Duesseldorf, czyli goni mnie Turek

fortuna

Goni mnie Turek. Tak musiało w końcu być. Tyle dni nie pojawiało się nic o Turkach, Arabach, muzułmanach, islamistach i imigrantach, że zaczynało to już zakrawać na zatajanie oczywistych faktów. A tu biegnie za mną Turek i wydziera się „Halo!”. A to nie jest to przyjazne, niemieckie „haluuuuuuuu!”. To tureckie, stanowcze „Halo!”.

 Przechodziłem koło sklepu z oponami, mnóstwem opon. A w naszym kodzie opony znaczą, toteż ukradkiem robię zdjęcie ogromu zimowych opon, ona zrozumie, uśmiecham się pod nosem, żeby nie powiedzieć pod wąsem. Wyrywa mnie z zamyślenia biegnący Turek. Patrzę czy z zaułków nie biegną następni. Pewnie biegną, ale ukryci. Chce wiedzieć, dlaczego zrobiłem zdjęcie sklepu jego kumpla. Czy o coś go podejrzewam? Czy coś mi się w sklepie jego kumpla nie podoba? Co chcę zrobić z tym zdjęciem? Łagodzę sytuację. Zażenowany uzewnętrznianiem się przed nim, opowiadam, dlaczego dla nas opony znaczą, promienieje. „To przywieź ją, tu do kumpla, po opony. Dobre ma i wybór duży!” Podaje rękę, przeprasza za najście. Witamy w Duesseldorfie.

 Duesseldorf, nie umiem się zdecydować. Ledwo wychodzę z dworca i chcę wracać. Znowu ten industrialny krajobraz, który mówiłem, że lubię. Ale co innego lubić Nikiszowiec i stare fabryki na artystycznych zdjęciach, a co innego każdego dnia, non stop takie samo przemysłowe miasto. Ale idę, no bo, co? I nagle, ten Duesseldorf, z każdym krokiem bardziej lipski, z monumentalnymi budowlami, przygniatającymi germańskim ogromem, przytłaczającymi wielkością. A potem znowu frankfurcki, ze strzelistymi wieżowcami, oszklonymi bankami, bardzo elegancko wyglądającymi bankierami ze Szwabii. I londyński, z butkiem na butiku jak przy Oxford Street. I bawarski, z wąskimi klimatycznymi uliczkami w centrum. A trochę nawet barcelońsko-berliński z aleją Królewską pod platanami. Trudno rozszyfrować.

ramble

 W tych wyjazdach najbardziej lubię, gdy poniewierają. W parze sposób zwiedzania mam tradycyjny, w pojedynkę specyficzny. Na wyniszczenie. Wymarzony układ: jeden dzień na jedno miasto. Tylko na piechotę. Przejść wzdłuż i wszerz, bez wspomagania mapą, błądząc po uliczkach, zaliczając mecz i śpiąc byle gdzie, o ile w ogóle (starzeję się: w Augsburgu nocowałem na ulicy, w Berlinie w knajpie, a tu już w pokojach, w których jedno łóżko przypada na przedstawiciela jednego kontynentu). Duesseldorf spełnił te oczekiwania z nawiązką. Chociaż to wniosek po fakcie. W trakcie tradycyjnie przeklinałem tendencję do poniewierania siebie dla samego poniewierania, choć przecież można by to wszystko zorganizować mniej wyniszczająco.

 Są miasta, które łapię w mig. W Bochum nawet nie spojrzałem na mapę, a od razu z dworca poszedłem na miejsce noclegowe jakbym przemierzał tę trasę setny raz. Są takie, które lubię odkrywać. Początkowo wszędzie się gubię, a po 10 godzinach już używam wymyślnych skrótów. W Duesseldorfie szło wyjątkowo opornie. Jak ten flaneur, gubiłem się w mieście za każdym wyjściem, za każdym razem na hostel natrafiałem przypadkiem a nie z premedytacją, oczekiwałem go zawsze w zupełnie innym miejscu. Ma to tę wadę, że dziesięć razy obchodziłem dzielnicę, którą powinien po prostu ominąć tramwajem, a przy tym pomijałem taką, którą powinien obejść 10 razy.

 Jednego przy tym błądzeniu po Duesseldorfie nie widać: że jest tu jakiś klub piłkarski. Ta Fortuna, w końcu klub z tradycjami, choć mocno przebrzmiałymi, musi mieć spory kompleks. Z jednej strony Duesseldorf, stolica regionu. Z drugiej, piłkarska prowincja. Gdzie spojrzeć, sąsiedzi potrafią grać w piłkę. A to Schalke, a to Dortmund, a to Moenchengladbach, a to Kolonia, a to Leverkusen. A stolica w wiecznym cieniu.

 Pierwsze ślady klubu piłkarskiego napotykam dopiero w drodze na stadion. Biorąc pod uwagę, że oko jest wprawne i wyławia nawet w środku Londynu herb KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, to późno. Kibice Fortuny szybko wprowadzają w plemienne antypatie. Po drodze obrażają wszystkich sąsiadów bez wyjątku. Nie zawierają sojuszy.

 Podobnie jak w cieniu jest Fortuna, tak mało słychać o jej stadionie, ESPRIT Arenie. A niesłusznie, bo robi wrażenie. W normalnych warunkach nowoczesna arena leży poza miastem, na olbrzymich połaciach od niej można spotkać dworce kolejowe, stacje tramwajowe, przystanki autobusowe, stacje metra, hotele, parkingi wielopoziomowe, przez co całe okolice stadionu rozciągają się na hektary i obejść stadion nie jest łatwo.

stadionzewnatrz

 W Duesseldorfie odwrotnie. Stadion jest wszystkim jednocześnie. Stadionem, hotelem, parkingiem, stacją metra i przystankiem tramwajowym, wszystkim naraz w jednej bryle. Obiekt wielofunkcyjny. I gigantyczny. II-ligowiec gra na obiekcie na 54 tysiące widzów. Mimo poniedziałku, dołującej drużyny i kiepskiej pogody przychodzi 22 tysiące osób. Nie czuć w ogóle, że stadion w ponad połowie jest pusty. Kibice robią gorącą atmosferę. Gdyby było ich 54 tysiące, byliby w stanie przekrzyczeć fanów Dortmundu czy Schalke. Urzeka zwłaszcza sposób, w jaki irytują się na sędziego. Wydawało się, że nikt nie robi tego piękniej niż Juergen Klopp. Tymczasem każdy Niemiec potrafi na sędziego wyskoczyć z najstraszniejszą miną z repertuaru Kloppa. Gdy 20 tysięcy ludzi robi to naraz, daje to piorunujący efekt.

turek

Pomnik Toniego Turka (nie tego, co mnie gonił) przed stadionem Fortuny.

Wizyta na stadionie rozbudza ochotę na więcej. Idealny wieczór: gdzieś na starym mieście, z pszenicznym, z nogą w głowie. Rzeczywistość duesseldorfska rozczarowująca – w okolicach północy w centrum cicho tak, że słyszałbym głos z Litwy słychać tylko mnie nie potrafiącego powstrzymać nucenia zakazanej „Lili Marleen” (natchnęła mnie pobliska Kasernenstrasse). I wrzeszczącego Turka za plecami.

Bochum. Trójkąt Bermudzki Zagłębia Ruhry

bochumtytul

Trójkąt Bermudzki to na razie leitmotiv mojego wyjazdu do Zagłębia Ruhry. Bardzo niemądrze, przy starcie samolotu, czytałem w „Polityce” tekst o legendach, jakie wokół tego miejsca wyrosły. Nieważne, że autor ze wszystkimi bezlitośnie się rozprawiał, gdy siedzi się w samolocie, czytanie o znikających samolotach nie jest najlepszym pomysłem. Trójkąt Bermudzki powrócił, gdy szukałem, gdzie dokładnie znajduje się miejsce mojego noclegu w Bochum. W dzielnicy Trójkąt Bermudzki.

Mina zrzedła. Od momentu wyjazdu z Dortmundu kołatało mi w głowie, że może trzeba było zrobić z tego miasta bazę wypadową, zamiast cały czas się tułać. Zwłaszcza, że Dortmund wydawał się w miarę metropolitalny, otwarty, całonocny, podczas gdy Bochum w moich wyobrażeniach było sercem Zagłębia Ruhry. Takim odartym z turystycznej poprawności. Zagłębie Ruhry w czystej postaci. Czyli zamknięte huty, zamknięte kopalnie, otwarte blokowiska i włóczący się po ulicach po zmroku blokersi. Zarezerwować sobie dwa noclegi w takim mieście, w dzielnicy Trójkąt Bermudzki, ze swoją podróżną torbą i pociesznym wschodnim akcentem, to nie brzmiało jak najlepszy pomysł.

 Trójkąt Bermudzki okazał się kulturalnym centrum Zagłębia Ruhry. Z największą liczbą kawiarń, restauracji, pubów, barów i klubów nocnych na kilometr kwadratowy w całym regionie. Żyjącym 24 godziny na dobę. Do tego stopnia, że łatwiej trafić do otwartej restauracji o 4 nad ranem niż o 10 rano. Trójkąt Bermudzki żyje jak barcelońska Rambla, jak berlińska Unter den Linden, jak centra południowoeuropejskich miast. Przy Bochum, Dortmund jest nocą jak Zgorzelec. Nazwa Trójkąt Bermudzki pochodzi więc raczej nie od wysokiej przestępczości, ale od pochłaniających imprez. Wciągający jak Bangkok.

bochumpompa

 Gdy Bochum już wybudzi się po imprezach w Trójkącie Bermudzkim, naciąga na szyje szaliki i idzie na mecz VfL. Idzie tak, jak w reklamie promującej Bundesligę w Eurosporcie, nic tu nie jest koloryzowane. Ze wszystkich zakątków miasta idą ze sobą starzy i młodzi, staruszki i nastolatki, skinheadzi i hipsterzy, długowłosi i łysi. Na stadionie też siedzą razem. Nie ma między nimi oddzielnych trybun. Babcie usłużnie dopingują, jak gniazdowy nakaże, a potem wyciągają słodycze i częstują nimi ultrasów. Piękne.

babcia

 O stadionie w Bochum głośno zrobiło się rok temu, gdy ZDF przygotowała paradokument, przedstawiający, co się działo z Christophem Kramerem w czasie finału mistrzostw świata. Reprezentant Niemiec na początku meczu z Argentyną doznał wstrząśnienia mózgu i przez pół godziny grał bez świadomości, ujawnił się dopiero dopytując sędziego czy to finał i został zmieniony. Koledzy Kramera z reprezentacji, Mueller, Lahm i Neuer na prośbę telewizji wkręcali pomocnika dalej, wymyślając niestworzone rzeczy, które miał im w trakcie meczu mówić. I Mueller wsadził Kramerowi w usta słowa: „Fajna tutaj atmosfera, na Ruhrstadionie”. Ruhrstadion, przemianowany dziś na rewirPower Stadion to właśnie siedziba VfL Bochum.

bochumstadionzewnatrz

Fajna atmosfera? Potencjalnie pewnie tak. Akurat na meczu, na który trafiłem, niespecjalnie. FC Heidenheim nie przyciągnęło tłumów, podobnie jak słaba gra VfL w ostatnich tygodniach. Sportowo to klub porównywalny do GKS-u Katowice. Czyli historycznie przynależący do Bundesligi, uznawany za klub z tradycjami, ale bez wielkich, spektakularnych sukcesów, a obecnie tkwiący beznadziejnie głęboko w 2. Bundeslidze. Od spadku przed pięcioma laty, mimo wielkich ambicji, Bochum nie jest w stanie poważnie włączyć się do walki o awans. Blisko było właściwie tylko rok po spadku. VfL jest jedną z najdłużej nieprzerwanie grających w 2. Bundeslidze drużyn. Wydawało się, że w tym roku jest wreszcie szansa to zmienić. Bochum zaczęło świetnie, wygrywając pięć pierwszych meczów. Od wygranej 5:0 z Greutherem Fuerth na początku października, zespołowi nie wychodzi już nic, obsuwa się z pierwszych miejsc do środka tabeli. Zapowiada się kolejny zmarnowany sezon.

zewnatrz2

 Firmuje go holenderski trener Gertjan Verbeek, który w Niemczech pracował wcześniej w Norymberdze. Najpierw zdołał ją podnieść w pięknym, ofensywnym stylu, by później na kilka kolejek przed końcem zakończonego spadkiem sezonu, zostać zwolnionym.

 Verbeek to – jak dotychczas – mój najtrudniejszy rozmówca. Po konferencjach prasowych trenerzy często zostają w salach konferencyjnych, by w małych grupkach porozmawiać jeszcze z lokalnymi dziennikarzami. W norymberskich czasach Verbeeka poszedłem na taką nieoficjalną konferencję, a gdy dziennikarzom wyczerpały się już pytania, wkroczyłem z tematem Mariusza Stępińskiego, który nie mógł się wtedy przebić przez wiele miesięcy nawet do meczowej kadry. Verbeek wpadł w niewytłumaczalną wściekłość: „Odpowiadam tylko na pytania dotyczące dzisiejszego meczu i piłkarzy, którzy w nim grali!”. Na nic tłumaczenia i próby złagodzenia.

bochumlogo

Pracowniczkom biura prasowego zrobiło się głupio, umówiły mnie na spotkanie z Verbeekiem innego dnia, by w spokoju porozmawiać o Stępińskim. Siedliśmy naprzeciwko. Musieliśmy wyglądać jak bokserzy w czasie ważenia. Nienawiść w jego oczach. Przerywanie w połowie słowa. Wkurzające czepianie się niuansów. Rozmowa wyszła ciekawa, ale na pewno nie była sympatyczna. To jak dotąd jedyny przypadek, jaki spotkałem, w którym ktoś ze świata piłki nie cierpi dziennikarza za sam fakt, że jest dziennikarzem.

bochumlogo2

 Po kilku nieudanych meczach, posada Verbeeka zaczyna być zagrożona. Frustrację w Bochum da się wyczuć w powietrzu. Jako że tym razem mecz nie nakładał na mnie żadnych obowiązków zawodowych, stwierdziłem, że to niepowtarzalna okazja, by obejrzeć go z perspektywy trybuny ultras, z miejscami stojącymi. Przepływ pomiędzy sektorami był zaskakująco swobodny, zagadnięta porządkowa zapewniła, że „ultrasi nie gryzą, byle tylko nie kibicować Heidenheim, bo to wioska”. Tym sposobem zostałem na 90 minut ultrasem Bochum. Proste przyśpiewki typu „Auf geht’s Bochum kämpfen und siegen!“, wyryłem szybko, te, których nie znałem, śpiewałem z bielskimi słowami, bo globalizacja. Wszędzie śpiewa się te same przyśpiewki.

bochumlogo3

Mogła im, tym cierpiącym bochumskim kibicom, Polska odpłacić za gościnność, z jaką mnie przyjęto. Niespodziewanie, po raz pierwszy od sierpnia na boisku pojawił się Piotr Ćwielong. Jego dotychczas jedyne trafienie w 2. Bundeslidze widziałem na żywo, w 2013 roku w Fuerth. Przemknęło mi przez myśl, że teraz zobaczę drugie. Za moimi plecami któryś z miejscowych też to poczuł: „Ćwielong (a właściwie /Cwilong/) na pewno strzeli!”. Zdziwiło mnie ta wiara, ale pewnie opierała się na zasadzie: „raz do roku to i Ćwielong strzeli”.

 Nie strzelił, choć w 90. minucie był sam na sam z bramkarzem. Bochum zremisowało z Heidenheim 1:1, miejsca premiowane awansem oddalają się coraz bardziej, zapowiada się dla VfL kolejny rok w 2. Bundeslidze. A mnie już nikt nie powie, że nie byłem w niemieckim młynie.

Po powrocie, okazało się, że w tym Trójkącie Bermudzkim coś jest. Hostelowy współlokator istnieje tylko teoretycznie, zostawił po sobie tylko porzuconą na środku pokoju torbę i zniknął wciągnięty przez Bochum na dwa dni. Porzuconą torbę omijam na paluszkach, bo kto wie, co tam w środku. Nie wybuchła pierwszej nocy od porzucenia, to chyba już nie wybuchnie.

bochumwnetrze

FC Ingolstadt. Beniaminek z miasta Audi

ingolstadt

Ingolstadt kojarzy mi się dość frustrująco. To stacja w połowie drogi z Monachium do Norymbergi. Rano pociąg z Erlangen do Norymbergi. Niemal zawsze spóźniony, więc później sprint na pociąg z Norymbergi do Monachium. Podróż wśród opitych piwem kibiców Bayernu (9 rano!), próba odnalezienia się w tłumie na monachijskim dworcu, przesiadka do tłumu w metrze na Froettmaning, wędrówka w tłumie na Allianz Arenę. Półtorej godziny oglądania jak Bayern męczy kolejnego rywala, podkładanie dyktafonu gwiazdom pod nos w tłumie dziennikarzy, bieg na metro, bo za chwilę odjeżdża ostatni tego dnia pociąg i trzeba będzie się włóczyć całą noc jak Trela po Augsburgu, wpychanie się na chama, jako ostatni pasażer do metra, wpadanie do pociągu w ostatnim momencie, powrót w tłumie pijanych w sztok kibiców Bayernu. I gdy już padasz na twarz: Ingolstadt. Dopiero Ingolstadt. Niby już blisko, a jeszcze dwie godziny do domu. Smutny rzut oka za pociągowe okno, na niekończący się sznur nowiuteńkich, świeżo wyprodukowanych Audi wszystkich modeli, we wszystkich kolorach, czekających na transport gdzieś dalej. „A gdyby tak to jedno Audi…? Przecież nikt by nie zauważył”. Jedno stracone Audi. Mały cios dla wielkiego koncernu, wielki krok dla studenta z Polski.

Samochodowa Bundesliga

Audi od nowego sezonu będzie sporo nie tylko przy dworcu w Ingolstadt, ale też w całej Bundeslidze. Jest Volkswagen, angażujący się w całą masę klubów, ale na czele z Wolfsburgiem, jest Mercedes-Benz wspierający Stuttgart, będzie też Audi finansujące FC Ingolstadt, który dziś został 54. beniaminkiem Bundesligi w historii.

Ingolstadt – pierwszy raz w górnej połówce tabeli

O bundesligowych aspiracjach Ingolstadt pisałem wam, jako ciekawostkę, ponad rok temu. Wtedy nie było to nic więcej niż ciekawostka i to raczej futurystyczna, bo nic nie zapowiadało rychłego awansu FCI do elity. Przed nowym sezonem, w specjalnej ankiecie, żaden z osiemnastu trenerów 2. Bundesligi nie wskazał Ingolstadt jako drużyny, która awansuje, choć przecież kto, jak nie szkoleniowcy 2. Bundesligi, powinien wiedzieć, co się święci? Jeszcze początkiem 2015 roku, Thomas Linke, dyrektor sportowy lidera ligi, mówił, że Bundesliga to długofalowy cel, niekoniecznie do zrealizowania akurat w tym roku. Nic dziwnego. Przed sezonem trenerowi postawiono za cel górną połówkę tabeli. To i tak byłby najlepszy wynik w historii klubu, bo Ingolstadt przez pięć sezonów grało w 2. Bundeslidze i zawsze było w dolnej połowie tabeli. Pierwszy raz skończyć powyżej 10. miejsca udało się dopiero w tym roku. Na pierwszym.

Cud na piłkarskiej pustyni

W Ingolstadt dokonał się cud. Może nie na miarę tego z Paderborn sprzed roku, ale prawie. 132 tysięczne bawarskie miasto było piłkarską pustynią otoczoną oazami. W Monachium były dwa kluby bundesligowe, na jego przedmieściach grało przez moment w najwyższej lidze Unterhaching, swoje pięć minut ma nieodległy Augsburg, od początku XX wieku tłuką się w wyższych ligach Norymberga i Fuerth, a Ingolstadt całe momenty chwały zaliczyło w latach 1978-81, gdy dwa kluby z tego miasta – ESV i MTV – grały w 2. Bundeslidze. Na początku XXI wieku oba były jednak na skraju bankructwa. Połączono je więc i założono FC Ingolstadt. Tradycji piłkarskich nie było tam nigdy, więc nie może dziwić, że Peter Jackwerth, przedsiębiorca i pomysłodawca założenia nowego klubu, działający w nim do dziś, przyznaje, że w mieście jest więcej fanów Bayernu niż Ingolstadt. Nikt raczej nie robi sobie tam tapety do pokoju młodzieżowego z wizerunkiem Pascala Grossa, gwiazdy Ingolstadt. Nie ta popularność.

Wsparcie z Bayernu

Jackwerth swoimi środkami ciągnął klub przez pierwsze lata. Choć klub jest młody, był już prowadzony przez kilku trenerów z nazwiskami. Do II ligi wprowadzał go Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga. Ponowny awans robił Michael Wiesinger, później pracujący z Norymbergą. Od 2011 dyrektorem sportowym jest Thomas Linke, były reprezentant Niemiec i gracz Bayernu Monachium. Długo jednak w klubie brakowało pieniędzy, by myśleć o czymś większym.

Klub zakładowy?

Audi zaczęło się pojawiać na horyzoncie dopiero w 2007 roku. Po awansie do 2. Bundesligi weszło już pełną gębą. Dziś jest już właścicielem postawionego przez Jackwertha we współpracy z miastem nowoczesnego stadionu na 15 tysięcy miejsc, nowoczesnej akademii oraz bazy treningowej, które wynajmuje klubowi. Do tego ma oficjalnie 20 procent udziałów w klubie i kontroluje połowę rady nadzorczej. Jackwerth zapewnia, że Ingolstadt to nie odpowiednik Hoffenheim, Bayeru Leverkusen czy Wolfsburga, a więc klubów zakładowych, będących własnością dużych koncertów. I zapewnia, że takim się nie stanie, choć awans do Bundesligi ma jeszcze zwiększyć zaangażowanie, także finansowe, Audi.

Bez szaleństw

Póki co, faktem jest, że Ingolstadt nie szastało pieniędzmi i nie można powiedzieć, by tegoroczny awans sobie kupiło. Z 8,5-milionowym budżetem plasuje się w środku II-ligowej stawki. Najwięcej w historii wydało latem zeszłego roku, płacąc 750 tysięcy za Australijczyka Matthew Leckiego. Ingolstadt wykazało się przy tym transferze skrzydłowego FSV Frankfurt dużym wyczuciem. Zakontraktowano go jeszcze przed mistrzostwami świata, na których Leckie bardzo ciekawie się pokazał i po mundialu kosztowałby już na pewno dużo więcej. A tak, był jedną z największych gwiazd drużyny.

Najrówniejsi w 2. Bundeslidze

W Ingolstadt jakiś czas tego wyczucia brakowało, co widać choćby po trenerach. Przez pierwsze cztery lata drużynę prowadził ten sam szkoleniowiec, później jednak się miotano. W październiku 2013, gdy drużyna znów leżała na ostatnim miejscu, zatrudniono Ralpha Hasenhuettla, Austriaka, który wcześniej prowadził samodzielnie tylko podrzędne Unterhaching i Aalen. Niespodziewanie jednak w Ingolstadt szybko poskładał drużynę, spokojnie utrzymał ją w lidze, a mimo straty latem na rzecz Augsburga największej gwiazdy – Caiuby’ego – przebudował tak, że w tym roku nie miała już sobie równych. Choć, co znamienne, w żadnej klasyfikacji nie jest najlepsza. Są drużyny, które więcej strzelały i rzadziej traciły, są lepsze na wyjazdach i lepsze u siebie. Ingolstadt miało jednak regularność. Najdłuższa seria bez wygranej, jaka się przytrafiła, to ledwie trzy mecze w lutym.

Problem z frekwencją

Co wniesie Ingolstadt do Bundesligi? Niestety, wiele wskazuje na to, że niespecjalnie dużo. Kadra składa się wprawdzie z 14 graczy, którzy już występowali w najwyższej lidze, ale zazwyczaj były to epizody i to w rolach drugoplanowych. Tylko Christian Eigler i Tobias Levels mają ponad 100 występów. W drużynie jest tylko jeden wychowanek i aż 12 obcokrajowców. Nie jest to więc kopalnia talentów jak choćby Freiburg.  Kadra zbudowana jest w większości z odrzutów z większych klubów, zawodników może nie starych, ale takich, u których inni widzieli jakiś defekt. Frekwencji w Bundeslidze też Ingolstadt nie zawyży. 15-tysięczny stadion będzie najmniejszy w lidze – jeśli Paderborn się utrzyma, to ex equo – a na meczach II-ligowych nie pojawiało się wcale wiele osób. Dziś dopiero po raz trzeci w sezonie sprzedano komplet biletów.

Ingolstadt szuka drogi

Nadzieja w tym, że mówimy o klubie dopiero 11-letnim, który szuka swojej drogi i dopiero buduje tożsamość. Sami ludzie z klubu podkreślają, że klub ma potencjał na poziomie Freiburga, Mainz czy Augsburga. Trochę w Bundeslidze za dużo klubów, które mierzą tylko w spokojne utrzymanie, ale może to tylko zasłona dymna. Przed tym sezonem Ingolstadt też chciało tylko spokojnego utrzymania.

Nowa tożsamość TSV 1860 – być jak St. Pauli, zamiast ścigać się z Bayernem

tsv

TSV 1860 Monachium jest właśnie na fascynującym rozstaju dróg. Kiedyś chciało się ścigać z Bayernem, za co za dwa tygodnie może zapłacić spadkiem do III ligi. Dziś chce raczej być drugim FC St. Pauli czy Unionem Berlin, czyli klubem ze statusem modnego, kultowego. Tyle że żaden szanujący hipster nie przekroczy bram Allianz Areny. Żeby stać się Mekką symboliczną, najpierw trzeba mieć Mekkę geograficzną.

 Gdy powstawała Bundesliga, nabór drużyn do pierwszego sezonu miał mało wspólnego ze sportem. Władze ligi nie chciały, by grały w niej dwa zespoły z tego samego miasta, nie wpuściły więc Bayernu Monachium, bo sportowo lepsze było – dziś niewyobrażalne – TSV 1860. Pierwsze lata istnienia rozgrywek, nawet po tym, jak Bayern już w końcu się do nich dostał, potwierdzały słuszność decyzji z 1963 roku. W 1965 roku TSV grało w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, gdzie przegrało z West Hamem. Rok później było mistrzem Niemiec. Wcześniej niż po raz pierwszy zrobił to Bayern.

 Historia świata mogła się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby bójka z kilkoma krnąbrnymi młodymi graczami 1860 podczas meczu juniorów, nie odwiodła Franza Beckenbauera i kilku jego kumpli od zapisania się to TSV. Poszli do mniej wówczas renomowanego Bayernu i w niedługim czasie zrobili z niego najlepszą drużynę w Europie. O ile tamta decyzja Beckenbauera zdeterminowała na lata podział sił w monachijskim futbolu, o tyle decyzja, jaką TSV 1860 podjęło w 1995 roku może przesądzić o dalszym istnieniu tego klubu.

 Zasłużony klub leży właśnie na przedostatnim miejscu w 2. Bundeslidze. Wielce prawdopodobne, że za dwa tygodnie spadnie do trzeciej. Prawdziwą katastrofą nie jest jednak to, jak wygląda sportowo, bo to może być przejściowe, o ile klub nie wygląda katastrofalnie pod każdym innym względem. Tyle że TSV wygląda.

 Do 1995 roku „Sechzig“ – w Niemczech o tym klubie mówi się niemal wyłącznie „sześćdziesiątka“ – grali na małym, ciasnym i przestarzałym Gruenwalder Stadion (bardziej od zielonego lasu niż naszego Grunwaldu, którzy Niemcy nazywają raczej Tannenbergiem – jodłowym lasem). Wiedzieli, że na takim obiekcie nie mogą się rozwijać, a byli wówczas klubem I-ligowym, całkiem niezłym , zdarzyło im się na przełomie wieków zająć nawet 4. miejsce w Bundeslidze i ograć Bayern. Podjęli wówczas – z dzisiejszej perspektywy trzeba powiedzieć: koszmarną – decyzję o przenosinach na Stadion Olimpijski, ówczesny dom Bayernu. TSV 1860 nigdy nie czuło się na tym wielkim i obcym stadionie u siebie. Na szczęście nie musiało długo. W 2001 roku zdecydowali się wziąć udział w budowie hipernowoczesnej Allianz Areny, co miało dać klubowi niewyobrażalne wcześniej możliwości rozwoju.

 Wszystko byłoby pewnie znakomicie, gdyby w 2003 roku nie spadli nagle z ligi. Próbowali natychmiast wrócić i byli bardzo blisko w 2005 roku. Zajęli jednak czwarte miejsce i popadli w prawdziwe problemy. Kibice Stuttgartu czy HSV zastanawiają się dzisiaj czy ich klubom nie zrobiłoby lepiej, gdyby spadły w tym roku z Bundesligi i w spokoju się „oczyściły“. Przykład TSV 1860 pokazuje, że nie byłoby lepiej. Jeśli nie spadasz przygotowany, możesz się roztrzaskać.

 W 2006 roku monachijski klub popadł w tak duże długi, że właścicieli zdecydowali się pójść na skróty, sprzedając swoje udziały w Allianz Arenie Bayernowi. Doraźnie pomogło to poprawić sytuację, jednak mało kto wówczas zwrócił uwagę na fakt, że TSV stało się z dnia na dzień klubem bezdomnym. Stało się najemcą „własnego“ stadionu. Do Olimpijskiego nie mieli żadnych praw, a ich stary Gruenwalder od lat popadał w coraz większą ruinę. 1860 popadać zaczęło za to w ruinę finansową. Allianz Arenę musiało wynajmować z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli także z bardzo drogimi lożami, zapełnionymi na II-ligowych meczach zaledwie w 1/10. Sprzedanie udziałów Bayernowi sprawiło też, że wielu kibiców TSV odwróciło się od zespołu. Do dziś kilka tysięcy z nich przyznaje, że nie chodzi na mecze swojej drużyny, by nie sponsorować Bayernu. Średnia frekwencja spadła z ponad 41 tysięcy w 2005 roku do 19 tysięcy w 2013.

 Obecność na Allianz Arenie być może będzie wkrótce gwoździem do trumny dla zasłużonego klubu, ale w 2011 roku go uratowała. TSV 1860 było wtedy na krawędzi bankructwa. Ocalił go tajemniczy jordański inwestor Hasan Ismaik, który na dzień dobry zainwestował w klub 18,4 mln euro, przejmując 49% udziałów w klubie, czyli wszystko, co wedle reguły 51 mógł przejąć. Usłyszał opowieści o podupdłej dawnej potędze, w którą wystarczy wpompować trochę pieniędzy, by wejść na europejskie salony. Kusiła go wizja bycia właścicielem klubu, który gra na takim stadionie.

 W jego imieniu w Monachium zarządza kuzyn Noor Basha. Siedzi w stolicy Bawarii od trzech lat i już coraz bardziej widzi, jak bardzo jego kuzyn wdepnął, ale nadziei nie chce go pozbawiać. Cały czas deklaruje, że wierzy w postawienie TSV 1860 na nogi. Choć Jordańczycy przez kolejne lata wpompowali w klub już 40 milionów euro, ten dalej ma 10 milionów długu i sportowo jest w fatalnym położeniu.

 TSV rozgrywa na zapleczu ekstraklasy już jedenasty sezon. Naprawdę blisko awansu było tylko w pierwszym. W tym roku obsunęło się tak nisko, jak już dawno nie było. W ciągu tych jedenastu lat, klub prowadziło już 13 trenerów. Tylko w tym sezonie było ich czterech. Razem z trenerami zmieniali się też oczywiście dyrektorzy sportowi, a wraz z nimi cała wizja klubu. Nie poradził sobie Stefan Reuter, którego w 2009 roku pogoniono. Jak pokazuje, budując Augsburg, klub przecież o dużo mniejszym potencjale – przedwcześnie. Miroslavovi Steviciowi pozwolono porządzić rok dłużej. Teraz króluje Gerhard Poschner, ale jak pokazuje ten sezon, chyba nie za bardzo wie co robi. – Rok w TSV jest jak dziesięć lat gdzie indziej – przyznał w chwili zwątpienia. Sprawy nie ułatwia prezydent Gerhard Mayrhofer. Kontrowersyjny, mający tysiąc pomysłów na minutę, najczęściej wzajemnie się wykluczających. Nic dziwnego, że w tym chaosie wszyscy zapominają o piłkarzach.

 A ci przez lata beznadziei przewinęli się przez Monachium nieprzeciętni. Szkółka TSV 1860 wychowuje coraz mniej ciekawych graczy, to już bardziej kopalnia kamienia, a nie diamentów, ale i tak lista wypromowanych piłkarzy robi wrażenie. Najbardziej znani z ostatnich lat to choćby bracia Benderowie (Bayer Leverkusen i Borussia Dortmund) oraz Kevin Volland (Hoffenheim), w komplecie reprezentanci Niemiec. Gdyby całą ekipę utrzymać w jednym miejscu, TSV 1860 nie miałoby problemów z awansem. Ale żeby utrzymać takich graczy, trzeba nie mieć innych problemów.

 W 2014 roku w klubie pojawił się Markus Rejek, który przez 14 lat pracował w Borussii Dortmund. Najpierw widział jak potęga upada, a później jak błyskawicznie się podnosi. To on jest jednym z współautorów jednego z najbardziej cenionych klubowych sloganów na świecie „Echte Liebe“. To on wymyślił, że do klubowego wizerunku pasowałoby, gdyby Juergen Klopp nosił czapeczkę z daszkiem (swoją drogą, to straszne, że Klopp jest, jaki jest także dlatego, że stworzył go takim zręczny marketingowiec). Rejek przyszedł do Monachium, by dryfującemu bez celu klubowi nadać pomysł na dalsze istnienie.

 Aktualnie „Lwy“ pracują nad uzyskaniem statusu klubu „kultowego“. Chodzi o to, by stać się modnym, niezależnie od sportowych wyników. Ktoś kiedyś, w latach 90. uwierzył, że TSV 1860 powinno się ścigać z Bayernem, co poskutkowało opuszczeniem własnego stadionu i popadnięciem w długi. Nie, w tej rywalizacji jest już sportowo z góry skazane na niepowodzenie. Decyzji Beckenbauera sprzed 40 lat nic już nie zmieni. TSV 1860 marzy teraz, by stać się drugim FC St. Pauli czy Unionem Berlin. Klubami, które cokolwiek zrobią i tak będą Mekkami hipsterów z całej Europy.

 Mekka to jednak pojęcie tyleż symboliczne, co geograficzne. By hipsterzy mieli dokąd pielgrzymować, najpierw trzeba mieć siedzibę. Żaden szanujący się hipster nie wejdzie na Allianz Arenę. Potrzebny byłby raczej ciasny, klimatyczny, mocno pokryty patyną, ale własny stadion. Dlatego TSV 1860 coraz tęskniej spogląda w kierunku starego, 12-tysięcznego Gruenwalder Stadionu. Padły już nawet, wprawdzie natychmiast dementowane, wypowiedzi o tym, że w razie spadku do III ligi, nie ma mowy o dalszej grze na Allianz Arenie, mimo umowy wynajmu obowiązującej do 2025 roku. TSV 1860 Monachium chce naprawić wielki, historyczny błąd sprzed 20 lat. O ile jeszcze nie jest za późno.

Dlaczego FC St. Pauli jest kultowe

pauli

Kibicować można wielu różnym niemieckim klubom, ale FC St. Pauli niewątpliwie jest najbardziej fascynujące.

Ich i powoli także Union Berlin, zaczyna się w Niemczech postrzegać jako osobny gatunek klubów. Takich, które niezależnie od wyników są „kultowe”. Chodzi się na nie, bo są modne i wzbudzają sympatię, a nie dlatego, że tak dobrze grają w piłkę. Bardzo chciałoby tą drogą podobno pójść TSV 1860 Monachium, ale na razie ani nie jest modne ani nie wzbudza sympatii. Wśród tych dwóch osobnych klubów, St. Pauli jest zdecydowanie najbardziej fascynujące.

Zachwycanie się tym, że jego kibice walczą z prawicowymi ekstremizmami, neonazizmem, homo- i ksenofobią, rasizmem i seksizmem, przychodzi mi o tyle trudno, że to powinno być coś normalnego, a nie wyjątkowość, którą należy się zachwycać. Ale normalne niestety nie jest. Jest więc St. Pauli niemiecką samotną wyspą w morzu bardzo mocno przechylonych w prawo trybun.

Moje zainteresowanie i ciekawość budziło zawsze. Zwłaszcza od czasu, gdy spotkałem ich fanów na wyjazdowym meczu gdzieś na końcu świata, w Aalen, gdzie pokazali się ze świetnej strony. Okazało się, że po tamtym tekście, półtora roku później, odszukał mnie pan Fabian Balicki. Polak, który pisze o sobie: Kiedy w połowie lat 90. wyemigrowałem do Niemiec, niczego tak nie nienawidziłem jak piłki nożnej. Jeżeliby ktoś wtedy mi powiedział, że jako dorosły mężczyzna będę zdzierał sobie gardło na meczu piłkarskim drużyny niemieckiego drugoligowca z St. Pauli, to wziąłbym go za wariata. 

Pan Fabian o swojej wielkiej miłości do klubu, który „nigdy niczego ważnego nie wygrał” (któż z nas nie zna tego uczucia?) napisał książkę, która lada moment, nakładem Wydawnictwa Poligraf, wychodzi w Polsce. Miałem już przyjemność ją przeczytać. Łyknąłem szybko, w dwa dni. Po pierwsze, dobrze się czyta, po drugie, jest bogato ilustrowana zdjęciami z legendarnego stadionu Millerntorn i okolic.

Książka pięknie przenosi w bajkowy świat punk rocka i piłki nożnej. Autor zabiera nas do klubowych pubów, muzeów, na stadion czy do klubowych sklepików, w których – tak sobie wyobrażam, choć pan Fabian podkreśla, że St. Pauli walczy z komercją – można kupić dosłownie wszystko, od okolicznościowego albumu z naklejkami Panini, przez rozmaite koszulki, chyba aż po gadżety motoryzacyjne. Tłumaczy, dlaczego z tysięcy niemieckich klubów, akurat St. Pauli jest wyjątkowe.

W przepięknym położeniu na Hafenstrasse i Bernhard-Nocht Strasse stały domy, które wynajmowano studentom. Kryzys lat 80. spowodował, że na rynku pojawili się rózni ludzie, którzy próbowali dojść do pieniędzy na drodze spekulacji. Ci od nieruchomości odkryli robotniczą dzielnicę St. Pauli i zapragnęli terenów pod nowe budowę w tej dotychczas pogardzanej dzielnicy Hamburga. Miasto wymówiło studentom umowy o wynajem, aby sprzedać tereny na tych dwóch ulicach inwestorom. Na jakiś czas pojawiło się 12 pustych domów. Te zostały natychmiast zajęte na dziko przez punkowców, alternatywną młodzież i… studentów. W 1982 roku miasto zażądało od policji nielegalnych (…) mieszkańców. Nastał paroletni stan bliski wojnie domowej wokół Hafenstrasse, czas ulicznych bitew między dzikimi lokatorami, wspomaganymi przez ich sympatyków, a policją i czasami faszystami. 

Te wydarzenia rozgrywały się 900 metrów od stadionu grającego wtedy w lidze regionalnej St. Pauli. Było nieuniknione, że ludzie z Hafenstrasse wkrótce zaczęli się pojawiać na stadionie. Pierwsze garstki punków, studentów i innych dziwnych ludzi bardzo szybko rosną w setki. Stadion staje się strefą wolną od faszystów. Natępuje być może to najważniejsze dla przyszłej historii FC St. Pauli – faszyści zostają wyrzuceni ze stadionu przez kibiców FC St. Pauli. Nowych kibiców. W 1986 r. jeden z zajmujących nielegalnie domy na Hafenstrasse punkowiec Doc Mabuse przynosi na stadion czarną flagę z trupią czaszką i ze skrzyżowanymi piszczelami. W bardzo krótkim czasie liczba tych flag i nowych kibiców wzrasta gigantycznie. W lecie 1986 awans do II ligi ogląda już prawie 10 tysięcy kibiców. FC St. Pauli ze swoimi kibicami stał się definitywnie „nowym” klubem.

Źródeł kultowości FC St. Pauli przytacza Fabian Balicki jeszcze więcej. „Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością” to nie jest książka o futbolu. Futbol jest tu tylko tłem. Autor zabiera nas na spacer po całej dzielnicy. Kolejne rozdziały przedstawiają konkretne, z różnych powodów dla klubu i jego kibiców, ważne miejsca. Całość sprawia, że człowiek zaczyna zazdrościć Waldemarowi Sobocie, że gra w takim klubie i ma jeszcze większą ochotę tam pojechać (choć po prawdzie, miałem na to ochotę zawsze).

St. Pauli jak zwykle pod prąd. Precedens w sprawie RB Lipsk

Jeśli na niemieckiej scenie kibicowskiej ktoś ma iść pod prąd, oczywiście będą to fani FC St. Pauli. Tym razem też nie zawiedli. W niedzielę ich drużyna ma zagrać pierwszy w historii mecz wyjazdowy przeciwko RB Lipsk. Zgodnie z niepisaną zasadą niemieckich ultras, powinni to spotkanie zbojkotować. Ale jadą. Wykupili wszystkie bilety, jakie im przysługiwały (ponad cztery tysiące!), zmobilizowali swoje fankluby w Lipsku i Dreźnie, więc ich kibice będą również na sektorach gospodarzy. I stwarzają ważny precedens.

Pojawiło się już parę ważnych postaci ze świata piłki, które RB nie mówią o klubie z Lipska wcale tak źle, ale jeszcze nigdy nie zrobiła tego osoba ze świata ultras.

W wywiadzie dla 11Freunde.de, Justus Peltzer, jedna z ważniejszych postaci hamburskiego ruchu ultras, tłumaczy motywy kibiców St. Pauli. I brzmi cholernie sensownie.

Jedziemy do Lipska wspierać naszą drużynę oraz pokazać miejscowym, że futbol może funkcjonować inaczej i u nas w St. Pauli od dekad funkcjonuje inaczej – demokratycznie i niezależnie od wielkich sponsorów. Nie chcieliśmy się zachować jak wszyscy inni. Rzadko się zdarza, że wszyscy są tak mocno przeciwko czemuś, że jednomyślnie to bojkotują. Wygląda jakby był przymus bojkotowania RB Lipsk. Przecież w zeszłym roku RB był tą samą drużyną, z tymi samymi pieniędzmi, a nikt ich nie bojkotował. My, kibice, mamy ochotę jechać do Lipska. Nigdy nie byliśmy na stadionie w Lipsku z naszą drużyną i chcemy to zmienić. Wielu kibiców bojkotuje Lipsk, kibicując drużynom, które też są zależne od wielkich koncernów. Kiedy fani Ingolstadt wywiesili na meczu z nami transparent przeciwko RB, a sami polegają na pieniądzach od swojego sponsora Audi, wydało nam się to nieco dziwne. Gdzie jest granica? RB funkcjonuje całkiem podobnie do wielu drużyn w kapitalizmie.

Kibice St. Pauli organizują za to wyjazd z mottem. Każdy z kibiców jadących do Lipska ma wziąć ze sobą najstarszą koszulkę FC St. Pauli, jaką tylko ma w domu. - Chcemy w ten sposób pokazać miejscowym, co to znaczy tradycja – tłumaczy Peltzer.

I świetnie. Nie dajmy się zwariować. Jeśli RB Lipsk ma rogi, to tylko bycze. Nie diabelskie.

Gdy znajdziemy się na zakręcie…

grzeszczak

Tak, artykuł zawiera lokowanie tytułu piosenki Sylwii Grzeszczak. Ale nie będzie nic o tym co zrobić, gdy rzuciła cię dziewczyna. Po prostu wstawienie cytatu z Sylwii, ewentualnie Beaty Kozidrak nadaje tekstowi odrobinę dramatycznego tonu. Celowy zabieg.

Dramatyczny ton jest jak najbardziej potrzebny, bo piszę o spadkowiczach z Bundesligi. Co z nimi będzie, gdy już znaleźli się na zakręcie, oprócz tego, że świat zakręci się niebezpiecznie? Czasem kwilicie, że moje tematy są zbyt niszowe, ale wybaczcie. Masowość tego bloga i tak mnie ostatnimi czasy zaskakuje, a ja nie mam zamiaru wyrzekać się napisania czasem czegoś niszowego. Ten blog wypromował się na niszowych tematach, więc nie rzucim niszy skąd nasz blog :-)

2. Bundesliga jest uznawana za jedną z najmocniejszych drugich lig na świecie i coś w tym jest. Łapałem się za głowę, co by było, gdyby spadło HSV, bo tłok wśród drużyn, które chcą awansować do Bundesligi zrobiłby się niewyobrażalny. HSV nie spadło, ale i tak drużyn, które otwarcie mówią – a jeśli nie mówią, to przynajmniej myślą – o awansie do Bundesligi w najbliższych kilku latach jest zatrzęsienie. Greuther Fürth, bo już niedawno tam był, bo w tym roku był blisko, ma mądrego trenera, nieźle szkoli młodzież, ma młodą drużynę i świat stoi przed nimi otworem. 1. FC Kaiserslautern, bo to Kaiserslautern. Z tego samego powodu Fortuna Düsseldorf (tzn. nie dlatego, że Kaiserslautern, ale że Düsseldorf). RB Lipsk niby nie mówi, że już, teraz natychmiast, ale na transfery chce wywalić z siedem milionów euro. Czyny znaczą więcej niż słowa. Dla St. Pauli wprawdzie zawsze liczy się przede wszystkim sport i dobra zabawa, ale jakoś zawsze w okolic awansu się kręcą. Karlsruher SC dobrym sezonem rozbudził znów nadzieję rzeszy kibiców. Kibice TSV 1860 Monachium nadziei już chyba nie mają, ale kiedyś w końcu klub z Allianz Areny awansować musi (najlepiej jak się wygrzebie z długów). Docelowo Bundesliga ma też być w Bochum (bo to Traditionsverein), no i w Ingolstadt, bo Audi. Wymieniłem już całą ligę? O tym właśnie mówiłem. To będzie szalona liga, jeszcze bardziej niż w tym roku. A trzeba wziąć pod uwagę, że zawsze ktoś jeszcze wyskakuje jak Paderborn z konopi. I są jeszcze Norymberga z Brunszwikiem.

Właśnie. Jeszcze przed chwilą Bundesliga, mecze z Bayernem, Borussiami, liczenie punktów do utrzymania i łup, nie ma. Zainteresowanie przenosi się do Paderborn, a Brunszwik i Norymbergę prawie wszyscy mają gdzieś. Jakie perspektywy czekają spadkowiczów?

Póki co otwarcie o awansie mówi Norymberga, a Brunszwik nie. Choć to Eintracht spadł zdecydowanie bardziej na cztery łapy niż Norymberga.

Eintracht szykował się na spadek już w momencie świętowania awansu. Cuda się zdarzają, ale nie warto na nich opierać planu biznesowego firmy. Ot, zdarzą się, to się podziękuje Bogu, lecz gdy nie, to trzeba mieć przygotowany plan. Brunszwik spadł najmądrzej jak się dało. Bez żadnej rewolucji i długów. Menedżer Marc Arnold i trener Torsten Lieberknecht mają kontrakty podpisane do 2017 roku. Z klubu odeszli Ermin Bicakcić (Hoffenheim) i Daniel Davari (nie wiadomo dokąd) oraz mało znaczące mięso armatnie. Do tego nie jest znana przyszłość Domiego Kumbeli i Damira Vrancicia, ale to naprawdę nie spowoduje upadku klubu. Nawet gdyby odeszli. Kubela – owszem – był najlepszym strzelcem, ale ma 30 lat, więc klub nie ma zamiaru się zastawiać, by go zatrzymać. A Vrancić w Bundeslidze i tak nie błyszczał. Do klubu trafił już Rafał Gikiewicz, który powinien być pierwszym bramkarzem, a za Bicakcicia ma przyjść Maik Franz z Herthy. Jasne, warunki finansowe będą gorsze niż w Bundeslidze, ale lepsze niż w sezonie awansu do niej. Brunszwik będzie miał budżet 25 milionów euro, czyli o 15 mniejszy niż w Bundeslidze, ale o 10 większy niż dwa sezony temu. Wpływy z praw telewizyjnych mają wynieść o 10 milionów mniej niż w Bundeslidze, ale o 3 miliony więcej niż w roku awansu. Klub planuje 15 milionów wpompować w najbliższych latach w akademię. Eintracht stoi na zdrowych nogach, nie będzie przesadnie osłabiony, nie dojdzie w nim do rewolucji, a pieniądze będzie miał i tak lepsze niż wszyscy są przyzwyczajeni. Menedżer mówi, że dzięki sezonowi w Bundeslidze zaoszczędzili jakieś dwa-trzy lata w drodze rozwoju, którą przyjęli. Eintracht na powrót do Bundesligi na pewno nie będzie znów czekał 28 lat. A czy wróci w tym roku? Nie ma presji.

Co innego Norymberga. Tam sytuacja finansowa jest o tyle gorsza, że klub ma długi. Władze nie mają zamiaru zadłużać klubu jeszcze bardziej, tak jak to zrobiły przy poprzednim awansie, ale jednak strukturę chcą utrzymać pierwszoligową. – Z całym szacunkiem dla 2. Bundesligi, ale wszyscy muszą wiedzieć, że Norymberga jest tu tylko tymczasowo – mówi dyrektor sportowy Martin Bader, który – mimo drugiego spadku – utrzymał stanowisko. Póki co podjęto decyzję o utworzeniu stanowiska szefa sekcji piłkarskiej, które objął Wolfgang Wolf, były trener Norymbergi. Oferty przedłużenia kontraktu dostali Javier Pinola (już podpisał), Per Nilsson, Makoto Hasebe i Markus Feulner. Klub chce też zatrzymać Daniela Ginczka, którego za 2,5 miliona euro chce wykupić pół Bundesligi (Freiburg, Werder etc.). Ale Norymberga daje leczącemu kontuzję więzadeł krzyżowych napastnikowi spokojną rehabilitację i wprowadzanie do gry bez presji, czego w nowym klubie może nie doświadczyć. Być może w klubie zostanie skreślany już wielokrotnie Hanno Balitsch, a niewykluczone, że pierwszym bramkarzem zostanie Patrick Rakovsky. I to mimo pozostania Raphaela Schäfera.

W Norymberdze mówią jasno – celem jest powrót do Bundesligi już w pierwszym sezonie. To zadanie ma wykonać najprawdopodobniej trener Holger Stanislawski, któremu w Kolonii się to nie udało.

Ani Norymberdze ani Eintrachtowi nie grozi degrengolada w stylu Cottbus czy Hansy Rostock. Ale za to, że którykolwiek z nich wróci już po roku, nie dałbym sobie obciąć nawet paznokcia.

Vlog. RB Lipsk już nie taki straszny?

Według wszelkich znaków na niebie i ziemi, RB Lipsk w najbliższy weekend zapewni sobie pierwszy awans do 2. Bundesligi. O zmianie postrzegania tego klubu opowiedziałem w dzisiejszym odcinku vloga.



W felietonie dla SportSlaski.pl piszę natomiast gorzko o Polonii Bytom.

Kolejny potentat samochodowy chce klubu w Bundeslidze

ingolstadt

Gdy niemiecki kibic ma koszmary, śni mu się, że w Bundeslidze rządzą same kluby bez tradycji, z małych miast, ale wielkimi pieniędzmi. Koszmary kibiców w każdym kraju wyglądają zresztą w miarę podobnie. U nas rolę Buki spełniały Amica, Groclin a ostatnio Termalica. W Niemczech liga jak z Hitchcocka to taka zdominowana przez RB Lipsk, Wolfsburg, Leverkusen, Hoffenheim… No właśnie, wiele wskazuje na to, że lista będzie się rozrastać, bo akces do Bundesligi zgłasza kolejny wielki koncern.

Gdy jedziesz pociągiem z Norymbergi do Monachium, na środku drogi znajdziesz Ingolstadt. To pustynia pomiędzy dwoma oazami. W Monachium i okolicach mają Bayern i Augsburg w Bundeslidze, TSV 1860 w 2. Bundeslidze, a przez jakiś czas w najwyższej lidze było też Unterhaching. Po drugiej stronie, we wrogiej Frankonii, mają Norymbergę i Greuther Fuerth. A w środku przez lata była czarna dziura.

Jak na czarną dziurę, wygląda to całkiem przyjemnie. Po prawej stronie za oknem, przez długie kilometry ciągną się rzędy platform wypełnione nowiuśkimi Audi. Po lewej podobnie. Stoi tych wymarzonych aut tysiące. BMW, choć piękne, za bardzo kojarzy mi się z wiejskim lanserem. Mercedesa kupiłbym na 70. urodziny. O, a Audi byłoby w sam raz na teraz. Rozumiecie, że ciężko się tamtędy jeździło. Tu tysiące aut stoi i moknie, więc może by tak jedno… wicie, rozumicie… i tak nikt nie zauważy…

Audi to słowo klucz. Do 2004 roku po Ingolstadt ganiały się po lasach marne drużynki, które w chwilach najwyższej chwały, za czasów gdy Uli Hoeness był dopiero początkującym menedżerem, grały w 2. lidze. A potem kryzys zmusił je do połączenia w jeden podmiot. Powstało FC Ingolstadt, a w nowy projekt zdecydowało się zainwestować miejscowe Audi. Ma swój klub w Bundeslidze Mercedes (Stuttgart), ma pośrednio BMW (Bayern), ma całkiem bezpośrednio Volkswagen (wiadomo), to może i Audi.

Na pustyni postawiono 15-tysięczny nowoczesny stadion „Audi Sportpark”. Postawiono też, nowiutką jak te Audi przy torach, bazę treningową dla młodzieży. I zaczęto budować drużynę. Nikt w Ingolstadt nie ma planów podboju cywilizacji w stylu Red Bulla z Lipska, ale krok po kroku chciano iść do przodu. Startowano z pułapu IV ligi, ale od razu wzięto znane nazwiska. Dyrektorem sportowym mianowano Thomasa Linkego, byłego reprezentanta Niemiec. A trenerów w krótkiej historii klubu też się już trochę z Ingolstadt wybiło. Awans do 3. ligi wywalczył Thorsten Fink, późniejszy szkoleniowiec Bazylei i Hamburga, ponowny awans po spadku zrobił już Michael Wiesinger, znany z Norymbergi.

Co roku z większymi pieniędzmi, ale drużyna nie potrafiła póki co włączyć się do gry o Bundesligę. Ingolstadt co roku zajmuje miejsce w dolnej połówce tabeli – tak jak i w tym roku – i trzeba przyznać, że Linke nie bardzo sprawdza się jako dyrektor sportowy, skupując raczej podstarzałe, zmanierowane gwiazdki, zachęcone łatwymi pieniędzmi. W Ingolstadt planują jednak położyć kres przeciętniactwu i w najbliższych latach awansować do Bundesligi. Prezes Peter Jackwerth twierdzi, że „klub ma potencjał Freiburga czy Mainz” i chyba wie, co mówi. Musi tylko zacząć wydawać pieniądze tak mądrze jak Freiburg czy Mainz.

Nikt poważny nie będzie przepowiadał, że Bayernowi pod nosem wyrasta konkurencja, zwłaszcza, że Volkswagen i Audi to dziś jeden koncern, którego flagowym okrętem piłkarskim ma być bezsprzecznie Wolfsburg. Ale nikt nie powinien być zdziwiony, jeśli do Bundesligi w najbliższych latach awansuje kolejny tzw. „sztuczny twór”. Bayern, Augsburg, Norymberga, za chwilę Fuerth, gdzieś w odwodzie TSV 1860, Ingolstadt… Bawaria powoli robi się jak Zagłębie Ruhry. Gdzie spojrzysz – tam klub. Przypadku nie ma w tym żadnego, bo dziś to jeden z dwóch najbogatszych regionów w kraju.

PS Na przeglądowym Z nogą w głowie napisałem o najszybszym trenerskim upadku w Bundeslidze.

PPS A na slask.sport.pl o najtrudniejszej lidze świata, z której może spaść nawet 13 drużyn!

Karlsruhe, czyli pies w butach

k13

Widziałem dzisiaj psa w butach, co skłoniło mnie do porannej refleksji nad kondycją ludzkości. Wiadomo, od kostki brukowej ciągnie. Ciekawe, czy kiedyś nauczymy futrzaki chodzić na obcasach? Szukałem także osła, którego mrówka niosła, ale nie było. To chyba na Wyspach Bergamutach, a ja byłem w Karlsruhe.

Chciałem napisać, że to miasto jest brzydkie jak jeden z jego najsłynniejszych synów Oliver Kahn. Ale jednak bym je skrzywdził. Oliver Kahn jest brzydki i to niezaprzeczalny fakt potwierdzony naukowo. A Karlsruhe jest brzydkie tylko w moich specyficznych oczach.

Bo ja lubię jak miasto jest stare, z cegieł i ma pełno wąskich uliczek, a na ziemi kostkę brukową. A jak już jest nowe, z szerokimi asfaltowymi ulicami, to niech będzie odarte i zaniedbane jak Bytom. Zadbane i nowe miasta mnie nie kręcą. Wszystko jest duże, chce przytłoczyć, chce pokazać, jaki człowiek jest wspaniały, a nie może przecież być wspaniały, skoro każe psu chodzić w butach. Liczyłem, że wrażenie uratuje chociaż zamek, ale znowu – zamek to dla mnie twierdza obronna gdzieś na skalistym, niedostępnym wzgórzu. Przed zamkiem czuje się respekt. A w Karlsruhe to taki raczej pałac ozdobny. Na placu przed zamkiem naszła mnie druga refleksja nad ludzkością, gdy dowiedziałem się, że to właśnie w tym miejscu, w Karlsruhe, w 1933 rozpoczęła się słynna akcja palenia książek.

Zawsze mnie to tutaj rusza. Dzisiaj ci Niemcy to uosobienia życzliwości. Gdy ci taki powie „Haluuuuu!” albo „tschuyyyssss”, to brzmi jak Krtek mówiący „Ahoj!”. I tu, nie tak dawno, nawet znam ludzi, którzy się wtedy rodzili, szalało Hitlerjugend?

Hitlerjugend przypominam sobie jeszcze dzisiaj raz, już na stadionie II-ligowego Karlsruhe, gdy piłkarze wychodzą na boisku. Zedrzyjcie z siebie na moment poprawność polityczną: komu ta pieśń nie kojarzy się z marszami hitlerowskimi, ten trąba.

Stadion wynagradza mi wszystkie rozczarowania w Karlsruhe. Zachwalano mi go już wcześniej, że „stary i ma duszę”. To prawda. Idzie się nań przez gęsty las, nazwa Wildparkstadion nie kłamie. W tym miejscu mieszkały kiedyś jelenie, stąd Wildpark, ale ja nie jestem tak do końca pewny czy i dzisiaj nie mieszkają.

k1

Stadion jest stromy tak, że jak się potkniesz w ostatnim rzędzie trybun, to lądujesz na linii autowej. Mecz z FSV Frankfurt przyciągnął tylko 12 tysięcy kibiców, ale atmosferę zrobili odlotową. Połowa pojemności to miejsca stojące i to własnie one są zapełnione do ostatniego miejsca. Odnotowałem przyśpiewki: „Kto nie skacze, ten jest Szwabem, hej” – myślę, że u nas przyjęłaby się całkiem dobrze – i… „Moonlight shadow”.

Mecz? To już nudne, jak 2. Bundesliga jest niesamowita. Do przerwy 3-0 dla gospodarzy. – Na początku chcieli nas zabić – powiedział jeden z gości. To dobrze oddaje, co się działo. Manuel Torres Jimenez, 22-letni Hiszpan, zanotował jeden z najbardziej imponujących indywidualnych występów, jakie widziałem. Zaliczył trzy asysty i to takie, że koledzy – choć bardzo chcieli nie trafić – i tak musieli. Dwa razy korzystał na tym dobrze nam znany Iljan Micanski. Po jednym meczu mówię, brać tego Jimeneza do Polski! Micanski tracił wprawdzie głowę pod bramką, ale w grze kombinacyjnej wyglądał naprawdę dobrze. Nie wiem, jak może przegrywać rywalizację z dalej niezmiennie drewnianym Koenem Van der Biezenem.

A po przerwie? Frankfurt dalej nic nie grał, ale… czasem i to wystarczy, by odrobić trzy bramki straty. Pierwsza – wolny, na otarcie łez. I nagle karny siedem minut przed końcem. 3-2. Jest bardzo niewiele drużyn na świecie, które pozwoliwszy sobie na roztrwonienie 2/3 przewagi, nie stracą w końcówce gola. Karlsruher do nich nie należy i beniaminka żegnają gwizdy.

Bodaj Michał Okoński pisał, że nie wie dlaczego takie niesamowite scenariusze w piłce dalej nas dziwią, skoro się zdarzają co tydzień. Ja też nie wiem, ale dalej mnie dziwią i dalej uważam je za niesamowite. Choć każdy z nas już milion razy widział roztrwonienie trzech bramek przewagi, za każdym razem przy stanie 3-0 myślimy, że jest po meczu. Potrafimy wymyślić, żeby psu założyć cztery buty, a nie potrafimy wymyślić, że 45. to nie 90. minuta?