Dlaczego nie żyjemy w epoce Realu Zidane’a

zidane

Dość niepostrzeżenie, czasy, w których Real Madryt sześć razy z rzędu nie mógł przebrnąć 1/8 finału Ligi Mistrzów, a tego trofeum nie był w stanie zdobyć przez dwanaście lat, zmieniły się w absolutną hegemonię Królewskich. W ostatnich siedmiu latach Real zawsze dochodził do najlepszej czwórki elitarnych rozgrywek, cechujących się większą niż gdziekolwiek indziej rotacją na szczytach, a w ostatnich czterech sezonach, trzy razy wygrał. Jako pierwszy obronił też trofeum, co skłoniło wielu do obwieszczenia, że żyjemy w erze wielkiego Realu, jak żyliśmy w erze wielkiej Barcelony. Patrząc na uginającą się półkę z trofeami pewnie tak jest. Ale o ile świetna, pragmatyczna gra zwykle wystarcza do zdobywania trofeów, zwykle nie wystarcza do stworzenia ery, epoki, przejścia do grona drużyn powszechnie uznawanych za najlepsze w historii futbolu.

 Debata o Zinedinie Zidanie trwa przynajmniej od roku, a z każdym trofeum zdobytym przez Francuza się nasila. Coraz więcej osób przyznaje się do tego, że nadal właściwie nie wie, jakim Zidane jest trenerem. Patrząc na życiorys, już jednym z absolutnie najlepszych w historii futbolu. Dołączając do tego boiskowe trofea Zidane’a, okaże się, że spośród najlepszych piłkarzy w historii świata, tylko Johan Cruyff i Franz Beckenbauer osiągnęli tyle, ile Francuz. Mimo to, to nadal nie można mieć stuprocentowej pewności, czy prezesi przykładowego Stoke City, mając możliwość zatrudnienia Zidane’a, zdecydowaliby się na to, choć pewnie przy nazwiskach Mourinho czy Guardioli by się nie zastanawiali, tylko korzystali z okazji. O ile do wygrywania czasem wystarczy, że trener nie robi nic, o tyle do ustanawiania er i zdobywania powszechnego uznania, potrzeba zwykle wyraźnego rysu, charakterystyki zespołu. Stylu. Wbrew często powtarzanemu stwierdzeniu, to nie o stylu ludzie szybko zapominają, a o wynikach. Styl nie jest potrzebny, by wygrywać, ale jest potrzebny, by być pamiętanym.

 Gdyby spróbować przywołać największe drużyny, z największymi trenerami w historii futbolu, zwykle znajdują się tam ci, którzy próbowali odcisnąć piętno na całej dyscyplinie. Arsenal Herberta Chapmana, węgierska Złota Jedenastka Gustava Sebesa, Benfica Beli Guttmanna, zespoły Helenia Herrery, holenderski futbol totalny Rinusa Michelsa, Milan Arrigo Sacchiego, Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego, Dream Team Cruyffa czy Barcelona Guardioli to zespoły, które większość wyrobionych fanów futbolu wskaże jako niezapomniane, niezwykłe. Kamienie milowe w rozwoju dyscypliny. Łączy je to, że każda miała ambicję nie tylko wygrywać, ale też stworzyć pewien uniwersalny model wygrywania. Stanowiły holistyczny obraz świata. Miały proroka, nauczyciela, którzy rzucał ludziom piłkę i uczył ich od nowa, co się z nią robi. Zadaniem zawodników nie było tylko wyjście na boisko i wygranie meczu, jak u Vicenta Del Bosquego, Carla Ancelottiego czy dzisiaj Zidane’a. Zadaniem zawodników było wyjście na boisko i wygranie w określony sposób. Zależnie od aktualnego wcielenia, albo poprzez kompletną kontrolę nad piłką, albo nad przestrzenią. Każda z tych drużyn tworzyła nowe ustawienia (WM), nowe pozycje (fałszywy napastnik), nowe sposoby gry (czwórka w linii), które wkrótce rozprzestrzeniały się na cały świat futbolu i odciskały na nim piętno. Wielkie drużyny, które wygrywały wiele, jak Real Madryt lat 50. czy Bayern Monachium lat 70. pamięta się. Nie pamięta się ich trenerów. Przeszły do historii jako „Real Di Stefano” czy „Bayern Beckenbauera”. Są wszelkie podstawy, by sądzić, że aktualny hegemon przejdzie do historii jako „Real Ronaldo”, a nie „Real Zidane’a”

 Beckenbauer wydaje mi się tu dobrym przykładem tego, co może czekać Zidane’a. Wyobrażam sobie, że w czasach, w których prowadził reprezentację Niemiec, większość miała wobec niego podobne odczucia. Wybitny piłkarz, który nie do końca wiadomo, jakim jest trenerem. Zdobył mistrzostwo świata i jako zawodnik i jako trener, wygrywał Złotą Piłkę, teoretycznie zasługuje na miejsce wśród najważniejszych postaci w historii futbolu. Ale jeśli nawet je ma, to przede wszystkim za to, jakim był piłkarzem. Trenera Beckenbauera nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jednym z najlepszych w dziejach piłki. Chociaż wyniki by na to wskazywały. Za większego uznaje się nawet w Niemczech Seppa Herbergera, który nie tylko wygrał mistrzostwo świata, ale jeszcze ukształtował sposób, w jaki pokolenia Niemców myślały o piłce.

 Z tego względu nie wydaje mi się, byśmy żyli aktualnie w epoce Realu. I nie wydaje mi się, byśmy kiedykolwiek dożyli ery trenera Zidane’a i wymieniali go jako jednego z najlepszych w historii. Wygrywanie w futbolu nie wymaga wielkiej ideologii. Wystarczy wybrać najlepszych zawodników, ustawić ich w zależności od potrzeb i wygrać. Bardzo często wpływ trenera na wyniki jest przeceniany, a lepsze rezultaty osiągają po prostu ci, którzy mają lepszych piłkarzy. Tworzenie umownych er w futbolu wielkich ideologii jednak wymaga. Będziemy żyli w czasach Realu Zidane’a nie wtedy, kiedy Królewscy wygrają kolejne trofeum, ale gdy dzieci od Kapsztadu po Chabarowsk będą starały się odwzorowywać sposób gry Realu Zidane’a. Było dla mnie szokiem kulturowym, gdy kilka lat temu, przyuważyłem jak dzieci na orlikach wznawiają grę krótkim podaniem od bramkarza do schodzącego niżej pomocnika, krótko wykonują rzuty rożne i starają się wymieniać dużo podań po ziemi, długo budjąc akcje. Za moich czasów wszyscy wściekle biegaliśmy i uwielbialiśmy szybkie kontrataki. Ja byłem dzieckiem epoki przed Barceloną Guardioli, oni byli dziećmi z tej właśnie epoki. Real jest wielki, gra niesamowicie, potrafi i grać atakiem pozycyjnym i niesamowicie kontratakować, Zidane świetnie zarządza szatnią, niewątpliwie jest dobrym trenerem. Ale nie żyjemy w jego erze. Żyjemy w czasach przejściowych – postbarcelońskich – i oczekujemy następnej fascynującej drużyny, która może będzie wygrywać mniej niż obecny Real, ale za to będzie to robić w sposób, jakiego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Dopiero to będzie wejściem w nową epokę.

O Niemcach. I o szczęściu

cube-620636_1280

Czuję się jak po ostatnim odpadnięciu Bayernu w półfinale Ligi Mistrzów z Atletico. Niby powinno się po porażce Niemców z Francją coś odtrąbić, ogłosić koniec jakiejś epoki, zaatakować Joachima Loewa, skrytykować powołania i taktykę. Ale podobnie jak wtedy, tak i teraz, nie bardzo potrafię.

Kwestia drabinki

Niemcy odpadli z turnieju w półfinale. Oczywiście, dla mistrzów świata to wynik rozczarowujący. Ale odpadli nie z Walią, nie z Polską, nie z Portugalią. A z Francją, czyli drugim głównym faworytem turnieju. Gdy w półfinale wpadają na siebie dwie najlepsze drużyny turnieju, jedna z nich musi odpaść już w półfinale. Czy to powód do bicia na alarm? Nie.

Posiadanie ma się dobrze

 Cały turniej stanowił obronę linii przyjętej przez niemieckiego selekcjonera. Niemcy niemal nie tracili bramek. Dzięki taktycznej świadomości Loewa, całkowicie zdominowali rewelacyjnych do tamtego meczu Włochów. Długimi momentami półfinału z Francją grali imponująco, pokazując, że wieści o śmierci futbolu opartego na posiadaniu piłki są stanowczo przedwczesne.

Brak polotu

 Oczywiście, Niemcom zabrakło trochę zawodników w najwyższej formie. Nie mieli takiego Griezmanna, który potrafiłby dać drużynie jeszcze dziesięć procent więcej. Zespół grał poprawnie, ale nie wybitnie. Dokładnie tak samo było na turnieju w Brazylii. Niemcy grali tam bardzo solidnie, momentami efektownie, ale nie z takim polotem jak choćby na mistrzostwach świata w RPA. Różnica polega na tym, że w RPA trafili w półfinale na Hiszpanię, a w Brazylii na rozchwianych gospodarzy. Sama niemiecka drużyna wyglądała bardzo podobnie. Do historii przeszła ta gorsza. Tak bywa.

Przygnieceni kontuzjami

 W kluczowym meczu turnieju Loewowi brakowało Maria Gomeza, Matsa Hummelsa, Ilkaya Guendogana, Marca Reusa, Samiego Khediry. Przez cały turniej z urazem zmagał się Jerome Boateng, który w końcu, w meczu z Francją, przegrał walkę z kontuzją. Wyjmijmy z każdej drużyny turnieju pięciu jej podstawowych piłkarzy. Wyjmijmy z Francji Antoine’a Griezmanna, Paula Pogbę, Laurenta Koscielnego, Blaise’a Matuidiego i Oliviera Giroud. Wątpliwe, by w ten sposób była w stanie pokonać Niemców. Oczywiście, Francuzi też mieli problemy. W każdej drużynie kogoś położyła kontuzja czy kartki. Ale w niemieckiej drużynie nagromadzenie kłopotów było szczególne.

Elastyczność Loewa

 Czy Loew coś mógł zrobić lepiej? Na pewno. Ale wbrew pozorom, wcale nie tak łatwo formułować wobec niego sensownie brzmiące zarzuty. Mówi się, że zabrał na turniej za mało napastników, jednak kogo tak naprawdę miał wziąć? W formie był jeden sensowny atakujący – Gomez – i w kadrze na turniej się znalazł. Co więcej, Loew pokazał, że nie jest twardogłowym uparciuchem, który nie potrafi odejść od swojej linii. Gdy zobaczył, że faworyzowany przez niego Mario Goetze, gra źle, nie miał problemu z wstawieniem do składu Gomeza. Niemiecki selekcjoner był elastyczny.

Kogo Loew zabrał

 Miał wziąć do Francji Stefana Kiesslinga czy Maksa Krusego, którzy w Bundeslidze strzelili w tym sezonie mniej goli niż Artur Sobiech? Nonsens. Mówi się, że niesłusznie Loew ciągnął na turniej będącego bez formy Goetzego. Ale Goetze to piłkarz wybitny. Zagubiony, lecz wybitny. Mieć kogoś takiego w kadrze, zwłaszcza wiedząc, że nawet bez formy jest w stanie rozstrzygnąć finał turnieju, raczej warto. Mówi się, że niepotrzebnie Loew zabierał na mistrzostwa podstarzałych i w kiepskiej formie Bastiana Schweinsteigera czy Lukasa Podolskiego. Ale budowanie dobrej reprezentacji nie polega na zabraniu na turniej 23 aktualnie najlepszych piłkarzy z danego kraju. Chodzi o budowanie drużyny. Po tym jak kariery zakończyli Philipp Lahm, Per Mertesacker i Miroslav Klose, w zespole zabrakło doświadczonych liderów. I Schweinsteiger z Podolskim mieli pełnić takie role. Pół-członków sztabu pół-piłkarzy. Mówi się, że nie powinien był wystawiać w składzie Thomasa Muellera, będącego ewidentnie bez formy. Ale kogo miał w jego miejsce wystawić? Mueller przez sześć lat obecności w seniorskiej piłce grał zawsze i wszędzie. Kontuzje nie powalały go praktycznie nigdy. Jako że nie ma muskulatury Cristiana Ronaldo ani nawet Roberta Lewandowskiego, kiedyś ten wątły i patykowaty organizm musiał zapłacić za trudny zawodowego futbolu. Zapłacił akurat we Francji. Poza tym, mówienie, że powinien był posadzić Muellera, to jak mówienie, że Adam Nawałka powinien był posadzić Lewandowskiego. W najważniejszych meczach nie rezygnuje się z piłkarzy, którzy potrafią w jednym momencie zamienić wodę w wino.

Kogo Loew nie zabrał

Loewowi zdecydowanie łatwiej sadzałoby się na ławce Schweinsteigera czy Muellera, zdecydowanie łatwiej zostawiałoby się w domu Podolskiego czy Schuerrlego, gdyby tacy Guendogan czy Reus mogli pojechać na turniej. Czy ktoś został niesłusznie pominięty przy powołaniach? Można dyskutować o Karimie Bellarabim, Marcelu Schmelzerze, można o Julianie Brandtcie, ale czy to byliby zawodnicy, którzy zasadniczo zmieniliby losy niemieckiej drużyny w turnieju? Mimo ich świetnej formy na wiosnę, mam wątpliwości.

Selekcjoner wie lepiej

 Mówi się, że Loew miał odważniej postawić na młodych, ale twierdzenie, że Julian Weigl czy Leroy Sane zrewolucjonizowaliby grę Niemców, zakrawa na naiwność. Jest wiele przykładów na to, że gra w reprezentacji, na poziomie półfinału mistrzostw Europy to jednak coś zupełnie innego niż granie w klubie przeciwko Darmstadt. Loew jest fachowcem lepszym niż my. Widział tych zawodników, rozmawiał z nimi. Jeśli uznał, że Joshua Kimmich jest gotowy, by wyjść na boisko, a  Weigl nie jest, wypada mu zaufać.

Szczęście nikomu nie sprzyja

 Dlaczego Niemcy odpadli? Bo mieli za dużo kontuzji w kluczowym momencie, bo nie mieli szczęścia w drabince, które miała Portugalia (Arkadiusz Milik trafiłby do siatki w stuprocentowej sytuacji i Niemcy graliby jutro w finale), bo nie mieli łutu szczęścia w meczu z Francją. Przecież do przerwy wszystko wyglądało dla Niemców znakomicie, oprócz cokolwiek niesprawiedliwego wyniku. W rozmowach o futbolu stanowczo za małą wagę przykłada się do elementu szczęścia, bajdurzy się o tym, że szczęście sprzyja lepszym. Szczęście czasem sprzyja lepszym, a czasem gorszym. Czyli tak naprawdę nikomu nie sprzyja. Nie ma w tej kwestii absolutnie żadnej reguły. Hasło „szczęście sprzyja lepszym” ukuto, by ucinać wszelkie dyskusje.

Półfinał, a potem zobaczymy

Jak w przypadku Pepa Guardioli, tak w przypadku Loewa: regularne dochodzenie do półfinałów, niezależnie od okoliczności i problemów, jest dla mnie dowodem ich wielkości. A w półfinałach decydują już absolutne detale, na które czasem mają wpływ, a czasem nie mają. Wbrew temu co się mówi, drużyna niemiecka 2014 nie była jakoś znacznie lepsza od drużyny niemieckiej 2016. Różni je przede wszystkim to, że jedna wygrała, a druga nie. Ale to nie powód, by zastanawiać się nad przyszłością Loewa. Jako sympatyk niemieckiego futbolu, cieszę się, że w niemieckiej federacji pracują ludzie, którzy patrzą na pracę selekcjonera trochę szerzej niż tylko przez pryzmat wyniku (który zależy od szczęścia). To dlatego Niemcy mieli w całej historii tylko dziesięciu selekcjonerów. To m.in. dlatego są tacy silni. To dlatego Loew będzie z kadrą pracował do mundialu w Rosji. Na którym dojdzie przynajmniej do półfinału. A potem będzie musiał liczyć na szczęście. Jak każdy, nawet największy trener, zawsze. Nie było jeszcze w historii futbolu drużyny, nawet najsilniejszej, której w którymś momencie turnieju nie uratowałby łut szczęścia.

„Kryzys” niemieckiego futbolu

niemcy

Niemiecka kadra U-21 została niedawno zdemolowana w półfinale mistrzostw Europy przez Portugalię. W Niemczech rozpoczęła się seria lamentów, której echa dochodzą też do nas. Wynik 0:5 miał pokazać, że złote pokolenie wcale nie jest takie złote, jak wydawało się rok temu, następcy mistrzów świata wcale nie rodzą się na kamieniu, system szkolenia jednak nie jest tak genialny, jak się wydawało, a problem niemieckiej piłki mają też pokazywać gorsze niż zwykle wyniki niemieckiej kadry w eliminacjach Euro 2016. Jeszcze chwilę i ktoś naprawdę uwierzy w kryzys.

Kryzys niemieckiego futbolu owszem, miał miejsce, gdy dorosła reprezentacja na dwóch mistrzostwach Europy z rzędu nie wychodziła z grupy, chociaż nie należy zapominać, że w środku tego kryzysu została wicemistrzem świata. Porażka młodzieżówki, nawet 0:5, w PÓŁFINALE, nie jest objawem kryzysu.

Zresztą, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, o co chodzi w turniejach młodzieżowych. O to, by je wygrywać czy by przygotować jak największą liczbę ich uczestników do gry na najwyższym poziomie? Mało kto tak dobrze rozumie, jak niewiele warte są triumfy w młodzieżowych kategoriach wiekowych, jak Polacy. Co z tego, że taki Dariusz Zawadzki był gwiazdą mistrzostw Europy, skoro w wieku 33 lat gra w Sparcie Kazimierza Wielka, nie zadebiutowawszy nawet w polskiej ekstraklasie? Co z tego, że Mariusz Sacha grał w kadrze, która wychodziła z grupy mistrzostw świata U-20, skoro mając 27 lat jest byłym piłkarzem, podobnie jak jego koledzy z drużyny Dawid Janczyk czy Krzysztof Strugarek. Młodzieżowe turnieje są fajną, ciekawą rozrywką na letnie miesiące, gdy nie dzieje się nic ciekawszego, można z nich wyciągnąć perełki i jakieś wnioski, ale nie należy ich traktować ze śmiertelną powagą.

Ważniejsze od tego czy Niemcy ograją Portugalię czy z nią przegrają jest jak radzą sobie w dorosłym futbolu.

Bramkarz Portugalii Jose Sa to rezerwowy klubu Maritimo. Bramkarz Niemiec Marc Andre ter Stegen wygrał w tym roku Ligę Mistrzów i to wygrał aktywnie, broniąc we wszystkich meczach Barcelony. Jego zmiennikami w kadrze byli Bernd Leno, który wyszedł z grupy Ligi Mistrzów i Timo Horn z Kolonii, bramkarskie objawienie sezonu jednej z najlepszych lig Europy.

W składzie Portugalii zmieścili się jeszcze Ricardo Esgaio, wypożyczony ze Sportingu Lizbona do Pacos Ferreira, rezerwowy Sportingu Tobias Figueiredo czy rezerwowy Porto Ricardo Pereira. Najwięcej w seniorskiej piłce znaczy William Carvalho, podstawowy zawodnik, jedna z gwiazd Sportingu, ale to dalej liga portugalska, piekielnie silne, lecz tylko zaplecze najwyższego europejskiego poziomu. Tego, na którym od lat grają rówieśnicy z Niemiec.

Za Matthiasa Gintera Borussia Dortmund zapłaciła 10 milionów euro. Ma już w dorobku dorosłe mistrzostwo świata. Emre Can regularnie grał w Liverpoolu, po świetnym sezonie w Bayerze Leverkusen. W Bundeslidze miejsce w składach swoich drużyn mieli też Christian Guenter, Julian Korb, Nico Schulz, Johannes Geis, za którego tego lata Schalke dało 10 milionów euro, Kevin Volland, Max Meyer, Leonardo Bittencourt, Felix Klaus, Maximilian Arnold i Robin Knoche (wicemistrzostwo i Puchar Niemiec) czy Yunus Malli. Joshuę Kimmicha Bayern kupił w tym roku za osiem milionów euro. Widzicie różnicę?

Portugalczycy zmietli Niemców, mogą sięgnąć po mistrzostwo Europy U-21, natomiast gdy już się nacieszą i wrócą z wakacji, w większości nadal będą dopiero aspirantami na najwyższy poziom. A młodzi Niemcy pozbierają się, odpoczną i wrócą do odgrywania centralnych ról w liczących się europejskich klubach. Taki jest ten kryzys niemieckiego szkolenia.

Podobnie ma się rzecz z dorosłą reprezentacją. Pewnego rodzaju odprężenie pomundialowe, połączone z wieloma kontuzjami przyniosło trochę gorsze wyniki. Swoje musiała też zrobić reforma mistrzostw Europy. Reprezentacja taka jak Niemcy wie, że cokolwiek by zrobiła i tak na turnieju zagra. Selekcjoner może sobie eksperymentować do woli, nawet kosztem jakiejś porażki z Polską czy remisu z Irlandią. W przypadku reprezentacji Niemiec, liczą się tylko wielkie turnieje. Przypomnę, że przed zgarnięciem mistrzostwa świata w imponującym stylu, Niemcy w meczach towarzyskich nie wyglądali na faworyta mundialu – wymęczyli wygraną z Chile, będąc wyraźnie słabszym, zremisowali z Polską i Kamerunem, rozjechali jedynie Armenię, choć i tak niżej niż miesiąc później Brazylię. Taka specyfika. Wielcy piłkarze grają wielkie mecze w wielkie wieczory, co nie oznacza, że błyszczą zawsze i wszędzie. Rozlicza się ich z mistrzostw świata i mistrzostw Europy. A tu ostatnimi czasy mają: mistrzostwo, trzecie miejsce, trzecie miejsce, wicemistrzostwo, trzecie miejsce. Ot, niemiecki kryzys.

Puchar Narodów Afryki, czyli wiemy, że nic nie wiemy

Po spuszczeniu z ligi Górnika Zabrze i nieudanym drugim podejściu do Wisły Kraków, Henryka Kasperczaka, mam wrażenie, uznaje się w Polsce za nieszkodliwego idiotę. Dziadka, który bardzo dużo osiągnął, należy go za to szanować, ale do jego opinii na obecne tematy niespecjalnie przywiązuje się wagę. Zwłaszcza, że mówi lekko zabawnie, z francuskim akcentem. I dochodzą sygnały, że faktycznie się starzeje, bo na przykład tuż po zakończeniu pracy w Zabrzu nie pamiętał Przemysława Pitrego, którego w Górniku prowadził. To, że jeszcze chce go ktoś zatrudniać, traktuje się trochę jako dowód na zacofanie Afryki. Zwłaszcza, że tam też nie miał ostatnio dobrej passy. Na ostatnim Pucharze Narodów Afryki, w którym brał udział, Senegalczycy wyrzucili go z pracy zanim skończyła się faza grupowa.

Przyznam, że też udzieliło mi się pobłażliwe myślenie o Kasperczaku, jako o byłym dobrym trenerze. Za wcześnie na odtrąbianie, że Kasperczak znów jest wielki, ale dzisiejszy mecz Mali z Kamerunem daje mocno do myślenia czyśmy za wcześnie nie zrobili z pana Henryka idioty. To by nawet było bardzo ludzkie – nie chcę powiedzieć „polskie” , bo nie tylko my tak mamy – zrobić debila z jedynego, któremu się udaje.

Gdyby nie moment zapomnienia w 84. minucie, Mali zagrałoby przeciwko Kamerunowi mecz idealny. Żadna drużyna dotychczas nie zaprezentowała takiej dyscypliny i organizacji gry. Żadna z takim poświęceniem nie realizowała planu. Pytałem ostatnio, jak to się dzieje, że zawodnicy urodzeni w Europie, grający w Europie, mający europejskich trenerów, po przyjeździe do Afryki zapominają kompletnie o taktyce. Malijczyków to nie dotyczyło. Mimo że na papierze ten skład nie zachwycał nazwiskami, na boisku wyglądał bardzo dobrze. Przypominał pod tym względem Burkina Faso z poprzedniego turnieju.

Bramka stracona przez Malijczyków była oczywiście stracona w sposób gapowaty, ale nie powinno to przekreślać pracy „Orłów”. Obrońcom udało się wyłączyć choćby szalejącego w Porto Aboubakara i dobrze grającego w Schalke Choupo-Motinga. Grali na wyprzedzenie, asekurowali się i unikali zmory innych afrykańskich drużyn – za dużych przestrzeni między formacjami. Mali było zwarte i potrafiło sposobem zdobyć gola. Stałe fragmenty gry, głupcze.

Drużyna Kasperczaka o mały włos nie ograła przebudowanego Kamerunu, który ostatniej porażki doznał na mundialu w Brazylii przeciwko gospodarzom. Volker Finke przebudował i odmłodził najsłabszy zespół brazylijskiego turnieju, pozbył się największych gwiazd, które rozbijały szatnie i których nie mógł zaprząc do pracy dla zespołu. W eliminacjach rozbili 4:1 Wybrzeże Kości Słoniowej, w tamtym meczu tracąc jedyną (!) bramkę. Nie przegrali ani jednego meczu. Remis z nimi na otwarcie turnieju to bardzo dobry wynik, który oczywiście niczego nie rozstrzyga. Ale Mali byli dziś całkiem Duzi. He.

Mogło być jeszcze piękniej, gdyby nie nieuznana (słusznie) bramka dla Mali w doliczonym czasie gry. W tej sytuacji kameruński bramkarz Fabrice Ondoa zachował się fatalnie, ale przez cały mecz bronił dobrze i pokazał, że Kamerun może podtrzymać tradycję świetnych bramkarzy. Od N’kono, przez Songo’o, Kameniego, Itandje, po 19-latka z rezerw Barcelony. Jeśli gdzieś w Afryce rodzi się zdolny bramkarz, to niemal na pewno w Kamerunie.

***

Po tym jak zaprezentowały się wszystkie drużyny, nie jesteśmy ani trochę mądrzejsi. Pięć z ośmiu meczów zakończyło się wynikami 1:1. Wygrały tylko Gabon, Algieria i Senegal. Gabon wypunktował Burkina Faso jak doświadczony bokser. Oddał inicjatywę, dobrze i szczęśliwie się broniąc (Didier Ovono!) i szybko kontratakując.

***

Algierię ciężko ocenić. Długo grała beznadziejnie. O ile długie podania na mundialu wykończyły niskich Koreańczyków, a ustawienie z tyłu i przeszkadzanie dobrze się sprawdzało w meczu z Niemcami, o tyle gdy trzeba było coś wykreować w ataku pozycyjnym, Algierczycy wyglądali fatalnie. RPA zasłużenie prowadziło, tyle, że za nisko, bo z defensywy algierskiej cokolwiek robił tylko bramkarz M’Bolhi. Gdyby gospodarze mundialu z 2010 roku wykorzystali karnego na 2:0, Algieria by się nie podniosła. Ale zmarnowali. Ostatnie 20 minut w wykonaniu Algierczyków było mocne, choć bramkarz RPA przy drugim i trzecim golu mocno im pomógł. Można powiedzieć, że Algieria miała szczęście, bo będzie to prawdą. Można powiedzieć, że pokazała klasę, bo grając źle, wygrała. Nie wiadomo, co o niej sądzić.

***

Senegalczycy w meczu z Ghaną potwierdzali długo to, co rzucało się w oczy przy spojrzeniu na kadrę. Świetny atak – słaba obrona. Ghana mogła z nimi robić, co chciała. W 14. minucie sędzia dał Ghanie tylko karnego, choć bramkarz ewidentnie faulował w polu karnym i zasłużył na czerwoną kartkę. Możliwe, że sędziowie dostali wytyczne, by w takich sytuacjach nie karać drużyny podwójnie, co często postulowano. Senegal miał szczęście, bo grając przez cały mecz w dziesiątkę, pewnie by nie wygrał. Miał też szczęście, bo zwycięską bramkę zdobył 10 sekund przed końcem. Ale mimo to trudno powiedzieć, że wygrał szczęśliwie. Ghana, jak przyzwyczaiła w Pucharze Narodów Afryki, nie zaprezentowała nic. Nie mam przekonania do trenerskich umiejętności Avrama Granta i po tym meczu absolutnie ich nie nabrałem. Ghana może nawet z tej grupy nie wyjść. Już jest pod ścianą.

***

RPA przegrała, ale i tak zaprezentowała całkiem dobry futbol. Powinniśmy z nią nawiązać jakąś „zgodę”. Oni, tak samo jak my, mieli kilka lat obsuwy w budowaniu porządnej drużyny na organizowany przez siebie turniej, ale – tak jak nam – w końcu im się chyba udało.

***

Herve Renard miażdżył wzrokiem i patrzył złowrogo w dal jak Vitor Baia, ale wystarczyło to tylko do remisu. Wybrzeże Kości Słoniowej, jak Ghana, tradycyjnie zagrało poniżej potencjału. Znakomicie przy golu zachował się asystent Wilfried Bony, ale remis z Gwineą to wynik poniżej oczekiwań. A biorąc pod uwagę, że Mali i Kamerun słabe nie są, tak dysponowany WKS może mieć problemy już w grupie. Ktoś napisał, że Gervinho pod opaską, która przykrywa mu głowę, ma tylko włosy i to nie była pomyłka. Ile razy można tak głupio osłabić zespół?

***

Tak jak parę lat temu hitem PNA były zambijskie nazwiska, tak teraz mogą o to miano powalczyć malijskie imiona. Lubię to dodawanie „a” do znanych i popularnych imion. „Adama”, „Jakuba”. Dlaczego właściwie nie tworzymy w ten sposób imion żeńskich?

***

Narzekałem przed turniejem, że mało jest drużyn „sympatycznych”, debiutantów, przez co nie ma komu kibicować. Ma to jednak swoją zaletę. Nie widać tak wielu nieudolnych bramkarzy i drużyn, które odstają od wszystkich innych. Sam fakt, że tyle jest remisów, a tylko Algieria wygrała więcej niż jedną bramką, choć przegrywała, świadczy o tym, że poziom jest wyrównany. Pewnie nie za wysoki, ale chociaż wyrównany.

***

A Seydou Keita ma bardzo mądrą twarz. Nie dziwi mnie, że Kasperczak mówi, że to nie tylko dobry piłkarz, ale też dobry człowiek. Już dawno sądziłem, że tak właśnie mu z oczu patrzy:

keita

Niemiecki trzeci garnitur staje się pierwszym

Pięć meczów. Tyle wystarczyło, by szampańskie nastroje z mistrzostw świata wokół reprezentacji Niemiec odpłynęły. Po starciach z Argentyną i Szkocją nikt nie wszczynał alarmu, bo zawodnicy byli zmęczeni, bo początek sezonu, bo w gruncie rzeczy przegrali tylko mecz towarzyski, a ze Szkotami – ledwo, bo ledwo – ale wygrali. Po meczu z Polską też było spokojnie. Przecież każdy widział, że Niemcy zagrali dobrze, ale nieskutecznie. Mieli pecha, zdarza się. Irlandia zasiała już trochę wątpliwości. Gdyby Niemcy wygrali wysoko i pewnie, nie byłoby tematu. A te męczarnie, gra na stojąco, strata punktów, kazały się zastanowić czy to nie większy problem. Po Gibraltarze chyba już wiadomo, że o ile kryzysu nie ma, to konieczność zmian już zdecydowanie jest.

Widać to najlepiej po Joachimie Loewie i jego zmianie retoryki. W październiku też mówił o braku szczęścia, kontuzjach i braku wielu ważnych zawodników. W listopadzie zapowiedział, że od 2015 roku zespół będzie potrzebował nowych impulsów i jeśli chce zostać na szczycie, musi się zmienić. Mówił też o konieczności wprowadzania do kadry nowych piłkarzy.

Myślę, że Loew zrozumiał, że nie ma już sensu liczenie, ilu mistrzów świata brakuje. Niektórych może brakować zawsze. Nie będzie już – z oczywistych względów – Lahma, Mertesackera i Klosego. Jest też grupa regularnie kontuzjowanych bądź zawodzących. Schweinsteiger leczy kontuzje praktycznie od półtora roku. Wpada tylko na momenty i gra znakomicie. W tym roku wystąpił w pełnym wymiarze tylko w 15 meczach, co nie przeszkodziło mu się znaleźć w gronie nominowanych do nagrody dla najlepszego piłkarza świata. Jego awaryjność każe jednak szukać następcy. Nie ma gwarancji, że akurat w czerwcu 2016 Bastian nie będzie miał kontuzji. Jeśli będzie zdrowy – świetnie, będzie konkurencja. Ale jeśli nie – Loew musi mieć gotowego następcę.

Podolski w klubie nie gra niemal w ogóle. A gdy grał, to raczej zawodził. Długo „Poldi” był rzadkim przypadkiem piłkarza, który w kadrze gra znakomicie niezależnie od tego, jak źle gra w klubie. Ale to minęło i nie wiadomo czy wróci. Trudno na nim budować kadrę na Euro 2016. Od jakiegoś czasu problemy boiskowe i pozaboiskowe ma Mesut Oezil. Potrafi zagrać dobrze, ale jego też prześladują kontuzje, a co za tym idzie, nie zawsze jest w formie. Nadzwyczaj awaryjny stał się Mats Hummels, od zeszłego sezonu też z rzadka grający przez wiele miesięcy bez żadnych urazów. Tak samo jak i Marco Reus czy Sami Khedira. Dodatkowo dochodzi problem niemal odwieczny – brak bocznych obrońców.

Kiedy w maju graliśmy w Hamburgu z Niemcami towarzysko, wydawało się, że Loew wystawia przeciwko Polsce trzeci garnitur, który przez najbliższe lata nie będzie używany. Jak się okazało, wystawiał wtedy najbliższą przyszłość kadry. Nadszedł czas, w którym od piłkarzy pokroju Erika Durma, Christopha Kramera, Antonia Ruedigera, Maksa Krusego, Karima Bellarabiego, Sebastiana Rudego, Matthiasa Gintera, Jonasa Hectora czy Robina Knochego nie oczekuje się, by spokojnie nabierali doświadczeń, ogrywali się i zwyczajni niczego nie zawalili, tylko by zaczęli wchodzić do tej kadry ławą  zacząć brać za nią odpowiedzialność. Jeśli akurat wszystko dobrze się Loewowi ułoży, we Francji mogą w ogóle nie zagrać, bo zdrowi i w formie będą liderzy. Ale selekcjoner musi szykować plan B.

Ostatnie lata w futbolu reprezentacyjnym upływały pod znakiem rządów dynastycznych. Najpierw złote pokolenie mieli Francuzi i zgarnęli mistrzostwo świata, a później Europy. Później hiszpańska złota generacja wygrywała, co się tylko dało. Dziś już widać, że Niemcom może być ciężko wygrać mistrzostwo kontynentu siłą rozpędu, jednym pokoleniem. Wszak ani Francuzom ani Hiszpanom nie odeszło po zdobyciu tytułów trzech kluczowych piłkarzy. Loew, jeśli chce odejść jako zwycięzca, musi wprowadzić do kadry sporo świeżej krwi.

Nie ma co bić na alarm o tyle, że trzon kadry dalej jest znakomity i potrzeba właściwie stworzyć tylko dobrych zmienników i zawodników na niektóre pozycje. Jest też z kogo tworzyć, bo Bundesliga obfituje w znakomitych młodych piłkarzy, niemieckie reprezentacje młodzieżowe też są nad wyraz solidne. Póki co jednak z niemistrzów świata spory potencjał w kadrze potwierdzał tylko Karim Bellarabi. W 2015 roku nowe pokolenie musi zacząć potwierdzać klasę. Coraz mocniej nadchodzi jego czas.

A gdyby na Narodowym Ronaldo został zasztyletowany?

herostrates

Od czasów, kiedy Herostrates wykoncypował sobie, że podpali świątynię Afrodyty żeby zdobyć sławę i jego plan się powiódł, wiadomo, że człowiek jest zdolny zrobić wszystko, co sprawi, że będzie o nim głośno. Nie wiem czy współczesność to zjawisko uwypukliła, ale na pewno nie pozwala o nim zapomnieć. Dlatego kiedyś podobno w niektórych, poważniejszych mediach obowiązywała zasada: nie promujemy debili. Niestety, już nie obowiązuje.

Wielokrotnie, w każdym miesiącu na murawę jakiegoś stadionu gdzieś na świecie wbiega mniej lub bardziej skąpo odziany kibic. Dzisiaj na Upton Park jeden wykonał wolnego lepiej niż Eriksen, a inny (a właściwie skąd wiadomo? Może ten sam. Globalizacja) w Warszawie idealnie wykorzystał moment, w którym trenerzy zmieniali wszystkich i wpuszczali samych nieznanych gości, wbiegł w koszulce Ronaldo, ustawił się w polu karnym i przez nikogo nie niepokojony przybijał piątki z zawodnikami. Paręnaście dni temu inny, w Zabrzu, obrzydliwy. Na Basenie Narodowym. Albo w meczu Chorwatów na Euro, całujący się z Biliciem. Czy rzucający w Figo koszulką Barcelony. Pełno przykładów, każdy kiedyś się spotkał.

Komentatorzy zwykle mówią o nich serdecznie, ironicznie, żartują sobie. Gazety, portale, robią z nich bohaterów. Niektórzy bukmacherzy przyjmują nawet zakłady czy nagi kibic wbiegnie gdzieś w ekstraklasie na murawę, przenosząc zjawisko na zupełnie inny poziom. Wcześniej kusiła tylko sława, teraz jeszcze pieniądze.

Dziwię się. Dziwię traktowaniu tych intruzów z ciepłą serdecznością i patrzeniu na nich jak na nieszkodliwych dziwaków. Pochwalam to, że np. na mistrzostwach świata realizatorzy starali się ich nie pokazywać. Jak już ustaliliśmy, dla sławy ludzie są w stanie zrobić wszystko. A szaleńców nie brakuje.

To w sumie bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, że na stadionach tragedie, jeśli się zdarzają, są można powiedzieć – naturalne. Albo zawali się trybuna, albo wybuchnie pożar, w najgorszym wypadku jest zadyma i ktoś zginie albo będzie ranny. Stadiony omija to, co dzieje się w samolotach, autobusach czy na dworcach. Czyli na mecze piłkarskie nikt póki co nie przychodzi, by zdetonować bombę albo ustrzelić napastnika którejś z drużyn. Owszem, zdarzają się ataki terrorystyczne na meczach piłkarskich, ale póki co raczej z dala od głównych aren.

Kwestia czasu.

Niestety. Jeśli historia widziała przypadki zabójstw królów, prezydentów, ministrów,  premierów, gwiazd popu to ktoś kiedyś zastrzeli też piłkarza. Albo zasztyletuje, albo obleje kwasem. Generalnie zrobi krzywdę. Każdy, kto był kiedyś na stadionie, wie, że dla chcącego nic trudnego wnieść cokolwiek. Skoro piłkarze to dziś jedni z najbardziej rozpoznawalnych ludzi na świecie, a kluby piłkarskie jedne z największych firm, to dlaczego mają ich wiecznie omijać niebezpieczeństwa właściwe najważniejszym ludziom na świecie? I jeśli historia widziała przypadki ataków terrorystycznych na dworcach, w metrach, autobusach, pociągach i samolotach, to zobaczy też i na stadionach. Skupisko ludzi znakomite, rozgłos gwarantowany.

Naprawdę, im dłużej o tym myślę, tym bardziej dziwi mnie, że przy tylu szaleńcach chodzących po ulicach, jedynym właściwie znanym a zabitym piłkarzem w ostatnich 20 latach pozostaje Andres Escobar. A zabójstwa piłkarza na stadionie nie mogę sobie przypomnieć. Wiślacki Misiek przywalił w głowę Dino Baggio nożem i też jest znany do dziś, choć Włochowi szczęśliwie nic się nie stało. Wspaniale, że dotychczas stadiony to enklawy raczej wyłączone spod działania szaleńców, ale zakładanie, że tak będzie wiecznie to rozbrajająca naiwność.

Nie chodzi o panikowanie, szerzenie rozpaczy i histerii. Ci wbiegający na murawę bywają nawet czasem zabawni. Chodzi o inną perspektywę: nigdy nie wiesz, co jeden z drugim ma pod deklem. Nigdy nie wiesz też, co trzyma w gaciach, jeśli akurat w nich wbiega. Może a nuż, nóż. I nigdy nie wiesz, z jakim zamiarem biegnie do Cristiano Ronaldo.

Oczywiście, jeśliby ktoś chciał zrobić krzywdę, nie potrzebuje wbiegać na murawę. Ale jednak im bliżej, tym prawdopodobieństwo powodzenia się zwiększa.

Dlatego dzisiaj, zamiast się śmiać z gościa z Warszawy, lepiej zapytać, dlaczego tak długo nikt nie reagował. Tak jak z lotniskiem. Można się śmiać, że ktoś przeszedł przez pięć kontroli nie mając żadnych papierów, ale lepiej spytać, jakim cudem znalazł się na pokładzie i kto na to pozwolił.

P.S Tuż po publikacji tekstu na Twitterze Sebastian Warzecha zwrócił uwagę na fakt, że tenisistka Monika Seles  została kiedyś ugodzona przez „kibica” nożem. Dzięki. To tak, żeby nikt nie myślał, że takie rzeczy są tylko wytworem mojej chorej fantazji.