Adam Nocoń w Podbeskidziu. Nazwiska są przereklamowane

Fot. TSPodbeskidzie.pl

Pierwsza myśl po tym, gdy usłyszałem, że trenerem Podbeskidzia Bielsko-Biała zostanie Adam Nocoń: „ależ ten klub nisko upadł”. Ale pierwsza myśl wcale niekoniecznie jest najmądrzejsza.

 Zatrudnienie trenera z niższej ligi, który przez całą karierę pracował, a ma 46 lat, czyli nie jest wcale „młodym zdolnym”, w niższych ligach, jest oczywiście olbrzymim ryzykiem i może się skończyć katastrofą. Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na to, że to, co się dzieje w Podbeskidziu, skończy się katastrofą. Nocoń, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ani trochę nie zmniejsza ryzyka, że będzie fatalnie. Wchodzi do skleconej od nowa drużyny, bynajmniej nie żadnego samograju, tylko bardzo przeciętnego składu, z rażącymi brakami, na dwa dni przed pierwszym meczem. Meczem od razu arcyważnym, bo tak się sytuacja ułożyła, że jest połowa sierpnia, a powoli można już spisywać sezon na straty. Jest efektowne zdanie, nie badałem jego prawdziwości, że mistrzostwo (awans) zdobywa się w ostatnich ośmiu kolejkach, a traci w pierwszych ośmiu. Świeży przykład Górnika Zabrze będzie oczywiście służył jeszcze długo za kontrę i nawet tym, którym nic nie wychodzi, będzie dawał nadzieję, że od kwietnia nagle zacznie wychodzić wszystko. Ale nie nastawiałbym się, że to będzie reguła. W zdecydowanej większości przypadków drużyna, która ma awansować, już na początku sezonu kręci się w czubie tabeli. Podbeskidzie na początku sezonu nie leży na dnie tabeli tylko dlatego, że jest jeszcze Ruch Chorzów. Niemniej, przegrana w Chojnicach sprawi, że sytuacja stanie się skrajnie trudna już na starcie.

Nie zawsze dobrzy szybko dostają szansę

Wchodzi więc do takiej rozbitej, przeciętnej drużyny trener, który sam jest niewiadomą. Gdzieś w głowie kołacze myśl, że gdyby był świetny, przebiłby się powyżej II ligi szybciej niż w dziesięć lat od rozpoczęcia samodzielnej kariery trenerskiej. Z drugiej jednak strony, pisząc przez kilka lat o niższych ligach śląskich, spotykałem się raz za czas z trenerem Noconiem. Zwykle opinie o nim były dobre, zwykle jego drużyny odnosiły niezłe wyniki, a on sam zwykle sprawiał pozytywne wrażenie. To Polska, a nie Niemcy. Czasem trenerzy się nie przebijają nie dlatego, że nie są dość dobrzy, ale dlatego, że nie mają dość szczęścia, by w odpowiednim momencie dostać szansę. Nocoń właśnie ją dostaje. I być może nie jest za późno.

Głód lepszy niż sytość

Jesteśmy niewolnikami nazwisk. Za dobrych uznajemy tych piłkarzy czy trenerów, których znamy. Podbeskidzie miało w zeszłym sezonie, jeśli chodzi o nazwiska, bardzo mocną drużynę, ale na boisku tych wszystkich setek meczów w ekstraklasie, które piłkarze mieli w dorobku, nie było widać, a awans ostatecznie zrobili anonimowi Wolsztyńscy, Żurkowscy, Ambrosiewicze z Górnika. I brzęczy w głowie, że poprzedni awans Podbeskidzia wywalczyli ludzie, którzy byli ekstraklasy głodni, a nie nią nasyceni. Być może tak jest też z trenerami.

Anonimowi sobie radzili

Ani Marcin Brosz, ani Robert Kasperczyk nie mieli wyrobionych marek, zanim przychodzili do Bielska-Białej, a wykonali znakomitą pracę. Niektórzy trenerzy z nazwiskami w późniejszych latach kompletnie zawiedli. Czasem warto dać pracę komuś, dla kogo będzie to życiowa szansa, a nie temu, dla którego będzie to zesłanie. Pamiętam oczywiście, że Kasperczyk czy Brosz pojawili się w Bielsku, bo byli starannie przebadanymi elementami konkretnego planu, że prezes Jerzy Wolas jeździł do Żywca pytać o Brosza, rozmawiać z nim, przekonywać go, że prezes Janusz Okrzesik pamiętał, jak KSZO Ostrowiec Świętokrzyski Kasperczyka mądrze grało sezon wcześniej w Bielsku i pamiętam, że Nocoń może być po prostu tanim rozwiązaniem dla pustej kasy, które jest pod ręką i za jego zatrudnieniem nie stoi żadna głębsza myśl. Ale wolę przyjemniej się łudzić, że tak nie jest.

Nazwiska nie są gwarancją

Jeśli się dobrze przyjrzeć, wcale nie tak wiele klubów I ligi ma trenerów z wielkimi nazwiskami. Mirosław Smyła z Odry Opole tułał się po niższych ligach tak samo jak Nocoń czy Zbigniew Smółka ze Stali Mielec. Tomasz – nomen omen – Tułacz prowadzi Puszczę Niepołomice. Marek Papszun z Rakowa Częstochowa jest ciekawym trenerem, a nie pracował nigdzie wyżej. Nie są markami na rynku ani Adam Łopatko, ani Dariusz Banasik. A ci, którzy mieli nazwiska, w I lidze wcale nic nie gwarantują, o czym w zeszłym sezonie zaświadczyli Ryszard Tarasiewicz, Tomasz Kafarski, czy chociażby Jan Kocian lub – przypomnijmy, Trener Roku w I lidze, Dariusz Dźwigała. Może nazwiska są przereklamowane?

Nadzieja w Rybarskim

 Jest jeszcze jeden powód, który każe mi myśleć, że za zatrudnieniem Noconia stoi jednak głębsza myśl. To Andrzej Rybarski, dyrektor sportowy Podbeskidzia. Bardzo się cieszę, że nie połakomił się na najłatwiejsze rozwiązanie, czyli przejęcie posady trenera. To typowo polska patologia: gdy tylko w klubie pojawia się dyrektor sportowy, zaraz pojawiają się plotki, że czyha na posadę trenera. I niestety dość często się potwierdzają. Tu niewątpliwie stosunki Rybarskiego z Kocianem nie były dobre i niewątpliwie sprawa jest rozwiązywana (bo nadal nie została) w najgorszy możliwy sposób, ale bardzo dobrze, że motywem konfliktu z Kocianem nie była jednak ambicja przejęcia po nim posady. To świadczyłoby o Rybarskim bardzo źle. W obecnej sytuacji można stwierdzić, że to po prostu święte prawo dyrektora sportowego, dobrać sobie trenera, któremu ufa i z którym chce współpracować. Szkoda, że w połowie sierpnia, a nie w lipcu, ale nie czepiajmy się. Jeśli jednak to Rybarski wybierał Noconia, można mieć nadzieję, że wiedział, co robi. Przeżyliśmy już dwa wybory trenerów dokonywane samodzielnie przez Tomasza Mikołajkę. Za każdym razem mówił jak marketingowiec. Chciał ściągnąć „trenera z nazwiskiem, które będzie dla wszystkich sygnałem, że walczymy o ekstraklasę”. Co oznacza, że Mikołajko w poszukiwaniach ograniczał się do trenerów, których znał i co do których miał nadzieję, że znają ich kibice oraz sponsorzy. A że znał tych z nazwiskami, do Podbeskidzia trafiali ludzie z trenerskiej karuzeli, którzy akurat byli wolni. Czasem warto zadziałać w sposób nieoczywisty.

Moje oczekiwania

Po dłuższym namyśle, na trenera Noconia czekam więc z ciekawością. Jakkolwiek nie jest tajemnicą, że w Podbeskidziu pod wieloma względami źle się dzieje, klub z sensownym dyrektorem sportowym i sensownym trenerem ma zawsze lepsze perspektywy niż klub, w którym źle się dzieje, a do tego nie ma dyrektora sportowego i jest słaby trener. Tak, jak w przypadku Dźwigały i Kociana: nie będę oczekiwał awansu, wygrywania ligi i rozjeżdżania wszystkich co tydzień. Już się nawet przyzwyczaiłem do uwłaczającej świadomości grania w jednej lidze z – przepraszam za wyrażenie – Druteksem Bytovią. Na początek chciałbym zobaczyć jakąś myśl w budowie drużyny, jakąś myśl w grze, chciałbym znów poczuć, że Podbeskidzie to mój zespół, a nie jakaś anonimowa zbieranina, która dziś tu przypadkiem jest, a za pół roku jej nie będzie. Chciałbym mieć poczucie, że kończy się wegetacja, a zaczyna budowanie. Nawet jeśli wiem, że to trwa, to chciałbym widzieć kierunek, w którym klub idzie. To tak skromne oczekiwania, a od czterech lat (cudowne utrzymanie z czasów Czesława Michniewicza) nikt ich nie spełnił.

2 comments on “Adam Nocoń w Podbeskidziu. Nazwiska są przereklamowane
  1. Panie Michale, pana ostatnie artykuły dotyczące TSP wydawały mi się zemstą urażonego przez klub człowieka. Myliłem się, widać że panu jak i mnie, zależy na dobru Podbeskidzia tylko widział pan dalej.
    Bardzo dobry tekst

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube