Górnik Zabrze, czyli moi bohaterowie

angulo

Fot. Wikimedia Commons

Pisanie o ekstraklasie od jakiegoś czasu sprawia mi kłopot. Dopóki było w niej Podbeskidzie, liga w naturalny sposób wywoływała we mnie większe emocje. Każdy mecz toczył się o coś, bo żeby utrzymanie „naszych” było możliwe, potrzeba było zawsze jakiejś nieprawdopodobnej konfiguracji wyników, przez co mecze GKS-u Bełchatów i Górnika Łęczna nagle śledziło się z większą uwagą. W Podbeskidziu lubiłem też przaśność, której w ekstraklasie bardzo nie lubię, a mam wrażenie, że kibice, wielu dziennikarzy i nawet sam departament marketinowy ligi się w niej pławi. Bez żadnego zgrzytu pisze się o starcie „najlepszej ligi świata” i deprecjonuje zainteresowanie topowymi ligami zagranicznymi, bo koszula bliższa ciału. Akceptuje się, że ta liga jest oddalona o lata świetlne od poważnego futbolu.

Nie lubię ekstraklasy

 Ja w ekstraklasie nie lubię tego, że największa gwiazda wicemistrza kraju, przechodzi do dziesiątej drużyny ligi, o mniej więcej podobnym potencjale. Nie lubię tego, że trener wicemistrza kraju przenosi się do czternastej drużyny ligi, o względnie podobnych możliwościach. Nie lubię tego, że trener, który osiągnął historyczny wynik, zostaje zwolniony, bo każdy właściciel musi mieć na ławce trenerskiej swojego człowieka. I że komuś nie podoba się, że trener wyrzucił piłkarza z drużyny za przychodzenie w klapkach na posiłek, jakby to trener nie było od ustalania zasad. Nie lubię tego, że trenera, którego fascynuje koncepcja „Moneyball” w futbolu i wszystko musi mieć wyliczone, zastępuje w tym samym klubie trener, który wszystko ocenia na nos, a prezes tego klubu nie czuje żadnego zgrzytu. Nie lubię tego, że jedna z największych gwiazd I ligi nie podpisuje kontraktu w ekstraklasie, bo przyjeżdża z urlopu grubsza od trenera. I nie lubię tego, że inna gwiazda I ligi wycofuje się z transferu do ekstraklasy, bo nie odpowiada jej trener, z którym ma pracować. Nie lubię tego, że dyrektor sportowy klubu i członek rady nadzorczej ekstraklasy zostają zatrzymani przez ABW. Nie lubię tego, że władze beniaminka zwalniają trenera tuż przed finałem Pucharu Polski, a władze średniaka pozbywają się szkoleniowca w trakcie najlepszego w historii sezonu, bo „ma dyktatorskie zapędy”. Nie lubię tego, że o spadku decydują gol strzelony po chamskim oszustwie, do którego oszust nawet nie potrafił się przyznać, a następnie „zgoda” kibiców. I nie lubię tego, że jeden z największych klubów w Polsce ciągle chcą przejmować szemrani „biznesmeni”. Nie lubię też tego, że wszystko to dzieje się w ciągu kilku miesięcy. Jest to w jakiś sposób ciekawe, ale gdyby się nie wydarzyło, ekstraklasa byłaby lepsza i poważniejsza.

Szukanie enklaw normalności

 Półroczny wyjazd do Niemiec obniżył moją tolerancję dla ligowej przaśności. Przekonanie się z bliska, że anonimowy prawy obrońca drużyny z dołu tabeli może idealnie wrzucać piłkę w pełnym biegu w pole karne, a nie w trybuny, otworzyło jednak oczy, jakim grajdołem się na co dzień ekscytujemy. Od spadku Podbeskidzia i przeniesienia mojej głównej zawodowej aktywności na neutralne Bruk-Bet Termalikę Nieciecza, Wisłę Kraków i Cracovię, rozpoczął się dla mnie trudny czas. Z jednej strony, byłoby zawodowym samobójstwem, ciągłe deprecjonowanie ligi, o której się pisze i krytykowanie piłkarzy za to, jak są słabi. Z drugiej strony, nie sposób też lukrować i udawać, że mamy do czynienia z nie wiadomo jak dobrą ligą. Ratunkiem, który pozwolił mi pisać o lidze w miarę pozytywnie, a jednocześnie w pełni prawdziwie, było wyszukiwanie pojedynczych enklaw normalności, które choćby w drobnym stopniu pchają nas do Europy. Dronów i innych nowoczesnych metod stosowanych przez Czesława Michniewicza i Kamila Potrykusa w Niecieczy. Life-Kinetik i różnych innych sposobach pracy nad mózgiem przez Norberta Bradela w Górniku Zabrze. Sposobu na przemyślane budowanie całego pionu sportowego klubu przez Manuela Junkę w Wiśle Kraków. Radosława Mroczkowskiego, który w ciszy ponownie przebił się do ekstraklasy. Andrzeja Rybarskiego, próbującego tchnąć trochę nowoczesności w Górnik Łęczna, a dziś w Podbeskidzie. Marka Papszuna ciekawie prowadzącego Raków Częstochowa.

Mecze, które wszystko psują

 A jednak ucieczka do enklaw działa tylko w tygodniu. W weekendy przychodzą mecze, które wszystko psują. Oglądam na żywo, ze stadionów, kilkadziesiąt meczów ekstraklasy w ciągu sezonu. I kibice, którzy robią to samo, płacąc za to, są dla mnie bohaterami. Możemy opisywać, wyszukiwać ciekawostki, obudowywać produkt, ale na końcu zawsze wszystko zepsuje mecz. Ekstraklasy, w zdecydowanej większości, nie da się oglądać. W lipcu i w sierpniu mecze są toczone w fatalnym tempie, bo jest gorąco, drużyny się dopiero poznają, kluby dopiero szukają wzmocnień, piłkarze nie przepracowali w pełni okresu przygotowawczego i nie są zgrane. We wrześniu i październiku są toczone w fatalnym tempie, bo drużyny odczuwają już trudy sezonu, grania w lipcu w pucharach, rozbitych przygotowań i tego, że nie wszyscy zawodnicy szli równym trybem treningowym w ciągu lata. W listopadzie i w grudniu są toczone w fatalnym tempie, bo jest już zimno, mokro, murawy nie nadają się do gry, na stadionach osiada mgła, kibiców jest coraz mniej, bo – jak rzecze największy Janusz polskiej piłki – „wolą walić wódę i schabowe przed telewizorem”, piłkarze na ciężkich murawach łapią kontuzje, a kadry są przetrzebiane. W lutym i w marcu toczone w fatalnym tempie, bo nadal jest zimno i mokro, murawy nadal nie nadają się do gry, kibiców na stadionach jest mało, a do tego w zimie było sporo zmian, w nogach czuć jeszcze okres przygotowawczy i piłkarze nie w pełni się jeszcze zaaklimatyzowali po powrocie z Turcji. Wreszcie w kwietniu i w maju toczone w fatalnym tempie, bo presja piłkarzom już plącze nogi i „nie liczy się styl, tylko wynik”. Mija sezon, rozgrywa się kilkaset meczów, a większość stoi na dramatycznym poziomie. Oczywiście wszyscy będą podkreślać, że poziom idzie w górę. Nie chodzi jednak o to, by drużyny grały dziś lepiej niż dwadzieścia lat temu (nie wykluczam, że tak jest), ale o to, by poziom relatywnie się podnosił, czyli by liga polska była w hierarchii wyżej niż dwadzieścia lat temu (na pewno tak nie jest). Emocjonujemy się co roku walką o europejskie puchary, tylko po to, by na wczesnym etapie Jagiellonia odpadła a Azerami (wiem, mają większy budżet i większe doświadczenie, ale tak myśląc nigdy nie przestaniemy być zaściankiem), Legia przegrała z Kazachami, a Lech cudem wyrwał awans z rąk anonimowej drużyny norweskiej. Poziom ligi polskiej być może się podnosi, ale w porównaniu do poziomów innych lig, podnosi się na tyle wolno, że w europejskich pucharach jest coraz gorzej, a nie coraz lepiej.

gornik

Fot. Wikimedia Commons

Wieczny brak ostatniego podania

 I ta nowomowa. Piłkarze i trenerzy cały czas mówią, że grali dobrze, tylko brakowało im ostatniego podania. Kiedyś mówili, że brakowało im skuteczności, to jeszcze da się jakoś wytłumaczyć. Teraz brakuje im ostatniego podania, czyli innymi słowy, potrafią dojść z piłką na dwudziesty metr, a potem nie są w stanie nic zrobić. I to, ich zdaniem, jest dowód na to, że brakowało niewiele. Nie, brakowało tego, co najważniejsze w piłce. Nie potrafią stwarzać sytuacji. Pierwsze trzy kolejki tego sezonu są pod tym względem wyjątkowo dramatyczne. W większości meczów przez większość czasu utrzymuje się bezbramkowy remis, sytuacji nie ma prawie w ogóle. Maksymalnie zniesmaczony byłem w piątek, po wyjątkowo złym, nawet jak na warunki ekstraklasy, meczu Bruk-Betu z Zagłębiem Lubin, gdy trener Piotr Stokowiec, którego skądinąd cenię, na konferencji prasowej wręcz tryskał humorem i podkreślał, jak świetne widowisko oglądaliśmy. Zawsze mnie zastanawia, czy to cynizm, czy naprawdę tak myśli.

Górnik Zabrze to w ekstraklasie pożyje

 Tak zniesmaczony i rozgoryczony, zastanawiający się nad sensem oglądania ekstraklasy, pisania o niej i emocjonowania się nią, pojechałem w sobotę do Zabrza. I jestem wdzięczny piłkarzom Górnika za to, jacy są. Taki powinien być beniaminek. To rzeczywisty powiew świeżości. Wpuszczenie świeżego powietrza do zatęchłego pokoju. Wiem, że Wisła Płock, Arka, Bruk-Bet, Piast, Zagłębie miały jako beniaminki niezłe momenty, a potem wysiadały, ale mam mocne poczucie, że Górnik to inny gatunek. Tu rzeczywiście do ligi weszła nowa drużyna. Z nowymi, młodymi, nieskażonymi ekstraklasą nazwiskami. Z mądrym (zachwycam się nim od powstania tego bloga w 2008 roku, powinien być duchowym patronem „Z nogą w głowie”) trenerem Broszem. Piłkarze Wisły mówili po meczu, jakby deprecjonując zabrzan, że Górnik żyje z błędów. I co z tego, że zawodnicy Górnika sami niewiele kreują, a jedynie wymuszają straty i bezlitośnie wykorzystują? Zachowując proporcje, na tym samym opierała się Borussia Juergena Kloppa, drużyny Jose Mourinho z najlepszych czasów, Atletico Madryt. Jeśli Górnik żyje z błędów, to w ekstraklasie zrobi furorę, bo „karmy” mu nie zabraknie. Piłkarze Brosza do kontrataków biegną jak do pożaru. Nie jest, jak w klasycznej ekstraklasowej kontrze, tak, że biegnie jeden, tylko ten, który ma piłkę. Biegnie pięciu. I na pełnej szybkości wymieniają podania. I nie jest tak, że na końcu hukną w trybuny, bo mają niesamowitego Igora Angulo. To się ogląda. Jestem Górnikowi wdzięczny, że pokazuje, że w ekstraklasie da się grać autentycznie pasjonująco, naprawdę młodą drużyną, opartą na chłopakach z regionu. Nie wątpię, że Górnik będzie miał kryzysy. Że rywale trochę się ich nauczą. Że ich impet trochę osłabnie. Że niektórzy z chłopaków Brosza zaczną odlatywać. To normalne. Nie chcę się silić na przepowiednie, co Górnik osiągnie, albo czego nie osiągnie. Może nic, a może coś. Cieszę się chwilą. Tym, że mogę w drodze na stadion ekstraklasy stać półtorej godziny w korku, mogę być mijany przez niezliczone tłumy ludzi w klubowych barwach, niemal jak na Bundeslidze i, co najważniejsze, cieszę się tym, że w wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego ten entuzjazm nie ulatuje. Pięknej atmosfery Górnika Zabrze nie psują nawet mecze.

3 comments on “Górnik Zabrze, czyli moi bohaterowie
  1. Najpiękniejsze zdanie, jakie przeczytałem w ostatnich czterdziestu latach:”Piłkarze Brosza do kontrataku biegną, jak do pożaru.”, oddaje całą istotę zjawiska, o tytule: Górnik Zabrze. Ostatni mecz przypomniał mi ten, sprzed lat, gdy (bodaj w Łodzi) Wielki Górnik z W.Lubańskim ograł Wielką Legię z K.Deyną

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube