Rozmowy o sporcie. Maciej Mikita: Najsilniejsze jednostki zaciemniają obraz polskiego tenisa

mikita

Przez całe dzieciństwo, bliżej niż na jakiekolwiek boisko piłkarskie, miałem na korty tenisowe. Pewnego dnia wyrosły za oknami i cała wieś nagle zaczęła trenować ten kompletnie nam wcześniej obcy sport. Sam grałem przez kilka lat i do tej pory, gdybym miał wskazać ulubioną dyscyplinę po piłce nożnej, wybrałbym tenis. Rzadko mam okazję o nim pisać, ale cykl „Rozmowy o sporcie” od początku był przewidziany jako nie tylko piłkarski. Dlatego z Maciejem Mikitą, dwukrotnym drużynowym Mistrzem Polski Seniorów, Mistrzem Polski juniorów w grze pojedynczej, byłym reprezentantem Polski, który przez ponad dwadzieścia lat był trenerem w jednej z największych szkół tenisowych w Nadrenii-Północnej Westfalii, porozmawiałem o aktualnej kondycji i problemach tego sportu w Polsce.

Pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku polscy tenisiści znaczyli na świecie bardzo niewiele. W ostatnich latach mieliśmy siostry Radwańskie, Jerzego Janowicza, Łukasza Kubota, Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego. Jaka jest pana zdaniem kondycja polskiego tenisa?

Maciej MIKITA: – Na pewno sukcesy zawodowców przełożyły się na popularność dyscypliny. Trzydzieści lat temu, gdy byłem w Niemczech, to tam było widać boom. To były ich złote lata. Mieli pełno znakomitych zawodników w światowej czołówce, a dzieci masowo przychodziły na korty, by zapisywać się na zajęcia. Poprzez Janowicza, siostry Radwańskie, u nas też zaczęło to kwitnąć. Dzieci się garną, jest infrastruktura. Kiedyś nie było hal, sprzętu, teraz wszystko jest dostępne. Niestety, kulejemy z metodyką.

Wymienione postaci, które odnosiły sukcesy, to efekty jakichś zmian systemowych czy silne jednostki, które wybiły się pomimo braku systemu?

 - Raczej to drugie. Są otwarte granice. Ludzie mogą jeździć, próbować treningów w innych krajach, pracują z trenerami zagranicznymi, szukają swoich dróg, metod treningowych, których u nas nie ma i z tego wychodzą pojedyncze rodzynki. Wszyscy, którzy się przebili, dużo jeździli po Europie. To było organizowane na własną rękę.

 W takim razie ich sukcesy trochę zaciemniają rzeczywisty obraz polskiego tenisa?

 - Do 12-14. roku życia jesteśmy w europejskiej czołówce, ale gdy wchodzimy w wiek dojrzewania, inni nas prześcigają.

 Dlaczego?

 - Na tym etapie nasza młodzież wygrywa, bo jest bardziej ograna. Trenerzy w Polsce od początku pracują z dziećmi przede wszystkim nad grą w tenisa. Za granicą przygotowują je do tego, by w przyszłości umiały grać w tenisa. To różnica. Gdy zawodnik jest bardziej ograny, czuje się bezpieczniej i pewniej. Jego zagraniczny rówieśnik trenuje różnymi metodami i z naszym przegrywa. Nie jest jeszcze gotowy do gry. Ma być gotowy, gdy będzie miał 16-18 lat. Nasi zawodnicy w większości w tym wieku przestają grać. Akurat następuje skok rozwojowy, zmieniają się mięśnie, dynamika. Za granicą potrafią te zmiany przełożyć na grę, u nas już zwykle nie. Zbyt wcześnie zaczyna się w Polsce profesjonalizm – treningi jeden na jednego, z trenerami. Rodzice, gdy słyszą o indywidualnych treningach, profesjonalizmie, wchodzą w to, bo się nie znają. Nie muszą. Ale to pomyłka.

 Jak pana zdaniem powinno być?

 - Do 12-14. roku życia kluczowe są ogólnorozwojowe treningi, a nie sam tenis. Później, między 14. a 16. rokiem życia, stosunek tenisa do innych dyscyplin powinien wynosić mniej więcej pół na pół. Dopiero od 16.-18. roku życia trenuje się tylko tenis. Tymczasem u nas ośmiolatkowie mają już specjalistyczne treningi tenisowe. Na początku to daje owoce, ale nie daje wtedy, gdy ma dawać.

 W jakim wieku traci się najwięcej talentów?

 - Przy przejściu z juniora do seniora. Szesnastolatkowie zaczynają już jeździć na seniorskie turnieje, by sprawdzać, ile im brakuje do najlepszych. I mają duży problem, bo u nas czternastolatkowie często odnoszą sukcesy, więc liczą, że będą mogli zostać zawodowcami. Potem jednak zaczynają się schody. Wyniki są coraz gorsze. Nie ma komfortu psychicznego, traci się pewność. Często nie do końca wiadomo, co jest nie tak. Pojawiają się myśli, czy ryzykować karierę, wydawać pieniądze, czy iść do pracy albo na studia. Gdy jest się 14-latkiem, nie da się już nadrobić tego, co zaniedbano, gdy miało się osiem-dziesięć lat. W krajach, w których pracuje się systematycznie, zawodnicy na każdym etapie znają mniej więcej swoją realną siłę. Jeśli tam mają sukcesy w wieku 14-15 lat, to mogą mieć nadzieję, że przebiją się w zawodowym tenisie. U nas nagle następuje bolesne zderzenie ze ścianą.

 Gdzie się tak pracuje?

 - Np. w Niemczech. Tam też kiedyś mieli taki chaos, jak u nas. Sztab ludzi zaczął się jednak zastanawiać, jak go okiełznać. Prowadzono dyskusje z udziałem naukowców, trenerów, fizjoterapeutów, byłych zawodników, pytano międzynarodowych ekspertów. Efektem tego było stworzenie jednolitego programu nauczania, który jest łatwo przyswajalny dla dzieci. W okolicach 1994 roku zaczęto go wprowadzać. W następnych latach było już widać, że na wszystkich kortach, od Monachium po Berlin, wszyscy robili mniej więcej to samo. Dzisiejszy wysyp ich zawodników w czołowej setce, to efekty takiego działania, choć oni i tak są niezadowoleni, bo  jakość tenisistów nie jest taka, jak kiedyś. Jest mniej wybitnych jednostek, a więcej solidnych. O wybiciu się decydują jednak nie tylko system, ale też szczęście, pieniądze, praca, odpowiedni trener czy menedżer.

 Czy jednak w takim sporcie jak tenis w ogóle da się systemowo produkować mistrzów? Może to z zasady sport, w którym wybijają się tylko wybitne jednostki?

- Tak, ale by w ogóle było z kogo wybierać, na początku trzeba mieć system. Musi być masa, by można było z niej coś wybrać. Trzeba tworzyć podstawę piramidy, rozpowszechniać tenis, a dopiero potem przychodzą fachowcy, selekcjonują tych, którzy mają „to coś” i prowadzą ich indywidualną ścieżką.

 W książce „Kopalnie talentów” Rasmusa Ankersena porównywano tenisistów brytyjskich, trenujących w znakomitych akademiach i rosyjskich, którzy mają zdecydowanie gorsze warunki. A jednak to Rosjanie masowo produkują mistrzów. Z czego wynika, że – zwłaszcza w kobiecym tenisie – tak wiele zawodniczek ze wschodniej Europy jest w światowej czołówce?

 - Głód sukcesów to jeden z kluczowych czynników. Gdy dziecko przychodzi na trening i wszystko już ma, ciężko będzie je zmotywować do pracy. Na wschodzie Europy nadal często sport jest szansą wyrwania się, wyjścia na świat. To daje motywację do treningu. Sam, jako zawodnik, to czułem. W końcu udało mi się wyjechać do Niemiec i ponad dwadzieścia lat temu zacząłem robić to, co do Polski dopiero wchodzi.

 Na ile polskiemu tenisowi przeszkadza to, że mówimy o drogim sporcie? Społeczeństwo nie jest najbardziej zamożne.

 - To mit, że tenis jest drogim sportem. Jasne, jeśli weźmiemy jedno dziecko, wynajmiemy kort, co kosztuje 50-100 złotych, zapłacimy trenerowi kolejne 50-100 złotych, do tego kupimy sprzęt, wyjdzie na to, że jeden trening kosztuje 200 złotych i nikogo na to nie stać. Wracamy do metodyki nauczania. Do 12. roku życia spokojnie możemy mieć na korcie więcej dzieci, bo na tym etapie trenowanie tenisa powinno się opierać na grach i zabawach. Później przechodzi się na 4-6-osobowe grupy, a dopiero na końcu dwuosobowe, gdy jest dwóch sparingpartnerów, a trener tylko stoi z boku. Tu mówimy jednak już o pełnej specjalizacji. W całej masie, na samym początku, to nie jest drogi sport.

A jak sobie radzić z tym, że tenis to sport, którego nie ma w szkołach? Piłkę nożną, koszykówkę, siatkówkę, nawet piłkę ręczną, każde dziecko liźnie w szkole. Z tenisem większość ludzi nigdy nie ma żadnego kontaktu.

 - Do tej pory tak było, ale w tej kwestii też coś się zmienia. Polski Związek Tenisowy prowadzi akcje promocyjne, robi nauczycielom wychowania fizycznego podstawowe szkolenia, by wprowadzali do zajęć pierwsze zabawy tenisowe. Europejskie Centrum Nauki i Sportu chce oficjalnie wprowadzić tenis do szkół. Mamy stworzony projekt KORT-TOS (Koncepcja Organizacji Rozwoju Tenisa – Tenisowe Ośrodki Szkoleniowe), w ramach którego najpierw dzieci z klas 1-3 będą miały pierwsze zabawy tenisowe, a od klas 4-6 wprowadzać będziemy klasę sportową o specjalizacji tenisowej. Chcemy we Wrocławiu wybrać dziesięć szkół, do których wprowadzimy tenis, by dzieci mogły w ogóle zobaczyć, z czym to się je. Chętne dzieci, wybrane przez nas, będą miały, dalej w szkole, dodatkowe zajęcia, już z trenerem, fachowcem. Dopiero z tego grona wyciągniemy na zewnątrz najbardziej utalentowanych graczy do ośrodków szkoleniowych przy AWF-ie, by tam dodatkowo trenowali w weekendy. To nasza droga mistrza – od 1. klasy, do 18. roku życia.

 Czy to nie jest zajęcie dla Polskiego Związku Tenisowego?

 - Tak, wykonujemy robotę PZT. Mamy jednak poparcie związku, który cieszy się, że jest organizacja, która będzie to robiła. Żeby takie akcje miały jednak sens, musi być kontynuacja i kontrola. Wprawdzie były prowadzone przez związek akcje „Dzieci do rakiet” czy „Tenis 10”, gdzie były pierwsze gry i zabawy tenisowe, ale nie był to zamknięty system. Nawet jeśli jakiemuś dziecku po takich zajęciach tenis się spodoba, trafi do klubów, w których pracują trenerzy nie znający metodyki nauczania i będzie się w ten sposób tracić czas i pieniądze. Musi być pełna kontrola działań na każdym etapie.

 Z kwalifikacjami polskich trenerów naprawdę jest tak źle?

 - Gdy wróciłem do Polski, po latach w Niemczech, przeżyłem powrót do przeszłości. Jesteśmy bardzo daleko z tyłu. Jeśli chodzi o metodykę nauczania, wszystko dopiero raczkuje. Zarząd PZT się zmienił, jest chęć ujednolicenia systemu. Jestem w Radzie Trenerów PZT i wiem, że na naszych kursach będziemy solidnie szkolić nową kadrę, najnowszymi metodami. Zastanawiamy się tylko, jak przeszkolić starą kadrę, która już zdobyła kwalifikacje. Chciałbym, żeby do końca 2018 roku na Dolnym Śląsku udało się przeprowadzić pilotażowy projekt urealniania kwalifikacji trenerskich. Trzeba też rozmawiać z rodzicami. Ludzie są najważniejsi w sukcesie przyszłego sportowca. Musimy prowadzić pracę u podstaw, by wreszcie miało to ręce i nogi.

 A dlaczego właściwie dzieci powinny grać w tenisa?

 - Byłbym idiotą, gdybym mówił, że tenis jest najważniejszy dla rozwoju sześcioletniego dziecka. Nie jest. Sam tenis, jest dla niego wręcz niedobry, bo jest zbyt jednostronny. Pozwala natomiast poprawić koordynację. A dla prawidłowego rozwoju dziecka najważniejsza jest różnorodność. I dlatego sensownie trenowany tenis też mu się przyda.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube