Thiago Cionek: jak można grać w Lotto Ekstraklasie? Dni Biznesu w Sporcie znowu udane

Bardzo lubię Dni Biznesu w Sporcie. W ostatnich latach także dlatego, że można na nich zobaczyć ludzika Z nogą w głowie w takim towarzystwie:

Ale na tym zalety konferencji, organizowanej co roku w grudniu na warszawskiej SGH, się nie kończą.

Usłyszałem kiedyś opinię, że jeśli z książki zapamiętasz choćby jedno zdanie, i tak warto było ją przeczytać. Staram się o tym pamiętać, ilekroć nadchodzi możliwość – najpierw tylko jako uczestnik, a w ostatnich latach także jako dumny patron medialny – wziąć udział w Dniach Biznesu w Sporcie. Bo jechać w środku tygodnia do Warszawy, zamiast siedzieć w spokoju w domu, pisać teksty po kątach, zamiast przy wygodnym biurku, to może nie jest kusząca perspektywa. Ale to złudne. Co roku warto. Kilka edycji temu chłonąłem wszystko jak gąbka. Rok temu nie byłem w stanie przyjechać w ogóle, teraz mogłem tylko na jeden dzień, który i tak – z racji obowiązków zawodowych – ograniczył się jedynie do trzech prelekcji. Jednak niezmiennie warto. Dla tego jednego kontaktu, dla jednego poznanego osobiście czytelnika, dla jednej usłyszanej historii.

 Co jest w tym wszystkim najfajniejsze, tuż po wyjściu z budynku SGH, nigdy nie wiem, co się okaże taką historią czy kontaktem. Dwa lata temu nie wiedziałem, że – nagrany w budynku C warszawskiej uczelni – wywiad z Tomaszem Majewskim pozwoli mi po raz pierwszy wskoczyć na pierwszą stronę „Przeglądu Sportowego”. Na Dniach Biznesu w Sporcie poznałem obecnego rzecznika Wisły Kraków, z którym dziś na co dzień pracuję, dzięki Dniom Biznesu w Sporcie dowiedziałem się, jak niesamowitą historię życia miał Rafał Sonik i zdobyłem numery do marketingowców klubów z drugiego końca Polski, których w innych okolicznościach bym nie miał. A przecież nigdy nie wiem, którego dnia taki kontakt okaże się kluczowy.

 Dlatego w tym momencie nie wiem, która z poznanych dziś osób i wysłuchanych historii kiedyś zaprocentuje. Wiem tylko, że któraś tak. Z zainteresowaniem wysłuchałem chociażby wystąpienia Wojciecha Szaniawskiego z Arskom Group, dzięki któremu m.in. Grzegorz Krychowiak funkcjonuje dziś w naszej świadomości jako wojownik i zarazem jeden z najbardziej eleganckich polskich piłkarzy (a kilka lat temu w ogóle nie funkcjonował w świadomości większości). Ale oprócz wielkich słów, liczy się też zgrabne zdanie do wynotowania i zapamiętania. U Szaniawskiego wynotowałem: „Jak cię nie ma w Google, to cię nie ma w og’le”. Zgrabne.

Gdybym nawet jednak nie miał z Dni Biznesu w Sporcie żadnej innej korzyści, pojechałbym tam tylko dla kadrowej anegdotki Łukasza Wiśniowskiego, współtwórcy sukcesu PZPN-owskiego portalu „Łączy Nas Piłka”. Jeden z ekstraklasowych kadrowiczów zapytał kiedyś Thiaga Cionka, jak on w ogóle może grać w lekko już obciachowych korkach firmy Lotto, których nikt inny nie używa. – A jak można grać w Lotto Ekstraklasie? – skontrował Cionek. Jedno zdanie, a jak wiele pozytywnego o nim powiedziało. To też sztuka.

Dlatego czy mnie SGH-owcy za rok zaproszą, czy nie, czy będą chcieli, żebym był patronem medialnym, czy nie, i tak pojadę. Jestem nikim, by mądrzyć się, na czym polega dziennikarstwo, ale w moim rozumieniu m.in. na pisaniu ciekawych historii o ciekawych ludziach. Dni Biznesu w Sporcie bardzo to ułatwiają, zbierając co roku w jednym miejscu, na kilka dni, grono ciekawych ludzi z ciekawymi historiami.

Darmowy konkurs typowania wyników – typuj.org

Dzisiaj będzie o szansie na dodatkowy zarobek dla fanów piłki nożnej. Interesuje Was Ekstraklasa? Może lubicie też Premiership, Bundesligę? Albo jesteście fanami Serie A, czy Primera Division? A może oglądacie tylko Europejskie Puchary? W każdym z powyższych przypadków musicie przeczytać ten artykuł!

Liga typerów – typuj.org – bo o tym mowa – to darmowa zabawa polegająca na typowaniu wyników spotkań. Darmowa, ale… z prawdziwymi nagrodami! W sezonie 2015/2016 łącznie nagrodzonych zostanie ponad 1000 osób kwotą ponad 50 tysięcy złotych. Za darmo!

Na czym to polega? Opis podzieliłem na trzy etapy:

1. Rejestracja

Najbardziej czasochłonny etap, ale nie powinien zająć więcej niż 15 minut. Wchodzimy na stronę główną i zakładamy nowe konto. Podczas rejestracji nie są wymagane żadne newralgiczne dane, a e-mail zostanie użyty jedynie do przypominania o nowym sezonie (ilość maili reklamowych w roku 2014/2015 – dwa, sprawdziliśmy).

Następnie trzeba uzupełnić loginy sponsorów. Co ważne – założenie kont u sponsorów konkursu również jest całkowicie bezpłatne, nigdy nie będzie trzeba na nie nic wpłacać. I to już wszystko jeżeli chodzi o rejestrację :). Loginy można uzupełnić w późniejszym czasie (po rejestracji), ale ważne by zrobić to przed oddaniem typów.

2. Typowanie

Jeżeli mamy już konto możemy typować. Logujemy się i klikamy zakładkę typuj. Do wyboru mamy jedną sześciu lig (trzy już ruszyły, trzy ruszą w sierpniu): cztery największe ligi europejskie (Serie A, Premiership, Primera Division, Bundesliga), Europejskie Puchary oraz polską Ekstraklasę. W każdej lidze co tydzień do wytypowania jest dziesięć spotkań piłkarskich (wszystkie mecze poza poniedziałkowymi, czasem jakieś dodatkowe elementy jak wynik do przerwy, czy liczba goli).

Zawsze mamy do wyboru trzy opcje: 1, X lub 2. 1 oznacza wygraną gospodarzy, X oznacza remis, a typując 2 stawiamy na wygraną gości.

A co jeżeli nie masz swojego faworyta? Nic się nie martw! Po pierwsze Typuj.org udostępnia bezpłatnie statystyki na temat typów innych graczy (tutaj statystyki: liga polska), dzięki czemu wiemy ile osób typowało dany wynik. Ponadto typuj.org współpracuje z forum bukmacherskim, gdzie znajdziecie darmowe analizy wybranych spotkań. Sprawdź i wejdź na www.typybukmacherskie.org

Analizując to wszystko możecie oddać od 1 do 10 typów w każdej lidze. Pamiętajcie jednak, że poprawny typ to 1 punkt, a błędny to -0,6 punktu!

3.Sprawdzanie wyników i odbieranie nagród

Oddałeś już typy? Teraz pozostaje Ci śledzić wyniki spotkań. Gdy dobrze Ci idzie sprawdź koniecznie swoje miejsce w klasyfikacji tygodniowej. Wygrywa bardzo dużo osób!

Nagrody:

-  Co tydzień 1200 PLN podzielonych na 30 nagród!

-  Dodatkowo, co miesiąc, dalsze 600 PLN dla TOP 6!
- Dodatkowo, co roku, dalsze 5000 PLN dla TOP 10!

Dodatkowo jeżeli macie kolegów, to za każdego znajomego (bez górnego limitu!) otrzymacie 10 PLN. Polecisz 15 osób? 150 PLN jest Twoje!

I to już wszystko. Pamiętaj by oddawać typy co tydzień – w ten sposób zwiększasz swoje szanse na nagrody. Pierwsze mecze ruszają zwykle w piątek o godzinie 18:00, więc oddaj typy wcześniej.

Wpis sponsorowany

 

Wielkie firmy szkolą naszych. Czas na Milan

MILAN

Zrobił się ostatnio w Polsce spory ruch w kwestii szkolenia młodzieży przez najlepsze kluby świata. Barcelona w Warszawie, Juventus w Piekarach, Borussia Dortmund w Goczałkowicach. Latem obozy w Polsce organizuje kolejny gigant, czyli AC Milan, którego trenerzy podczas AC Milan Junior Camp będą latem szkolić polskie dzieci. Obozy odbędą się w Barcicach k. Nowego Sącza i Gniewinie na Pomorzu.

Milan Junior Camp to oficjalny obóz piłkarski klubu AC Milan skierowany do dzieci w wieku 6-13 lat, prowadzony wg. systemu treningowego Akademii Piłkarskiej AC Milan i pod kierunkiem jej włoskich trenerów.

Więcej szczegółów TUTAJ.

Jerzy Dudek: Ciężko mi uwierzyć, że przeżyłem tyle historii

3-4_FFT

Tekst powstał w ramach współpracy „Z nogą w głowie” z magazynem „Four Four Two”.

Jerzemu Dudkowi, choć z żywotem zawodowego piłkarza pożegnał się już kilka lat temu, daleko do trybu życia typowego domatora. Mało tego, były bramkarz Liverpoolu i Realu pozostaje jednym z najbardziej zajętych przedstawicieli świata polskiego sportu. W najnowszym wydaniu FourFourTwo znajdziecie szczery wywiad, w którym opowiada o swoich pasjach i codziennych obowiązkach. Zdradza także, że już za kilka tygodni na rynku pojawi się jego biografia.

Mimo niespełna 42 lat na karku, Jerzy Dudek wciąż może imponować wysportowaną sylwetką. Nie może być jednak inaczej, skoro regularnie jest zapraszany na mecze pokazowe w gwiazdorskiej obsadzie w różnych częściach świata. Po niedawnych eskapadach choćby na terenie Azji, tym razem 60-krotny reprezentant Polski szykuje się do spotkania, które pod koniec kwietnia ma na Anfield Road upamiętnić wygrany przez Liverpool finał Ligi Mistrzów w 2005 roku z Milanem. – Założenie jest takie, że obie drużyny zagrają w takich samych składach jak dziesięć lat temu. Mam nadzieję, że mecz dojdzie do skutku, bo na pewno fajnie byłoby po dziesięciu latach odświeżyć pamięć o tym niesamowitym spotkaniu. Zwłaszcza że poza Stevenem Gerrardem chyba już nikt z uczestników tamtego spotkania nie gra profesjonalnie w piłkę – mówi Dudek. – Ja w każdym razie jestem w pełnej gotowości, trzymam formę i czekam na powołanie. Z okazji 10-lecia triumfu na pewno jest już za to potwierdzone pod koniec maja w Liverpoolu duże wydarzenie dla kibiców „The Reds”. Komplet biletów rozszedł się błyskawicznie, co zapowiada wyjątkowy wieczór.

Zaledwie kilka dni później Dudka czeka obowiązkowa obecność na finale Ligi Europy, który odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. – To wielkie wyróżnienie, że UEFA wybrała akurat moją osobę na ambasadora tego wydarzenia. Obowiązków też jednak nie brakuje, bo muszę choćby uczestniczyć w losowaniu kolejnych rund Ligi Europy, które odbywają się w Nyonie – opowiada „Dudi”. – Nie powiem jednak, żebym narzekał. Dzięki losowaniom mam okazję porozmawiać sobie z wysłannikami poszczególnych klubów, w tym także niezwykle bliskich mi ekip – Liverpoolu oraz Feyenoordu. Nie ukrywam też, że już nie mogę się doczekać samego finału. Z jego okazji w Warszawie będzie wielka feta, porównywalna do tych, które obserwowaliśmy podczas Euro 2012.

W międzyczasie Dudek zamierza oddawać się nowej sportowej pasji, czyli golfowi. – Najpierw planuję otwarcie sezonu marcowymi zmaganiami dla amatorów w Hiszpanii, gdzie wybiera się silna ekipa z Polski, a później między innymi udział w Biznes Lidze, gdzie przedstawiciele różnych firm rywalizują między sobą o miano najlepszego. Czołówka pojedzie później na światowe finały do Portugalii. Mam nadzieję, że będę w tym gronie – nie ukrywa. – Moim podstawowym celem na ten sezon jest jednak po prostu grać więcej w golfa niż w ubiegłym roku, gdy momentami nie starczało mi na to czasu. Chciałbym również wystąpić w mistrzostwach Polski amatorów – indywidualnie i w parze z Mariuszem Czerkawskim. Być może pod koniec roku polecę jeszcze na mistrzostwa świata do RPA.

Na tym emocje sportowe z udziałem Dudka wcale jednak się nie kończą, bo coraz ważniejsze miejsce w jego życiu zajmują wyścigi samochodowe. – Od dwóch lat mam styczność z profesjonalnymi wyścigami i w tym roku znów mam zamiar wziąć udział w serii Volkswagen Golf Cup. Na pewno fajnie byłoby móc wykorzystać w tym sezonie te doświadczenia, które zebrałem w poprzednich latach. Tym bardziej że seria Volkswagen Golf Cup ma w tym roku startować razem z elitarną serią ADAC GT – podkreśla Dudek, którego marzeniem jest występ w Rajdzie Dakar za kilka lat.

Przy tak napiętym grafiku Dudek był zatem idealnym kandydatem na ambasadora firmy produkującej zegarki. Kwestią czasu było, że któryś z koncernów złoży mu taką propozycję. I faktycznie, od kilku tygodni jeden z najlepszych polskich bramkarzy w historii jest twarzą marki Citizen. – Jestem bardzo zadowolony z zegarka Citizen, z którego obecnie korzystam. A muszę powiedzieć, że jestem wymagający pod tym względem. Zwracam uwagę, nie tylko na to, jak zegarek chodzi, ale i jak wygląda. Często spoglądam na jego tarczę podczas meczów, ale także w czasie turniejów golfowych – śmieje się Dudek. – Bardzo cenię sobie też wytrzymałość nowego zegarka Citizen. U mnie zegarek jest na ręce 24 godziny na dobę, również wtedy, gdy idę popływać, siedzę w saunie, czy rąbię drzewo. Przyznam, że kilka zegarków zdarzyło mi się już uszkodzić, ale te, które dostałem ostatnio od firmy Citizen spisują się świetnie.

Dudek jest też ambasadorem projektu Liga Heineken, dzięki któremu internauci mogą przeżywać wieczory Ligi Mistrzów, dzieląc emocje z bramkarzem, który przeszedł do historii rozgrywek.
- Bardzo często wymieniam swoje doświadczenia z kibicami za pośrednictwem mediów społecznościowych. Sami kibice widać, że również chętnie korzystają z tego kanału komunikacji z osobami, które lubią. Heineken, jeden z głównych sponsorów Ligi Mistrzów, zwrócił się do mnie, abyśmy wspólnie zrobili coś fajnego dla fanów. Takie interakcje z sympatykami futbolu są dla mnie bardzo miłe i dzięki firmie Heineken aż do końca tego sezonu będę korespondował regularnie z nimi odnośnie wydarzeń w najlepszych klubowych rozgrywkach piłkarskich na świecie – przyznaje Dudek.

Jak zdradził magazynowi FourFourTwo, już niedługo na rynku pojawi się druga część jego biografii. - Nowa książka jest już w 95 proc. gotowa, została tylko do opracowania jakaś kosmetyka. Od 2005 roku, kiedy zaczynałem pracę nad pierwszą książką, w moim życiu wydarzyło się jeszcze więcej niż do tamtego momentu. Aż ciężko mi nawet czasem w to uwierzyć, że przez te dziesięć lat przeżyłem tyle różnych historii, którymi mogę się teraz na spokojnie podzielić z kibicami i przyjaciółmi. Wątków jest wiele – od 2006 roku i braku powołania na mistrzostwa świata w Niemczech od Pawła Janasa, przez opuszczenie Liverpoolu i towarzyszące temu rozmaite spekulacje, po czas spędzony w Realu Madryt. Koledzy, którzy mieli okazję posłuchać różnych moich wspomnień, już od dawna powtarzali mi, że muszę usiąść nad drugą książkę. Posłuchałem ich i myślę, że faktycznie to będzie jeszcze lepsza pozycja niż „0:3 do przerwy”. Mam nadzieję, że będzie się to miło wszystkim czytało, a niektóre z opowieści pomogą też czytelnikom wyciągać w życiu odpowiednie wnioski i czegoś przy okazji nauczą.

Szóste urodziny Z nogą w głowie

Będzie dzisiaj króciutka prywata. Taki jeden dzień w roku, kiedy można samemu sobie zaśpiewać sto lat. Blog Z nogą w głowie świętuje dziś szóste urodziny.

Dokładnie sześć lat temu, mniej więcej o tej porze, założyłem bloga piłkarskiego pod adresem trelik.blox.pl. Nazywał się „Stawka większa niż życie”, bo nic mądrzejszego nie przyszło mi wtedy do głowy. Chodziło o nawiązanie do wiadomego cytatu Billa Shankly’ego. Było jakieś cztery godziny przed pierwszym gwizdkiem finału Euro 2008, pisałem o tym, że chcę, by wygrali Hiszpanie.

Sami widzicie, że minęła cała epoka. Dziś w tym samym zestawie życzyłbym wygranej Niemcom. Zmieniła się nazwa. Zmienił się adres. Szczęśliwie zmienił się styl mojego pisania. Wtedy Hiszpanie rozpoczynali swoją epokę, dziś są świeżo po jej zakończeniu. Tamten tekst przeczytały cztery osoby – mama, dziadek, kolega z podstawówki i ówczesna dziewczyna.

Po różnych zawirowaniach, lepszych i gorszych tekstach, można powiedzieć, że to było dobre sześć lat, a miniony rok najlepszy w historii. Po raz pierwszy w historii padła bariera miliona odsłon, a blog odwiedziło pół miliona użytkowników. Z zabawki, która miała pomóc w spełnieniu marzeń (bez Z nogą w głowie nic by się nie stało, co się stało!), przekształciło się to w coś poważniejszego. Ja też, cytując klasyka, „jestem starszy i poważniejszy i lektury mam trochę mądrzejsze”. Już nie przyszłoby mi do głowy – jak wtedy – publikować wierszy pochwalnych o piłkarzach Podbeskidzia :-)

Dzięki wielkie za te wszystkie lata. Ciąg dalszy na pewno nastąpi!

Da nam przykład Feyenoord, jak szkolić mamy

warsztaty

Wracam jeszcze na moment do poruszanego tematu Holendrów (będę to robił aż do tego smutnego dnia, gdy spotka ich tradycyjna piękna katastrofa). Skład Holandii na papierze jest bardziej obcy niedzielnym kibicom niż kiedykolwiek w erze nowożytnej. Mało gwiazd futbolu, dużo anonimowych piłkarzy, których mało kto zna. Eredivisie w ostatnich latach straciła na znaczeniu, ale to nie znaczy, że straciła umiejętność produkowania świetnych piłkarzy.

Zajrzałem w kadrę Holendrów i aż oczom nie mogłem uwierzyć. Wielka kadra holenderska lat 70. była oparta na wielkim Ajaksie Amsterdam. Sukcesy Holandii pod koniec lat 80. zbiegły się w czasie z sukcesami PSV Eindhoven młodego Guusa Hiddinka. Teraz większość reprezentantów najbardziej porywającej drużyny tego mundialu dostarczyła akademia Feyenoordu Rotterdam.

Stefan de Vrij, Bruno Martins Indi, Deryl Janmaat, Terence Kongolo, Jonathan De Guzman, Jordy Clasie, Leroy Fer, Georginio Wijnaldum i Robin Van Persie wychowali się w klubie z De Kuyp, a dodatkowo Ron Vlaar i Dirk Kuyt, wychowani w innych klubach, tam wybili się na szerokie wody. 11 zawodników z 23-osobowej kadry! Feyernoord może przeżywać kryzys w dorosłej drużynie, ale jeśli chodzi o młodzież na dziś nie ma sobie równych w Holandii i nie musi się wstydzić w rywalizacji z czołowymi szkółkami w Europie.

Tak się świetnie składa, że akurat teraz, gdy Holandia zachwyca najbardziej, będzie w Polsce znakomita możliwość, by poznać tajniki pracy akademii Feyernoordu Rotterdam. W Bielsku-Białej w dniach 28-29 czerwca odbędzie się szkolenie piłkarskie „Filozofia treningu w Akademii Feyenoordu Rotterdam (U8 – U19) - od teorii do praktyki”, w czasie którego warsztaty poprowadzą Jan Gosgens, trener akademii rocznika U-18 oraz Paul Van Zwam, trener akademii i w zeszłym sezonie asystent Ronalda Koemana w pierwszej drużynie.

Nikomu nie trzeba mówić, że szkolenie u nas kuleje. Skoro więc przyjeżdżają do nas tacy fachowcy, to warto skorzystać i czegoś się dowiedzieć od ludzi, którzy wychowali już takie gwiazdy światowego futbolu. Uwaga! Zapisy tylko do jutra włącznie!

WIĘCEJ INFORMACJI O WARSZTATACH I O TYM, JAK WZIĄĆ W NICH UDZIAŁ, ZNAJDŹIECIE TUTAJ

Jako że Z nogą w głowie jest partnerem warsztatów, macie szansę wygrać dzisiaj oryginalną koszulkę polo Feyenoordu Rotterdam. By była wasza, musicie poprawnie wytypować wynik dzisiejszego meczu Anglii z Urugwajem. Typujemy TYLKO na fanpage’u Z nogą w głowie do godziny 21:00.

Dla kibiców Borussii Kuba nie istnieje

Nawet tutaj, w Bawarii spotykam wielu fanów Borussii Dortmund. Do Lewandowskiego mają chłodny szacunek. Piszczka naprawdę lubią i cenią. Ale prawdziwie wielbią Błaszczykowskiego, który u nas jest gdzieś w cieniu „Lewego”.

W magazynie kibiców Borussii znalazłem świadectwo. Wyznanie wiary Feliksa Oedinga, fana Dortmundu i amatorskiego piłkarza.

***

Juergen? Zostaje! Zeljko? Zostaje! Peter? Zostaje! To trzy świetne i zdecydowanie najważniejsze informacje ostatnich dni. Mnie – i pewnie wam też – dają one niemal gwarancję, że także w następnych latach będziemy oglądać taki sam cudowny futbol, do jakiego przyzwyczailiśmy się w ostatnich latach.

Ledwo zrobiło się spokojniej wokół Marca, „Manniego” i Ilkay’a, barcelońskie wróble zaczęły ćwierkać o Matsie. Szok po odejściu naszej grubej księżniczki sprawia, że przy wszystkich takich doniesieniach wpadam w lekką panikę. Nie mam tak już tylko z jednym zawodnikiem. Chcę mu to powiedzieć przy każdej bramce, przy każdym występie, nawet – a niech mnie – przy każdym gównianym podaniu… Nie, ja nie chcę mu tego powiedzieć. Chcę go dopaść i szepnąć mu na ucho: „Wybacz chłopie. Dupiato cię oceniłem”. A on by odpowiedział: „Kuba może by się zachował dupiato. Ale teraz jestem Jakub. Jakub Błaszczykowski”.

Raz za czas, gdy nikt nie widzi, zakładam okulary i przenoszę się w czasie. Zerkam na sezon 2007/2008 i im dłużej patrzę, tym jaśniej stwierdzam, jak wszystko było gówniane. OK, dotarliśmy do finału Pucharu Niemiec, ale Duisburg też kiedyś dotarł, więc umówmy się, że to nie jest jakiś wielki wyczyn. A przez wynikające z tego europejskie puchary przemknęliśmy nad wyraz… dyskretnie. 

Jakub i Sebastian są ostatnimi reliktami z tamtego berlińskiego, majowego wieczoru. Jakub – wtedy jeszcze Kuba – wyleciał z boiska w 108. minucie za drugą żółtą kartkę. Sebastian został w 86. minucie zmieniony przez Nelsona Valdeza. Symboliczne… 

 Kuba był dla mnie wtedy promykiem nadziei. Młody, szybki zawodnik, który już na pierwszy rzut oka miał w sobie więcej jakości niż większość jego kolegów z drużyny. To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli, kochałem prawie wszystkich… Piosenka „Gruby z szóstką” do dziś jest na mojej playliście na wszystkich urządzeniach. Tinga, który świętował kiedyś z nami wygraną przez otwarte okno, gdy wytoczyliśmy się z taksówki totalnie nawaleni pod jego domem, czy Valdez, który swego czasu słynął z najbardziej ofensywnej interpretacji gry na pozycji defensywnego pomocnika. Ale prawdziwe show mógł dać tylko Błaszczykowski.

Kuba. Zapytaj dowolnego dortmundczyka. Każdy z zamiłowaniem opowie ci, że jego nazwisko nie zmieściłoby się na koszulce. Pamiętam swój pierwszy kontakt z wieloma zawodnikami i zawsze był przy tym Nobby Dickel. Nie zapomnę też swojego pierwszego zetknięcia z Błaszczykowskim. Teraz wydaje mi się, że ma całkiem przystępne nazwisko. Ale wówczas połowa stadionu postanowiła się nie kompromitować i poszła na łatwiznę, krzycząc „Kuba”, podczas gry druga połowa – w tym samym momencie – kaleczyła jego nazwisko „Błaszczykowski”. Cała trybuna miała wtedy uśmiech na twarzy.

Już po paru miesiącach u nas, zaczęły się pojawiać doniesienia, że interesuje się nim Liverpool. Raz człowiek słyszał to głośniej, raz ciszej, a ja raz ciszej, raz głośniej odpowiadałem: „Kuba!” Nobby’emu. 

Pamiętam, były nawet czasy, w których Kuba był prawym obrońcą. Przeciwko żadnemu obrońcy nie chciałbym zagrać tak bardzo, jak przeciwko Kubie. No, może jeszcze przeciwko Testosteronowemu potworowi z Monachium… Kuba. Im częściej to słyszę, tym bardziej wydaje mi się, że to imię idealne dla artysty. I sztuką – właśnie sztuką – jest to, co potrafił wyrabiać. 

Naprawdę miał możliwości, by zostać wielkim artystą. 

Ale co się dzieje, gdy artysta nie może uprawiać sztuki, a musi się zająć rzemiosłem? Stara się, lecz jest nieszczęśliwy i widać to po nim. Ja też po nim widziałem, że zepchnięcie do roli rzemieślnika go męczy. Coś we mnie mówiło: „On jest następnym, który odejdzie”. A drugi głos dopowiadał: „W sumie, jak zapłacą ze 12 milionów, to sam mu spakuję walizkę”. 

Dziś trochę się tych myśli wstydzę, ale wtedy byłem młodszy i bardziej impulsywny. W tamtym czasie nastąpił może najważniejszy, a na pewno najbardziej niepozorny transfer ostatnich lat. Jeśli to wszystko było zamierzone, trudno to nazwać inaczej niż przebłyskiem geniuszu. Chodzi o ściągnięcie Łukasza Piszczka, spadkowicza z Berlina, który tylko sporadycznie był widywany na boku obrony. Ten ruch nie tylko dał nam świetnego prawego obrońcę, ale uratował też Kubę. 

Nie mam wątpliwości, że to, co zaczęli wyrabiać Kuba z Piszczkiem jest najzajebistszym wschodnioeuropejskim wytworem w zachodniej Europie. Właśnie w Dortmundzie człowiek spotyka codziennie wielu ludzi ze wschodniej Europy i wielu z nich marzy, by wyprodukować coś zajebistego. Ale… nie, te ataki na prawej stronie są zajebistsze niż wszystko inne. 

Stało się to, co musiało się stać. Przy takiej sile na skrzydle staliśmy się w ciągu roku drużyną, która własnie Liverpoolowi zabiera zawodników, a Liverpool już nie był drużyną, która miałaby coś do zaoferowania Kubie.

Kuba… Nie. Błaszczykowski. Jakub Błaszczykowski. Kuba to archaizm z 2008 roku. Teraz na tego, którego nie udało się ściągnąć Liverpoolowi, polowało subtelnie kilku szejków, którzy chcieliby doprowadzić swoje kluby do finału Ligi Mistrzów.

Już raz złote dupy go nie skusiły, ale teraz byłem pewny, że nie odrzuci okazji. I może wtedy, kilka lat wcześniej, ten niespełniony artysta Kuba by to zrobił, ale dziś Jakub Błaszczykowski powiedział: „Borussia zrobiła postęp. Mamy świetną drużynę, rewelacyjnego trenera, cudownych kibiców i wielkie perspektywy. Nie można kierować się tylko pieniędzmi. W Dortmundzie mam rodzinę i wszystko, czego potrzebuję”. A potem przedłużył kontrakt do 2018 roku.

Gdybym był piłkarzem… W sumie jestem. Ale gdybym był naprawdę tak dobry jak Jakub, też bym tak powiedział dziennikarzom. Tyle, że gram w okręgówce i chęci przerastają umiejętności, więc dziennikarze się mną nie interesują. Zostaje więc jedno podobieństwo: też gram na prawym skrzydle. 

Czasem, gdy biegnę i biegnę coraz szybciej i udaje mi się kogoś minąć, czuję się jak Kuba… Nie, jak Jakub. Jakub Błaszczykowski 

W zeszłym tygodniu dostaliśmy nowe stroje. Wziąłem szesnastkę. 

Jugosłowianie chcieli mnie zakontraktować

Największym zaskoczeniem po przyjeździe do Niemiec było dla mnie odkrycie, że do tutejszych psów też trzeba mówić po niemiecku i zaczepnego „Co, psina?” nie rozumieją. Ale drugie miejsce w tej klasyfikacji zajmuje istnienie klubu FK Jugoslavija Erlangen.

Czego ja się tu spodziewałem? Wiadomo, klimatów „Undergroundu”. Szybciej, głośniej, już idę, kumie! Tańczenia „Meseciny” przed meczem i wojny wszystkich ze wszystkimi oraz walki na zabój i przy okazji gry w piłkę. Nie spodziewałem się natomiast, że istnieją w Niemczech, w rozgrywkach ligowych, boiska, które nie mają ŻADNEJ infrastruktury wokół.

W takich Mazańcowicach jest klub od zawsze 7-ligowy, czasem tylko spadał do ósmej, czyli na poziom Jugoslaviji Erlangen. Za moich czasów siedziało się na wbitych do połowy w ziemię oponach samochodowych, ale ponoć kiedyś rolę trybuny odgrywał stary autobus marki Ikarus. Był też słynny, nieistniejący już budynek klubowy. Na wszystkich stadionach, na jakich byłem, stały chociaż jakieś ławki rezerwowych jako ślad ludzkiej działalności.

Tu nic. I chyba Niemcy mają jakiegoś kręćka na punkcie boisk treningowych bez trawy, bo dziś spotkałem dokładnie takie samo jak wczoraj – rodem ze slumsów Rio de Janeiro.

Kompleks, w którym boisko wynajmuje Jugoslavija jest przyjemny, są boiska do siatkówki plażowej i – oprócz tego żużlowego – dwa boiska trawiaste. Na jednym z nich trener szkoli małych Oezilów i Schweinsteigerów. Polscy trenerzy stworzyli obraz totalnego zacofania technologicznego naszej piłki młodzieżowej, więc spodziewałem się, że tu będą same cuda niewidy. A nie, zwykłe, trochę nierówne, boisko, dwie bramki, rowery rozrzucone za linią i gramy. Da się?

Jugoslavija Erlangen ma już prawie 42 lata. Założyli ją Jugosłowianie mieszkający w okolicy. Jugosławia przestała istnieć, ale klub – mimo wojny – pozostał. Kiedyś, w latach 80. przez dwa sezony grał w 7. lidze.

Mówię miejscowym Draganom i Dejanom, ktom ja. Promienieją, mówią, że „Bruder aus Polen!”. Mówię, że pradziadek pochodził z Jugosławii, cała drużyna się schodzi, przez chwilę myślę, że zrezygnują z meczu i od razu pójdą ze mną pić rakiję.

- A ty grałeś kiedyś w jakiejś drużynie?

- Tak, ale dawno temu i słabo.

- Świetnie, to pasujesz! Chodź do nas, treningi mamy raz w tygodniu. Mieliśmy kiedyś dwa, ale nas wyrzucili, więc mamy jeden. Ludzi nam brakuje.

- Ale ja Serbem nie jestem.

- Aaa, my nie Bilbao, wszyscy tu grają, Jugosłowianie, ale też Tunezyjczyk, Kenijczyk, Japończyk.

Faktycznie, Tunezyjczyk grał. Ma na imię Toni, co jeszcze potęgowało skojarzenia z „Undergroundem”, bo tam tak nazywała się małpa. Ten, który jej szukał, cały czas chodził i wołał dramatycznym głosem „Toni!”. Tu dramatycznym głosem też wołali „Toni!”, bo Toni totalnie nie umie grać w piłkę i wszystko psuje. Odgrywa rolę kozła ofiarnego albo pochyłego drzewa. Od Jugosłowian przejął chęć do bitki. Ewidentnie sfaulował, ale pokazuje, że nie. Sędzia daje mu kartkę, on podchodzi do sędziego, oddycha mu z bliska w oczy i widać, że za chwilę przyłoży mu z byka. Nagle łup, odpycha go jakiś Dragan, kolega z drużyny. Ten, który przed chwilą powiedział do sędziego „piczko” i sędzia zrozumiał, dał mu kartkę. Wojna wszystkich ze wszystkimi, bo za chwile dostojny i stateczny kapitan się wkurzy i zacznie się przepychać z jakimś młokosem z przeciwnej drużyny.

Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to sędziowie liniowi. Jeden reprezentuje jedną drużynę, drugi drugą. Ten z SV Tennenslohe stoi cały czas na środku boiska i pokrzykuje, podpowiada kolegom. Drugi, starszy pan, w cywilu też stoi w miejscu, ale meczu za bardzo nie ogląda. Zbyt jest zajęty rozmową z jednym z 18 kibiców. Spalone i tak pokazuje główny, a każdą jego decyzję sprzeczną z interesami Tennenslohe głośno neguje „asystent”.

jug3

Drugie, co zwróciło moją uwagę, to bramkarze. Pierwszy był młody, pełnił funkcję kapitana, o czym świadczy opaska w czarno-czerwono-złotych barwach. Problem? Stopy widuje tylko w lustrze. Ucieleśnienie zasady z podwórka – gruby zawsze broni.

jug5

A ten z Jugoslaviji? Wszystko niby fajnie, ale facet pamięta chyba wszystkie bombardowania Belgradu, a trochę tego było. Ma dobre 72 lata, lecz nie przeszkadza mu to fruwać od słupka do słupka.

jug6

Tennenslohe wygrało 2-1, bo miało Murzyna Stevena. To odwieczna zasada lig regionalnych i tu też funkcjonuje – Murzyn zawsze jest najlepszy. Strzelił dwa gole i wygrał swojej drużynie mecz. Zresztą odwieczne zasady lig regionalnych tutaj trzymają się bardzo mocno. Po boisku latają inne przekleństwa niż u nas, ale ich wydźwięk jest taki sam. Coraz fajniejsze te Niemcy. Nawet boisko stoi w polu kukurydzy, jak u nas w Landeku.

Guardiola niszczy Niemców

Przed Euro 2004 „Wyborcza” publikowała zapowiedzi wydarzeń w różnych grupach. Czesi byli wtedy w grupie z Holandią, którą regularnie batożyli, Łotwą i Niemcami. Werner Liczka powiedział, że z Łotwą powinni sobie poradzić, z Holandią pewnie też, ale „Nemce to są Nemce”.

Wtedy przestrzelił, bo „Nemce” wysłali do Portugalii fatalną ekipę, która nie była w stanie ograć Łotwy, ale powiedzonko zapamiętałem, bo jakże trafne. Tak, Niemcy to są Niemcy. Wiadomo, że ostatnie turnieje trochę zmieniły w ich postrzeganiu. To już nie jest siermiężna drużyna, która zawsze wygrywa, a raczej ładnie grający zespół, który w najważniejszych momentach zawodzi, tracąc w dodatku bramki w końcówkach. Ale mimo wszystko – Niemcy mogą przyjmować po cztery bramki od Amerykanów czy po trzy od Paragwajczyków, mogą mieć dramatyczną obronę, ale jak przychodzi co do czego, to nie przegrali w eliminacjach mistrzostw świata od 2001 roku i pamiętnego 1-5 z Anglią.

12 lat! Draxler był wtedy w I klasie podstawówki, a Reus uczył się tablicy Mendelejewa.

Ich wczorajsze starcie z Austrią, które właśnie na spokojnie obejrzałem, przypominało mecz Bayernu Monachium z np. Mainz. Zresztą piłkarze ci sami. Wszyscy się tu doskonale znali, bo w reprezentacji Austrii grali m.in. Almer z Cottbus, Alaba z Bayernu, Harnik ze Stuttgartu, Pogatetz z Norymbergi, Baumgartlinger z Augsburga, Fuchs z Schalke czy Arnautović do niedawna z Werderu i Ivanschitz jeszcze przed chwilą z Mainz. Łyse konie.

Widać było różnicę w podejściu. Austria tak bardzo chciała, była nabuzowana jak Kamil Kuzera, a dla Niemiec to był mecz, w którym nic nie ma do wygrania, a wiele do przegrania. Wygrali z Austrią 3-0 i na kimś to zrobiło wrażenie? A gdyby przegrali to wszyscy by o tym trąbili i obwieszczali koniec świata.

To był Murzyn z Zielonej Mili albo Wódz z Lotu nad kukułczym gniazdem, który podszedł do przedszkolaka, wziął go za kołnierzyk mundurka, poniósł wysoko i trzymał na wyciągniętej ręce. Malec się wściekał, wierzgał nóżkami, gryzł, kopał i szczypał, a Niemiec dusił beznamiętnie jak Wódz dusił Nicholsona.

Smutno się na to patrzyło.

Niestety, Niemców dotyka choroba, która dotknęła Hiszpanię. Od dawna mówię, że to Guardiola, a nie Mourinho zabija futbol. To nie ma nic wspólnego ze sportem, z rywalizacją. Tak jak Hiszpania zaczęła grać jak Barcelona i przyniosło jej to trofea, tak Niemcy zaczynają grać jak Bayern i niewykluczone, że przyniesie im to trofea. Ja jednak wolę Bayern Heynckesa i w ogóle futbol Heynckesa, gdzie szybkie podania po ziemi są środkiem, a nie celem samym w sobie. Gdzie kiedy można coś rozwiązać w trzech podaniach, nie robi się tego w 30 podaniach. Gdzie forma nie przerasta treści. U Niemców przerasta coraz bardziej, tak jak u Bawarczyków.

Szczęśliwie, pierwsze dwa gole strzelili Niemcy w swoim starym stylu. Płaskie podanie po ziemi Muellera, pach, Klose na krótkim słupku i wyrównanie rekordu Gerda Muellera staje się faktem. 68 goli w reprezentacji, nikt nie ma więcej. Klose ma 35 lat, jest na opłotkach wielkiego futbolu, ale cały czas cholernie warto go mieć w swojej drużynie.

Drugi gol był taki, jak lubię. Nie wiem jak Niemcy to robią, ale dobrze, że robią. Gdy strzela z dystansu Polak, nie trafia w piłkę, albo ładuje w przeciwnika, albo zabija kibica w najwyższym rzędzie trybun. Inni, mniej kalecy futbolowo, potrafią przymierzyć z dystansu, strzelić technicznie, czasem mają bombardiera albo dwóch, którzy rozrywają siatki. A Niemcy? Oni mają te „niemieckie strzały”. Obojętnie który strzela z dystansu, zawsze robi to w ten sam sposób. Pocisk, błysk, donica na łeb i gol. Nie pieszczą się, nie ustawiają piłki, nie mierzą. Bomba, bomba i blitzkrieg dokonał się.

Cieszyło mnie, że mimo niczym niezagrożonego zwycięstwa, Allianz Arena gwizdała. Nieśmiało, bo nieśmiało, tylko momentami, nie ma co robić tragedii, ale nie, nikogo nie kręci wymienianie 44213401 podań.

Reus, Mueller, Kroos, Lahm są wystarczająco dobrzy jako Reus, Mueller, Kroos czy Lahm, nie trzeba z nich robić Xaviego, Iniesty, Messiego i Alvesa. Ale to już jest kwestia sposobu na wygrywanie. Guardioli się sprawdza, Niemcom też się sprawdza, a czy mi się to podoba czy nie, to już mój problem.