Nowa fala w I lidze

nowafala

Jak świat światem, co sezon polscy kibice ekstraklasowi narzekają na to, że prezesi zatrudniają tylko trenerów z tzw. karuzeli, co prowadzi do sytuacji, w której w lidze pracują cały czas te same nazwiska, zmieniające się jedynie krańcami na mapie Polski. Rozprawiałem się już z tym mitem, pokazując, że w skali dziesięciu lat w polskiej lidze przetrwali tylko nieliczni trenerzy. Zainteresowanych odsyłam do tamtego tekstu, przypomnę tylko, że na polskim rynku naprawdę nietykalni są tylko czterej szkoleniowcy: Michał Probierz, Czesław Michniewicz, Jacek Zieliński i Waldemar Fornalik. Dziś widać, że nawet oni czasem wypadają z karuzeli, bo w lidze pracują aktualnie jedynie Probierz i Fornalik. O ile w ekstraklasie trwa ciągła wymiana elit, o tyle w I lidze trwa już permanentna rewolucja. I to w skali, jakiej nie było dawno (nigdy?).

Na osiemnaście drużyn I-ligowych, aż trzynaście prowadzą aktualnie trenerzy, którzy nigdy wcześniej nie pracowali w ekstraklasie. Ktoś, kto interesuje się tylko najwyższą ligą i wpadłby nagle na mecz I ligi, przeżyłby dziś szok, jak niewiele nazwisk w ogóle kojarzy. Zwykle w I lidze pracowało wielu trenerów chwilowo odrzuconych przez ekstraklasę. Trafiali się Paweł Janas, Mirosław Jabłoński czy Bogusław Baniak. Im dalej się cofniemy, tym trenerów z bogatą przeszłością byłoby na zapleczu ekstraklasy więcej, bo też znaczenie doświadczenia i szeroko pojętych kontaktów w środowisku, w epoce słusznie minionej, było istotnie większe, niż dziś. W ostatnich dziesięciu latach nie było sezonu I-ligowego, w którym drużyny prowadziłoby aż tak wielu trenerów, którzy nigdy nie pokazali się w ekstraklasie.

Kilka lat temu, gdy przyuczałem się dziennikarstwa w  regionalnym serwisie SportSlaski.pl, poproszono mnie, żebym pierwszy raz poszedł na mecz niższych lig. Do tego momentu, czyli do 18. roku życia, dobrze orientowałem się w ekstraklasie i w ligach zagranicznych, regularnie chodziłem na Podbeskidzie Bielsko-Biała, przez co wiedziałem, co się dzieje w I lidze, ale wszystko, co poniżej niej, było dla mnie czarną magią. Przed wyjściem na mecz BKS-u Stal Bielsko-Biała z Orłem Babienica/Psary, odebrałem tylko telefon od starszego dziennikarza, który przeszkolił mnie z najpilniejszych babienickich tematów, w których miałem się zorientować. Zacząłem bywać na II lidze (wtedy jeszcze zachodniej, a nie centralnej) i III lidze śląsko-opolskiej regularnie. Poznawałem ludzi i kolejnych trenerów. Z czasem zorientowałem się, że do najciekawszych rozmówców należą Adam Nocoń, Zbigniew Smółka czy Mirosław Smyła. Zwłaszcza ten ostatni, prowadzący wtedy Rozwój Katowice, był rewelacyjny. Wywiady z nim same się robiły. Byłem przekonany, że jeśli kiedyś trafi do ligi pokazywanej przez telewizję, zostanie gwiazdą. Lata jednak mijały, coraz rzadziej bywałem na III lidze, a coraz częściej na ekstraklasie. Smółka, Nocoń, Smyła czy uwielbiany przeze mnie Marek Mandla, tymczasem dalej byli trenerami z lig regionalnych Śląska i Opolszczyzny.

Mandla niestety się nie przebił, jednak Smółka, Nocoń i Smyła pracują dziś w – pokazywanej przez telewizję – I lidze. Cała trójka przebijała się na ten poziom długo, ale w końcu dotarła. Razem z całą rzeszą trenerów nieznanych w skali ogólnopolskiej. Liderującą Chojniczanką dowodzi 36-letni Krzysztof Brede, do niedawna asystent Michała Probierza w Jagiellonii Białystok, a wcześniej piłkarz m.in. Lechii. Brede to jeden z nielicznych wyjątków w tym towarzystwie, bo jest trenerem młodym. Cała reszta, oprócz 38-letniego Adriana Stawskiego z Bytovii, to ludzie, którym przebijanie się do zawodowej piłki zajęło tyle czasu, że dziś trudno ich uznać za młode trenerskie talenty, w stylu szkoleniowców niemieckich. 45-letni Dominik Nowak z Miedzi Legnica, pracuje z powodzeniem na I-ligowym poziomie od kilku lat, z różnymi klubami. Nigdy nie dostał szansy wyżej. Adam Nocoń, tak dziś, jak dawniej, zawsze oglądający mecze w charakterystycznym przykucnięciu, który z niezłymi efektami dźwiga Podbeskidzie Bielsko-Biała, na szansę na tym poziomie czekał do 46. roku życia. Zbigniew Smółka ze Stali Mielec ma 45 lat. Marek Papszun z Rakowa Częstochowa, o którym zrobiło się ostatnio głośno, ma 43 lata, Tomasz Tułacz, wykręcający z malutką Puszczą Niepołomice znakomite wyniki, 48, a Tomasz Asensky ze Stomilu Olsztyn 47. Nawet byli dobrzy piłkarze – Jacek Paszulewicz (40 lat, Olimpia Grudziądz), Dariusz Dudek (42 lata, Zagłębie Sosnowiec) czy Bartosz Tarachulski (42 lata, Pogoń Siedlce), którzy nie musieli sobie wyrabiać nazwisk, bo już na wstępie je mieli, relatywnie długo musieli czekać na szansę. Innym przypadkiem jest Juan Ramon Rocha z Ruchu Chorzów, bo on doświadczenie ma ogromne, tyle że nie z ekstraklasy, a z Ligi Mistrzów.

LICZBA TRENERÓW I-LIGOWYCH BEZ WCZEŚNIEJSZEGO DOŚWIADCZENIA W EKSTRAKLASIE. OSTATNIE DZIESIĘĆ SEZONÓW:

wykres

Każda z trzynastu historii trenerskich jest inna, ale dziś fakty są takie, że aż dziesięć z jedenastu najlepszych drużyn I ligi prowadzą trenerzy, którzy nigdy nie pracowali w ekstraklasie. Jedynie Grzegorz Niciński z Chrobrym Głogów zdołał się wedrzeć do towarzystwa debiutantów. On też zresztą jednak nie jest typowym zgranym ekstraklasowym nazwiskiem, bo w najwyższej lidze przepracował jedynie sezon (niepełny). Jak na razie gorzej radzą sobie ci, którzy w ekstraklasie popracowali dłużej i w kilku klubach – Piotr Mandrysz ma problemy w GKS-ie Katowice, Ryszard Tarasiewicz próbuje dźwigać GKS Tychy po Juriju Szatałowie, Artur Skowronek jest z Wigrami Suwałki w strefie spadkowej, a tuż nad nią leży Górnik Łęczna Tomasza Kafarskiego.

Być może ta fala świeżych nazwisk wpłynie wkrótce do ekstraklasy. Wydaje się, że coś się zmienia i kluby coraz chętniej patrzą na szkoleniowców z I ligi. Dawniej, by dostać się z niższej ligi do ekstraklasy, trzeba było do niej awansować, co pokazały przypadki choćby Roberta Kasperczyka, Marcina Kaczmarka czy Nicińskiego. Tymczasem w ostatnim roku Legia Warszawa sięgnęła po trenera Zagłębia Sosnowiec, a ten kilka miesięcy później zdobył mistrzostwo Polski, Korona Kielce, szukając ratunku, wyjęła szkoleniowca z Chojniczanki, a Maciej Bartoszek kilka miesięcy później został trenerem roku. Jagiellonia Białystok, szukając następcy Michała Probierza, zerknęła na Głogów, gdzie od lat świetną robotę wykonywał Ireneusz Mamrot. I w Białymstoku też zaczął obiecująco. Mamrot to typowy przypadek polskiego trenera I-ligowego. Grał w piłkę na regionalnym, dolnośląskim poziomie. Jako trener, znany był głównie w okolicy. Wykonywał jednak na tyle dobrą pracę, że wprowadził swój prowincjonalny klubik do I ligi. Tam pracował przez lata, nie mogąc dostać szansy wyżej. Wreszcie, już w wieku 47 lat, dostał się w końcu do ekstraklasy. Jest nadzieja, że utoruje tym samym ścieżkę awansu kolejnym: Papszunom, Noconiom i Tułaczom. To ostatnie nazwisko najlepiej oddaje los polskiego trenera I-ligowego.

,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube