Bayer Leverkusen. Porażka w DNA

bayer

Miasta jak filmy. Mają strzelać piorunem od pierwszego wejrzenia, wolno rozkręcać mogą się tylko piosenki. Kolonia jest jak dobry film. Największa atrakcja miasta – katedra, to pierwsze, co widać, gdy wysiądzie na dworcu. I tak ma być. Najlepsze od razu na początek, można wracać. Tak jakby Wawel było widać z peronu.

koloniakatedra

 Duesseldorf rozkręcał się bardzo powoli, trzeba się było do niego przekonywać. Kolonia jest mistrzynią pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka – imponująca katedra. Ucha – grajkowie uliczni z Afryki. To niedoceniany element tworzenia atmosfery miasta. Jeden facet z Bałkanów z akordeonem, z Andów z jakimiś piszczałkami czy z Afryki z czymkolwiek brzęczącym, potrafi kompletnie odmienić atmosferę w mieście. Na miejscu urzędów miast, bym ich wynajmował. W Kolonii nie trzeba nigdzie chodzić, by zobaczyć miasto. Najlepsza dzielnica to ta tuż obok dworca.

koloniakosciol

Kolonia dzienna budzi zachwyt. Pełna ludzi, życia, gwaru, zapachu pieczonych kasztanów. Przed wyjazdem zdziwiony odkryłem, że nie istnieje w polskich księgarniach coś takiego jak przewodnik po Zagłębiu Ruhry, a w przewodnikach po Niemczech opis całej Nadrenii-Północnej Westfalii zaczyna się i kończy na Kolonii, ewentualnie wspominając jeszcze Akwizgran i Monastyr. Początkowo byłem oburzony, jak można tak nie doceniać atrakcyjności turystycznej Duisburga i Bochum, ale po 10 minutach pobytu w Kolonii żałowałem, że nie siedziałem tam cały tydzień, zamiast tułać się od miasta do miasta.

Kolonia nocna jest dużo gorsza i w tym jest już podobna do Duesseldorfu. To spory problem. Atmosferę miasta, w podobnym stopniu jak grajkowie, buduje życie w godzinach wieczornych. Uwielbiam miasta, które nie zasypiają, w których zawsze coś się dzieje, w których o każdej porze znajdzie się otwarte knajpy. Taki jest Kraków. Taki jest Berlin. W dziwny sposób dotychczas nie zauważałem, że takie nie są niemieckie miasta.

Podczas mieszkania we frankońskim Erlangen tego nie poczułem. Ale to było miasteczko studenckie, więc żyło – zwłaszcza nocą – bardziej niż Bangkok. W Berlinie tego nie poczułem, bo bez problemu przesiedziałem noc w otwartej 24-godzinnej knajpie. Ale to stolica. W Augsburgu poczułem, ale myślałem, że to wynik małomiasteczkowości Augsburga. A to nie tak. W piątek czy w sobotę w Augsburgu też tętni życie. Ale w tygodniu Niemcy pracują, więc knajpy nie pracują. Atmosferze w centrach nie sprzyja też wyprzedanie wielkich połaci przestrzeni pod sklepy globalnych marek. Dlatego w godzinach otwarcia sklepów centra tętnią życiem, ale o 21 się wyludniają. Koło północy otwartą knajpę w Kolonii trudno znaleźć, a w ciągu 20-minutowej przechadzki przez centrum spotkałem dokładnie… siedem osób. Kilka godzin wcześniej były ich tam tysiące.

 Po zmroku, nie sprawia już Kolonia tak dobrego wrażenia.

 W Kolonii w ogóle by mnie nie było, gdyby nie to, że przespać noc w Leverkusen jest niemal niemożliwością. Leverkusen leży mniej więcej w połowie drogi między Kolonią a Duesseldorfem. Ciężko uwierzyć, że miejscowość, o której tyle się mówi co weekend na całym świecie, jest taką dziurą.

 Przejść całe Leverkusen zdążysz zanim powiesz „placek z jagodami”. Stacja kolejowa, sklepy, kiermasz bożonarodzeniowy, ze trzy kawiarnie, stadion, fabryka Bayera, kopcące kominy. Koniec miasta. Jeśli ktoś nie wierzy, jaką futbol ma moc promocyjną, niech spojrzy na Leverkusen. Bez klubu nie byłoby żadnego powodu, by kiedykolwiek wymienić nazwę tego miasta, ewentualnie raz za czas kwartalnikach farmaceutycznych.

leverkusenkominy

Leverkusen to zresztą wyjątkowy przypadek, w którym klub jest starszy od miasta, z którego pochodzi. W XIX wieku Leverkusen nie było wioską. W ogóle go nie było. Było polami między Kolonią a Duesseldorfem. Chemik Carl Leverkus zbudował na tych polach swoje zakłady chemiczne. Początkiem XX wieku, korzystając z bliskości zakładów, obok wybudowała się firma Bayer. W 1904 jeden z jej pracowników poprosił kierownictwo o możliwość założenia klubu piłkarskiego, w którym pracownicy mogliby grać po godzinach. Miasto Leverkusen powstało dopiero ponad 20 lat później.

bayarena

 Nie ma wątpliwości, że jedyne warte odwiedzenie miejsce w Leverkusen to BayArena. Trzeba przyznać, że jest dopieszczona. Nowoczesna, wydaje się większa niż jest w rzeczywistości (30-tysięcy miejsc), zadbana i ładnie podświetlona. Można by ją jednak uznać za obiekt bez duszy. Ot, nowoczesny stadion, dużo świateł, ale nic wyjątkowego. Podobnie jak można by uznać Bayer za klub bez duszy. Kibiców w mieście spotyka się mało, na co dzień Bayer, mimo dobrych wyników, ma problem z zapełnieniem trybun, jeśli chodzi o oglądalność w telewizji też wypada kiepsko. Mimo gry w Bundeslidze od 30 lat, nadal jest uważany za trochę sztuczny twór, którego sztuczność tylko trochę umniejsza obecność tworów jeszcze sztuczniejszych jak Wolfsburg, Hoffenheim czy RB Lipsk. Dowód na to, że Bayer nie jest postrzegany całkiem jak inne kluby, mieliśmy niedawno, gdy FC St. Pauli wystąpiło do ligi, by dla zakładowych klubów (notabene, w Niemczech Bayer nazywa się właśnie klubem zakładowym – „Werkself”, a nie „Aptekarzami” – jak w Polsce) ustalić osobne reguły rozdziału telewizyjnych pieniędzy. W większości Niemiec Bayer jest po prostu obojętny. Nie wywołuje emocji.

Jest jednak coś, co sprawia, że Bayer Leverkusen jest charakterystyczny, że z czymś się jednak kojarzy. To ta nieuchronna tragedia, która zawsze na niego spada. Pod tym względem jest podobny do Borussii Moenchengladbach lat 70. I to dodaje mu uroku.

Wszyscy na stadionie emocjonują się pasjonującą walką z Barceloną, ani przez moment nie łudząc się, że się uda. Po nieszczęśliwym odpadnięciu, nie są załamani. Są przyzwyczajeni. Bayer Leverkusen z każdym meczem coraz bardziej pracuje na umocnienie przezwisk „Vicekusen” i „Neverkusen”, które ukuto właśnie z powodu niemożności klubu do wygrania czegokolwiek, mimo że zawsze jest blisko. Mecz z Barceloną to historia klubu opowiedziana w 90 minut. Świetna gra, porywające ataki, mnóstwo zmarnowanych szans, jeszcze więcej pecha. I nieszczęśliwe zakończenie.

 Kilka lat temu Bayer zastrzegł prawnie nazwy „Vicekusen” i „Neverkusen” niejako je uznając, choć przecież pierwotnie powstały jako określenia pejoratywne. Żaden klub nie chce się kojarzyć z tym, że jest wiecznie drugi. Ale Bayer przede wszystkim chce się kojarzyć. Chce wywoływać emocje, chce być jakiś, chce przestać być klubem bez duszy z miasta bez wyrazu. Pod tym względem remis taki jak z Barceloną, „honorowa”, idealnie wpasowuje się w wizerunek klubu. A ludzie kochają bohaterów, którym nie wychodzi, ale przynajmniej próbowali. W tym nadzieja Bayeru.

,
2 comments on “Bayer Leverkusen. Porażka w DNA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook
  • GoldenLine
  • LinkedIn
  • YouTube