Ekstraklasa w ślepym zaułku. To nie kalendarz jest problemem

animal-1934434_1920

Rekordowo szybkie odpadnięcie polskich klubów z europejskich pucharów, jak się należało spodziewać, nie uruchomiło poważnej środowiskowej debaty na temat problemów ekstraklasy. Wyzwoliło za to szybką diagnozę: winny jest kalendarz. Na terminarz narzekali w ostatnich tygodniach, wymieniam wybiórczo, Jacek Magiera, Michał Kucharczyk, Kiko Ramirez, Mariuszowi Rumakowi zasugerował to już nawet sam dziennikarz nc+. Prezes Zbigniew Boniek, też bardzo szybko doszedł do tego, co jest przyczną: „W ekstraklasie gramy na okrągło, a efekty sportowe są opłakane. Nie jesteśmy na to gotowi ani fizycznie, ani mentalnie, ani pod żadnym innym względem (…). Robert Lewandowski przez 30 dni wakacji jeździł na skuterze wodnym, miał czas się zregenerować, zanim wrócił do Bayernu. Niech pan zmierzy, ile czasu w poważnych ligach dzieli ostatni mecz wiosną od pierwszego w nowym sezonie. U nas odpoczynek piłkarzy jest za krótki” – powiedział prezes Rafałowi Stecowi z „Gazety Wyborczej”.

Trudno mi uwierzyć w to, co się teraz dzieje, bo przez wiele lat byłem przyzwyczajony do zupełnie innej retoryki. Sezon po sezonie tłoczyło się kibicom w głowy, że słabe wyniki są przyczyną zbyt długiej przerwy (zimowej), tego, że polski piłkarz rozgrywa za mało meczów, przez zdecydowaną większość roku trenuje, zamiast rywalizować o punkty, a gdy w lecie startuje do rywalizacji o punkty, robi to nieprzygotowany, bo pierwszy mecz pucharowy od startu ligi dzieli zbyt wiele. Skoro były diagnozy, zaczęto, szybciej lub wolniej, zabierać się do naprawiania polskiej ligi. Jeszcze siedem sezonów temu przerwa zimowa trwała 87 dni. W ostatnich latach trwa już po 51, czyli w niedługim czasie udało się ją skrócić o ponad miesiąc. Jeszcze pięć sezonów temu przerwa w rozgrywkach ekstraklasowego piłkarza trwała 174 dni w roku, w tym potrwa 91, czyli martwy okres w polskiej lidze udało się skrócić o blisko trzy miesiące. Mimo że klimat się nie zmienił, udało się dotrzeć do standardów europejskich. Przerwa w ekstraklasie – w skali roku – trwa dziś tyle, co w Anglii, Włoszech, Francji czy Portugalii. Wreszcie kilka sezonów temu, polski zawodnik rozgrywał 30 meczów w sezonie (mówiono, że to za mało), a dziś rozgrywa, w samej tylko lidze 37, czyli prawie tyle, co w topowych ligach świata. To imponujące, bo w ciągu kilku lat od zdiagnozowania problemu polskiej piłki udało się nam przeskoczyć wszystkie niesprzyjające nam ponoć czynniki. Patrząc na standardy sprzed kilku lat, mamy wreszcie stan idealny, w którym możemy osiągać wyniki. Tylko wyników nie ma. Dzisiejsza diagnoza brzmi więc: przerwa jest za krótka, meczów jest za mało, polski piłkarz za dużo gra, a nie ma kiedy trenować i podnosić poziomu. Można się spodziewać, że za kilka lat odkręcimy wszystkie reformy ostatnich sezonów i wrócimy do stanu sprzed kilku lat. Tylko czy wyniki wtedy będą? Szaleństwem jest robić cały czas to samo i oczekiwać innych rezultatów.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat sezon kończył się: 6 maja (2012), 10 maja (2009), 15 maja (2011 i 2016), 29 maja (2012), 30 maja (2010), 1 czerwca (2014), 2 czerwca (2013), 4 czerwca (2017) i 7 czerwca (2017). W ciągu ostatnich dziesięciu lat sezon zaczynał się: 14 lipca (2017), 15 lipca (2016), 17 lipca (2015), 18 lipca (2014) 19 lipca (2013), 29 lipca (2011), 31 lipca (2009), 6 sierpnia (2010), 8 sierpnia (2008), 17 sierpnia (2012). W ciągu ostatnich dziesięciu lat przerwa letnia trwała 101 dni (2012), 88 (2008), 81 (2010), 61 (2009), 60 (2011 i 2016), 48 (2014), 47 (2013) i 40 dni (2017 i 2015). Czasem wcześniejszy koniec ligi był wymuszany zbliżającymi się wielkimi turniejami reprezentacyjnymi, ale akurat w naszym przypadku nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Piłkarze z ekstraklasy niemal w tych turniejach nie uczestniczą. Dla trenerów ekstraklasowych lata turniejowe oznaczają więc możliwość dania zawodnikom kilku tygodni urlopu, by mogli „jeździć ile chcą na skuterach wodnych”, kilkutygodniowych przygotowań, czyli wszystkiego tego, czego brakuje im dzisiaj. Tylko na wyniki pucharowe jakoś się to nie przekłada. Znakomity jest przykład z sezonu 2012/13, gdy przerwa letnia trwała 101 dni (o ponad dwa miesiące dłużej niż w tym roku), przerwa zimowa 73 dni (o 22 dłużej niż w tym roku), a ostatnia polska drużyna odpadła z pucharów o tydzień później niż w tym roku (tylko ze względu na kalendarz UEFA, bo dokładnie w tej samej fazie). Czyli przetestowaliśmy dwa ekstrema, a efekt był dokładnie identyczny.

W ciągu minionych dziesięciu lat spróbowaliśmy wszystkich możliwych modeli kalendarza rozgrywek. W czasie, gdy przerwy były bardzo długie (130 dni w roku i więcej), Polska zajmowała w rankingu UEFA miejsca 24-26. W ostatnich latach, gdy są względnie krótkie (90-105 dni w roku), Polska jest w rankingu UEFA w okolicach miejsc 18-21. To dalej bardzo podobne przeciętniactwo, ale w czasach, gdy polski piłkarz mniej grał, a więcej trenował i odpoczywał, na pewno nie mieliśmy w pucharach lepszych wyników, a wręcz mieliśmy trochę gorsze.

Zastanawia mnie też mowa o braku możliwości psychicznej regenracji. Tak, jakby można się było psychicznie zregenerować jedynie latem. Za wyjątkowo nietrafione traktuję wypominanie Lewandowskiemu skutera wodnego. Nie wspomina się bowiem o tym, że owszem piłkarz przykładowego Bayernu, jeździ w lecie chwilę dłużej na skuterze, ale gdy już wróci do klubu, nie ma normalnych przygotowań, tylko lata tam i z powrotem po całej Azji, po różnych strefach klimatycznych i czasowych, uczestnicząc w spotkaniach marketingowych. Nie chcę myśleć, co by mówił polski piłkarz, gdyby jego przygotowania wyglądały tak, jak piłkarza Bayernu, czyli gdyby w ogóle ich nie miał. Poza tym, przerwa letnia nie jest jedyna. W Polsce jest krótsza, ale za pół roku polski zawodnik będzie miał 51 dni przerwy w rozgrywkach, podczas gdy Lewandowski zaledwie 27. Wtedy ligowy piłkarz będzie mógł jeździć na skuterze wodnym w ciepłych krajach, a Lewandowski będzie musiał harować przy obciążeniach, jakich żaden ekstraklasowy zawodnik by nie wytrzymał.

Kluczowa jest długość jednorazowej przerwy, w której zawodnik ma czas psychicznie się zresetować. W Polsce aktualnie najdłuższy okres bez meczów wynosi 51 dni. Takiego komfortu nie mają piłkarze w Rumunii czy w Szwajcarii, które w pucharach biją nas na głowę. W wielu krajach, owszem, przerwa letnia jest zdecydowanie dłuższa niż w Polsce, ale niemal nie ma przerwy zimowej. W ostatnich latach polski zawodnik ma w roku 90-105 dni przerwy w rozgrywkach. W tym przedziale mieści się długość przerwy w czternastu z dwudziestu najlepszych lig. Znacznie dłuższe są przerwy w Rosji (138 dni) na Białorusi (122), w Czechach (136), ale i te warianty przetestowaliśmy (w ciągu ostatnich dziesięciu lat bywały nawet 174-dniowe przerwy). I nic to w naszej europejskiej pozycji nie zmieniło. Zachodni piłkarz, jak już się wyszaleje na skuterach wodnych, gra przez cały rok niemal bez przerwy. I mimo to zwykle daje radę ograć Sheriffa Tiraspol. Czyli przy dobrych piłkarzach kalendarz nie jest problemem.

Te wszystkie wyliczenia są po to, by powiedzieć: ani kalendarz, ani system rozgrywek (niezbyt trafiony, ale w innych krajach też się takie zdarzają) nie są przyczyną słabych wyników polskich klubów w pucharach. To temat zastępczy.

kraje

Długość przerw w poszczególnych krajach z top 20 rankingu UEFA. Na czerwono zaznaczone wszystkie kraje, które nie mają już żadnego przedstawiciela w europejskich pucharach 2017/2018.

Mimo to, kalendarz można jednak oczywiście zmienić. Nie zmieni się jednak data naszego rozpoczęcia sezonu. Polskie kluby nadal będą musiały być gotowe na koniec czerwca, bo wtedy rozpoczynają zmagania w pucharach. To bardzo wcześnie, ale podobnie mają lepsi od nas Białorusini, Chorwaci, Duńczycy czy Austriacy. Można zaczynać grę w pucharach końcem lipca, ale trzeba na to zapracować rankingowo. Jeśli zdecydujemy się, że sezon ligowy powinien się rozpoczynać później niż w połowie lipca, dojdziemy do sytuacji, w której nasze kluby zaczną grać w pucharach na miesiąc przed startem ligi, czyli w trakcie okresu przygotowawczego. To oczywiście będzie wymówką (tak już było, w wakacje 2012 roku – Śląsk odpadł z Helsingborgiem, Ruch z Viktorią Pilzno, Lech z AIK-iem Solna, a Legia z Rosenborgiem. Dwanaście dni po starcie ekstraklasy nikogo nie było już w pucharach. To rekord)

Można by też kończyć sezon wcześniej niż na początku czerwca. Ze względów sportowych może nawet miałoby to sens. Ale futbol to nie tylko względy sportowe. A wręcz: to coraz mniej względy sportowe. Mamy klimat taki, jaki mamy i ligę taką, jaką mamy: zdecydowanej większości spotkań nie da się oglądać. Tym bardziej nie da się ich oglądać, gdy temperatura powietrza oscyluje wokół zera. Ludzie przestają chodzić na trybuny, bo im zwyczajnie zimno i wolą przed telewizorem, dlatego ligę tym gorzej się ogląda. I coraz trudniej przyciągać sponsorów, gdy frekwencja leci na łeb na szyję. Przykro mi, ale jako taką przyjemność z chodzenia na stadion można dostać w Polsce tylko od drugiej połowy maja do końca sierpnia. To wąskie widełki. Im bardziej je zawęzimy, tym mniej osób będzie chodziło na stadiony, co przełoży się na coraz gorszą sytuację finansową klubów. Nie jest przypadkiem, że w siedmiu z ostatnich dziesięciu sezonów frekwencja na ostatniej (czerwcowej lub późnomajowej) kolejce była znacznie wyższa niż na pierwszej wiosennej (lutowej). Różnice są zresztą kolosalne: średnia frekwencja w maju-czerwcu wzrasta o kilka tysięcy w porównaniu do lutego. I nie chodzi tu tylko o zapadające rozstrzygnięcia – w ostatniej kolejce zawsze część meczów toczy się już o nic, a przecież w lutym powinien działać efekt stęsknienia po dwóch miesiącach przerwy zimowej. Nie działa. Czy się to fanatykom podoba czy nie, temperatura to jeden z kluczowych czynników wpływających na frekwencję na polskich stadionach. Zdecydowanie łatwiej ściągnąć całe rodziny w czerwcu niż w grudniu. Pozbawianie się tego byłoby marketingowym i finansowym zabójstwem ze strony ligi. Gdyby 37-kolejkowy sezon miał się kończyć na początku maja, trzeba by upchnąć wczesną wiosną i późną zimą sporo spotkań (jesienią się już nie zmieszczą, jest wyjątkowo długa). By to zrobić, trzeba by rozgrywać kolejki w środku tygodnia, co także fatalnie wpływa na frekwencję. Można by oczywiście wrócić do rozgrywania 30 kolejek, wtedy zmieściłyby się bez upychania na siłę. Ale po kilku pucharowych kompromitacjach wróciłyby narzekania na zbyt małą liczbę meczów.

Gdy w takich dyskusjach dochodzi się do sytuacji bez wyjścia, pojawia się zwykle ktoś, kto powie, by grać systemem wiosna-jesień. Problem tego rozwiązania jest jednak oczywisty. Wyłonieni końcem listopada pucharowicze, w Europie zagraliby dopiero osiem miesięcy później. Jak wyglądają pucharowicze osiem miesięcy po awansie do europejskich pucharów, widać co roku po składzie grupy spadkowej. Rok temu znaleźli się w niej trzej z czterech zeszłorocznych pucharowiczów i to sytuacja notoryczna. Z dwojga złego, większe szanse na awans do kolejnej rundy ma polski zespół tuż po sukcesie, niż niemal rok po nim. Także i to nie jest więc rozwiązaniem, które uzdrowi polską piłkę ligową. Jak pokazujemy notorycznie, od lat, przeprowadzenie reformy rozgrywek czy kalendarza nie jest trudne. Reformujemy ligę właściwie co sezon. Poziom sportowy pozostaje jednak bez zmian. I to tu tkwi źródło słabych wyników pucharowych. Kolejne majstrowanie przy kalendarzu go nie zmieni. Warto sobie to uświadomić, zamiast dalej brnąć w zaułek, w którym już byliśmy. Jest ślepy.

,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube