Obronione wyobrażenie o otwartych Niemczech. Albo Hamburgu

IMG_1633

 

Na początku pojawił się niepokój. Hamburg przywitał mnie plakatem uzbrojonej po zęby kobiety w burce i podpisem „stop islamizacji”. Przyzwyczaiłem się słyszeć takie hasła w Polsce, gdzie nie ma islamizacji, a nie w Niemczech, gdzie w jakimś stopniu jest. Byłem uczony przez pięć lat studiów, przez wszystkie pobyty w Niemczech, przez książki i wykładowców, że w Niemczech hasła zahaczające o jakąkolwiek dyskryminację, a są w tej kwestii Niemcy bardzo wrażliwi, kompletnie nie przejdą. „Stop islamizacji” można napisać na wiadukcie w prowincjonalnym miasteczku wschodnich Niemiec. Można namalować na murze dworcowym na przedmieściach. Ale nie wywiesza się takich plakatów w centrum dużego miasta, bo inaczej szybko spotyka się z ostracyzmem. A już zwłaszcza nie idzie się na takich hasłach do wyborów parlamentarnych, które są w Niemczech w niedzielę. Niemcy też się zmieniają. Dwa lata temu, gdy Europa przeżywała apogeum antyuchodźczej histerii, pojechałem do Berlina, gdzie spodziewałem się bardzo napiętej atmosfery. A zobaczyłem spokój, otwartość, wolność, zadowolonych ludzi. Wyjazd do Berlina w tamtym czasie, gdy Polska już zaczynała coraz wyraźniej brunatnieć, uważam do dziś za jedne z ważniejszych kilkudziesięciu godzin w życiu. Wtedy nie uwierzyłbym, że dwa lata później spotkam w Hamburgu taki plakat. To zwiastowało, że tegorocznemu wyjazdowi będzie towarzyszyło trochę mniejsze, niż wtedy, uniesienie.

Parodniowe wypady do Niemiec niespodziewanie weszły na stałe do mojego kalendarza. Trzy i pół roku temu wróciłem z norymberskiego Erasmusa. Od tego czasu, średnio co pół roku, nachodzi mnie trudna do odparcia ochota, by pojechać na Bundesligę, napić się niemieckiego piwa, schodzić kolejne miasto wzdłuż i wszerz, sponiewierać się, powdychać Niemcy, napisać teksty i wrócić do ekstraklasowej młócki. Mieszkając w Niemczech, zjeździłem całe południe Niemiec. Od tego czasu nadrabiam sukcesywnie regiony, w których mnie wtedy nie było: Berlin, Zagłębie Ruhry, a teraz Hamburg.

Zaczęło się źle, przez co patrzyłem na miasto w czarnych barwach. Ratusz i rynek, owszem piękne, ale jakie puste i bez życia. Port cudowny, ale cały w budowie. W Berlinie było słońce, tłum ludzi, niepowtarzalna atmosfera. W Hamburgu mżawka, chłód, pustki i zmarnowany potencjał. Bo przecież nie ma nic lepszego, niż budynki z czerwonej cegły, a te wyłaniają się w Hamburgu zza każdego rogu. No i wszędzie, gdzie człowiek spodziewa się wąskiej uliczki, jest woda. Rzeka, kanał, strumień. Porównanie do Wenecji jest wyświechtane, ale centrum Hamburga naprawdę wygląda jak centrum Wenecji. Czyli ma potencjał, by być znakomicie piękne, jednak ogólna atmosfera sprawia, że mnie nie rusza.

 IMG_1628

Ludzi spotykam dopiero po drugiej stronie dworca głównego. Tam, gdzie mam hotel. Spanie z kilkunastoma Syryjczykami w jednym pokoju ma – z perspektywy czasu – swój urok, ale wyjeżdżając do Hamburga stwierdziłem, że jestem już trochę starszy i poważniejszy, więc tym razem mogę sobie tego typu przygód oszczędzić. Nastawiłem się tym razem na spanie w cywilizowanych warunkach. Jedynka w samym centrum miasta. Nie wiedziałem jednak, że samo centrum miasta wcale nie musi być atutem. Szybko poczułem się w Hamburgu nieswojo, gdy otoczenie zaczęło wyglądać jak Kalkuta albo inny Chartum. Zawstydziłem się tej myśli i odczuwanego niepokoju. Przecież nic się nie działo. Nikt mnie nie zaczepiał. Nikt nawet wrogo nie patrzył. Można sobie mówić, że jest się odpornym na propagandę, ale w stu procentach niestety nigdy nie. W gruncie rzeczy, na rynku w Liszkach ludzie też rozstawiają stragany i handlują owocami. A obok są budki z kebabem. Dopełnieniem dość dołującej atmosfery było odkrycie, że nocuję w miejscu wprawdzie trochę lepszym niż tamto z Syryjczykami w Duesseldorfie, ale jedyną jego przewagą było to, że od towarzyszy tym razem oddzielała mnie ściana.

Jako że do moich niemieckich wycieczek należy sponiewieranie się, na stadion HSV poszedłem na nogach, dziewięć kilometrów, chcąc lepiej poczuć klimat miasta. Idąc od Łaby, Hamburg najpierw przypomina Szczecin albo Gdańsk, z żurawiami, wielkimi statkami, nawet z latarniami zakrzywionymi w charakterystyczny sposób. W okolicach ratusza przypomina stare, ładne niemieckie miasto. A po drugiej stronie dworca kolejowego zmienia się w slumsy Rio de Janeiro. Gdzie jest brudno jak na dworcu w Kutnie (gdzie tak naprawdę wcale nie jest tak brudno). Bawaria to Niemcy za bardzo zamknięte, Berlin to Niemcy idealne, Hamburg to Niemcy za bardzo otwarte. Albo Bawaria to Niemcy przeszłości, Berlin teraźniejszości, a Hamburg przyszłości. Bawaria to Niemcy trzeźwe, Berlin pijane, a Hamburg skacowane. Krajobraz znów zrobił się bardziej niemiecki na przedmieściach, które wyglądają, jakby szło się np. przez Gliwice. A gdy już niziutko nad głowami zaczynają latać samoloty, gdy na łąkach i parkach zaczyna biegać coraz więcej wolno puszczonych psów, wyłania się stadion Hamburgera SV, o którym szerzej napisałem TUTAJ. Powrót w środku nocy się udał. Przez centrum Hamburga, gdzie ewidentnie nie można głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie, przechodzę bez szwanku. Skoro tak jest w samym środku miasta, to co będzie na St. Pauli, przed którym wszyscy przestrzegają?

IMG_1629

Tam was na razie nie zabieram. Na trzy dni spędzone w dzielnicy czerwonych latarń, przygotowane jest już miejsce w najbliższym wydaniu „PS Reportaż”. Gdy jednak w końcu się stamtąd wydostałem i na sam koniec wróciłem do centrum Hamburga, skąd teraz nadaję, zdziwiłem się, co też mi do głowy przyszło tego pierwszego dnia. Zamiast mżawki i chłodu było słońce i ciepło. Zamiast pustek, tłumy uśmiechniętych ludzi wszelkich narodowości. Przecież poprzednio byłem tam w środę o siódmej rano. W centrum którego miasta życie kwitnie w środku tygodnia o siódmej rano? W sobotę po południu centrum Hamburga było gwarne, sympatyczne, wymieszane kulturowo społeczeństwo żyło ze sobą pokojowo, jak wtedy w Berlinie. Plakatu wyborczego AfD nie spotkałem już później ani jednego. To było tylko złe pierwsze wrażenie. W moich oczach Niemcy obroniły reputację (moje wyobrażenie?) kraju otwartego na innych. Czekam niecierpliwie na wyniki wyborów, by zobaczyć, czy to Niemcy, czy już tylko Hamburg.

,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube