Rozmowy o sporcie. Bartosz Ochmann: W polskiej piłce nie ma prawdziwej pracy nad przygotowaniem fizycznym

ochmann

Na „Z nogą w głowie” pojawia się nowy cykl. Raz w tygodniu, będę wam proponował rozmowy z osobami pracującymi w Polsce przy różnych dyscyplinach i w różnych funkcjach. Mają nam one pozwolić zajrzeć za kulisy i pokazać, jak naprawdę funkcjonuje sport w Polsce. Na pierwszy ogień wywiad z Bartoszem Ochmannem, fizjologiem sportowym, ekspertem Europejskiego Centrum Sportu i Nauki we Wrocławiu, adiunktem wrocławskiej AWF w Katedrze Fizjologii i Biochemii, współpracownikiem m.in. Zagłębia Lubin czy Śląska Wrocław, pracującym także z przedstawicielami innych dyscyplin. Porozmawialiśmy o tym, jak wygląda w Polsce przygotowanie fizyczne sportowców.

***

 Od lat, gdy jakiejś drużynie nie idzie w ekstraklasie, słyszy się, że jest źle przygotowana fizycznie. Rzeczywiście jest tak źle?

Bartosz OCHMANN*: – W polskiej piłce, na najwyższym poziomie, nie ma prawdziwej pracy nad przygotowaniem fizycznym. Każdy boi się o stołek, więc długotrwała praca nie wchodzi w ogóle w rachubę. Gdy mówię trenerom, że coś wymaga półrocznego przygotowania, słyszę: „ja tu już nie będę dawno pracował, daj mi jakieś remedium na teraz”. Tak jest od wieków. Na najwyższym poziomie w Polsce nie ma systematycznej pracy. W okresach przygotowawczych robi się absolutne minimum. Bardziej się rzeźbi, niż buduje. Na niższych poziomach jest trochę lepiej. Gdy się zacznie pracować w II-III lidze, można przygotowaniem fizycznym miażdżyć inne zespoły. W ekstraklasie praktycznie nie ma na to szans.

To chyba paradoks, że w niższych ligach pracuje się łatwiej?

- Tam jest czas, mniejsza presja. W ekstraklasie wszyscy panikują. Wynik musi być od razu. Przez to, że nie ma systematyki, praktycznie nie ma w Polsce zespołu, który może dwa razy z rzędu walczyć o wysokie cele. W każdym półroczu, sezonie, roku, pracuje się nad doraźnymi efektami, przez co ciężko zbudować coś trwałego. Ludzie są raczej nieedukowalni w tym zakresie. W Legii Warszawa był plan, by robić to naprawdę fajnie, zacząć od pracy z młodzieżą, ale nic z tego nie wyszło, więc jest jak jest.

Często mówi się, że w zimie „ładuje się akumulatory” na cały rok. Jak jest w praktyce?

- Czasem mocniejsza praca tylko w zimie zdaje egzamin. Wszystko zależy od stanu wyjściowego drużyny. Trener, który przychodzi, zwykle zaczyna robić coś nowego, po swojemu. Czasem to funkcjonuje od razu, czasem po paru miesiącach, a czasem w ogóle. Jeśli poprzednik dobrze przygotował drużynę wytrzymałościowo, a po nim przychodzi zwolennik robienia siły, to gdy tylko dotknie zespół, on od razu idzie do góry. Gdy przychodzi wytrzymałościowiec po wytrzymałościowcu, drużyna w ogóle się nie zmienia. To są niuanse, które niestety nie podlegają żadnej kontroli. A mogłyby. Można by łączyć trenerów w pary. Analizować, który będzie dobrze funkcjonował jako następca konkretnego szkoleniowca. To by dało naprawdę fajny skutek. Nie byłoby ciągłości nazwisk, ale byłaby przynajmniej ciągłość pracy.

Trener Czesław Michniewicz mówił kiedyś, że nie da się źle przygotować drużyny piłkarskiej.

- Oj, da się. Sam, na początku pracy, miałem udział w spuszczeniu drużyny z ekstraklasy. Na kimś się trzeba uczyć. Przekonałem się, że można czasem z czymś przesadzić. Czasem, gdy trafi się na odważnego trenera, podejmuje się wyzwanie – zamiast godzić się na marazm, pracuje się ciężej z myślą o przyszłych efektach. No i różnie się to kończy…

Mówiło się czasem, że trener sam powinien wiedzieć, jak przygotować drużynę fizycznie.

- To absurd. Specjalizacja musi być. Na Zachodzie przygotowanie fizyczne jest w dużej mierze aspektem piłkarza. Jemu zgłasza się problem, a on sam, pracując indywidualnie z trenerami, doprowadza się do używalności. W USA są specjalne firmy, do których się przychodzi, płaci się, zawodnik wyjeżdża na obóz przygotowawczy, a potem wraca do drużyny. Różnie to funkcjonuje, ale zwykle trener pierwszej drużyny ma być tym, który po prostu spaja wszystkie aspekty. Dlatego obawiam się, że wielu zachodnich trenerów w Polsce nie dałoby sobie rady.

Myśli pan, że z czasem będziemy szli w stronę takiej indywidualizacji, jak w USA?

- Wątpię, bo musiałyby być w klubach osoby, które by wszystko spajały. A widzę, co się w Polsce dzieje z wynikami badań. Gdy przychodzi nowy trener, dotychczas wykonana praca jest odkreślana. Mało kto w ogóle patrzy na wcześniejsze badania, a jeśli już, to tylko na ostatni okres. W ogóle nie ma spojrzenia na to, jak zmieniają się niektóre parametry w czasie. A to jest niezbędne w piłce. To wpływa na to, że wychylenia amplitudy formy zawodnika są znacznie wyższe niż na Zachodzie. U nas często kluby grają świetnie, na europejskim poziomie, a potem wpadają w głębokie kryzysy i przegrywają w Pucharze Polski z III-ligowcami. Bo nikt nie dba o to, by nie wpadli w kryzys.

Brak ciągłości to główny problem?

- Jest ich więcej. Indywidualizacji w polskiej piłce prawie nie ma. To daleko posunięta mrzonka. Nie ma tyle czasu i tylu trenerów, by pracować z każdym indywidualnie. Indywidualizacja polega tylko na tym, że każdy pracuje na swoich obciążeniach, są monitoringi w postaci GPS Sport. Ale co z tego, skoro potem jest problem z interpretacją tych wyników? Poza tym, niektórzy są nastawieni tylko na jeden sposobu trenowania przygotowania fizycznego. A trzeba mieć szeroki wachlarz środków. Zdarzało mi się przy pracy w lekkoatletyce, że wszystkie obciążenia były dobierane na tip-top, działały świetnie, a potem nagle przestawały. Okazywało się, że największy wpływ na zawodniczkę miał taniec, na który się mimochodem zapisała i wróciła do dobrych wyników w bieganiu. Fajnie by było, gdyby było więcej trenerów, potrafiących wykorzystać pełen wachlarz środków.

Polscy trenerzy nie potrafią interpretować wyników badań?

- Jest bardzo różnie. Część rzeczywiście robi badania potrzebne do pracy, część robi je tylko po to, by nikt nie powiedział, że nie zrobili badań i chowają je do szuflady. Są tacy, którzy bez przeprowadzenia badań, nie zaczną pracy, potrafią je interpretować i ich używać. Niektórzy nie mają o tym pojęcia i badania nic nie zmieniają w ich planach przygotowań. Można mówić, że coś robią źle, ale oni robili to tak samo w innym klubie i są przekonani, że w następnym też zadziała. Dlatego w trakcie kursu trenera przygotowania motorycznego, który będę współprowadził w Europejskim Centrum Sportu i Nauki we Wrocławiu, będzie mi szczególnie zależało na tym, by kursanci potrafili przeprowadzać badania spirometryczne, badania ze Smartergotest i przede wszystkim interpretować wyniki. To jest kluczowe.

Sporo pan mówi o badaniach, diagnostyce. Czy da się w ogóle gołym okiem zauważyć, że ktoś jest nieprzygotowany?

- Bardzo ciężko. Z definicji wydolności fizycznej wynika, że jest to nie tylko zdolność do wykonania wysiłku, ale też zdolność do odpoczynku. Jak szybko organizm wraca do normalnej sprawności. I tego nie widać. Ostatnio przeprowadzałem badania dwóm zawodnikom. Jeden jest topowym piłkarzem ekstraklasy, drugi gra w III-lidze. III-ligowiec wypadał od ekstraklasowca lepiej w każdym aspekcie, oprócz jednego: szybkości wypoczynku. Ekstraklasowiec potrzebował trzydziestu sekund, a tamten trzech minut. To jedyna różnica, ale kluczowa, bo wpływa na intensywność gry. W piłce kluczowa jest zdolność do kontynuacji wysiłku po zmęczeniu. Jednorazowy wysiłek liczy się w innych dyscyplinach.

Jak powinno się prawidłowo pracować nad przygotowaniem fizycznym?

- Trzeba by zacząć od podstaw. Dobrze zdiagnozować zawodnika i uderzyć w jego słaby punkt. A potem stale go monitorować. Problem polega na tym, że badania starczają na naprawdę krótko. Zwłaszcza, gdy zawodnicy są słabo przygotowani, już po dwóch tygodniach trzeba by powtarzać badania. Ale ze względu na ich czasochłonność, przez to, że są realizowane w laboratorium, na czas opracowania wyników, nikt tego nie robi. Pomysł współpracy z Legią polegał na tym, by wprowadzić algorytm na podstawie którego zawodnicy co tydzień, permanentnie, byliby badani. Gdyby tylko coś się działo, od razu wyniki byłyby wysyłane do analizy. Non stop trzeba korygować sposoby pracy. Tak pracują niektóre kluby z niższych lig, robiące badania w miarę często. To o wiele lepsze niż zrobienie badań dwa razy w roku. Już po mięsiącu wartości tętna na poszczególnych progach mogą się bardzo różnić. Druga sprawa, to fakt, że badania są zwykle robione w laboratorium, gdzie jest ciepło i potem trenerzy nie potrafią tego odnieść do innych warunków. Dlatego trzeba robić badania w warunkach naturalnych.

Ostatnio sporo mówi się, że w Polsce przerwa między rozgrywkami jest zbyt krótka, co uniemożliwia normalne przygotowania. Co pan na to?

- Były dłuższe przerwy, a wyniki niczym się nie różniły. Kluczowa kwestia to odpowiednie bodźcowanie. Nie można przesadzać w okresie startowym, ładować bardzo dużych obciążeń w czasie, gdy trzeba z nich już lekko schodzić. Trzeba prowadzić mocny monitoring, zwracać uwagę na detale i gdy się to będzie robić, jest szansa, że drużyna będzie przygotowana na wczesne rundy europejskich pucharów. Niestety jednak, lekkoatleci robią badania co miesiąc, a piłkarze co cztery miesiące i potem przez całą rundę działają według tych samych wytycznych.

Obraz polskiej piłki, jaki pan przedstawia, jest przerażający. To chyba zniechęca do pracy w niej?

- Trochę tak. Zdecydowanie łatwiej jest w sportach indywidualnych, gdzie żaden zawodnik nie chowa się za plecami kolegi, czuje odpowiedzialność, bo pracuje na siebie. Różnice w ilości pracy, jaką wykonują lekkoatleci w stosunku do piłkarzy, są olbrzymie. Jedna lekkoatletka potrafi wykonać pracę fizyczną całej drużyny piłkarskiej.

Przypomina się słynne zdjęcie, gdy Justyna Kowalczyk ciągnie w Tatrach oponę, a cała drużyna Górnika Zabrze się jej przygląda.

- To fakt, ale nie chodzi tylko o tak ekstremalne dyscypliny jak biegi narciarskie. Nawet w lekkoatletyce, w sprintach, są bardzo duże obciążenia. W indywidualnych dyscyplinach pracuje się dobrze. Od lat pracuję z kadrą sprintu, fajnie układa się też współpraca w biathlonie. Nie ma tam nacisku medialnego, co też nie jest bez znaczenia. Można zrealizować cały plan.

Jak różni się pana praca z różnymi dyscyplinami?

