„Porażka to nie człowiek” – rozmowa z Norbertem Bradelem cz. I

 

Wczoraj pisałem, jak zachodnie kluby pracują nad mózgami zawodników. Na podstawie profili dominacyjnych są w stanie stwierdzić, czy dany piłkarz poradzi sobie na najwyższym poziomie. Tematyka zainteresowała mnie na tyle, że dotarłem do Norberta Bradela, jednego z nielicznych trenerów Life Kinetik Pro jak i Kinsporth Master na świecie. To człowiek, który uczył się treningu mentalnego bezpośrednio u Kurta Tepperweina (europejskiej ikony treningu mentalnego) i pracował z licznymi klubami Bundesligi. Przeprowadziłem z nim kilkugodzinny wywiad o mózgu i mentalności w sporcie.

* * *

Znane powiedzenie mówi, że w piłkę nożną gra się przede wszystkim głową. To prawda?

Norbert Bradel: – Oczywiście. Zresztą nie tylko w piłkę nożną czy inne dyscypliny sportowe. Również na co dzień głowa gra kluczową rolę. Wszystkie informacje pozyskiwane przez zmysły wędrują do centralnego ośrodka decyzyjnego, znajdującego się między uszami. To w nim rozgrywa się np. czy Szczęsny w meczu z Bayernem wyjdzie z bramki wcześniej i złapie piłkę, czy ułamek sekundy później i sfauluje Robbena.

Od czego dokładnie to zależy?

- Informacje z otoczenia, jak i naszego ciała, które otrzymujemy od zmysłów, przechodzą przez rozmaite filtry w umyśle. Przez łączenie cząstkowych informacji otrzymujemy subiektywny obraz rzeczywistości. W zależności od tego, jak działają nasze zmysły, filtry, jak na końcu składają obraz w całość oraz z jaką prędkością to robią, zależy nasza skuteczność tak na boisku, jak i w codziennym życiu. Ten pierwszy krok, jakim jest stworzenie subiektywnego obrazu rzeczywistości, umożliwia następnie tworzenie strategii, jak i wyboru optymalnego rozwiązania danej sytuacji. Podjęta decyzja, skutkuje wysłaniem odpowiednich impulsów sterujących do mięśni, które finalizują proces trwający zaledwie ułamek sekundy.

Jak na podejmowanie decyzji wpływają nerwy?

- Nerwy, jak i towarzyszące im emocje, wpływają w pierwszej linii na proces filtracji informacji. Ów filtr przepuszcza informacje zgodne z nastrojem odbiorcy. Tzn. jeżeli czujemy się niepewnie, to każda informacja, która może potwierdzić ten stan, ma wolną drogę do naszej świadomości. Każda taka negatywna informacja zmniejsza naszą samoocenę, wywołując działania umysłu, który np. zaczyna spinać mięśnie i już znajdujemy się o krok od potencjalnej porażki. Tak samospełniająca się przepowiednia zaczyna się urzeczywistniać.

Ale jak zapanować nad emocjami? Poprzez wizualizację?

- Tak, wizualizacja może być wykorzystywana w celu pokonywania lęków, ale też używana do optymalizacji techniki czy zagrań. Np. bramkarz wyobraża sobie udaną paradę, lecz w ten sposób może też trenować elementy, które wychodzą mu gorzej. Ktoś gorzej gra lewą nogą, więc oprócz ćwiczenia jej godzinami na boisku, może poświęcić kilkanaście minut na wyobrażenie sobie udanych zagrań lewą nogą. Nasz mózg podobnie reaguje na realnie wykonaną czynność, jak i na samo jej wyobrażanie. Jeśli coś sobie dobrze wyobrazimy, to jest spora szansa, że dobrze to wykonamy. Na dalszych etapach trzeba już pracować indywidualnie. Niektórzy mają deficyty w czuciu własnego ciała, inni w odbiorze informacji od zmysłów, etc. Nie uważam, żeby było coś takiego jak pozytywny stres. Pozytywny stres to dla mnie motywacja. Jeśli jestem podekscytowany, czuję napływ pozytywnej energii, to odczuwam motywację. Stres to lęk przed zadaniem, które mnie przerasta. To jest różnica, która decyduje czy uciekam czy szykuję się do bitwy. Wielu zawodników nie czuje swojego ciała i nie rozróżnia tych odczuć. Jeżeli stresujemy się przed czy w trakcie zawodów, zwiększa nam się tętno, a nasze serce i układ krwionośny musi przepompować większą ilość krwi, więc wykonuje większą fizyczną pracę, co powoduje szybsze zmęczenie.

Najlepsi zawodnicy na świecie, nawet atakowani przez rywali, potrafią podjąć najlepsze decyzje w ułamku sekundy. Oni widzą więcej?

- Tak, jednak w przypadku więszkości z nich to owoc treningu. Każdy może wytrenować przegląd pola. Tacy zawodnicy zapamiętują więcej – kto, jak się ustawił, gdzie jest rywal, a gdzie piłka, ale też, jak mają ułożone nogi. Do tego dochodzi pamięć o założeniach taktycznych. Taki zawodnik nie panikuje, bo ma między uszami „podkręcony procesor”. Nasz umysł ma różne centra odpowiedzialne za rozmaite czynności. Kluczowe jest odpowiednie posieciowanie centrów motorycznych i sensorycznych między sobą. Jeżeli mamy dobrze posieciowany umysł, szybciej następuje analiza oraz synteza informacji w naszym umyśle, jak i ciele. Gdy są dobrze rozbudowane „drogi”, informacje krążą szybko. Jeśli zamiast autostrad są polne ścieżki, krążą wolno.

Stąd się bierze tzw. „czytanie gry”? Przykładem zawodnika, który znakomicie analizuje wydarzenia boiskowe jest chociażby Manuel Neuer.

- On jest jednym z zawodników, który oprócz treningów w klubie, pracuje też we własnym zakresie. Spędził wiele godzin, żeby wznieść się na aktualny poziom. Wiele jego reakcji, które widzimy, to przykłady idealnej współpracy zmysłów i ciała. Poza tym, to niesamowicie pracowity chłopak. Miał cel, by zostać najlepszym bramkarzem na świecie i podąża tą ścieżką, wykonując na co dzień tytaniczną pracę.

Taki bramkarz na najwyższym poziomie jest tak skoncentrowany, że nie słyszy nawet okrzyków z trybun?

- Oliver Kahn kiedyś mówił, że w meczach włączał „wzrok tunelowy” i przez 90 minut patrzył tylko na piłkę. Dziś są inne czasy – bramkarz to też zawodnik, więc musi patrzeć, gdzie kto jest ustawiony, musi czytać grę, podpowiadać, panować nad całym ciałem i grać również nogami. Nowoczesny bramkarz nie może patrzeć tylko i wyłącznie na piłkę. Niezwykle ważne jest przełączanie koncentracji pomiędzy wzrokiem tunelowym a przeglądem całego boiska, jak to robi np. Manuel. A co do okrzyków z trybun, zawodnik zawsze je słyszy, nie da się tego wyłączyć w 100%, bo podświadomość to rejestruje. Pytanie, jak sobie daje z tym radę. Kahn był przykładem człowieka, którego nakręcała negatywnie nastawiona publiczność, czasem nawet zaogniał sytuację. Manuel to inny typ, który nawet z publicznością przeciwnika żyje dobrze.

Da się więc z naukowego punktu widzenia obronić tezę o kibicu jako „dwunastym zawodniku”?

- Każdy, kto miał okazję wystąpić publicznie przed większą grupą osób wie, jaka energia może płynąć między mówcą a publicznością. Gdy publika jest negatywnie nastawiona, mówca to czuje i ma spory problem, by przekonać ją do siebie. Odwrotnie też to działa. Czujemy fizyczną reakcję na otoczenie, dzięki której działa nam się łatwiej lub trudniej.

A czy są ludzie, którzy pod kątem pracy mózgu mają lepsze lub gorsze predyspozycje piłkarskie?

- Tak. Ktoś ”zbudowany” jednostronnie, czyli mający dominujące np. prawą półkule mózgu, prawe oko, prawe ucho, prawą rękę, prawą nogę, raczej nie będzie piłkarzem ze światowego topu. Droga od powzięcia zamiaru do jego wykonania będzie za długa.

Czy można jakoś wpływać na te profile dominacyjne?

- Na chwilę obecną jest zbyt mało informacji, jak one się kształtują. Na domiar złego mogą się zmienić z czasem. Jednak można nad nimi pracować. Obserwuję pod tym kątem różnych młodych ludzi. Jeden z nich, gdy zaczynał treningi tenisa- w wieku sześciu lat – miał dobre predyspozycje, czyli dominującą lewą półkulę, prawą rękę, prawe oko. Radził sobie bardzo fajnie, wygrywał rywalizację z większymi od siebie. Później, w wieku 9-10 lat, dominacja mu się zmieniła z lewej półkuli na prawą. I stało się to jego „przekleństwem”. Zaczął przegrywać nie tylko ze starszymi, ale również z rówieśnikami. Niektórzy zaczynają z pewnymi predyspozycjami i są dobrzy, później się one zmieniają i stają się średni, a nawet słabi. Wtedy niezwykle ważne jest wsparcie najbliższych.

To, że trafiają do pana dzieci z takimi problemami, oznacza, że rodzice zaczynają być świadomi w tej dziedzinie?

- Rodzice najlepiej znają swoje dzieci i widzą, że coś jest nie tak. Na początku były sukcesy, a później ich nagle nie ma. Do tego dochodzą bóle brzucha, wymioty, niechęć do sportu. To zresztą nie jest tylko domena dzieci. Dorośli również przed zawodami miewają podobne problemy, wywołujące niechęć lub obawy przed współzawodnictwem, budując w ten sposób negatywne nastawienie. Do tego większość zawodników źle śpi przed zawodami, a to znacznie zmniejsza ich szanse na sukces, ponieważ sen to bardzo ważny element funkcjonowania ciała i umysłu.

A czy przez trenowanie mózgu można uniknąć kontuzji?

- Kontuzje, jak wszystko w naszym życiu, ma swój cel. Na własnej skórze miałem się okazję przekonać, że stanowią one wskazówki, iż droga, którą podążaliśmy, nie była do końca właściwa. W ten sposób dają nam czas na analizę oraz wyciągnięcie wniosków. Często jednak jesteśmy tak skupieni na celu, że nie zauważamy, iż podążamy niewłaściwą ścieżką Również eliminacja tzw. ruchów kompensacyjnych w znacznym stopniu ogranicza kontuzje.

Jest rzeczywiście coś takiego jak podatność na kontuzje?

- Tylko w cudzysłowie. Miałem zawodnika, któremu przytrafiało się bardzo dużo urazów związanych z kolanami. Mimo iż był na początku kariery, zamierzał zawiesić buty na kołku. Tymczasem jego urazy w dużej mierze wynikały z lęków i niepewności przyszłości. Dodatkowo, otoczenie nie wspierało go w dążeniu do realizacji wyznaczonych celów, więc było mu niezwykle trudno. Po dwóch latach pracy okazało się, że kontuzje kolan odeszły w niepamięć. Można więc nad tym pracować. Umysł ma niesamowity wpływ na nasze ciało. To nasza wiara wielokrotnie determinuje nasze osiągnięcia również te dotyczące zdrowia. Znaczącym problemem jest fakt, że wielu sportowców ma negatywny stosunek do własnego ciała.

Naprawdę?

- Z jednej strony ich też dotyczy kult piękna – muszą wyglądać lepiej niż inni. Z drugiej, często tego piękna w sobie nie dostrzegają, widzą niedoskonałości, z czego rodzi się wiele konfliktów wewnętrznych, a stąd już blisko do kontuzji. Jeżeli cały czas narzekamy na swoje np. nieproporcjonalne nogi, to nasze komórki w nogach przyjmują tę informację i te nogi w efekcie stają się takie, jak sobie ”życzymy”. Trzeba mieć świadomość, że zarządzamy armią 80 bilionów komórek, bo z tylu składa się nasze ciało. Wysyłamy im nieustanne, swiadome i nieświadome, komunikaty. Jeżeli są one niespójne lub negatywne, ma to odzwierciedlenie w pojedynczej komórce czy grupie komórek naszego ciała np. wiązadle krzyżowym .

Stąd może wynikać coś takiego jak „mentalność zwycięzcy”?

- Tak, mentalność zwycięzcy to umiejętność zwyciężania samego siebie, swoich słabości wewnętrznego lenia, tak by stawać się każdego dnia lepszym w dążeniu do wyznaczonego celu. To jednak bardzo często stanowi już pierwszy problem. Niejednokrotnie spotykam się z sytuacją, kiedy piszący do mnie sportowiec w pierwszych słowach zaznacza: „chcę zostać zawodowym sportowcem”. Na co z reguły odpowiadam: „Ale gdzie konkretnie? II liga, I liga, ekstraklasa czy może Bundesliga?“. Często pojawia się w tym momencie konsternacja lub spontaniczna odpowiedź: „No jasne, że zagranicą, bo tam można konkretnie zarobić!“. Jednak tyko ci, którzy dobrze przeanalizują swój cel, zyskują. Zdefiniowanie celu, a z drugiej strony zadanie sobie pytania, dlaczego chcę go osiągnąć, jest bardzo ważne. Dzięki temu zaczyna się układać pewna ścieżka, pojawiają się na niej trenerzy, którzy pomagają w dojściu do celu. To jest jak z chodzeniem po górach – wchodzimy na najwyższy szczyt w okolicy i na tym możemy poprzestać, ale możemy również poszukać jakiegoś wyższego szczytu, na miarę kraju, kontynentu czy świata. Tu dochodzimy do mentalności zwycięzcy. Wyznaczanie sobie kolejnych szczytów wyzwala w nas motywację do działania, chęć uczenia się oraz wolę walki na drodze pokonywania kolejnych przeciwności, dzielących nas od wymarzonego celu. Dzisiaj jesteśmy w II lidze, ale szczytem jest Bundesliga. Gdy mamy dobrze określony cele, plan dotarcia na szczyt dodaje nam pewności siebie, a zarazem jest podporą w trudnych chwilach.

Nic nie powinno się dziać przypadkiem? U nas często jest odwrotnie.

- Tak, to prawda, dużo dzieje się przypadkiem, ale nieprzypadkiem jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Można się obrażać, mówić, że mamy zawodników jak nigdy, ale przegrywamy jak zawsze. Matthias Sammer zaraził mnie stwierdzeniem: ”Erfolg ist planbar”. Sukces można zaplanować. Jak wygląda w naszym przypadku planowanie sukcesu, gdy ciągle oglądamy się za siebie, patrząc na sukcesy, które miały miejsce 30-40 lat temu – trzecie miejsce na mistrzostwach świata, remis na Wembley, ale co z tego?

Jak to?

- To nie było mistrzostwo świata czy mistrzostwo Europy. Poza tym to była zupełnie inna piłka Niektórzy mogą mi zarzucić herezję, ale jak możemy ogłaszać, że triumfem było trzecie miejsce? Np. w Niemczech po takim „ triumfie”, zastanawiają się nad zwolnieniem trenera. Miejmy na tyle godności, żeby stawiać sobie wysokie cele. Jesteśmy 40-milionowym krajem w środku Europy! Szczytem marzeń nie może być brązowy medal. Kadra Górskiego spotykała się częściej i to w czasach, gdy gra w reprezentacji była najważniejsza. Dziś kluby są ważniejsze. Widzowie też zmienili podejście do kadry, bo towarzyszy jej wszechobecna szydera. Irytuje mnie to wylewanie frustracji społecznej na zawodników, którzy zarabiają dużo, więc powinni gryźć trawę. Przez to oni sami często nie radzą sobie z tak silną presją, co finalnie przekłada się na brak koncentracji czy słabą forme dnia. Zresztą, to nie tylko problem piłkarzy. Ostatnio Puchar Davisa również to uwidocznił.

Z drugiej strony, mamy często zbyt utopijne marzenia w stosunku do naszych aktualnych możliwości.

- Pierwszy krok to uświadomienie sobie miejsca w którym się znajdujemy, nawet jeżeli jest to aktualnie samo dno. Żaden GPS nie wytyczy nam drogi do celu, jeżeli nie będzie wiedział, w którym miejscu jesteśmy. To smutny fakt, iż nie tylko piłka reprezentacyjna, ale i piłka klubowa jest na końcu Europy. Tak więc droga, którą podążamy od dłuższego czasu, z pewnością nie może być właściwa. To pytanie nie tylko do PZPN czy klubów ekstraklasy. To pytanie do wszystkich, którzy działają w polskiej piłce i sporcie. Gdzie jesteśmy dzisiaj i gdzie chcemy być za 10 lat? Gdy do tego dojdziemy, należy stworzyć plan długofalowy. Za 10 lat chcemy być tutaj, a w międzyczasie za pięć lat tutaj, a za trzy lata tutaj. Długofalowo trzeba mierzyć w szczyty, a nie w trzecie miejsca. Żeby osiągnąć realne cele, trzeba mieć nierealne marzenia.

JUTRO NA Z NOGĄ W GŁOWIE DRUGA CZĘŚĆ WYWIADU Z NORBERTEM BRADELEM. M. in. O PRZESĄDACH, DEPRESJI, CZARNYCH SERIACH I EFEKCIE „NOWEJ MIOTŁY”.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.