Zwiedzam Kraków, odcinek 17: Grębałowianka

20171104_125938

Jeśli w ekstraklasie mógł grać klub nazywający się – przepraszam za wyrażenie – Szczakowianka, to w – z definicji przaśnej – serii Zwiedzam Kraków musiała się trafić jeszcze dłuższa, bardziej wdzięczna i dźwięczna nazwa. Aż pięciosylabowa. Grębałowianka. Trafiłem zresztą na derby świetnych nazw, bo od zawsze lubiłem też nazwę miasta „Wolbrom”. Taką groźną. Taką niemiecką. Grębałowianka – Wolbrom. To będzie dobry mecz.

 Jadąc na Grębałowiankę, zaczynam wątpić, czy to jeszcze Kraków zwiedzam. Na żaden mecz tej serii, a jestem dokładnie w połowie, nie musiałem jechać tak daleko. Ponad trzydzieści kilometrów. Zwykle wolę na mecze z tego cyklu chodzić, względnie jeździć rowerem lub komunikacją miejską, bo zmysły jakby bardziej wyostrzone na ciekawe zjawiska, niż w samochodzie. Ale tu bym się chyba trochę bał. Odkrywam, że Zwiedzam Kraków ma naprawdę walor poznawania miasta. Gdy zaczynałem ten cykl, nie było to specjalnie przemyślane. Ot, na Podbeskidziu lubiłem chodzić na mecze regionalne i znałem większość okolicznych wiejskich klubów. Wiedziałem, że Żabnica to potęga, że w Wilamowicach gra lokalny Inzaghi (Dominik Natanek) i że na Jedność Wieprz chodzą tłumy. W Krakowie też chciałem chodzić na niższe ligi, ale kompletnie nie miałem orientacji. Więc wymyśliłem sobie cykl. Nagle jednak, po paru latach, okazało się, że są zakątki miasta, w które nie zajrzałbym nigdy, gdyby nie to, że jest tam B-klasowy klub. Kraków nie jest może gigantyczny, ale na tyle duży, by było dostatecznie wiele miejsc, w które nigdy się nie zajrzy, jeśli nie ma się dobrego powodu.

 Takim miejscem jest Grębałów. Sam wschód Krakowa. Kiedyś wieś o tej nazwie. Dziś część dzielnicy Nowa Huta. Gdy jechałem na Hutnik, zaczynając cykl, miałem głowę pełną stereotypów o Nowej Hucie. Nic się nie potwierdziło, więc stwierdziłem, że ta dzielnica jest przereklamowana. Gdy pojechałem tej jesieni na Wandę, już poczułem, że Nowa Huta to nie tylko w sumie dość ładny Plac Centralny i przyjemne szerokie ulice. Ale dopiero jadąc na Grębałowiankę widzę serce Nowej Huty, czyli Hutę im. Sendzimira, od której wszystko się zaczęło. I wciąż działa. Mijam ją i wjeżdżam w zupełnie nierealne okolice. Po obu stronach drogi, za płotami, tony żelastwa. Co chwilę przecinam jakieś opuszczone tory kolejowe. Mijam skupy złomu. Wielkie maszyny, których nawet nie umiałbym nazwać. Usługi ślusarsko-tokarskie. Czuję, jakby to był XIX wiek i uważam, żeby mi pod koła nie wszedł jakiś Łysek z pokładu Idy. I cieszę się, że jest dzień, a ja w samochodzie. Bo gdybym miał porachunki mafijne, to tam bym je załatwiał.

 Ale to mija. Jedna ulica w prawo, jedna w lewo i krajobraz zupełnie inny. Nagle wyrasta zieleń. Domki jednorodzinne. Widać koło nich pojedyncze kury (w Krakowie!). Jestem na Grębałowie. Widzę stadion słynnej Grębałowianki, która wychowała ekstraklasowych piłkarzy Marka Zająca i Marcina Chmiesta.

 Grająca w okręgówce Grębałowianka rodzi skojarzenia z niemieckimi ligami regionalnymi. Na boisku niby poziom ten sam, co wszędzie, ale jednak otoczenie bardziej profesjonalne. Całkiem okazały budynek klubowy, z balkonem, który można by – przy odrobinie dobrej woli, a mam ją – uznać za skyboksy. Klubowa restauracja „Manhattan”. Obok korty tenisowe. I boisko typu Orlik. Do tego krzesełka plastikowe, całkiem świeże. Dobre wrażenia na tym się nie kończą. Początkowo rodzi moje obawy to, jak blisko siebie są obie ławki rezerwowych (bardzo) i zacieram pismacze ręce na nadchodzące mordobicie trenerów i rezerwowych obu drużyn. Ale nic z tych rzeczy. Obaj trenerzy młodzi. Podpowiadają dość sensownie. Pełna kultura. Zaskoczenie też na trybunach. Publika dość młoda, jak na ligi regionalne. I dość mało agresywna. Sporo dzieci. Wiele osób w szalikach Grębałowianki, w barwach pomarańczowo-biało-niebieskich. Kilkuosobowy młyn, który ma bęben. I zaciekle krzyczy: „Hej, Gręba, gol!”. Ale dopiero od drugiej połowy. Bo, jak wyjaśnia jeden z dziadków: w pierwszej połowie nie dopingują, bo nie mają kondycji.

 Zawodnicy za to, już w pierwszej połowie, grają aż miło. Spodziewam się, intuicyjnie, że Przebój Wolbrom będzie lepszy. To, za mojego młodu, była porządna drużyna III-ligowa, walcząca o awans do dawnej II ligi. Byłem nawet w Bielsku-Białej na jej sparingu z Podbeskidziem. Prowadził ją sam Antoni Szymanowski. Czasy świetności chyba jednak minęły. Podsłuchuję na trybunach, że czterech zawodników rozgrywa swój pierwszy mecz. Bramkarz o ósmej rano dał znać, że nie przyjedzie, więc broni jakiś przysposobiony do tego naprędce. Co widać, choćby po tym, że puścił gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Jest emocjonująco. Pada dużo goli. Trenerzy się irytują. Trener Przeboju do obrońcy:

- Z kim zostajesz?!

- A skąd ja mam wiedzieć?

Założenia taktyczne chyba nie do końca udało się przyswoić.

 Jednak jedną z bardziej uroczych wskazówek trener przekazuje później, krzycząc do zawodnika: „Nie słuchaj, co ci krzyczą!”. Ciekawe, czy posłuchał. Grębałowianka gra coraz lepiej. W drugiej połowie niektóre jej akcje to już prawdziwa brasiliana. Tylko sędzia wprowadza jakiś złowrogi nastrój. Jest tuż po Wszystkich Świętych. Wszyscy świeżo mamy w głowach powtarzane tysiąc razy: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. A sędzia do zawodników cały czas tylko: „Odchodzisz, siedem, odchodzisz…”. Dlatego wyraźnie zaniepokojony bramkarz krzyczy do kolegi: „żyj, żyj!”. Żyje.

 Grębałowianka prowadzi 4:2, ale jej chwilę wcześniej wprowadzony zawodnik dostaje czerwoną kartkę za odepchnięcie rywala. Trener nic nie mówi, tylko wściekle kopie w worek z piłkami. Kulturalna publika przestaje być kulturalna. Wystarczy jedna drobna decyzja nie po myśli gospodarzy, a już stadion wyje: „Jebać sędziego i całą rodzinę jego”. Zawsze sobie myślę, że ta przyśpiewka jest wyjątkowo okrutna. I to jeszcze wobec sędziego, który jest amatorem, może kolegą z pracy któregoś z kibiców. Mimo to, tak łatwo kibicom jedzie się po jego rodzinie. Całej. I to samemu mając swoją rodzinę obok siebie na trybunach. Całą. Ze smutnych rozmyślań wybudza mnie dym. Wszechobecny. Dławiący. Boiska nie widzę. Tylko gdzieś obok dławiące się dzieci. Jedynie do uszu dobiega triumfalne: „tak się bawi, tak się bawi, Grę-ba-łów!”.

 20171104_144953

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube