrzów Bayern zagra z Atletico.

W emocjach bloguję, może się okazać, że za tydzień, jak już trochę ochłonę, zobaczę jakiś cień szansy dla Bayernu i rysę słabości na Atletico. Na ten moment wszelkiej nadziei się wyzbyłem. Jeśli wielu przez lata czuło, że drużyny Pepa Guardioli nie są idealne i mają pewne słabości, to chyba los właśnie daje wszystkim sceptykom względem tego trenera koronne argumenty.

Atletico jawi się w mojej głowie jako drużyna wprost stworzona do ogrywania Bayernu. Z hordą Diego Simeone nie lubi grać nikt na świecie, ale najbardziej nie będą tego lubiły drużyny Guardioli. Szczęśliwie dla reputacji Pepa, póki co udawało mu się praktycznie unikać starć z Simeone. Gdyby zebrać wszelkie drobne słabostki, chwiejne momenty Bayernu i z całego świata zmontować ekipę, która spróbowałaby je wykorzystać, wyszłoby nam Atletico Madryt. Każdy, kto pokonywał Barcelonę w ostatnich latach, robił to stosując taktykę Atletico. A nikt nie doprowadził do takiego mistrzostwa taktyki Atletico jak samo Atletico.

Przez lata żyliśmy w świecie, w którym przeciwieństwem Guardioli był Jose Mourinho. Podczas gdy najprawdziwszym przeciwieństwem jest Diego Simeone. To antyteza najkompletniejsza. Jeśli Guardiola uczy, że w futbolu da się wygrywać tylko na jego modłę, to Simeone wygrywa robiąc wszystko odwrotnie. Starcie tych światów będzie fascynujące. Dotychczas obaj zmierzyli się tylko raz. W 2012 roku Barcelona schyłkowego Guardioli grała z wschodzącym Atletico Simeone. Barcelona wygrała, ale Simeone dopiero uczył swoich piłkarzy sztuki bronienia, którą dziś doprowadzili do perfekcji.

Już widzę oczami wyobraźni Bayern mający piłkę przez 176 ze 180 minut rywalizacji z Atletico. I wymieniający ją od lewa do prawa i prawa do lewa, nie potrafiąc znaleźć pół luki w murze madrytczyków. Widzę próby dryblingów Ribery’ego i Douglasa Costy, rozbijające się o potrojoną asekurację rywali. Widzę jak Lewandowski upada po każdym starciu z Godinem, a cały nadwiślański naród drży o jego zdrowie w kontekście Euro. Widzę jak Guardiola drapie się po głowie. Widzę jak wszyscy piszą: „Brakuje Robbena”. No i widzę jak w ciągu tych czterech minut, w których Bayern nie będzie miał piłki, daje się kontrować. Jak traci piłkę w środku pola, jak obrońcy dają się rozjeżdżać, jak bezradni są wobec kontrującego rywala. I jak jeden Arturo Vidal walczy przeciwko jedenastu Arturom Vidalom.

Tak, gdyby Bayern trafił na Manchester City, nastawiałbym się na spacerek. Gdyby trafił na Real, szanse dawałbym 50 na 50. Jako że trafił na Atletico, jedynej mikrej szansy Bayernu upatruję w Thomasie Müllerze. Jeśli ktoś ma znaleźć szparę w murze Atletico, to tylko on, Raumdeuter.

Naiwna wiara w Guardiolę

Nigdy nie byłem fanem Guardioli. Moment, w którym jego Barcelona zaczęła demolować rywali, był chwilą mojego wiecznego rozwodu z tym klubem. Wychowałem się w poczuciu kibicowania zespołowi, który nigdy niczego nie wygra (naprawdę), nie mogłem spać w nerwowym oczekiwaniu wyniku z Teneryfą (bo czasy były takie, że na serio się o Barcelonę obawiałem), emocjonowałem się dramatyczną walką o zajęcie szóstego czy tam czwartego miejsca. Barcelona ananasów w stylu Bonano, Hespa, Christanvala, to była moja Barcelona. Nawet gdy już za Rijkaarda wygrywała Ligę Mistrzów, to nadal było piękne, bo czuło się, że wszystko się zaraz rozsypie i to, że sezon później najlepsza niby drużyna w Europie finiszowała za Villarrealem było naturalną konsekwencją.

A później przyszedł Guardiola i zaczął wygrywać wszystko i ze wszystkimi. Wysoko. Regularnie. Niemal bez pomyłek. Wysypało się wokół pełno kibiców Barcelony – wychowałem się w czasach, gdy pełno było kibiców galaktycznego Realu – a mnie kibicowanie drużynie, o której wiadomo było, że wszystko wygra, przestało cieszyć. Mniej więcej w tym samym czasie zadurzyłem się w Hull City. Co więcej, pretensje do Guardioli miałem nie tylko o to, że uczynił z „mojego” klubu maszynkę do wygrywania, ale też o styl. Dzisiaj to oczywiste, bo tzw. tiki-taka jest passe. W 2008 roku pisząc, że to Guardiola a nie Mourinho zabija futbol czułem się jak heretyk. Szczerze wierzę, że byłem w gronie kilku pierwszych ludzi, którym styl Barcelony Guardioli się nie podobał. Mniej więcej od tego 2008 roku Barcelona zaczęła dla mnie znaczyć tyle, co inne wielkie kluby tego świata, czyli niewiele. I jedynym tego winnym był Guardiola.

