Zwiedzam Kraków, odcinek 19: Krakus Swoszowice

Czasem, by zwiedzić Kraków, trzeba na niego spojrzeć z boku. Dlatego pierwszy raz w historii cyklu „Zwiedzam Kraków”, musiałem wyjechać poza granice miasta. Krakus Swoszowice grał bowiem na wygnaniu. Jak się okazało, nie na zawsze, tylko tymczasowo, więc całkiem możliwe, że będę chciał go zwiedzić jeszcze raz. Bo jednak sporo straciłem. Swoszowice są, jakkolwiek groteskowo to aktualnie brzmi w Krakowie, uzdrowiskową dzielnicą miasta. Już w XV wieku odkryto tam złoża siarki. Podobno jej zapach unosi się tam do dziś i bywa trudny do wytrzymania, czego jednak nie miałem okazji sprawdzić na własnym nosie, bo Wandę Kraków swoszowiczanie podejmowali w Wieliczce.

Długo trudno mi było uwierzyć, że oglądam mecz polskiej A klasy. Nie żeby gra stała na jakimś niebotycznym poziomie. Pozbawił nas tej możliwości jeden z trenerów, uczulając swoich piłkarzy już na początku: „Bez fajerwerków!”. Trzeba przyznać, że akurat to założenie zawodnicy wypełnili sumiennie. Wrażenie zrobił jednak wielicki obiekt. Jeśli jest się turystą, do solnego miasta jeździ się, by zobaczyć kopalnię. Jeśli się nie jest, jeździ się na Krakusa Swoszowice, który gra na Małopolskiej Arenie Lekkoatletycznej. Ma więc nowoczesną szatnię, boisko okala zadbana bieżnia, murawa sprawia niezłe wrażenie, trybuny są schludne. Graffiti na pobliskiej ścianie sugeruje, że coś odbywało się tutaj w trakcie Światowych Dni Młodzieży. Bardziej mnie jednak interesuje to, że można się wdrapać na pobliskie wzgórze i patrząc na okolicę, poczuć się jak we Włoszech czy w Brazylii. A przy tym spojrzeć na piłkarzy z perspektywy kosmicznej, dokładnie słyszeć każdy odgłos boiska, jak rzucone w kłótni: „spier***ś dwie bramki, więc się nie odzywaj” i rozbrajająco szczerą odpowiedź: „tak, przyznaję, wyje**m się na piłce. I co mam zrobić?”.

Schodzę jednak na dół, by osobiście policzyć kibiców, bo mam podejrzenia, że to mecz z najniższą frekwencją, jaki kiedykolwiek widziałem. Na miejscach siedzących nie ma ani jednego człowieka. To akurat zrozumiałe, bo przy szerokiej bieżni i niskich trybunach, boiska prawie w ogóle stamtąd nie widać. Bezpośrednio przy murawie stoi kilku funkcyjnych, członków sztabów i piłkarzy. Ich nie liczę. W narożniku siedzi fotograf, dokumentując to wiekopomne wydarzenie. Takich jak ja, gapiów, przyciągniętych samym widowiskiem, odnotowałem trzech. Czyli byłoby na tym meczu cztery-pięć osób, zależy jak klasyfikować fotografa. To rekord frekwencji trudny do pobicia, nawet w ligach, do których teoretycznie nikt nie zagląda. W Wieliczce są jeszcze oczywiście miejscowi amatorzy, biegający po bieżni, kompletnie niezainteresowani meczem. Ich nie liczę, bo wyszłoby, że na tym stadionie kibice przebiegają w trakcie meczu więcej kilometrów, niż piłkarze, są od nich bardziej rozciągnięci i wygimnastykowani. To chyba ewenement w skali świata.

Do Wieliczki za Krakusem nie pofatygował się żaden podpowiadający dziadek, co sprawia, że mecz ogląda się dość smutno. Zaletą jest jednak, że doskonale słychać, co się dzieje w obu drużynach. Krakus, grający w dość nietypowych fioletowych koszulkach, każących go nazwać krakowską Fiorentiną, to jedna z najbardziej nienasyconych drużyn, jakie w tym mieście widziałem. Wiecznie mu mało. Gdy jego zawodnicy strzelają gola na 1:0, nie widać śladów radości. Trwa kłótnia, o to, co powinni byli zrobić lepiej, skwitowana dopiero przez bramkarza przeciągłym: „zamknąć się, k…!”. Po 2:0 zadowoleni są tylko rezerwowi, mówiący: „Jeszcze jedna i wchodzimy na luzie”. Ale mylą się, luzu nie ma. Przy wyniku 3:0, po jednym z nieudanych zagrań, trener Krakusa załamał się, ukrył głowę w dłoniach, bezradnie się miotał, jakby przeżywał właśnie najgorsze przedpołudnie w karierze. Przy stanie 5:1 obrońcy o mało nie ukatrupili napastników za to, że znów dali się złapać na spalonym. „Zwariuję zaraz przez te spalone!” – krzyczał jeden z nich. Zero zadowolenia się wynikiem, żadnej litości nad przeciwnikiem, ani krzty odpuszczania. Gdyby Niemcy w 2014 roku mieli mentalność piłkarzy Krakusa Swoszowice, roznieśliby Brazylię piętnastoma bramkami.

Ostatecznie kończy się 6:1 dla Krakusa. Bohater tej strzelaniny jest nietypowy. Oglądając niższe ligi przyzwyczaiłem się, że te teksty o młodych Messich biegających po polskich boiskach regionalnych, to zupełne mity. W niższych ligach za Messich robią łysiejący panowie z brzuszkami. Nastolatkowie, jeśli w ogóle są, służą im za słupki do mijania. Trafiłem jednak na wyjątek. Hat tricka dla gospodarzy strzelił Konrad Moskała, mający dopiero 16 lat. Rozgrywki juniorskie tej jesieni się już skończyły, nie miał gdzie grać, więc przyszedł do seniorów. I ot tak zdobył trzy bramki. Oto zaleta grania do końca listopada. Jednak są w Krakowie kluby, które stawiają na młodzież.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube