„Takich Błaszczykowskich w niższych ligach jest na pęczki”. Czy warto stawiać na młodych Polaków z niższych lig?

Wikimedia commons

Im futbol w danym kraju zdrowszy, tym bardziej klarowny łańcuch pokarmowy. Gdy wiadomo, który klub jest producentem piłkarzy, a który konsumentem, cały system zwykle działa lepiej. W cywilizowanych piłkarsko krajach, reprezentanci kraju zwykle mają za sobą grę na szczeblach juniorskich i byli chowani w najlepszych akademiach. W najgorszym wypadku zaczynali kopać na prowincji, ale ich talent został dostrzeżony przez najlepsze akademie jeszcze, gdy byli nastolatkami. W Niemczech czy w Hiszpanii rzadko zdarzają się już przypadki, by ktoś został gwiazdą futbolu, choć nigdy nie przechwyciła go żadna reprezentacja juniorska czy akademia zawodowego klubu.

Uruchomili lawinę i postawili piwo

 To ułatwia też pozyskiwanie piłkarzy. Real Madryt czy Barcelona nie muszą wysyłać mas skautów na IV-ligowe boiska w poszukiwaniu drugiego Messiego, bo wiedzą, że gdyby w okolicy Messi się urodził, grałby już w pobliskim klubie La Liga. W założeniu Bayern zbiera najlepszych z Borussii Dortmund (czy innego mocnego niemieckiego klubu), Dortmund ze średniaków, średniacy ze słabeuszy, słabeusze z 2. Bundesligi, 2. Bundesliga z III etc. Najlepiej było to widać w lecie, gdy Schalke wzięło trenera Augsburgowi, Augsburg Darmstadt, Darmstadt II-ligowej Arminii Bielefeld, Arminia Bielefeld III-ligowemu Sonnenhof Grossaspach, Sonnenhof IV-ligowemu SV Eichede, a Eichede V-ligowemu Wedeler TSV. W ramach przeprosin za uruchomienie tej lawiny Christian Heidel, dyrektor sportowy Schalke wysłał V-ligowcowi pięćdziesiąt skrzynek piwa i zaprosił całą drużynę na mecz Schalke. Przy takim systemie to praktycznie niemożliwe, by dziś ktoś z IV ligi niemieckiej wparował do szatni Bayernu i rywalizował z Lewandowskim jak równy z równym. Jeśli ktoś wyróżnia się w IV lidze niemieckiej, zostanie co najwyżej zaproszony do rezerw Bayernu.

Błaszczykowskich jest na pęczki? 

Są powody, by sądzić, że w Polsce system szkolenia i diagnozowania talentów nie działa tak sprawnie. Albo, że na razie są dopiero jego zalążki. Dlatego u nas raz za czas zdarza się, że taki Kamil Adamek z okręgówkowego Drzewiarza Jasienica zacznie sobie przyzwoicie dawać radę tuż po transferze z ekstraklasowego Podbeskidzia Bielsko-Biała, a Jakub Błaszczykowski z IV-ligowego KS-u Częstochowa podbije Wisłę Kraków. Takie przykłady działają na wyobraźnię, dlatego kibice każdego polskiego klubu, co okienko transferowe, widząc, jak działacze ściągają kolejnych anonimowych obcokrajowców, apelują o szukanie młodych Polaków z niższych lig. „Bo takich Błaszczykowskich jest w niższych ligach na pęczki. Trzeba tylko dać im szansę”.

Czy rzeczywiście niższe ligi są aż tak bogate w talent? Czy w ogóle ma sens, by skauci klubów ekstraklasowych przeczesywali III i IV-ligowe boiska? A może wystarczy przyglądać się uważnie jedynie I lidze, która jest naturalnym rezerwuarem dla elity? Prześledziłem, jak naprawdę jest z tymi młodymi Polakami w niższych ligach. Czy ci, którzy przebili się do ekstraklasy, rzeczywiście okazywali się tacy świetni? A może lepiej sięgać po obcokrajowców?

Młodych Polaków z niższych lig w ekstraklasie nie ma wcale tak wielu. I to nie musi wcale oznaczać, że z ekstraklasą jest źle (patrz Bundesliga, La Liga). Większość graczy ekstraklasowych, zanim do niej trafiła, otrzaskała się albo z I ligą (jej nie traktuję jako „niższej”, a jako bezpośrednie zaplecze ekstraklasy), albo z rezerwami klubu ekstraklasowego, albo z jego najstarszymi drużynami juniorskimi, albo w ogóle została wychowana przez kluby ekstraklasy. Trzymałem się też słowa „młodzi”, dlatego nie brałem pod uwagę graczy, którzy trafili do ekstraklasy bezpośrednio z niższych lig, mając więcej niż 21 lat. Szukałem wypisz-wymaluj karier według modelu Błaszczykowskiego. Z niższych lig prosto do ekstraklasy, jeszcze jako młodzieżowcy. Oczywiście, niektórzy z nich mogą mieć dzisiaj po 30 lat. Liczyło się to, w jaki sposób za pierwszym razem trafili do ekstraklasy.

Liderzy z Poznania i Warszawy

 Aktualnie w ekstraklasie gra 35 takich zawodników. Najwięcej (po pięciu) – o dziwo – w Lechu i Legii. W Poznaniu występują Dariusz Dudka (Celuloza Kostrzyn nad Odrą/IV liga), Maciej Gajos (Raków Częstochowa/II liga), Radosław Majewski (Znicz Pruszków/III liga), Maciej Makuszewski (Wigry Suwałki/II liga) i Szymon Pawłowski (Mieszko Gniezno/III liga). W Legii Łukasz Broź (Kmita Zabierzów/III liga), Maciej Dąbrowski (Victoria Koronowo/III liga), Artur Jędrzejczyk (Igloopol Dębica/IV liga), Michał Pazdan (Hutnik Kraków/III liga) i Michał Kucharczyk (Świt Nowy Dwór Mazowiecki/II liga). Biorąc pod uwagę, że to w większości znaczące nazwiska najsilniejszych drużyn w kraju, mógłby to być solidny argument za szukaniem graczy w niższych ligach. Proponowana najsilniejsza jedenastka wyszukanych w II lidze lub niżej wygląda tak:

 najlepsi

 Takim składem można by pewnie bić się o mistrzostwo Polski. Zwłaszcza że ławka rezerwowych też byłaby całkiem solidna. Jest też jednak druga strona medalu. Z wyciągniętych za młodu z niższych lig można by skleić skład, który z całą pewnością spadłby z ekstraklasy. A trzeba pamiętać, że i tak mówimy o elicie. Większości zawodników z niższych lig, którzy w ostatnich latach trafili do ekstraklasy, już w niej nie ma, bo zostali zweryfikowani negatywnie.

najgorsi 

Nie każdy wyciągnięty z niższej ligi staje się Błaszczykowskim. Ani nawet nie Kucharczykiem. Byłoby za prosto.

 Inna sprawa to zarabianie na transferach piłkarzy znalezionych w niższych ligach. Panuje przekonanie, że w łatwiej polskiemu klubowi zarobić na Polaku niż na obcokrajowców. To może być prawda, ale niekoniecznie dotyczy Polaków wyszukanych w niższych ligach. Spośród 51 transferów z ekstraklasy droższych niż milion euro (wg transfermarkt.de), dziewięć dotyczyło piłkarzy wyszperanych w niższych ligach:

Untitled 

Cudzoziemcy są pod tym względem nieznacznie lepsi. Za więcej niż milion euro odeszło z polskich klubów jedenastu z nich. W czołowej dziesiątce najwyższych transferów w historii ligi jest dwóch graczy znalezionych w niższych ligach i czterech ściągniętych z zagranicy.

Untitled-2 

Na zagranicznych piłkarzach da się więc zarabiać nie gorzej niż na młodych Polakach z niższych lig. Jeśli chodzi o jakość zespołu, obcokrajowcy wypadają w ekstraklasie dość podobnie do rodzimych graczy niskoligowych. Taki skład też mógłby się liczyć w walce o mistrzostwo Polski. Dałoby się jednak spokojnie skleić zagraniczną ekipę, która spadłaby z ligi.

 zagraniczni

 Zasadniczym problemem w porównaniach młodych Polaków z niższych lig i piłkarzy z zagranicy jest zupełnie inna skala, co dobrze obrazuje minione okienko transferowe. Kluby ekstraklasy ściągnęły łącznie dwóch młodych Polaków z niższych lig – Zagłębie Lubin pozyskało Radosława Dzierbickiego i Bartosza Slisza z II-ligowego ROW-u Rybnik. Równolegle wszystkie kluby najwyższej ligi ściągnęły 33 obcokrajowców. W poprzednich okienkach proporcje wyglądały bardzo podobnie. Skoro do polskiej ligi trafia co okienko ponad 15 razy więcej zawodników z zagranicy niż z niższych lig, można się spodziewać, że uda się z nich uzbierać lepszą jedenastkę i kilku najlepszych sprzedać drożej.

Na młodych trzeba czekać

 O ile okazuje się, że z zawodników z niższych lig da się utworzyć podobnie silną jedenastkę, co z piłkarzy zagranicznych i sprzedać ich równie drogo, o tyle problemem dla lobby szukającego młodych Polaków jest to, ile czasu zajmuje im dorośnięcie do poziomu ekstraklasowego. Jakub Błaszczykowski zaczął w zmierzającej po mistrzostwo Wiśle grać od razu po transferze z IV ligi. Ale to absolutny wyjątek. Z proponowanej wcześniej najlepszej jedenastki, Łukasz Załuska, Artur Jędrzejczyk i Maciej Dąbrowski przebijali się do podstawowego składu w ekstraklasie cztery lata od pierwszego pojawienia się w niej, Mateuszowi Cetnarskiemu zajęło to rok, a Szymonowi Pawłowskiemu i Jarosławowi Niezgodzie pół roku. Droga od przebicia się do podstawowego składu, do zostania gwiazdami ligi, trwała jeszcze dłużej, co najlepiej widać po Pazdanie, który trafił do ekstraklasy jako 20-latek, a etatowym reprezentantem kraju został dopiero, zbliżając się do trzydziestki. Młodzi z niższych lig często mają potencjał na ekstraklasę, ale zwykle pozyskując ich, trzeba się liczyć z tym, że minie kilka lat, kilka wypożyczeń, zanim zaczną go przywoływać. To rzadko kiedy wzmocnienia „na już”. Obcokrajowcy mają pod tym względem znaczną przewagę. Poza tym zwykle są tańsi. Dla ledwo wiążących koniec z końcem klubów, myślących na pół roku do przodu, zdecydowanie bezpieczniej jest nie słuchać lamentów kibiców i ściągać tanich, gotowych obcokrajowców.

Zagłębie ma czas

 Dlatego nie dziwi, że jedynym klubem, który tej zimy pozyskał graczy z niższych lig, jest akurat Zagłębie. W Lubinie patrzą na kilka lat do przodu. Nikt nie oczekiwał od Slisza i Dzierbickiego, że pomogą Zagłębiu dostać się do pierwszej ósemki. Być może w tym sezonie nawet nie zadebiutują. Być może wkrótce zostaną wypożyczeni do jakiegoś Chrobrego Głogów. Ale obaj dają nadzieję, że za kilka lat będą porządnymi piłkarzami. Niestety, niewiele polskich klubów stać na tak cierpliwe, długofalowe działanie. Sięganie po młodzież z niższych lig jawi się bardziej jako przywilej bogatych niż jako ostatnia nadzieja  biednych.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.