Zwiedzam Kraków, odcinek 20: Bratniak

Jest w Krakowie kilka klubów bezdomnych, jak Grom, które grają na boiskach wynajmowanych od innych klubów. Spośród wszystkich bezdomnych, najbardziej bezdomny jest jednak Bratniak, całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek atutu własnego boiska. Kilka razy wybierałem się już na jego spotkania, raz nawet siedziałem już na trybunach, ale ostatecznie na meczu nie zostałem. Za każdym razem trzeba było dokładnie sprawdzać, gdzie tym razem Bratniak podejmie rywali, bo to drużyna wędrowna. A-klasowi koczownicy. Raz byli w samym środku miasta, na boisku PKS Jadwiga. Kiedyś wyjechali pod Kraków, do miejscowości o wdzięcznej nazwie Bibice (jeszcze wdzięczniej brzmi nazwa tamtejszego klubu: Bibiczanka Bibice). Wreszcie, w ostatnim tegorocznym odcinku dopadłem Bratniaka na obiektach ComCome Zone w Nowej Hucie, tuż przy stadionie Hutnika. Kilka lat temu zwiedziałem już tam legendarne Universum.

Bezdomność Bratniaka to pewien paradoks, bo w pierwszych latach w Krakowie to właśnie on ratował mnie i wiele tysięcy studentów przed bezdomnością. Bratniak to bowiem fundacja studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego. To od niej wynajmuje się akademiki. Co innego jednak domy studenckie, a co innego własne boisko. Ze względu na nierozerwalne związanie klubu z UJ-em spodziewam się obejrzeć najbardziej inteligencką i kulturalną drużynę Krakowa. Studenckich klubów nie można lekceważyć. Tak jak Bratniak, zaczynało kilka wielkich dziś klubów, zakładanych pierwotnie przez XIX-wiecznych studentów, by wspólnie pokopać piłkę. Czasem te ślady zostają nawet w nazwach. Gdyby Bratniak był klubem argentyńskim, nazywałby się Estudiantes La Plata.

Dygresja: obiekty, pełniące akurat w tę sobotę rolę domu Bratniaka, niezmiennie robią wrażenie. Stadion Hutnika. Hala, w której mają za chwilę grać w OrlenLidze siatkarki Proximy. Treningi boksu. Kilka boisk, niektóre pod balonem. To tutaj funkcjonuje akademia Progres, prowadzona przez Jerzego Dudka, wypuszczająca powoli pierwszych piłkarzy do zawodowej piłki. Jeśli na takich obiektach nie uda się wykuć dobrych sportowców, będzie to znaczyło, że wpływ infrastruktury na sukces jest przereklamowany. Bo tam, w Nowej Hucie, w jednym miejscu, jest wszystko, czego potrzeba sportowcom wszystkich dyscyplin.

Na jednym z bocznych boisk trwa mecz Bratniaka z Liszczanką Liszki (też wdzięczna nazwa, absolutnie nie do wymówienia dla obcokrajowców, co może w przyszłości nieco utrudnić ewentualny podbój rynków dalekowschodnich). Gospodarze nawet na koszulkach mają nadrukowany Uniwersytet Jagielloński. Jako że to drużyna studencka, spodziewam się wyjątkowo niskiej średniej wieku. Ale to złudne. Po kolorze włosów i sylwetkach niektórych graczy, rozpoznaję wiecznych studentów albo kadrę akademicką. Wyglądają jak typowa drużyna A-klasowa. Nic wyjątkowego.

Na trybunach dość sporo osób, co mnie zaskakuje, dopóki nie okazuje się, że to ławki rezerwowych. Rzeczywistych kibiców, razem ze mną, czterech. Jeszcze bardziej zaskakuje mnie, gdy któryś z piłkarzy nagle głośno krzyczy: „pociąg, pociąg!”. Jakby jakiś na niego pędził. A to była tylko komenda do kolegi, by szarpnął lewym skrzydłem. Coś w stylu pięknej katowickiej przyśpiewki „naciś, GieKSa, naciś!”. Z zawołań wnioskuję, że jeden zawodników Bratniaka ma na imię Vincenzo. Trudno znaleźć bardziej idealne imię do ligi zwanej Serie A.

Krakowianie mają problem, bo szybko kontuzji doznaje ich bramkarz. A na tym poziomie zwykle nie ma rezerwowych bramkarzy. Dobrze, gdy jest choć podstawowy. Ten, który wchodzi na prawię cały mecz, z postury bardziej wygląda na rektora, niż studenta, ale bazując na doświadczeniu, broni znakomicie, po profesorsku. Nie puszcza ani jednego gola, a oszczędności ruchów mogłoby mu pozazdrościć wielu zawodowych bramkarzy. Graczy Liszczanki wyraźnie frustruje niemoc pod bramką rywali.  Są aktywniejsi, ale żadnej sytuacji nie mogą wykończyć. W końcu sami tracą gola, po jednym z nielicznych ataków krakowskiego Estudiantes. Na zawodników krzyczy, grający jako stoper, trener Liszczanki. To nie jest łatwe, być grającym trenerem. To nie jest łatwe, występować obok grającego trenera. W końcu któryś ze strofowanych piłkarzy zdobył się na odwagę:

Nie drzyj się tak na wszystkich!

Biorąc pod uwagę, że uwagę kierował do swojego trenera, dość zaskakująca prośba, która wyprowadziła szkoleniowca z równowagi jeszcze bardziej, niż stracony gol: „Co ty odpier…sz?! Kolega twój jestem?!” – przypomniał o swoim nadszarpniętym autorytecie. Aż musiał go upominać bramkarz-kapitan: „Na boisku jesteśmy kolegami, poza boiskiem jesteś trener”.

 Biorąc pod uwagę, że jest sobota, tuż po południu, pora, gdy studenci zwykle trzeźwieją i zbierają siły na wieczór, Bratniak wygląda zaskakująco żwawo. Jego zawodnicy wiedzą, co robić, a czego nie robić. Największą zbrodnią, jaką można popełnić w niższych ligach, jest krótkie wyprowadzanie piłki od własnej bramki. To zawsze źle się kończy. Ale Bratniak gra klasyką A klasy – długą piłką do przodu. I trzyma zagrożenie daleko. Po drugim golu dla gospodarzy, agresja w zespole Liszczanki eskaluje. Trener-stoper krzyczy na wszystkich. Bramkarz-kapitan, jak Artur Boruc za najlepszych czasów, wrzeszczy na całą resztę. Trener-stoper bezradnie dziwi się: „Sędziowie przeszkadzają, zamiast pomagać!”. Sędziowie nie pomagają? Takie skandale tylko w A klasie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube