Sake i dirndl. Jak gracz Milanu chce zbudować na austriackiej prowincji nową potęgę

Wikimedia Commons

Ilekroć schodziło na studiach na temat Austrii, wykładowca historii politycznej, przestrzegał, by „nie ufać narodowi, który wmówił światu, że Hitler był Niemcem, a Beethoven Austriakiem”. Austriacy sami też nie ufają. Inwestorom, którzy ogłoszają, że zbudują u nich piłkarskie potęgi. Mają w zanadrzu wiele przykładów nakazujących sceptycyzm. W 1999 roku amerykański bogaty właściciel miał podbić Europę z klubem, który przemianował na Flash St. Poelten. Miesiąc po przejęciu go, trafił do więzienia. Cztery lata później Austrię Salzburg mieli przejąć szejkowie, którzy nigdy się jednak w mieście Mozarta nie pojawili. Zamiast nich przyjechał Dietmar Mateschitz, zmienił nazwę klubu, stadionu, herb i barwy na związane ze swoim napojem energetycznym i rozpoczął epokę Red Bulla w europejskim futbolu. Choć klub zdobył od tego czasu już siedem mistrzostw Austrii, trudno go uznać za historię sukcesu. Nigdy nie awansował do Ligi Mistrzów, zawsze tracąc awans w niezwykłych okolicznościach, jak przez lata polskie drużyny. Dziś, po awansie siostrzanego RB Lipsk do Bundesligi, jest już tylko jego farmą talentów. Samodzielną kuźnią, która będzie pokazywać swoich najzdolniejszych piłkarzy na europejskich salonach, ma się za to stać SV Horn, czyli kolejny rozkręcany na austriackiej ziemi projekt służący podbojowi świata. Przez Japończyków.

Idealny kanał przerzutowy

 Idea nie jest nowa. W 2001 roku, Jean-Marc Guillou, Francuz i uczestnik mundialu z 1978 roku, którego asystentem w Cannes był Arsene Wenger, został trenerem belgijskiego Beveren. Rok później objął też funkcję dyrektora sportowego. Mimo skromnych możliwości finansowych, miał na klub pomysł. Chciał wykorzystać go jako kanał przerzutowy dla zdolnych chłopaków ze swojej szkółki ASEC Mimosas, którą założył w 1994 roku w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Młodzi Afrykanie mieli w przyjaznym sobie środowisku, bez wielkiej presji, przyzwyczajać się do europejskiego futbolu i stylu życia, a po okrzepnięciu przechodzić do lepszych klubów z bogatszych lig. Beveren miało zarabiać na ich transferach. Przez klub przewinęli się przez lata tacy gracze jak Yaya Toure, Emmanuel Eboue (ex Arsenal), Gervinho (ex Arsenal), Arthur Boka (ex Stuttgart), Koffi Romaric (Sevilla), Gilles Yapi-Yapo (Nantes). Momentami belgijski klub miał nawet czternastu iworyjczyków w składzie i bardzo przyczynił się do powstania złotej generacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Eksperyment, podobnie jak współpraca z Arsenalem, na podstawie której Anglicy mieli prawo pierwokupu i wypożyczania graczy Beveren, wzbudzał kontrowersje wśród rywali. Sami Belgowie chcieli, by zespół był bardziej oparty na miejscowych. W 2006 roku Guillou odszedł i ścisłe związki Beveren z Wybrzeżem Kości Słoniowej zakończyły się. Wkrótce potem klub zbankrutował. Ale pamięć o tym modelu biznesowym przetrwała.

Zbudować japońskie Beveren

W 2015 roku japońskie konsorcjum Honda Estilo, składające się z agencji menedżerskiej i 65 komercyjnych szkółek piłkarskich, szukało klubu, który mógłby się stać „japońskim Beveren”, czyli pozwalał przerzucać do Europy młodych Japończyków, przyzwyczajać ich do tutejszej piłki i kultury i sprzedawać z zyskiem. Większościowym udziałowcem i twarzą konsorcjum był Keisuke Honda, pomocnik AC Milan, mający w swoim kraju status zbliżony do gwiazd popu. Idealnym miejscem, do ulokowania japońskiego kapitału, okazała się liga austriacka, ze swoim mało konkurencyjnym rynkiem piłkarskim. Jako że kraj jest mały, by dostać się do najwyższej ligi, nie trzeba pokonywać wielu szczebli rozgrywkowych. Sama austriacka Bundesliga liczy tylko dziesięć zespołów, z których prawie połowa ma prawo gry w europejskich pucharach. Posiadanie klubu w Austrii pozwala relatywnie szybko dojść do rozgrywek UEFA. Japończycy próbowali po omacku trafić do różnych klubów. Składali oferty Wackerowi Innsbruck czy Wiener Neustadt. Kwoty, które usłyszeli, były jednak dla nich za wysokie, a kluby nie były właścicielami stadionów, na których grały.

Pomógł dawny asystent

 Z pomocą przyszedł Masami Morass. Japończyk był kiedyś asystentem trenera w prowincjonalnym, niskoligowym SV Horn. Później pracował jako tłumacz Volkera Finkego w Urawie Red Diamonds. Gdy usłyszał, że Honda Estilo szuka klubu do zainwestowania, polecił SV Horn. Tam Japończycy zostali przyjęci entuzjastycznie. Poza tym, Horn grało na własnym stadionie, a w promieniu siedemdziesięciu kilometrów nie ma żadnej drużyny zawodowej. Ponadto, miasto leży daleko od Wiednia, a pochodzi z regionu mającego trzysta tysięcy ludzi. Ma więc teoretyczną szansę zdobyć publikę. Nie przez przypadek miasto nazywa się Horn, jak przylądek, który długo podejrzewano o to, że jest końcem  świata. Honda Estilo kupiło więc 49 procent udziałów w SV.

Trochę Japonii w Horn

 To chichot losu, że sceną kolejnej historii o globalizacji i wielokulturowości w futbolu, stał się wiejski, prowincjonalny region Austrii, będący matecznikiem nacjonalistycznej partii FPÖ. Liczące 6800 mieszkańców miasteczko entuzjastycznie przyjęło jednak inwestorów. Miejscowy klub, istniejący od 1922 roku (jak Bruk-Bet Termalica Nieciecza!), w latach największej świetności grał w II lidze. Dziś, około 50 tysięcy Japończyków ogląda przez internet ich II-ligowe mecze, zarywając w tym celu noce. To dzięki miłości do Hondy (Keisukego). Sponsorem technicznym II-ligowca jest japońska firma Mizuno. Na rękawkach koszulek meczowych reklamuje się japońska firma produkująca materace. Na stadionie jest też reklama biura podróży z Tokio. Zdarzyło się już też, że w przerwie spotkania, na stadionie w Horn występowała znana japońska śpiewaczka operowa, ubrana w Dirndl (strój żeński m.in. z Oktoberfestu), która wykonała starą wiedeńską piosenkę „Na Praterze znów kwitną kwiaty”. Na stadionie można też kupić japońskie przekąski, jak słodkie mięsne kuleczki.

Centrum miasteczka/Wikimedia Commons

Liga Mistrzów za 3,5 roku

 Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną, klub przypomina – bez mała – Bośnię i Hercegowinę. Wszelkie stanowiska są obsadzane podwójnie – Japończykiem i Austriakiem. Nawet rzecznika prasowego. W końcu Austriak mógłby mieć problem z prowadzeniem strony internetowej i kanałów społecznościowych po japońsku. Najważniejszym Japończykiem w klubie jest Youji Honda, dwa lata starszy kuzyn pomocnika Milanu, który chętnie opowiada o planach swojego krewnego. – W pięć lat chcemy awansować do Ligi Mistrzów. Nic się w tej kwestii nie zmienia. Oprócz tego, że jesteśmy tu już od półtora roku, czyli zostaje nam 3,5 roku. Świadomie postawiliśmy sobie wysokie cele. Chcemy tu coś zbudować. Nawet, jeśli nie uda się utrzymać pięcioletniego tempa – mówi. Może się nie udać, bo – po awansie do II ligi – SV Horn na razie walczy o utrzymanie i nie ma szans na awans już w tym roku. Ale jeśli się uda w przyszłym, pozostaną dwa lata na okrzepnięcie w Bundeslidze i atak na Ligę Mistrzów.

Podwójny dyrektor sportowy

 Od kwietnia zeszłego roku, w klubie pracuje Masanori Hamayoshi, pierwszy japoński trener w austriackim futbolu. Wcześniej pracował w J-League, japońskiej ekstraklasie, w Nagoya Grampus Eight. W kadrze ma do dyspozycji sześciu rodaków. W tym Shuichiego Gondę, który był trzecim bramkarzem Japonii na mundialu w 2014 roku. Pozostali japońscy piłkarze Horn są zdecydowanie młodsi i mniej znani – mają mniej niż 21 lat. Niektórzy pochodzą ze szkółek Honda Estilo. Oprócz nich, w drużynie są też Austriacy, Koreańczyk, Holendrzy i Chorwaci. Naturalnie, podwójnie obsadzona jest też pozycja dyrektora sportowego. Taku Omoto odpowiada za transfery z rynku japońskiego czy też szerzej azjatyckiego, 22-letni Marc-Kevin Prisching monitoruje rynek austriacki i europejski.

Honda kocha Horn 

 Zawodnicy na razie są sprowadzani, ale z czasem mają też być wychowywani. SV Horn już dziś dysponuje świetną infrastrukturą. Ma stadion na 3500 osób – choć Ligę Mistrzów planuje grać jednak w Wiedniu – na którym od niedawna pojawiły się loże. Obok niego, znajduje się centrum treningowe, z czterema boiskami. 50 kilometrów od Horn, w Hollabrunn, mieści się akademia, która wychowała m.in. Davida Alabę. Dziś jest już własnością SV Horn i to dla tego klubu ma produkować piłkarzy. Nad całością abstrakcyjnego projektu czuwa z Mediolanu Keisuke Honda, który – wedle zapewnień kuzyna – „kocha Horn”. Póki co, zainwestował w klub 3-5 milionów euro. Dwa razy już odwiedził miasteczko. Zawodnika, którego kibice wybrali najlepszym w rundzie, zaprosił na mecz AC Milan na San Siro. Mówi, że „kiedyś marzeniem każdego japońskiego dziecka będzie gra w SV Horn”. Jakkolwiek absurdalnie to dziś brzmi, bardzo możliwe, że już za kilka lat, chcąc kupić japońskiego piłkarza, europejskie kluby, zamiast jeździć do Osaki, będą wysyłać skautów na austriacką prowincję. Tam, gdzie na trybunach, zamiast piwa, leją do plastikowych kubeczków sake.

Hummels i Bayern. Transfer niemal idealny

Transfer Matsa Hummelsa do Monachium nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Najpierw zamieszanie swoimi wypowiedziami wywołał ojciec piłkarza, teraz coraz poważniejsze źródła potwierdzają rozmowy. Nawet Hans-Joachim Watzke, prezes Borussii Dortmund, przyznał wczoraj, że „jeśli Hummels odejdzie z Borussii, to raczej do Bayernu”. To byłby dla obu stron transfer ze wszech miar zrozumiały.

Fatalny błąd Klinsmanna

Hummels nie ukrywa, że Monachium jest docelowym miejscem, w którym ma osiąść jego rodzina. Zamieszkał tam, wraz z rodzicami, jako siedmiolatek w 1995 roku. Żył w stolicy Bawarii przez 13 lat. Na przedmieściach Monachium, w Unterhaching, do dziś pracuje jego ojciec. W tamtejszym IV-ligowym klubie gra jego młodszy brat. Z Monachium pochodzi jego żona. A on sam przez 13 lat grał w Bayernie. Przeszedł przez wszystkie grupy wiekowe. W 2007 roku, jako 19-latek, zagrał 38 minut w kończącym sezon meczu z FSV Mainz. Na więcej u Ottmara Hitzfelda nie mógł liczyć, bo przegrywał rywalizację z ówczesnymi stoperami Martinem Demichelisem i Luciem. Gdy pół roku później bawarski klub ściągnął za 12 milionów brazylijskiego stopera Breno, który zasłynął tylko tym, że spalił swój dom, Hummels zdecydował się odejść na wypożyczenie. Chciało go Hoffenheim, ale trafił do Dortmundu. Miał tam otrzaskać się z Bundesligą i wrócić do Bayernu jako podstawowy zawodnik. Ale talentu nie rozpoznał w nim Jürgen Klinsmann i stoper został sprzedany do Dortmundu za cztery miliony euro.

Od dziecka fan Bayernu

To była pomyłka, która ludziom w Bayernie długo tkwiła w głowie. Próbowali ściągnąć Hummelsa z powrotem w 2012 roku. Później spekulowało się o tym transferze jeszcze kilka razy. Ostatnio – pół roku temu, gdy Bayern na gwałt potrzebował stopera. Ale takiego transferu nie da się przeprowadzić w cztery dni, zwłaszcza w zimowym okienku transferowym. Teraz powrót wydaje się dużo bardziej prawdopodobny. Zwłaszcza, że lata temu Hummels podkreślał, że do momentu odejścia z Bayernu, był fanem tego klubu i „jego celem zawsze było grać dla Bayernu”. O tym, że perspektywy finansowe i sportowe w Monachium są lepsze niż w Dortmundzie, nie trzeba nikogo przekonywać. Dla Hummelsa to ruch praktycznie bez wad. W Borussii gra osiem i pół roku. Ma 27 lat. Obecny kontrakt obowiązuje do 2017 roku. Pozostając teraz w Dortmundzie, musiałby sobie odpowiedzieć na pytanie czy nie zostanie tam aby do końca kariery. Bardzo ryzykując, że nigdy nie wygra Ligi Mistrzów i wiedząc, że ciężko mu będzie zostać mistrzem Niemiec.

Wizerunkowe mistrzostwo świata

Dla Bayernu Hummels też byłby transferem idealnym. Takiego zawodnika Bayernowi brakowało od dawna. W Jeromie Boatengu Bawarczycy mają jednego z najlepszych stoperów świata. Ale Boateng jest tylko jeden. Ustawiani obok Niemca David Alaba czy Javi Martinez są oczywiście świetnymi piłkarzami, ale na najwyższym poziomie często wychodzi, że brakuje im tych kilku procent. Zwłaszcza jako stoperom, w czasach przed Guardiolą grali przecież w innych rejonach boiska. Hummels to postać godna Bayernu. Z Boatengiem znają się od lat. Tworzą przecież duet stoperów reprezentacji Niemiec. Razem zdobyli mistrzostwo świata. Uzupełniają się idealnie. Sportowo byłby wielkim wzmocnieniem i zapełnieniem pewnej luki. Także wizerunkowo byłby bardzo wygodny.Od lat narzeka się, że w Bayernie gra coraz mniej Niemców i coraz mniej wychowanków, co było niegdyś klubowym fundamentem. Hummels jest jednym z nielicznych piłkarzy spełniających trzy warunki: a) gracz światowej klasy b) Niemiec c) wychowanek Bayernu. Aż dziw, że dopiero dziś ten transfer nabiera kształtów.

Lepszy Bayern niż Barcelona

Miotają mną mieszane uczucia czy to dobry transfer dla bezstronnych fanów Bundesligi. Odejście Hummelsa będzie wielkim osłabieniem Borussii. Bayern znów skumuluje u siebie najlepszych piłkarzy ligi niemieckiej. W momencie, w którym rywalizacja o mistrzostwo Niemiec zaczynała się robić ciekawa, to będzie spory cios w Dortmund. Z drugiej strony, ostatnimi czasy zaczynała się nasilać niebezpieczna tendencja, w której najlepsi piłkarze Bundesligi nie idą do Monachium, ale do innych lig. Rozumiem, że zatrzymanie Hummelsa w Dortmundzie będzie trudne. Rozumiem, że nadszedł moment na transfer. A jeśli już ma odejść z Dortmundu, to lepiej, żeby trafił do Monachium i pozostał w Bundeslidze niż żeby grał w Barcelonie czy innym Manchesterze. Jeśli angielskie pieniądze sprawiają, że najlepsi piłkarze z Niemiec mają wyjeżdżać do Premier League, to cieszę się, że Bayern jest w stanie się temu przeciwstawić.

A poza wszystkim, transfer Hummelsa do Monachium miałby istotny walor estetyczny. Oznaczałby, że będziemy mogli co tydzień – a nie raz na kilka miesięcy, gdy gra reprezentacja Niemiec – podziwiać najlepiej wyprowadzających piłkę, najbardziej elegancko grających, stoperów świata, występujących obok siebie. Ta perspektywa nie pozwala mi pomstować na Bayern, że znów uderza w konkurencję.

Wielkie Dnipro, czyli Polacy mówili, a Ukraińcy zrobili

rotan

Rusłan Rotan – kapitan i wychowanek Dnipra.

Nie brak głosów, że Jewhen Konoplianka ma w sobie coś z całej Ukrainy. W 2012 roku zaprezentował wielki potencjał, jego przyszłość widziano na zachodzie, z którym już miał nawet podpisać umowę, ale ostatecznie został w kraju. Latem być może wreszcie odejście z Dnipro Dniepropietrowsk. Może się zwrócić albo na wschód, w objęcia Doniecka lub Rosji, albo wyjechać na zachód. Wydaje się, że sam Konoplianka też dobrze się czuje w roli symbolu Ukrainy. Na zdjęciu profilowym na Twitterze spogląda z wymalowanymi na niebiesko-żółto policzkami. Po pierwszej rundzie pucharowej napisał: „Idealny wieczór: Dnipro i Dynamo Kijów grają dalej, Szachtar odpadł. Wiwat Ukraina!”. Wczoraj, po historycznym awansie do finału Ligi Europy, zaapelował do rodaków, by kupowali piwo na jego koszt. Hasło: Konoplianka.

Ta historia to triumf woli. Ukraińcy rozegrali w tym roku w europejskich pucharach 18 meczów i żadnego na własnym, nowoczesnym, zbudowanym na Euro 2012 stadionie, który jednak został przy organizacji turnieju pominięty. Grali 500 kilometrów od swojego miasta, w Kijowie, bo w Dniepropietrowsku byłoby zbyt niebezpiecznie. W drużynę przez lata pompowano miliony. Cztery sezony pracował tam słynny trener Juande Ramos, jednak jego największym osiągnięciem było zeszłoroczne wicemistrzostwo. Po sezonie odszedł, bo nie chciał dłużej mieszkać na Ukrainie. Odeszło też kilku zagranicznych znanych piłkarzy, jak choćby Derek Boateng. Pod wodzą byłego szkoleniowca Tottenhamu i Sevilli, Dnipro miało rzucić wyzwanie Dynamu Kijów i Szachtarowi Donieck, ale nigdy nie okazało się od nich lepsze, miało zawojować Europę, ale nigdy nie przebrnęło ćwierćfinału mniej prestiżowych rozgrywek.

Udało się dopiero, gdy osieroconą przez Ramosa drużynę przejął doświadczony ukraiński szkoleniowiec Myron Makarewicz. 64-latek, trenerski rekordzista ligi ukraińskiej, którego jedynym epizodzikiem za granicą było prowadzenie rosyjskiego Anży Machaczkała, na długo przed jego czasami świetności. Przez poprzednie lata Makarewicz próbował u największego rywala, czyli Metalista Charków, zrobić to samo, co Dnipro – przełamać duopol kijowsko-doniecki. W Metaliście miał wielkie miliony, wielu Brazylijczyków, drużyna grała efektowny futbol, ale też nigdy mistrzem nie została. W zeszłym roku większość obcokrajowców uciekła, z drużyny pozostał cień. Znienawidzone Dnipro i Metalist w pewnym sensie połączyły siły. Ich kibice wzięli udział w dużej manifestacji jedności Ukrainy, trener Makarewicz przeniósł się do Dniepropietrowska i posklejał drużynę. – Na Ukrainie potrzebowaliśmy takiego zwycięstwa. Graliśmy dla ludzi żyjących w regionach ogarniętych wojną, a w szczególności dla tych walczących z terrorystami na wschodzie – mówił wczoraj na konferencji prasowej.

Jego Dnipro nie jest efektowne, może się nawet wydawać drewniane, ale to tylko imitacja drewna. Ta drużyna jest triumfem dyscypliny. Przez całą fazę pucharową Ligi Europy nie dało sobie strzelić bramki na własnym stadionie. Przetrwało napory faworyzowanych Ajaksu Amsterdam, Olympiakosu Pireus, Club Brugge, wreszcie wczoraj Napoli. Przetrwało heroicznie, broniąc się czasem w jedenastu i mądrze kontratakując. Bo Dnipro to nie Brazylijczycy, jak Szachtar, tylko Ukraińcy. Aż 12 zawodników pierwszej drużyny to wychowankowie. Największe gwiazdy – Jewhen Konoplianka i kapitan Rusłan Rotan dorastali w Dniepropietrowsku, choć ten pierwszy gra, jakby wychowywał się w Buenos Aires. W półfinale z Napoli zagrało aż ośmiu Ukraińców. W klubie jest 11 obcokrajowców, ale aż sześciu z Europy wschodniej. Ten awans to słowiańska wygrana.

Nie byłoby tego największego sukcesu w historii, gdyby nie szczęście. Na półmetku fazy grupowej Dnipro leżało na ostatnim miejscu w grupie. Skończyło fazę grupową ledwie z siedmioma punktami. Przegrało najwięcej meczów z całej grupy. A jednak wyszło z drugiego miejsca, bo sędzia nie uznał w końcówce meczu Inter Mediolan – Karabach Agdam prawidłowego gola dla Azerów. Także w Neapolu Jewhen Selezniow strzelił arcyważnego gola z ewidentnego spalonego.

Sukcesu nie byłoby też bez słynnego Ihora Kołomojskiego. To obecnie jeden z najgłośniejszych oligarchów na Ukrainie. Jest właścicielem największego banku w kraju, działa w branży chemicznej i energetycznej, ma też wpływy w mediach. To druga najbogatsza osoba na Ukrainie. W początkowej fazie wojny, Kołomojski był bohaterem narodowym, bo z własnych pieniędzy tworzył oddziały, które broniły regionu. Pomagał też, jako gubernator okręgu dniepropietrowskiego, odbudowywać region. Ale na początku roku musiał złożyć dymisję. Jego oddziały wybiły się na niepodległość, wchodząc zbrojnie do państwowej spółki Ukrnaft, gdy zmieniły się w niej władze, co nie było Kołomojskiemu na rękę.  Dnipro było dla Kołomojskiego kolejnym polem rywalizacji z Rinatem Achmetowem, donieckim oligarchą, twórcą potęgi Szachtara. Kołomojski chciał, by Dnipro było lepsze od Szachtara, dlatego w 2012 roku nie puścił Konoplianki do Liverpoolu. Na polu futbolowym, mimo wielkich nakładów, nie miał jednak oczekiwanych rezultatów. Wynik przyszedł, jak to zwykle bywa, w najmniej spodziewanym momencie, osiągnięty przez drużynę o najwyższej średniej wieku w lidze ukraińskiej.

Dnipro może być dla nas kolejnym powodem do zazdrości i popadania w kompleksy. Pięć lat temu Lech Poznań ograł w Lidze Europy najpierw ich, a później Juventus Turyn. Dziś obie drużyny są w finałach europejskich pucharów, a Lech odpada z Islandczykami. Co boli najbardziej, aż 16 zawodników z kadry Dnipro nigdy nie grało w zagranicznych klubach. W lidze ukraińskiej, swoimi ludźmi, w regionie ogarniętym wojną, da się zrobić drużynę na miarę awansu do finału europejskiego pucharu. Piłkarze Legii odgrażali się, że zagrają w finale, ale nie mieli szans z drużyną, którą Dnipro wyeliminowało w następnej rundzie. Teraz nasi mistrzowie mogą się przejść na Stadion Narodowy i zobaczyć, jak o trofeum walczą – traktowani przez nas od wieków z góry – sąsiedzi.