 Ale co innego rozmawiać o jakichś dziecięco-nastoletnich fantazjach i zawodach, a co innego patrzeć na Guardiolę trzeźwo i merytorycznie. Nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że to trener wybitny. I wylewanie na niego kubłów pomyj, które po paru latach jego sukcesów z Barceloną zrobiło się notoryczne, wyśmiewanie jego futbolu na forach internetowych całego świata, kolportowanie bzdur o jego przychodzeniu „na gotowe”, sprawiło, że paradoksalnie zacząłem mu życzyć sukcesów.

Naiwna wiara w Guardiolę towarzyszyła mi więc od pierwszego dnia jego pracy w Monachium. Wtedy, gdy jawnie demontował genialną drużynę Heynckessa – po latach, cóż to była za genialna drużyna! Nigdy nie widziałem piękniejszego futbolu niż w dwumeczu z Barceloną – stwierdzałem, że musi ją zdemontować, bo drugi raz takiego sukcesu z tymi samymi ludźmi, grając w ten sam sposób, nie udałoby się osiągnąć. Gdy zmieniał wszystkim możliwym piłkarzom pozycje na boisku, Lahma wystawiając na środku boiska, Alabę rzucając po całym świecie, nie widziałem w tym przekombinowania, a tego, że trener widzi coś więcej. Gdy Bayern notorycznie zanudzał w Bundeslidze, widziałem w tym raczej genialne wyrachowanie. Gdy wszystko się ewidentnie waliło, wierzyłem, że wszystko ma pod kontrolą. Nawet gdy Real wygrał pierwszy mecz półfinałowy, byłem przekonany, że Guardiola ma genialny plan na rewanż. Nawet gdy w rewanżu Bayern był demolowany, wierzyłem, że to dlatego, iż nie dostał pełni władzy. Nawet gdy w drugim sezonie Bayern cały czas grał tak samo i wydawało się, że popełnia te same błędy, wierzyłem, że akurat Barcelonę Guardiola rozpracuje jak nikt inny. A gdy się okazało, że nie rozpracował, to myślałem, że rozwiąże problemy z kontuzjami, wzmocni zespół i trzeci sezon to będzie triumfalny marsz Guardioli przez historię. Bo przecież nie mogą mieć racji te tłumy internetowych hejterów, podkreślających na każdym kroku, że to trener przereklamowany.

Przez poprzednie dwa lata nazywałem to wiarą w Guardiolę. Dziś, choć biję się z podobnymi myślami, nazwałbym to już naiwną wiarę w Guardiolę. Przecież widzę, że wyrzucenie Muellera-Wohlfahrta w niczym nie pomogło, a kontuzji jest nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Przecież widzę, że Bayern jest bardzo daleki od bardzo dobrej formy. Przecież widzę, że mam problemy z przypomnieniem sobie naprawdę zachwycającego meczu Bayernu (z Dortmundem? Było lanie, ale nie zachwycający mecz. Z Wolfsburgiem? To był zachwycający mecz Lewandowskiego, a nie Bayernu. Chyba pozostanę przy meczach z Manchesterem City i z Romą na wyjeździe, ale to było cholernie dawno temu). Przecież widzę, że świetnie kontrująca drużyna jest w stanie zrobić z Bayernu miazgę i wcale nie trzeba do tego Messiego czy Cristiano Ronaldo, wystarczy mający świetny dzień VfL Wolfsburg czy Borussia Moenchengladbach. Przecież widzę, że Juventusu nie da się zatrzymać dwoma niskimi środkowymi pomocnikami na środku obrony i przecież wiem, że Ligę Mistrzów wygrywa się przede wszystkim obroną, a nie atakiem, czyli dokładnie tym, czego Bayern dziś nie ma.

Jedyny powód, dla którego nie jestem skrajnym pesymistą, to naiwna wiara w Guardiolę. Dotychczas się nie sprawdzała. Ale może w momencie, w którym Juventus jest tak rozpędzony, a Bayern zdradza więcej oznak słabości niż kiedykolwiek, wreszcie okaże się, że ta wiara nie jest naiwna, tylko trener rzeczywiście ma jakiś plan i że wszystko idzie zgodnie z nim? Że te chybotliwe mecze z Darmstadt, Hamburgiem, męczenie się z Hoffenheim, niemożność sforsowania obrony Leverkusen (Dortmund wygrał tam dwa dni temu mocno eksperymentalnym składem), to tylko usypianie czujności rywala? Głupie? Chyba tak.

 Sam wiem doskonale, że nie pomoże wygranie Bundesligi cztery razy z rzędu, nie pomoże absolutna wszechdominacja w Niemczech. Nic nie pomoże, jeśli Bayern z Juventusem odpadnie. Guardiola odejdzie z Monachium jako przegrany. Wszyscy, którzy w niego wierzyli, będą się musieli zmierzyć z triumfalnym i wszechobecnym: „A nie mówiłem?”. Choćby z tego powodu życzę Guardioli spektakularnego sukcesu i zamknięcia ust krytykom. Nie lubię, gdy mówi się, że futbol to prosta gra, uważam, że jest bardzo skomplikowana. Efektowny triumf Guardioli pokazałby, że trener widzi więcej niż śmiertelnicy.

Ale jak życzę Hiszpanowi sukcesu, tak cieszę się, że wkrótce zastąpi go Ancelotti, przywróci futbol z czasów Heynckessa, prawego obrońcę będzie wystawiał na prawej obronie a lewego na lewej. Eksperymentami Guardioli jestem skrajnie zmęczony, w najbliższych tygodniach rozstrzygnie się czy będę nim również skrajnie rozczarowany.

Piszczek, Immobile i Son. Niemcy trzymają się mocno

Borussia Dortmund w Bundeslidze: jak by nie grała i tak przegrywa. Borussia Dortmund w Lidze Mistrzów: jak by nie grała i tak wygrywa. Przeciwko Galatasaray Stambuł dortmundczycy nie pokazali nic wielkiego i ot tak sobie strzelili jakoś tam jednak renomowanej drużynie cztery gole. Jak gdyby nigdy nic, awansowali do kolejnej fazy w najszybszym możliwym trybie, stracili jedną nędzną bramkę, by wygrać grupę wystarczy im remis na Emirates w następnej kolejce. W takim wypadku na zakończenie fazy grupowej przeciwko Anderlechtowi będzie można wystawić zawodników III-ligowych rezerw. Sam dziś byłem zaskoczony, jak druga drużyna jest spójna z pierwszą – obie zajmują przedostatnie miejsca w swoich ligach.

Nie tak dawno, pamiętam, rewelacyjna w lidze niemieckiej Borussia nie radziła sobie w Lidze Europy, a potem w Lidze Mistrzów. Mówiło się, że musi nabrać doświadczenia, żeby radzić sobie w Europie. Teraz nabrała takiego, że przechodzi przez fazę grupową jak rutyniarz, suchą stopą i bez wysiłku. Musi teraz nabrać doświadczenia, żeby radzić sobie w Bundeslidze.

Mecz z Galatasaray, choć nudny i senny, parę rzeczy jednak pokazał. Na przykład, że skandalicznie niesprawiedliwie traktuje się u nas Łukasza Piszczka. Zajmujemy się ostatnio głównie wypominaniem mu błędów w defensywie, Wojciech Kowalczyk mówi wręcz, że już się Piszczek specjalnie nie nadaje do kadry, parę przyzwoitych meczów Olkowskiego w Koeln sprawia, że niektórzy już widzą go na miejscu kolegi z Dortmundu. Hola, hola. Genialna asysta Piszczka przy golu Reusa była jego SIÓDMĄ w piętnastym meczu tego sezonu. To wynik rewelacyjny, zwłaszcza dla bocznego obrońcy. Tą dzisiejszą asystą ujął mnie wyjątkowo, bo nie było to – jak zwykle – cudowne dośrodkowanie na czubek nosa, ale tym razem prostopadłe podanie a’la Miralem Pjanić czy Mirosław Szymkowiak. Szymkowiakowy szacuneczek.

Drugą osobą, która mnie ujęła, był – nie uwierzycie – Ciro Immobile. Facet dziś po wejściu z ławki co dotknął, zamieniał w złoto. Gdyby Muslera się nie potknął, gola by nie było, zgoda, ale Immobile zachował się jak prawdziwy lis. Jak Pippo Inzaghi z najlepszych czasów. Chwilę później pokazał jednak przy tym niebywałą kreatywność, o którą bym Inzaghiego nie posądzał. Podanie do Aubameyanga po ziemi było wymuskane, idealne. To, że Pierre-Emerick zrobił z nim to, co zwykł czynić, nie jest Włocha winą. A czwarty gol – samobój, też był główną zasługą Immobilego. Facet strzelił już parę goli w Niemczech, ale wreszcie pokazał też jakąś grę wewnątrz drużyny. To dobrze, bo nie przekonuje mnie Borussia z fałszywą dziewiątką Reusem.

Dobre wieści przyszły dziś też z frontu wschodniego, choć długo się na to nie zanosiło, bo Leverkusen męczyło się niemiłosiernie z Zenitem. Znowu proste błędy w obronie, znowu niemrawy atak, znowu Bernd Leno bohaterem. Po przerwie jednak Bayer jak rutynowany bokser. Pierwsza bramka – majstersztyk pod wieloma względami. Po pierwsze, sposób rozegrania rzutu wolnego ewidentnie ćwiczony. Czyli żywy dowód na działanie trenera. Po drugie, sposób wykonania rzutu wolnego absolutnie genialny. Można wyćwiczyć, że ten biegnie tu, a tamten tam, ale nie można zaplanować, że Son tak idealnie zakręci piłką.

Drugi gol, też piękna kontra, pełen spokój Sona. Dobrze, że w Leverkusen wreszcie mają się na kogo rozkładać bramki. Do tego stopnia, że Kiessling już chyba nie pamięta, kiedy strzelił ostatnią. Bayer był dziś mniej szalony, bardziej rozważny i to dobrze. Rozważny Bayer ugra w tym sezonie więcej niż szalony Bayer. Choć w końcówce, po pięknym golu Zenita, zrobiło się groźnie. Nie raz już w tym sezonie Leverkusen w takich okolicznościach traciło punkty. Teraz nie straciło i za to brawa. Jest pierwsza pozycja i spora szansa na wygranie grupy. Czyli jest nadzieja na dłuższą grę w Lidze Mistrzów niż rok temu.

I tylko o Calhanoglu mam do Schmidta lekki żal. Ostatnio zaczął go wystawiać jako szóstkę, pomocnika jednak bardziej defensywnego. Radzi sobie przyzwoicie, bo to dobry piłkarz. Ale żałuję. Bo jakoś Turek to dla mnie zawodnik, który najpełniej rozkwita w ofensywie. Nie ma jednak większych powodów do narzekań. Bundesliga znów dość gładko przeszła przez mecze w Europie, potwierdziła, że jest silna. To już osiem zwycięstw z rzędu niemieckich drużyn w europejskich pucharach. Biorą bundesligowicze Europę szturmem.

Koniec miesiąca miodowego Guardioli. I niczego więcej

guardiola-blog

„Bayern nie potrzebuje mieć za sobą Niemiec. Potrzebuje mieć Niemcy w sobie” – przeczytałem dziś w felietonie „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Niemcy domagali się „niemieckiej” gry. To obrazuje, przed jak karkołomnym zadaniem stał Guardiola. A może jeszcze bardziej, przed jak karkołomnym zadaniem stoi.

Choć dziś Guardiola nie stoi. Guardiola leży.

Guardiola przegrywający 0-4 na własnym boisku to widok niewyobrażalny. Dotychczas ten jeden z największych trenerów naszych czasów generalnie wygrywał, a jeśli przegrywał, to minimalnie. Dziś leży jak skóra z diabła. Jak Mourinho po porażce 0-5. Jak Ferguson po 1-6. Wszystkim wielkim taka klęska się zdarzyła, Guardiola dotychczas ich unikał. Aż do dziś.

Spodziewam się, że w momencie, gdy piszę te słowa, zalew różnej maści ekspertów i „ekspertów” już udowadnia, że Guardiola to żaden trener i zepsuł Bayern. Radykalne, czarno-białe opinie lepiej się przebijają. Ja chcę apelować o rozsądek, spokój i nie wyciąganie pochopnych wniosków.

Nie mnie poprawiać Guardiolę. Ale sądzę, że jego piłkarze przegrali przede wszystkim w głowach. Mroziły mnie już te uśmiechy w czasie hymnu Ligi Mistrzów czy pogaduchy Robbena z Ronaldo. Może jestem naiwny, ale oczekiwałbym w tym momencie jednak piany z ust i żądzy mordu. A nie szukania cioci na trybunach. Jeśli chodzi o przygotowanie mentalne drużyny, trenerowi na pewno nie pomogła śmierć Tito Vilanovy. W kilka dni po odejściu jednego z ludzi, którzy przez lata byli mu najbliżsi, trudno w stu procentach być myślami tam, gdzie myślami być musiał, jeśli miał wyeliminować Real.

Psychologia zagrała też rolę w całym sezonie. Wspominałem już i powtórzę, że nie widzę żadnego sensu w porównywaniu Bayernu Guardioli z Bayernem Heynckesa właśnie dlatego, że przystępowały do kluczowych meczów w zupełnie innej sytuacji mentalnej. Bayern zeszłoroczny wściekle gonił króliczka, tak jak dziś Real. Bayern tegoroczny musiał szukać w sobie motywacji.

Mówi się też, że Bayern spuścił z tonu po zdobyciu mistrzostwa Niemiec. Nie winię Bayernu, że wygrał Bundesligę najszybciej w historii, ale chyba największy zarzut w stronę Guardioli można chyba kierować właśnie tutaj – nie potrafił podtrzymać w zawodnikach koncentracji po wykonaniu pierwszego z zadań.

Drugi zarzut jest raczej „systemowy”. Guardiola jest radykałem. Ma obsesję na punkcie posiadania piłki i święcie w nie wierzy. Nie wpisuję się w chór tych, którzy mówią, że tiki-taka to dziadostwo, ale uważam, że trener elastyczny jest lepszy niż trener nieelastyczny. Czyli lepiej czasem mieć plan B. Ale tego nie zmienimy. Chcesz zakontraktować Guardiolę? Dostajesz gwarancję mistrzostwa kraju, awansu do półfinału Ligi Mistrzów, epoki usłanej sukcesami, ale efektem ubocznym jest irytacja, że czasem nie spróbuje czegoś nowego. Nikt nie jest idealny.

Powtórzę to, co mówiłem rok temu: Guardiola stał przed najtrudniejszym zadaniem. Przejął drużynę sytą, po wygraniu wszystkiego. Jeden fałszywy krok i już osiągnął mniej niż poprzednik. A przecież paru uznanym trenerom też nie udało się obronić Ligi Mistrzów. Żeby nie powiedzieć: wszystkim. Trzeba więc zachować spokój, umiar i trzeźwe myślenie. Wzmocnić drużynę w kilku punktach, ale nie dokonywać rewolucji. I Bayern to wie. Podrażniony, wzmocniony, za rok będzie jeszcze silniejszy. W tym roku był bardzo silny, ale trafił na lepszych, głodniejszych. Zdarza się. Kompromitacją byłoby odpadnięcie w fazie grupowej. Odpadnięcie w najlepszej czwórce, to co najwyżej rozczarowanie.

Co czyni misję Guardioli nieporównywalnie trudniejszą od tej barcelońskiej – tam nikt nie wyobrażał sobie, by Barcelona mogła grać inaczej niż proponował to Guardiola. Tam się po prostu tak gra. Niemców takie granie irytuje, jak i wielu z nas. Niemcy są w stanie (niechętnie) zaakceptować tiki-takę wtedy i tylko wtedy, jeśli będzie przynosiła zwycięstwa. Guardiola przeszczepia do najlepszego klubu w Niemczech kulturę, do której dumni miejscowi nie są przekonani. To w dużej mierze przez to, a nie tylko przez porażkę 0-4, skończył się miodowy czas Guardioli w Monachium. Bayern ma swój panteon, z którego każdy – nie tylko Beckenbauer – musi dorzucić swoje trzy grosze.

Ale dziś skończył się tylko miesiąc miodowy. Nic więcej.

Tiki-taka czy kontra-taka? Ważne, że obie perfekcyjne

guardiola

Różnica między sukcesem a porażką na tym poziomie Ligi Mistrzów? Detal. Zdaję sobie sprawę, że trąci to Hajtą, ale zupełnie pozornie nieważny szczegół rozstrzyga losy całego sezonu.

Manchester, 1 kwietnia 2014, 66. minuta. Wrzutka Bayernu Monachium z prawej strony na dalszy słupek, zgranie głową Mario Mandżukicia na wbiegającego na środku pola karnego Bastiana Schweinsteigera. Niemiec strzela kluczowego gola na 1-1. 21 dni później trener Manchesteru zostaje zwolniony.

Madryt, 23 kwietnia, 18.minuta. Identyczna wrzutka Bayernu Monachium z prawej strony na dalszy słupek, zgranie głową Mario Mandżukicia na wbiegającego na środku pola karnego Bastiana Schweinsteigera. Niemiec strzela, ale blokuje go Serio Ramos. Real wyprowadza kontrę, po której strzela gola na 1-0. Czy kluczowego, jeszcze nie wiemy. Ale akcje były IDENTYCZNE.

Utkwiło mi to w pamięci, bo uświadamia, jak niewiele oddziela czasem sukces od porażki. Z Manchesteru United robi się w tym sezonie nieudaczników, jakich mało, Real Madryt ma być jednym z faworytów Ligi Mistrzów. A różnica między nimi jest właśnie taka – mikroskopijna. Tu nie ma rozjeżdżania walcem. Chodzi o to, czy w kluczowym momencie umiesz zablokować Schweinsteigera czy nie.

Jestem zachwycony wszystkimi czterema tegorocznymi półfinalistami Ligi Mistrzów, bo mam wrażenie, że żaden nie zaniedbuje szczegółów. Bayern jest tak różny od Atletico i Chelsea, a jednak podobnie fascynujący. To zderzenie światów, zupełnie innego podejścia do futbolu, innych odpowiedzi na pytanie: „Mieć czy nie mieć?”. Każde z ujęć ma swoich zagorzałych wyznawców i przeciwników (wystarczy spojrzeć na fora). Real jakoś próbuje je łączyć, w czym objawia się kompromisowa natura Ancelottiego. Z każdego z czterech półfinalistów próbuje się robić zabójcę futbolu. Według zwolenników narracji estetycznej, Chelsea i Atletico zabijają, bo bronią, według narracji romantycznej, Real zabija, bo kupuje,a według narracji pragmatycznej, Bayern zabija, bo klepie od prawa do lewa. Jeden detal zadziała na korzyść którejś ze stron i już triumfalnie krzyczą zwolennicy jednych i drugich, jakby to właśnie minimalne zwycięstwo czy porażka miały ostatecznie udowadniać wyższość/niższość tiki-taki/kontra-taki

Te półfinały doskonale pokazują, jak trudny, niejednoznaczny, a przez to ciekawy, jest futbol na najwyższym poziomie. Perfekcja walczy z zupełnie inną, ale też perfekcją. Nie ma – jak rok temu – wdeptywania w ziemię. Wszystko na ostrzu noża. O awansie decydują pojedyncze kopnięcia. Machające skrzydłami motyle mają w tym roku wyjątkowo ważną rolę do odegrania.

Bayern cierpi tak, jak Grażyna Torbicka się starzeje

O mało żeście mnie tydzień temu nie zagryźli, gdy napisałem, że dziwi mnie chwalenie Manchesteru United po meczu, w którym zmniejszył swoje szanse na awans. Tak, jakby chłopaki Moyesa to był jakiś Kopciuszek. Bayern spokojnie i zasłużenie przechodzi do kolejnej fazy, choć dziś w pierwszej połowie zagrał najgorzej od 1979 roku. Mimo to, o awans drżał przez jakieś 103 sekundy.

Wyglądało to, jak na podwórku. Starzy kopią bez ładu i składu, nie mają motywacji, grają od niechcenia. Młodzi i zdeterminowani biorą im piłkę i strzelają gola. Starzy sobie mówią: „dobra, panowie, do roboty”. I strzelają trzy gole. Albo jak w tym meczu wielkiego Torino z Romą. Do przerwy 1-0 dla Romy, w szatni Torino w przerwie jedyne słowa to: „Dość żartów”. I siedem goli w drugiej połowie.

Tyle, że diabeł tkwi w szczegółach.

A trochę nas ten dwumecz nauczył. Po pierwsze, Bayern to nie są nadludzie. Są momenty, gdy ta drużyna się męczy. Środek obrony chwilami wygląda naprawdę źle. Oczywiście, już niejednokrotnie pisałem, że patrząc na Bawarczyków wręcz szukamy dziur w całym, ale one są. Mimo bezproblemowego awansu, nie da się nie zauważyć, że to nie jest żadna naddrużyna.

Po drugie, Bayernu Guardioli i Heynckessa nie da się porównywać. To nie ma najmniejszego sensu, bo obie drużyny są w zupełnie innej sytuacji psychologicznej. Rok temu Bayern był upokorzony na własnym podwórku przez Borussię Dortmund, a na arenie międzynarodowej przez Chelsea. Był tak głodny, że puchar chciał wydrapać. Dziś to drużyna syta, spełniona. Nie ma w niej takiej pasji, ale trudno, żeby była. Wystarczy popatrzeć na każdą drużynę w historii Ligi Mistrzów po triumfie w tych rozgrywkach. Mniej lub bardziej cierpiała. Bayern też cierpi, jednak bardzo umiarkowanie. Tak jak, nikt – oprócz Krzysztofa Ibisza – nie unika starzenia, ale Grażyna Torbicka starzeje się ładniej niż Donatella Versace.

Bayern przechodzi sezon po wygranej wyjątkowo bezboleśnie, ale nie można mu zarzucać, że nie ma głodu Atletico.

To teza z gatunku nieweryfikowalnych, lecz uważam, że zeszłoroczny Bayern już nie grałby w Lidze Mistrzów. Po nakarmieniu niewiele by dziś zdziałał. Zatrudnienie Guardioli było majstersztykiem. Dał nie tylko więcej motywacji, ale też czegoś nowego tych zawodników nauczył. Nie chodzi o to, czy dziś Bayern jest lepszy czy słabszy. Jest inny, a to największy sukces. Zwykle triumfatorzy LM próbowali kopiować mistrzowską formułę, ale nie byli już w stanie do niej nawiązać. Byli słabsi, nie inni.

Po trzecie, o ile nie uważam, żeby Manchester należało jakoś wybitnie chwalić, bo mam do niego za dużo szacunku, by mówić, że ładnie walczył, o tyle ten mecz może być dla zawodników Davida Moyesa tym, czym starcie z Bayernem było rok temu dla Arsenalu. Każdy gimnazjalista zobaczył, że ten Szkot nie jest jednak tak beznadziejny, a wszyscy poczuliśmy, że wcale nie jest tak, że z tej drużyny wszystkich trzeba latem wykurzyć. Jakości brakuje, ale organizacji w grze nie. A to już więcej niż się po Manchesterze spodziewaliśmy. Jest na czym budować drużynę. No i okazało się, iż do ćwierćfinału Ligi Mistrzów nie wchodzą przypadkowi leszcze i tu nie ma różnicy klas.

I jeszcze wniosek natury ogólnej. Powiedz o jakimś piłkarzu, że jest schematyczny, a się – słusznie – obrazi. Ale w przypadku Robbena schematyczność to komplement. Ciężko znaleźć drugiego piłkarza, który od 10 lat w decydujących momentach zachowuje się tak samo, cały świat wie, co zrobi i mimo to zawsze mu się udaje. Musi być naprawdę perfekcyjny, że nie mając żadnego elementu zaskoczenia i tak oszukuje najlepszych obrońców świata.

Półfinały generalnie emocjonujące, ale ostatecznie bez niespodzianek. Pozwoliły mi jednak sobie wyrobić zdanie, jaki finał Ligi Mistrzów podobałby mi się najbardziej. Bayern – Atletico. Jak w boksie, aktualny, syty mistrz, kontra najzdolniejszy z głodnych pretendentów.

Klopp przypomina istotę futbolu

Juergen Klopp przewartościowuje, przypomina priorytety, pokazuje, jak widzieliśmy piłkę, zanim zaczęliśmy utrzymywać, że się na niej znamy.

Przez długie dni jesteśmy przemądrzali. Zza komputerów i ekranów telewizorów mądrzymy się, co ktoś powinien był zrobić, a czego nie. Dotyczy to mnie, ciebie i eksperta w studiu. Kibica ze Stalowej Woli i byłych piłkarzy. Chcemy ze sportu nieprzewidywalnego zrobić przewidywalny. Chcemy wszystko zmierzyć optą czy squawką. Zawsze wydajemy kategoryczne sądy.

Klopp po meczu w Madrycie powiedział, że ten ćwierćfinał składa się z dwóch połów, a rozegrana została dopiero pierwsza. Nikt go nie traktował poważnie. Gdy stawiał w podstawowym składzie na Kircha, Jojicia i Friedricha, cały Twitter, czy polsko- czy zagranicznojęzyczny uśmiechał się nad trenerem Borussii z politowaniem. A ten dziennikarz, który spytał go prowokacyjnie po meczu w Madrycie: „Już po sprawie?”. I wyjście Kloppa ze studia.

W Dortmundzie nie zdarzyło się dzisiaj nic niezwykłego. Bardzo mocna drużyna ze świetnym trenerem ograła inną bardzo mocną drużynę ze świetnym trenerem. Kapitalny mecz zagrał środkowy pomocnik Jojić, na którego nikt nie liczył, pokazując, że drzemie w nim spory potencjał. Miał luz, fantazję, można w nim było zobaczyć kawał grajka. Drugi środkowy pomocnik Kirch zagrał mecz życia. W nim kawału grajka nie widzę, ale to nie zmienia faktu, że przechodził samego siebie. A bezrobotny jeszcze pół roku temu, cokolwiek fajtłapowaty, Friedrich zatrzymywał najlepszych atakujących świata. Nic dziwnego.

No, bo czy pierwszy raz coś takiego widzieliśmy? Czy coś, co nie mieści się w głowach, nie wydarza się każdego miesiąca, żeby nie powiedzieć tygodnia? Jesteśmy wiecznie zdziwieni, że nołnejm wstawiony za etatowego, ale zawodzącego ostatnio środkowego pomocnika czy obrońcę, zostaje zawodnikiem meczu. Że drużyna, która nie miała szans, wygrywa. Że największy transfer w historii klubu na pustą bramkę w decydującym momencie trafia w słupek. A jeszcze do tego bramkarz broni karnego. Takie filmowe historie, których wstydziłby się nawet Hollywood, dzieją się co sobotę i niedzielę.

Podobnie dramatyczny splot wydarzeń najpewniej wydarzy się gdzieś w Europie jeszcze w ten weekend. A my będziemy zdziwieni.

Klopp wylewa nam wszystkim kubły pokory na głowy. Bije nas między oczy prawdą, że dopóki nie ma ostatniego gwizdka, gra się do końca. Z jednej strony jest świetnym analitykiem, który do swojej pracy wykorzystuje technologię i naukę, a z drugiej dalej 0 jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – patrzy na futbol sercem, a nie szkiełkiem i okiem. Przy tym jak jest genialny w swojej prostocie, to jeszcze ogląda swoją drużynę i się śmieje. Widać, że ten ciężki rock, który grała Borussia go zwyczajnie, po ludzku cieszył. On po kolejnych akcjach stał i szczerzył zęby do asystenta. „Może nie wygram tym wyścigów, ale ludzie, ile ja mam przygód!”.

Gdyby piłka była taka, jaką ją próbujemy zrobić, nikogo by nie zainteresowała. Na szczęście jest taka, jaką ją robi Klopp. Z pasją, werwą, brakiem kompleksów i ryzykiem. Co nie zmienia faktu, że za rok, gdy Borussia wpadnie na Real i pierwszy mecz przegra 0-3, powiem, że to już nie ten sam Dortmund, co w 2014 roku i madrytczycy bez pocenia się awansują. I większość z was się ze mną wtedy zgodzi. I znów będziecie zdziwieni. Ja też.

Real zagrał jak przedostatnia drużyna Bundesligi

Pewnie, bez pozostawienia żadnej nadziei, efektownie i trzema bramkami Real Madryt rozjechał Borussię Dortmund. Tak jak parę tygodni temu Hamburger SV.

Pisałem niedawno, że główną przewagą zeszłorocznej Borussii nad obecną póki co jest fakt, że o tamtej wiemy, iż jest w stanie ograć Real, a o tej jeszcze tego nie wiemy. Dzisiaj Dortmund został jednak boleśnie zweryfikowany. Dzisiaj wiemy też, że Borussii jednak brakuje tego mordu w oczach, który miała jeszcze rok temu. Teraz mord w oczach ma tylko Atletico Madryt.

Tego mi najbardziej brakowało. Nie Lewego, nie Suboticia, Guendogana, Błaszczykowskiego czy Schmelzera. Brakowało mi wyjścia na murawę po zwycięstwo. Rok temu Klopp mógł mówić, że Borussia nic nie musi, ale toczące pianę twarze jej zawodników mówiły coś innego. Dziś BVB faktycznie przyjechała na wycieczkę.

Wyglądało to, jakby zawieszono strefę Schengen i dortmundczycy dalej byli trzepani gdzieś na granicy. Na mecz nie dojechali.

Najwięksi winowajcy to dla mnie Aubameyang i Mchitaryan. To były wielomilionowe transfery, jak na Borussię Dortmund wielkie, zawodników, którzy mieli utrzymać tę drużynę na najwyższym poziomie. Wątpliwości budzili już wcześniej, ale dziś, w najważniejszy wieczór, mogli pokazać, że nie są tylko maszynkami do mielenia Augsburgów i Hannoverów, ale facetami zdolnymi do grania z najlepszymi na świecie. Obaj zagrali koszmarnie. Z takimi liderami Borussia będzie maksymalnie wicekrólem własnego podwórka. Swoją drogą, irytują mnie te wycinanki na głowie Aubameyanga. Jego głowa, jego prawo, ale Dortmund kiedyś przemawiał jednak grą a nie uczesaniem.

Sprytnym zabiegiem było wpuszczenie Schiebera. Oczywiście nikt normalny nie liczy, że facet zacznie strzelać gole, ale też każdy, kto go widzi od razu usprawiedliwia Borussię. Nikomu nie życzę porywania się z Schieberem na Real.

Ten mecz pokazał, że coś się jednak definitywnie skończyło. Albo Klopp musi poszukać nowych wyzwań albo przestać retuszować wielką Borussię i zacząć budować od początku drużynę, która znów będzie – zamiast grzecznie odpowiadać „dzień dobry” – od razu lać po mordzie.

Chwalenie Manchesteru jak chwalenie Piasta

„Myślę, że z przebiegu gry ten remis nikogo nie krzywdzi”, „pokazaliśmy charakter”, „dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć”, „gdybyśmy nie wierzyli w awans, nie jechalibyśmy w ogóle do Monachium”. Reakcje na remis Manchesteru United są tak dobrze znane z polskiej piłki. A pokazują jak nisko jednak upadł Manchester.

Jasne, biorąc pod uwagę okoliczności i to, czego wielu z nas się spodziewało (ja też) remis Manchesteru z Bayernem to dobry wynik, za który United trzeba chwalić. Ale tylko biorąc to pod uwagę. To jak chwalenie polskiego narciarza alpejskiego, który dojechał na „dobrym, 17. miejscu i dawał z siebie wszystko, a na tym polega idea olimpizmu”.

Jak popatrzeć na to od strony typowo sportowej i zakładać, że Manchester gra z Bayernem nie po to, by się nie skompromitować, tylko by awansować dalej, United nie ma za co chwalić.

Czy wyobrażacie sobie parę lat temu, że przyjeżdża na Old Trafford Bayern Monachium, zabiera piłkę, gospodarze ratują się wybijaniem po autach, jakimiś dramatycznymi zrywami, dają się totalnie zdominować, wyglądają jak Southend United przy Manchesterze i pozwalają Niemcom wywieźć bramkowy remis? Ciężko sobie to wyobrazić, a jeszcze trudniej, że wszyscy kibice Manchesteru byliby jeszcze z tego zadowoleni.

Skala, kwestia skali. Pisałem już, że w Bayernie szukamy drużyny perfekcyjnej i chcemy perfekcyjnego meczu. A potem uczepiamy się ludzkich detali i mówimy: Bayern rozczarował! Tak, jeśli ktoś myśli, że monachijczycy nie mają słabych punktów, będzie przy ich meczach notorycznie rozczarowany. Teoretycznie, wykorzystując wszystkie ich błędy, można ich nawet ograć 4-0. Tylko że jakoś nikt tego nie robi. Bayern nie jest drużyną idealną, ale jest bliżej ideału niż ktokolwiek inny.

W normalnych warunkach po takim meczu i takim wyniku powiedzielibyśmy: wielki, niesamowity Bayern Monachium. I przy chwaleniu Manchesteru warto o tym pamiętać, żeby się nie zatracić. Chwalimy go, owszem, tak jak chwalimy Piasta Gliwice. Za walkę.

Bayern robi jesień średniowiecza

Foto: AFP 
"Kończy się tydzień, nie ma nadziei, że następny coś jeszcze zmieni". Kazik

Bayern Monachium doskonale odrobił zeszłoroczną lekcję i ani przez moment nie wypuścił losów awansu z kieszeni płaszcza Guardioli. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ten mecz pokazał, iż Bayern jest do ogrania. Pokazało to pierwsze 10 minut spotkania w Londynie, to fakt. Dzisiaj było tylko widać, że Bayern robi co chce i jak chce, a w końcówce mógł się nawet oszczędzać na Leverkusen. Tak jakby potrzebował się na Leverkusen oszczędzać.

Dominacja. Jej ślady widać wszędzie, także w nas samych. Nie mam pretensji do komentatorów, sam w tę chorobę popadam. Mówimy, że Wolfsburg pokazywał przez godzinę ostatniego meczu ligowego z Bayernem, że da się z hydrą grać jak równy z równym, przemilczając fakt, że po upływie tej godziny, stracił pięć goli w 17 minut. Po pierwszym meczu rundy wiosennej gderamy, że „Bayern wprawdzie wygrał z Moenchengladbach 2-0 na wyjeździe, ale nie zachwycił”. Sam Guardiola mówił po meczu w Norymberdze, że „po pierwszych 15 minutach zrozumiał, dlaczego Bayern w ostatnim czasie miał tam problemy”. Przez grzeczność nie wspominając, że wygrał do zera, grając na pół gwizdka. Szukamy rys na drużynie, która od miesięcy łoi wszystkich na prawo i lewo, w każdych rozgrywkach, w każdym składzie (dziś po raz pierwszy grała w takim zestawieniu). Szukamy dziury w całym. Dla takich sytuacji wymyślono to powiedzenie.

Bo że Bayern jest całym, dzisiaj było widać bardzo wyraźnie. Mówi się, że jak grasz na 0-0 to przegrasz. Tak, chyba, że grasz na 0-0 odbierając przeciwnikom piłkę. W patrzeniu na to odbijanie piłki między czerwonymi jest coś hipnotycznego. Oglądanie meczów Bayernu przypomina długimi momentami gapienie się w wygaszacz ekranu. Ale jest zabójczo skuteczne. Krytykuje się po tym meczu Oezila, Giroud, kogo tam jeszcze, generalnie zawodników ofensywnych. Mało to sprawiedliwe, bo żeby poszaleć w ofensywie, trzeba mieć piłkę. Tylko Podolski dobrze zrozumiał, że jak jego kumple z kadry dostaną szansę, to zaraz Arsenalowi tę piłkę zabiorą. Więc skrzydłowy inteligentnie nie dał szansy, waląc z ostrego kąta. Wyczynem jest tak trafić, ale największym wyczynem jest tak trafić przeciwko Neuerowi.

Bayern oglądało mi się dzisiaj jak podczas meczów ligowych. Jak szkolny zabijaka długą łapą podnosi uczniaka za fraki, trzyma w garści, a jak mu się znudzi, to puszcza z łomotem na ziemię i idzie dalej. Wiem, że skończyło się remisem, dzięki znakomitej obronie Fabiańskiego (nie idźże chłopie do żadnej Bazylei!), ale ani na moment Arsenal nie złapał kontaktowego wyniku w dwumeczu. Bawarczycy mieli oczywiście słabsze momenty (po golu dla Arsenalu), Lahm i Neuer popełniali szokujące jak na siebie błędy, ale ile to trwało? 10 minut? Do tego 10 minut z pierwszego meczu. Czyli 20. Ale istniało jeszcze 160 pozostałych minut. Poza tym, w 70. minucie wygranego meczu rozkapryszony niby gwiazdor Mandżukić haruje w defensywie na wysokości własnego pola karnego. Ci ludzie są nienażarci. Wsunęli już przystawkę, dwudaniowy obiad, cztery różne desery, a grają jak wygłodzone psy. Ja tu nadziei dla rywali nie widzę.

Bayern bez ani jednego momentu emocji wyeliminował drużynę bijącą się o mistrzostwo w najsilniejszej lidze świata. Wszystko inne to szukanie dziury w całym.