- Trzeba się dostosować głównie ze sprzętem. Opracowałem wprawdzie uniwersalny test, ale gdy chce się zrobić coś więcej, trzeba mieć urządzenia i testy pod konkretne dyscypliny. System, który wprowadziłem, umożliwia przeprowadzenie badań w konkretnym miejscu. Gdy ktoś się przygotowuje do maratonu, który biegnie w Australii, może je przeprowadzić na miejscu. To szczególnie ważne u tenisistów, którzy ciągle zmieniają strefy czasowe. Te z kolei powodują zmiany w hormonach nadnerczy. Kortyzol ma bardzo duże wahania dobowe i potrafi całe badania wywrócić do góry nogami. Dlatego jest naprawdę trudne, by przygotować zawodnika na bardzo dobrym poziomie, gdy ciągle zmienia strefy czasowe.

Wspominał pan o badaniach Smartergotest. Na czym one polegają?

- Powstały na podstawie badań, które robiliśmy przez piętnaście lat z ergospirometrem, czyli tym urządzeniu z maską, którą zawodnik zakłada na twarz. Od początku wyszliśmy z założenia, że badania muszą być robione w terenie, a nie w laboratorium. Na podstawie dużej bazy danych – czterech tysiący piłkarzy i 2500 przedstawicieli innych dyscyplin – powstał Smartergotest, który za pośrednictwem sztucznych sieci neuronowych kalkuluje podstawowe parametry z testu wydolnościowego. Różnią się naprawdę bardzo nieznacznie od tych odczytywanych z ergospirometru. A mają tę zaletę, że można go zastosować wszędzie. Całą drużynę piłkarską można nim przebadać w dwadzieścia minut i od razu mieć wyniki. Jest przygotowany dla piłki nożnej, ale też dla kolarstwa, łyżwiarstwa szybkiego, czy sprintu. W zależności od dyscypliny, różnią się algorytmy.

Kto powinien się poddawać badaniom wydolnościowym i od jakiego wieku?

- To zależy, ile się trenuje. Jeśli ktoś trenuje sześć razy w tygodniu, powinien się badać, nawet gdy jest 12-letnim dzieckiem. Gdy ktoś trenuje rzadko, amatorsko, też są określone kryteria. Gdy ktoś obserwuje, że już nie męczy się przy danym obciążeniu, to pora, by zweryfikować te dane. Badania oszczędzają czas. To, co ktoś zrobi z badaniami w ciągu miesiąca, bez badań zrobi w pół roku. Amatorzy często lubią się po prostu zmęczyć. Mówią, że jak nie czują treningu, to tak, jakby się nie odbył. Tak się nie pracuje. Trzeba to mądrze rozplanować, popracować nad wszystkimi elementami układanki, potem je złożyć i dopiero to przynosi efekt. Pracowałem z maratończykiem, który mówił, że jeszcze nigdy tak lekko nie trenował, a poprawił czas o piętnaście minut. To nie żadne cuda. Zwłaszcza u amatorów to działa. Są na słabym poziomie i można stosunkowo prostymi środkami spowodować, że będą biegali znacznie lepiej.

Obserwuje pan w Polsce wzrost świadomości na temat wydolności?

- Na pewno wzrost popularności ruchu. Dużo osób biega, jeździ na rowerze. Część robi to bardzo słabo przygotowana. Często zupełnie się do tego nie nadaje, ale musi mieć w CV triathlon. A to już jest zagrożenie dla życia i zdrowia. Trzeba być do takich rzeczy gotowym, bo inaczej nie mają sensu. Gdy ktoś będzie miał odpowiednią masę ciała i mniejszą tkankę tłuszczową i tak będzie biegał lepiej. Nie musi robić nie wiadomo jakich treningów biegowych. Dlatego przygotowania trzeba dzielić na różne etapy. Najpierw przygotować się do treningów, a potem dopiero je realizować. Dać sobie czas. Bo maraton przebiegnięty w sześć godzin to nie maraton. Osoba z balkonikiem zrobiłaby to równie szybko. Trzeba się przygotowywać z głową, by bić swoje rekordy.

4 comments on “Rozmowy o sporcie. Bartosz Ochmann: W polskiej piłce nie ma prawdziwej pracy nad przygotowaniem fizycznym
    • piłka jest gra zespołową i każdy gra tak jak chce a ni tak jak trener karze grać, kto by go słuchał toon się musi do nas dostosować inaczej zniknie z klubu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube