Schalke, Bayerze – tak się przegrywa

Ligę Europy, począwszy od 1/8 finału, zdecydowanie da się oglądać. Dwa mecze, które dziś obejrzałem, stanowiły leczniczą odtrutkę po blamażu Schalke.

Pierwsza faza pucharowa – choć jeszcze trwa, piszę o niej w trybie dokonanym, bo nic się nie ma prawa zmienić – pokazała dla niemieckiej piłki jedno: w Bundeslidze może się dziać wszystko, ale tylko Borussia i Bayern są w stanie rywalizować na najwyższym europejskim poziomie. Na wielkie, silne marki, Bayeru Leverkusen i Schalke lepiej nie wypuszczać, bo od razu wywieszą ręcznik. Nie wiem czyj wynik i czyja gra była bardziej kompromitująca. I jak patrzeć na dziewięć straconych goli Leverkusen w meczach z Manchesterem w fazie grupowej, widząc bezradność United z nie najmocniejszym przecież Olympiakosem Pireus.

O ile po tych blamażach, o Bayerze i Schalke nie powinno się już w tym sezonie napisać ani jednego pozytywnego słowa, o tyle Eintracht Frankfurt, który też dziś odpadł, pokazał, że z mocniejszymi da się jednak rywalizować.

Dla frankfurtczyków dwumecz z FC Porto był mniej więcej czymś takim jak dla Leverkusen gra z Manchesterem United. Starcie ze zdecydowanie większą firmą, ale będącą w kryzysie. Można w takim starciu dostać dziewięć goli, można też stworzyć fantastyczne widowisko. Tydzień temu Porto w pięć minut roztrwoniło u siebie dwubramkową przewagę, dziś Eintracht popełnił ten sam grzech. Chociaż czy to grzech stracić dwa gole po strzałach głową Mangali? Tylko Afryka mogła zrodzić taką skoczną górę mięśni. Gdy francuski stoper frunął na Kevina Trappa, w ogóle nie było widać, że bramkarz Eintrachtu ma przewagę rąk. Trapp się bał i ja go rozumiem.

Ale Frankfurt się podniósł. Po pięknym dośrodkowaniu Oczipki, wolej Meiera wydawał się rozstrzygać sprawę. Niestety, Porto też się podniosło i wyszarpało 3-3. Można się tylko zastanawiać, co by było gdyby świetną sytuację po strzale piętką wykorzystał dobrze grający Jung. Trener Armin Veh, który splamił się niedawno odpuszczeniem meczu z Bayernem Monachium (0-5), którego zespół katastrofalnie grał z Borussią (0-4), pokazał, że też potrafi nakręcić drużynę na walkę z lepszymi od siebie. Zabrakło tyle co Holendrowi do Bródki.

***

Małym niewiele zabrakło też w Londynie. Dnipro wygrało pierwszy mecz z Tottenhamem 1-0 i na White Hart Lane od początku znakomicie kontrowało. Matheus, Konoplianka, Zozulja, Rotan zamiatali w ofensywie i wiadomo było, że coś się z tego musi urodzić. Urodziło się tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy gola głową po dobrym rzucie wolnym strzelił Zozulja. Zresztą stałe fragmenty gry zespołu Juande Ramosa wyglądały naprawdę ciekawie. Znów można sobie zadawać pytanie, co by było gdyby któryś z piorunujących strzałów Konoplianki trafił nie w rękawice Llorisa czy w słupek, ale do bramki. Choć doceniam klasę ligi ukraińskiej, Konoplianka to zdecydowanie zawodnik, który powinien stamtąd uciekać i pokazać się Europie.

Tottenham potrzebował trzech goli i swoje zrobił. Błyskawicznie, efektownie, ale z niesmakiem. Kluczowym momentem meczu była czerwona kartka Zozulji przy stanie 1-1. Między nim a Vertonghenem iskrzyło już w pierwszej połowie, a w drugiej Belg to wykorzystał i odstawił żałosny teatrzyk. Przystawiając głowę do Zozulji i padając jakby przystawił się do Kliczki. Jasne, nie on pierwszy i nie ostatni. Ale to było słabe.

Koguty do kolejnej fazy przepchnęła inna góra mięśni, czyli Adebayor, przy wsparciu mikrusa Eriksena, który strzelił ważnego gola z wolnego na 1-1. Miałby też asystę, gdyby nie podawał do Soldado. Hiszpan ma takiego pecha, że nawet gdy już w końcu, pierwszy raz od grudnia trafi z akcji, sędzia i tak gwizdnie spalonego…