Zwiedzam Kraków, odcinek 16: Wieczysta

wieczysta1

Jest taki czas w roku, gdy prowadzenie cyklu „Zwiedzam Kraków” jest przyjemne. Można się przejechać na rowerze, słońce świeci. Pięknie jest. Ale ten czas w tym roku już minął. Patrząc na słońce, które tej niedzieli nie wstało. Na deszcz, który pada poziomo. Na chmury, które podejrzanie śnieżne. Słuchając wiatru, który trzęsie okolicą. Wyobrażając sobie, jak przeraźliwie zimno musi być na polu (sorry, to „Zwiedzam Kraków”, więc ani „na zewnątrz” ani – broń Boże – „na dworze” tu nie przejdzie). Drżącymi palcami zaglądam, czy przypadkiem o 11.00 nie ma jakiegoś meczu. Mam nadzieję, że nie ma. Przynajmniej sumienie będzie czyste. Ale jest. Wieczysta Kraków.

 Najgorzej. Po pierwsze – derby. Z Bronowianką. Po drugie – Wieczysta. Słynna Wieczysta, na którą nigdy nie mogłem dotrzeć. Za chwile będzie zima, niższe ligi zapadną w półroczny sen zimowy, nie będzie nowych odcinków. Nie wiadomo, kiedy następny raz nadarzy się taka okazja.

 Są wśród odwiedzanych kluby, o których nawet krakowianie nie mają wielkiego pojęcia. Wieczysta do nich nie należy. Ile razy wrzucałem kolejny odcinek, odzywał się do mnie ktoś z hasłem: „pojedź na Wieczystą, tam to dopiero zobaczysz”. Gdy koledze dziennikarzowi wspomniałem, że Wieczysta ma problemy finansowe i może nie dograć sezonu, usłyszałem, że nie, że skądże, że „Wieczysta to Wieczysta”. Nie powiem, intrygował mnie ten klub. Poza tym ta nazwa taka jakaś majestatyczna. Niektóre kluby mogą przemijać, ale Wieczystej jakoś nie wypada. Intrygowała mnie też nietypowa data powstania – 1942. To czasy, w których raczej kluby zawieszały działalność, niż rozwijały. Klub ma korzenie jeszcze w czasach przedwojennych, pod nazwą – przepraszam za wyrażenie – Wieczyszczanka – ale to w trakcie okupacji zaczął, na osiedlu na uboczu Krakowa, rozgrywać mecze w bardziej zorganizowanej formie.

 Więc pojechałem. Mam notoryczny problem z lekceważeniem zimy. Rok w rok potrzebuje przynajmniej miesiąca marznięcia na kość na stadionach, by zaakceptować, że to już zima. I nawet świadomość tego problemu, wcale go nie zmniejsza. Że nie dostosowałem ubioru do warunków atmosferycznych orientuję się jakąś minutę po wejściu na stadion. Gdy nieśmiało zaczyna padać pierwszy śnieg. Ale zanim wszedłem na stadion, już mnie zachwyt ogarnął. Uwielbiam w krakowskich stadionach niskoligowych to, że bardzo często absolutnie nie wiadomo, gdzie są. Tuż obok stadionu Wieczystej stoi biurowiec Onetu, w którym nie raz byłem. Nigdy nie przypuszczałem, że jest w pobliżu jakiś stadion. Przejeżdżając obok, praktycznie nie da się tego stadionu zobaczyć przypadkiem. Trzeba chcieć tam dotrzeć, a i to nie wystarczy, bo gdy nawigacja triumfalnie obwieszcza, że jestem na miejscu, to po jednej stronie garaż, po drugiej blok, a stadionu nigdzie. Upewniam się, że nie jest jak na Bronowickim KS-ie, że stadion gdzie indziej niż siedziba klubu. Ale nie. Mecz ma być tu, ale stadionu nie ma. Trzeba więc wysiąść i iść na słuch. W dźwiękach miasta, wyłowić nieregularne uderzanie rozgrzewanych korków o mokrą piłkę. Pomiędzy myjnią ręczną, garażami, wulkanizatorem, a kościołem z czerwonej cegły, lokalizuję stadion Wieczystej.

Od początku spotykają mnie same zaskoczenia. Po pierwsze – spiker, co w okręgówce nie zdarza się zbyt często. Spiker siedzący na małym krzesełku na dachu budyneczku. Słucham i uszom nie wierzę, jak naszpikowane gwiazdami są obie drużyny. Trenerem Bronowianki Czesław Palik, jeszcze parę lat temu pracujący w I-lidze. Na boisku Łukasz Kubik, kiedyś grający w ekstraklasach polskiej i belgijskiej. W Wieczystej za to Mateusz Niechciał. Będzie tylko małą przesadą, gdy napiszę o nim – legenda Podbeskidzia Bielsko-Biała. A już na pewno postać w moim domu symboliczna. W lecie 2012 Podbeskidzie rozstało się z kilkoma ojcami historycznego awansu do ekstraklasy. M.in. ze szczególnie cenionym przez moją mamę Maciejem Rogalskim, która – gdy w pierwszym sparingu zobaczyła w koszulce z nazwiskiem Rogalskiego „jakiegoś Niechciała” – śmiertelnie się na wychowanka Hutnika (i Wieczystej!) uwzięła. Jego kariera w Bielsku zakończyła się na jedenastu meczach w Młodej Ekstraklasie. W pierwszej drużynie nawet nie zadebiutował. Nawet po pięciu latach, gdy wspomniałem mamie, że w Wieczystej spotkałem Niechciała, od razu powiedziała: „ten, który przyszedł za Rogalskiego!”. Właśnie ten.

 I takie rozmyślania przerywa nagle ten śpiew. Anielski, dostojny. Chwytający za serce tak, że nie sposób nie wstać:

„Jest w Krakowie przy Meissnera mały klubik, każdy wie;

Jego barwy żółto-czarne, a Wieczysta on się zwie;

Ma drużyny w różnych ligach, od orlików do oldboi;

a drużyna, co przyjeżdża, napastników niech się boi;

Hej, Wieczysta, hej, Wieczysta, ukochany klubie nasz;

w każdym meczu piłki nożnej ty wspaniale już nam grasz;

siedemdziesiąt lat minęło, odkąd klub nasz w piłkę gra;

losy różnie się toczyły, ale dzisiaj wygrywa;

my kochamy swą drużynę i dopingujemy ją;

bo wyniki żółto-czarnych w każdej lidze dobre są.

Mnie zabrakło refleksu, ale na szczęście w internecie jest wszystko. Sami zobaczcie:

 Już samo istnienie hymnu drużyny z okręgówki byłoby zachwycające, bo na całym Zwiedzam Kraków jeszcze ani razu na taką perełkę nie trafiłem. Ale hymnu wykonanego a’capella przez spikera nie słyszałem nigdzie. Jeśli spiker nie jest organistą pobliskiego kościoła, proboszcz musi z zazdrości zgrzytać zębami, że taki talent śpiewa dla konkurencji.

 Tym sposobem jestem absolutnie zachwycony Wieczystą jeszcze przed pierwszym kopnięciem.

 Dookoła stadionu blokowiska. Kiedyś nigdy bym nie uwierzył, że w Krakowie są takie miejsca. No, może tylko w Nowej Hucie. Gdy przyjeżdża się do Krakowa jako turysta, widzi się tylko Wawel, Rynek, Floriańską, ewentualnie Kazimierz. I wydaje się, że tak wygląda cały Kraków. Brukowane, wąskie uliczki, stare mury, zabytek na zabytku. A potem się okazuje, że ludzie też gdzieś muszą mieszkać. Nie ma chyba większego miasta w Polsce bez bloków z wielkiej płyty. Różni się tylko stopień ich ekspansji. Czasem zaczynają się już na rynku. Wtedy miasto jest uznawane za nieatrakcyjne. Czasem są na przedmieściach. Wtedy miasto jest uznawane za klimatyczne. Ale tak naprawdę, polskie miasta różnią się tylko centrami. Poza nimi, wszędzie są okolice takie, jak wokół stadionu Wieczystej.

 Najbardziej mnie zdumiewa, że nie jestem na tym meczu sam. Jest dobre kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt osób. Swoją motywację, by tego paskudnego dnia wyjść z domu, znam: Kraków sam się nie zwiedzi. Ale oni? Co sprawia, że ta kobieta owinięta w szalik Wieczystej, przez 90 minut będzie samodzielnie dopingować zespół, śpiewając cały czas „Do boju, do boju, do boju Wieczysta!”? Po co ten chłopak przyprowadził dziewczynę na stadion, zamiast wziąć ją do ciepłej kawiarni? Po co to małżeństwo trzyma tu tego pudla, cały czas uważając, żeby nie odfrunął (chyba się nie udało, bo w drugiej połowie oni byli, a po pudlu ani śladu)? Autentycznie mnie to intryguje. Zagadka rozwiązuje się sama, gdy jeden z graczy Bronowianki fauluje ostro zawodnika gospodarzy, a arbiter dyktuje tylko rzut wolny. Cała gromada na trybunach zaczyna krzyczeć: „Sędzia! Gdzie masz kartki?!” i po błyskach w ich oczach czuję, że dopiero teraz żyją. To zjawisko, którego nigdy nie pojmę, ale niewątpliwie istnieje: jest spore grono kibiców piłki nożnej, których mniej cieszą gole dla własnej drużyny, niż dopominanie się o żółtą kartkę dla rywala.

 Mecz sam w sobie jest porywający. Nie tylko dlatego, że Wieczysta gra w barwach Borussii Dortmund. Nie tylko dlatego, że to derby. Ale też nigdy nie myślałem, jak cudownym uatrakcyjnieniem meczów niskoligowych są orkany. Wprawdzie muszę cały czas kontrolować, czy ten modrzew za mną już spada, czy jeszcze nie, ale do i tak nieprzewidywalnego futbolu, orkan Grzegorz dodaje jeszcze kilka procent szaleństwa. Piłkarz strzela, pan Grzegorz piłki nosi. Beznadziejny strzał może się w tych warunkach okazać genialnym uderzeniem w okienko z trzydziestu metrów i to z szaloną rotacją. Wynik końcowy 5:3 dla Bronowianki dobrze oddaje, co się działo.

 Do samego końca mecz śledzi jednak trochę mniej osób, niż na początku. Grono starszych panów w przerwie usiadło pod parasolem i teraz rozprawia o świecie przy wódeczce. W samo niedzielne południe. Przy odczuwalnych -20 stopniach. Oto funkcja społeczna futbolu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube