Jak nie zmarnować Ligi Mistrzów

 legiaflickr.com

Jak awans polskiej drużyny do Ligi Mistrzów wpłynie na ekstraklasę? Przez lata rozmawialiśmy o tym czysto teoretycznie, teraz to realne pytanie. Rok w rok twierdzono, że kto pierwszy przebrnie do fazy grupowej Ligi Mistrzów, ten odstawi polską ligę o lata świetlne. Powtarzano to tak często, że wielu zaczęło wierzyć. W ostatnich tygodniach media zaczęły ten mit odkręcać, podając przykłady drużyn, które grały w Lidze Mistrzów, a chwilę później wpadały w poważne tarapaty – FC Thun, Artmedia Petrżałka czy Boavista Porto. To ciekawe przykłady, ale wnoszą do sytuacji polskiej stosunkowo niewiele, bo przed albo po tych drużynach, wchodziły do Ligi Mistrzów inne kluby z tych krajów. Niwelowała się więc ich przewaga nad resztą stawki. FC Thun nie mógł wielce zdominować ligi szwajcarskiej dzięki pieniądzom z Ligi Mistrzów, bo na przestrzeni kilku lat grały w elicie także Grasshoppers Zurych, FC Zurich czy FC Basel. Artmedię poprzedziło MFK Koszyce, a kilka lat po niej nastąpiła MSK Żylina. Boavista Porto to już zupełnie nietrafiona analogia, bo przecież przy Porto, Sportingu i Benfice, Boavista nawet w sezonie, gdy grała w Lidze Mistrzów, była biedakiem. Te przykłady coś mówią, ale nie tyle, ile by mogły.

By szukać analogii do ekstraklasy, trzeba byłoby znaleźć przypadki podobne do polskiego. A więc ligi, których tylko jeden przedstawiciel, tylko raz, dostał się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Lata posuchy – jeden awans, zgarnięcie pieniędzy i nie wiadomo, co dalej. Niewykluczone, że Legia zacznie grać w Lidze Mistrzów regularnie, niewykluczone, że wkrótce awansuje do niej inny polski klub. Na razie zakładamy, że to jednorazowy wybryk.

Nie jest łatwo znaleźć w Europie podobne przypadki. Na najbardziej zbliżony wygląda przykład węgierski. W sezonie 2009/2010, po raz pierwszy w XXI wieku, do Ligi Mistrzów zakwalifikował się klub z tego kraju – Debreceni VSC. Zgodnie z teorią o zależności jednorazowego awansu do Ligi Mistrzów i dominacji w kraju, Debreczyn powinien był do dziś niepodzielnie panować w biednej lidze węgierskiej. Minęło już od tego czasu siedem sezonów. To wystarczająco długi okres, żeby zobaczyć, na ile Debreczyn potrafił wykorzystać awans:

W sezonie awansu: mistrzostwo

rok później: 5. miejsce

dwa lata później: mistrzostwo

trzy lata później: 6. miejsce

cztery lata później: mistrzostwo

pięć lat później: 4. miejsce

sześć lat później: 3. miejsce

 W siedem sezonów, które upłynęło od gry w Lidze Mistrzów, Debreczyn trzy razy wygrał ligę węgierską. To dużo, ale trudno mówić o dominacji nad Videotonem Fehervar, Ferencvarosem, Gyori ETO czy Paksi, które o milionach z UEFA mogły pomarzyć.

 Podobnie było z Mariborem. Tu mamy krótszy okres analizy. Niemniej, w sezonie awansu do elity Maribor został mistrzem Słowenii, ale już rok później przegrał z Olimpią Lublana. Potrzeba jeszcze czasu, by ocenić, jak ułoży się sytuacja w Kazachstanie. FK Astana grał w Lidze Mistrzów przed rokiem. W tym roku idzie pewnie po mistrzostwo. Ale to jeszcze niczego nie dowodzi, bo na przykładach Debreczyna i Mariboru widać, że w sezonie awansu do Ligi Mistrzów drużyny zwykle wygrywały ligę krajową. Problemy zaczynały się od drugiego sezonu.

 Jest jeszcze kilka przykładów zbliżonych do Polski, choć nie identycznych. Chodzi o ligi, które w XXI wieku miały tylko jednego przedstawiciela w Lidze Mistrzów, ale za to kilkakrotnie. To Norwegia z Rosenborgiem Trondheim, Serbia z Partizanem, Białoruś z BATE Borysów, Szwecja z Malmoe FF i Chorwacja z Dinamem Zagrzeb. W ciągu dziewięciu sezonów od ostatniego awansu do Ligi Mistrzów, Rosenborg trzy razy był mistrzem Norwegii. Żadnej dominacji nad Brann Bergen czy Stabaekiem nie widać. Partizan w ciągu sześciu sezonów, dwa razy przegrywał z Crveną Zvezdą. Znowu – to nie jest dominacja, tylko normalne, odwieczne serbskie realia. Malmoe w roku pierwszego awansu, wygrało ligę szwedzką, ale w roku drugiego już piąte miejsce. O prawdziwych dominacjach, absolutnym monopolu na wygrywanie, można mówić tylko w dwóch przypadkach – Dinama Zagrzeb, wygrywającego ligę chorwacką jedenaście (!) razy z rzędu i BATE Borysów, rządzącego na Białorusi nieprzerwanie od dziesięciu lat. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że pierwsze w XXI wieku awanse tych klubów do Ligi Mistrzów przypadały na środek krajowej dominacji. Awans do Ligi Mistrzów nie rozpoczynał rządów, tylko był ich potwierdzeniem. Bardzo prawdopodobne, że bez gry w elicie oba kluby i tak byłyby najsilniejsze w swoich krajach.

 A byłyby najsilniejsze, bo jako jedyne tak mocno postawiły na szkolenie i akademie. Dinamo Zagrzeb raz do Ligi Mistrzów wchodzi, innym razem nie. To bonusy. Klub utrzymuje się jednak przede wszystkim ze sprzedaży swoich perełek na Zachód, za olbrzymie pieniądze. 23 miliony euro za Marko Pjacę do Juventusu, 21 milionów euro za Lukę Modricia do Tottenhamu, 13,5 miliona za Eduardo do Arsenalu, 13 milonów za Vedrana Corlukę do Manchesteru City, 11 milionów za Mateo Kovacicia do Interu Mediolan, itd. W ostatnich dziesięciu latach Dinamo zarobiło na transferach około 180 milionów euro. To dużo więcej niż za regularne zbieranie batów w Lidze Mistrzów. To, a nie Liga Mistrzów, jest źródłem dominacji klubu z Zagrzebia. Choć Champions League niewątpliwie bardzo pomaga – po pierwsze, pozwala pokazywać największe talenty na najbardziej atrakcyjnych wybiegach, a po drugie pozwala inwestować w akademię i pozyskiwać największe talenty z innych bałkańskich klubów. Gdyby jednak Dinamo pierwszy awans do Ligi Mistrzów wykorzystało, by kupić kilku drogich emerytów z nazwiskami, pewnie nie miałoby tak imponujących przychodów z transferów.

 BATE również wybudowało najnowocześniejszą akademię na Białorusi, zbierającą największe talenty ze swojego kraju. Tutaj oczywiście przychody z transferów nie są aż tak imponujące, niemniej w Lidze Mistrzów grają regularnie, choć skład zawsze w zdecydowanej większości oparty jest na Białorusinach, narodzie przecież niespecjalnie liczącym się w piłce. BATE sprzedało w ostatniej dekadzie swoich zawodników za ponad 15 milionów euro, co nie rzuca na kolana, ale za to samo korzysta ze swojej akademii, zapewniając sobie dominację w kraju i od czasu do czasu, niezłe występy za granicą.

 Jednym z najciekawszych pytań, jakie pojawia się dziś w polskim futbolu, jest to jak Legia wykorzysta swój awans do Ligi Mistrzów. Inwestowanie w gotowych zawodników, „na już”, mijałoby się w tym momencie z celem. Obecnym składem Legia jest w stanie wygrać ekstraklasę, a choćby kupiła teraz najlepszych zawodników, na jakich ją aktualnie stać i tak niczego nie zmieni to w rywalizacji z wielokrotnie bogatszymi i lepszymi Sportingiem, Borussią Dortmund, o Realu nie wspominając. Moment trzeba byłoby wykorzystać najpełniej, jak się da – sprzedając 29-letniego Nemanję Nikolicia najdrożej jak to możliwe, umożliwiając odejście 29-letniemu Pazdanowi, z pokorą przyjąć baty w Lidze Mistrzów, a na koniec sezonu przeliczyć. Kilkanaście milionów euro z tytułu awansu do fazy grupowej, około dziesięciu milionów euro ze sprzedaży Ondreja Dudy, Pazdana i Nikolicia. Mając w rękach ponadprogramowe około 30 milionów euro można zbudować niezły, europejski klub, na solidnych podstawach.

 Przede wszystkim, zastanowić się nad strukturą składu, który niebezpiecznie zaczyna przypominać Wisłę Kraków Maaskanta – z tą różnicą, że Wisła nie przebiła się do Ligi Mistrzów. Pomijając Pazdana i Nikolicia, Legia nie bardzo ma już kogo sprzedać za ponad milion euro. Mających ponad lub blisko 30 lat Arkadiusza Malarza, Tomasza Jodłowca, Igora Lewczuka, Kaspra Hamalainena czy Tomasza Brzyskiego? Odrzuconych na Zachodzie – Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vadisa Odidję-Ofoego, Adama Hlouska? Z obecnej kadry, jakąkolwiek nadzieję na przyzwoite pieniądze dają jedynie Guilherme i – o zgrozo – Michał Kucharczyk. Reszty nie uda się drogo sprzedać nikomu, nawet Chińczykom.

 Legia ma teraz doskonałą okazję, by zainwestować jeszcze mocniej, w planowaną i tak, akademię. Rozwinąć skauting młodzieżowy, zmienić strukturę kadry. Działać jak, nie przymierzając, RB Lipsk – zbierać ciekawych zawodników od juniorów do 23. roku życia z tej części Europy. Sprawić, by dla zdolnego nastolatka było jasne, że droga do kariery wiedzie przez Legię, tak jak dla zdolnego Szwajcara wiedzie przez Bazyleę, dla zdolnego Białorusina przez BATE, a dla zdolnego Chorwata przez Dinamo Zagrzeb. By Robert Lewandowski czy Artjoms Rudnevs odchodzili do Bundesligi z Legii, a nie z Lecha, by Bartosz Kapustka czy Arkadiusz Milik, przed pójściem na Zachód widzieli korzyść w przejściu z Cracovii czy Górnika do Legii. Nie chodzi o to, by zapomnieć o aktualnych wynikach, ale o to, by ściągać i wychowywać na tyle dobrych, młodych piłkarzy, by móc jednocześnie wygrywać w lidze, grać w pucharach i zarabiać na transferach. Tak funkcjonują zdrowe kluby z drugiego szeregu. Miejsce polskiej ligi w europejskim łańcuchu pokarmowym jest takie, że nigdy nie będzie szansy zatrzymania najlepszych piłkarzy w Legii. Naturalne ma być, że kto się wybije, zostanie sprzedany. Legia nie zaczyna od zera, bo w ostatnich latach miała już wiele ciekawych, wielomilionowych transferów. Ale i tak jest dopiero na początku drogi.

Działając w ten sposób, Legia ma szansę zdominować polski rynek na lata. Wydając zarobione pieniądze na najlepszych aktualnie w polskiej lidze 29-latków, na podstarzałe odrzuty z poważnych lig i na odprawy dla zwalnianych co kilka miesięcy trenerów, za chwilę przegra mistrzostwo z jakimś Zagłębiem Lubin. Ten awans Legii do Ligi Mistrzów może mieć piękny walor edukacyjny w skali ogólnonarodowej. Wszystkim wydawało się, że gdy już ktoś przebije się z Polski do fazy grupowej, zrobi to po wielkiej ofensywie transferowej, w doskonałym stylu, wyważając bramę. Okazało się, że czasem ułańskie szarże znaczą mniej niż rzetelna, coroczna, solidna praca i ciułanie punktów do rankingu. Życzę Legii, żeby pieniądze z Ligi Mistrzów wydawała tak, jak do niej awansowała – mało spektakularnie. Sami w tym roku w Warszawie zobaczyli, że nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nagroda za lata rzetelnej pracy, krok po kroku.

„Dla Olkowskiego to sezon prawdy. Bundesliga może go wypluć”

Wikimedia Commons

Dzisiejszym odcinkiem zamykamy tygodniowy okres przygotowawczy do Bundesligi. Mam nadzieję, że przekonaliście się, że w Polsce mamy wielu bardzo ciekawych ekspertów od Bundesligi, którzy może i w niej nie grali, ale mają coś ciekawego do powiedzenia. Ale taki cykl byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Tomasza Urbana, czołowego speca od Bundesligi w tym kraju. Z Tomkiem porozmawiałem o klubach, którym w ciągu tygodnia jeszcze nie mieliśmy się okazji bliżej przyjrzeć. Udanego sezonu, Bundesligowicze!

urban

Jakub Błaszczykowski znowu w Bundeslidze. Myślisz, że w Wolfsburgu w końcu będzie grał regularnie?

Tomasz URBAN: – Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał Dieter Hecking. W Pucharze Niemiec wyszli na mecz ustawieniem 4-3-3, z Kubą teoretycznie na prawej obronie. Choć to było nietypowe, mocno niesymetryczne, ustawienie, bo w posiadaniu piłki grał bardzo wysoko, więc trudno go było nazwać obrońcą. Jeśli będą chcieli grać 4-3-3, to Kubie zostaje tylko prawa obrona, o którą będzie rywalizował z Vieirinhą, Sebastianem Jungiem i Christianem Traeschem. Tyle, że ten ostatni może grać też jako środkowy pomocnik, co przy kontuzji Joshui Guilavoguiego może się przydać, a pozostali dwaj są kontuzjowani. Więc tak, Kuba będzie grał. Wniesie do tej drużyny coś ekstra. Nie tylko klasę piłkarską, ale i mentalność.

Nie widzisz możliwości, żeby przy 4-3-3 grał jako jeden z ofensywnych skrzydłowych?

Nie, przy 4-3-3 nie będzie grał wyżej. Daniel Didavi i Julian Draxler będą trochę podwieszeni pod Mario Gomeza. Mówi się o Hueng-Min Sonie z Tottenhamu, ale to też nie byłby konkurent dla Kuby, a raczej dla Didaviego i Draxlera. Ewentualnie mógłby czasem zastąpić Gomeza. Generalnie, w Wolfsburgu widać pewien trend – chcą odmładzać zespół. To nie jest przypadek.

Będą mocniejsi niż w zeszłym sezonie?

Nie wiem, bo są mocni „od pasa w górę”. Ofensywę mają bardzo mocną. Trójka Draxler-Didavi-Gomez to absolutny top. Może nie jest to Bayern, może nie Borussia, ale ścisła czołówka. Tyle że są problemy z defensywą. Po odejściu Dantego do Nicei zostało im trzech środkowych obrońców, z czego Robina Knochego chcieli oddać, Carlos Ascues dopiero się uczy Bundesligi. Są duże dziury w obronie. Myślę, że w ostatnim tygodniu okienka VfL dogada się z Hannoverem w sprawie Salifa Sanego. Obskoczyłby dwie pozycje – stopera i środkowego pomocnika, więc byłby bardzo cenny. Myślę, że gdyby nie mieli kogoś na oku, to nie puszczaliby Dantego. Zobaczymy, jak Hecking to wszystko poukłada. Mogą odegrać lepszą rolę niż w zeszłym sezonie, ale zagadkami są gra defensywna i to czy system zaskoczy.

O Kubę jesteśmy jednak generalnie spokojni. A o Pawła Olkowskiego?

- Byłem trochę zaskoczony, że w Pucharze Niemiec, mimo że grali 4-4-2, wyszedł Milos Jojić, a nie Paweł i jeszcze do tego strzelił gola. Podobnie jak ty, uważam, że przy systemie z trójką obrońców, Olkowski nie ma szans na grę. Widziałem dla niego szansę przy 4-4-2, gdzie mogliby z Marcelem Rissem grać po prawej stronie, niezależnie od tego, kto na obronie, a kto w pomocy. Jeśli w pierwszym meczu, przy sprzyjającym mu systemie, nie było dla niego miejsca, to znaczy, że jest w najlepszym przypadku drugim-trzecim wyborem. A to dość niepokojący sygnał. Peter Stoeger wypowiada się o nim ciepło, podkreśla, że wraca do siebie, wie, na co go stać, uporał się z kontuzjami. Ale dla Olkowskiego to będzie sezon prawdy. Jeśli znów będzie miał takie rozgrywki jak poprzednie, to Bundesliga go wypluje. Zostanie mu ewentualnie Darmstadt, zbierające odrzuty z innych klubów. Wtedy opcją mógłby być powrót do Polski, co też nie byłoby takie złe. Przykład Adama Hlouska pokazuje, że można sobie radzić w ekstraklasie bardzo dobrze, nawet jeśli w Bundeslidze się – delikatnie mówiąc – nie błyszczało.

Zapomniany trochę Eugen Polanski został kapitanem Hoffenheim. Jesteś zaskoczony?

- To była ogromna niespodzianka. Naprawdę, zastanawiam się jak Julian Nagelsmann poukłada drużynę w środku pola. Ma naprawdę dużo opcji. Typowałem, że Polanskiego nie będzie w podstawowym składzie, bo przecież są Sebastian Rudy, Pirmin Schwegler, Kevin Vogt, Polanski właśnie czy Lukas Rupp, najlepszy zawodnik Stuttgartu z poprzedniego sezonu. A jeszcze do tego Nadiem Amiri. Zastanawiam się jak ich zmieścić. Skoro Polanski jest kapitanem, to sygnał, że pewnie będzie grał. Gdzie w takim razie zmieścić innych?

Czego się spodziewasz po Hoffenheim?

- Znacznie więcej niż tego, co zrobili w zeszłym sezonie. Czuję, że Nagelsmann ma to coś, ma jakąś magię, pierwiastek szaleństwa i że to może być nowy Tuchel. Odkąd przyszedł, grali przyzwoicie, spokojnie się wyratowali. Wydaje mi się, że w tym sezonie przeprowadzili bardzo mądre transfery. Jeśli Sandro Wagner utrzyma dyspozycję z Darmstadt, będą mieli w ofensywie Andreja Kramaricia, Marka Utha, Amiriego, dobry środek pola. Wydają się mocniejsi, mimo odejścia Vollanda. Jestem przekonany, że bez problemu skończą sezon w środku tabeli. Na puchary może być jeszcze za wcześnie. Co roku trafia się jeden zespół niespodziewany, więc pewnie mają jakieś szanse. Ale jest dużo zespołów mocniejszych kadrowo.

Nowym Polakiem w Bundeslidze jest bramkarz Rafał Gikiewicz z Freiburga. Jak widzisz jego szanse na pierwszy skład?

- W Pucharze nie było go jeszcze w kadrze meczowej. Dali mu w klubie trochę czasu na potrenowanie bez presji. We Freiburgu jest trzech bramkarzy na bardzo podobnym poziomie – Alexander Schwolow, Patrick Klandt i Gikiewicz. To wszystko podobny poziom, więc wszystko w rękach Rafała. Wiele razy rozmawiałem z nim jeszcze w poprzednim sezonie. 1. Bundesliga to było jego marzenie i wymarzony cel. Dostał się tam. Schwolow to solidny bramkarz, ale do przeskoczenia. Gdy trafi mu się słabsza forma, trzeba od razu wykorzystać szansę i przekuć w złoto. Na razie musi cierpliwie czekać na swoją kolej.

Czego się spodziewasz po beniaminku?

- Mają bardzo ciekawy zespół. Mój ulubiony Vincenzo Grifo, Amir Abrashi robią fajne wrażenie. Jest kilka atutów. Nie wystarczy to pewnie do środka tabeli, będą balansować na granicy, ale myślę, że się utrzymają. Mimo wszystko, jest kilka zespołów słabszych niż Freiburg. Widzę ich na pozycjach 11-14.  Bez konieczności grania baraży, ale też bez super spokojnego sezonu. Kadrę mają nie za szeroką. Przez większość letniego okresu przygotowywali się na grę trójką z tyłu, ale kontuzje pokrzyżowały im szyki, bo z gry wypadli Marc-Oliver Kempf i Marc Torrejon. Nie mogli się do tego systemu przygotować tak, jak by chcieli. To może mieć znaczenie.

Twoja ulubiona Borussia Moenchengladbach znów będzie mieszać w ścisłej czołówce?

- Nadal nie wiemy do końca, jakim trenerem jest Andre Schubert. Widać, że ma jasną wizję. Chce grać systemem 3-4-3 i tak kompletował kadrę, by mieć możliwie dużo opcji. Kadra wyszła niesamowicie szeroka. Dokonali kilku niezłych transferów. Dla mnie błogosławieństwem jest Max Eberl. Dopóki będzie tam dyrektorem sportowym, będzie gwarancją rozwoju. Nie myśli tylko o tu i teraz, ale też dba o przyszłość. Stąd transfery Mamadou Docoure czy Laszlo Benesa. To podobne ruchy do pozyskanych wcześniej Nica Elvediego czy Djibrila Sowa. Do tego w zimie dojdzie Paragwajczyk Julio Villalba, wzięli też Mikę Hanrathsa, ponoć największy talent w Fortunie Duesseldorf od wielu lat. Opcji jest więc naprawdę sporo. Pytanie, jak poradzą sobie z potrójnym obciążeniem. Zwłaszcza, że Schubert to nie jest trener, za którym idzie się w ogień. Widać, że jest traktowany z dozą nieufność, czuć trochę do niego dystans. Nie wszyscy są przekonani, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wciąż nie wiemy, jak przetrwa jakiś kryzys na dłuższym dystansie. Pod tym względem jest niezweryfikowany. Ogólnie rzecz biorąc, o ponowną kwalifikację do Ligi Mistrzów będzie Borussii bardzo ciężko. Myślę, że skończą w Lidze Europy, choć o to czwarte miejsce mogą – przy zbiegu okoliczności – powalczyć. Może odpali im – jak pod koniec zeszłego sezonu – Andre Hahn, może Thorgan Hazard na dłużej podkreśli potencjał, bo na razie miewa przebłyski na kilka kolejek, potem gaśnie. Może pokaże się jeszcze ktoś z tylnego szeregu?

Dla FSV Mainz podobnym gwarantem rozwoju był zawsze dyrektor sportowy Christian Heidel. Jak klub poradzi sobie bez niego?

- Trener Martin Schmidt wykonuje tam genialną robotę. Skład udało się utrzymać. Największy skarb to zatrzymanie Yunusa Malliego, mimo że miał klauzulę odejścia. Nikt z niej jednak nie skorzystał. To bardzo solidny zespół, budowany już od jakiegoś czasu. Ogromne osłabienie to odejście Juliana Baumgartlingera do Leverkusen. Wykonywał ogromną robotę. Wydaje mi się jednak, że Mainz jakoś sobie poradzi. To zespół na miejsca 8-12. Kilka zespołów ma słabsze kadry. Odejście Heidela powinno nastąpić bez większych perturbacji. Wiedzą, co mają robić, a Schmidt to bardzo dobry trener. Kłopoty mogą się pojawić dopiero w dalszej perspektywie, jeśli Rouven Schroeder nie da sobie rady tak dobrze jak jego poprzednik. W tym sezonie pojadą jeszcze trochę siłą rozpędu po pracy Heidela.

Sezon temu zaskoczyła Hertha Berlin, wchodząc do pucharów. W eliminacjach Ligi Europy zagrała jednak bardzo źle i odpadła z Broendby Kopenhaga. Myślisz, że dla ekipy Pala Dardaia Liga Europy jest do powtórzenia?

- Spodziewam się po nich przede wszystkim bezpłciowej gry. Czasem zaskoczą znienacka i wygrają z mocniejszym, czasem przegrają ze słabszymi. Raczej nie załapią się w okolice pucharów. Wbrew pozorom, nie mam do Dardaia jakiegoś super przekonania, nie mogę się do niego do końca przekonać. Odpadnięcie z Broendby to ogromna niespodzianka in minus. Może zostać w głowie piłkarzom, że byli o krok od finału Pucharu Niemiec na swoim stadionie, o krok od eliminacji Ligi Mistrzów i o krok od Ligi Europy, a ostatecznie nic z tego się nie udało. W głowach piłkarzy może się rodzić myśl, że pewnych barier nie przeskoczą. Typuję dla nich miejsca 9-10. Na pewno nie jest to też zespół do walki o utrzymanie.

Do Berlina trafił w lecie Ondrej Duda. Jak widzisz jego rolę?

-To był jeden z najwyższych transferów w historii Herthy. Tylko cztery były wyższe. Duda był sprowadzany z myślą o grze jako „dziesiątka”. Co może niepokoić, to pomysł z ustawieniem na tej pozycji Salomona Kalou. Do składu powoli wraca Valentin Stocker, który jest ponoć jednym z wygranych okresu przygotowawczego. Jeśli sprawdzi się na lewej stronie, a współpraca Kalou z Vedadem Ibiseviciem będzie się układać, to Duda będzie miał problem. Zwłaszcza, że przez większość okresu przygotowawczego się leczył i nie miał gdzie się pokazać. Trudno liczyć, że z miejsca dostanie pewny plac. Trzeba sobie go będzie wypracować, a trudno się pokazać, wchodząc z ławki. Miał pecha, że zaczęły go męczyć urazy zaraz na wejściu do nowego zespołu. Nie będzie miał łatwo, ale w klubie są do niego przekonali. Michael Preetz, dyrektor sportowy, czy Dardai, wiedzieli, kogo biorą i jakie ma zalety. Preetz oglądał go specjalnie w trakcie Euro. Szansę na pewno dostanie. Ale pamiętajmy, że wspomniany Stocker kosztował podobne pieniądze, a po kilku słabszych meczach na długo usiadł na ławce. Pieniądze nie są gwarantem gry.

Widzisz w Hamburgerze SV jakieś symptomy powrotu do normalności?

- Co roku mi się wydaje, że wreszcie zrobili mądre transfery, a potem okazuje się, że jednak nie. Największe problemy znowu będą mieli w defensywie. Jakościowo nie ruszyli tam nic. Wzmacniali tylko ofensywę. A nie przekonują mnie ani Matthias Ostrzolek, Gotoku Sakai na bokach, ani tym bardziej Cleber, Emir Spahić czy Johan Djourou na środku. Zdziwiło mnie, że nic z tym nie zrobili. To może hamować dużą siłę ofensywną. Myślę, że Filip Kostić, Bobby Wood czy Pierre-Michel Lasogga nie nastrzelają tyle goli, ile Cleber i Djourou zawalą. HSV widzę w dolnej części tabeli. Myślę, że raczej nie spadną. Po VfB Stuttgart też się tego nie spodziewałem.

 To kto spadnie?

- Głównym kandydatem jest dla mnie Darmstadt. Nie wierzę, że powtórzą to, co w zeszłym roku. Drugiego spadkowicza szukałbym w gronie Ingolstadt, Augsburg, Frankfurt. Te trzy drużyny mogą mieć spore problemy.

Nie wymieniłeś RB Lipsk. Ale beniaminek chyba nie od razu zatrzęsie Bundesligą?

- Popatrzmy choćby na letnie wydatki. Lipsk nie szalał jakoś bardzo. Dortmund wydał na transfery ponad 100 milionów euro, a RB 26 milionów. Oni narzucili sobie kryterium płacowe, mówiące, że nie będą dawać pensji większych niż 3 miliony euro rocznie. Mają swoją linię, ściągają zawodników mających nie więcej niż 23 lata. Spodziewam się po nich spokojnego utrzymania. Ligi nie zawojują, bo nie mają aż tak wielkiej jakości. Jest dużo dziur do załatania. 

Po kim z lipskiej młodzieży spodziewasz się najwięcej?

- Znakomity na igrzyskach olimpijskich był Lukas Klostermann. To może być rewelacja ligi. Naby Keita z Salzburga może ugruntuje środek pola. Do dyspozycji jest bardzo mocna ofensywa, z Emilem Forsbergiem, Yusufem Poulsenem czy Daviem Selkem. Fajne w RB jest to, że obrali swoją drogę, widać po nich klarowną wizję Rangnicka. Chcą jak Wolfsburg, wychować sobie tożsamość drużyny. Dortmund idzie tą samą drogą. Celowo postawił na młodych, żeby ich związać z klubem i wychować w duchu „echte Liebe”, żeby trudniej było im potem pójść do Bayernu. 

Wydaje się, że selekcjonera Joachima Loewa może ucieszyć awans właśnie Lipska.

- Zdecydowanie. Jeśli chodzi o graczy w reprezentacjach młodzieżowych, RB przegrywa tylko z Dortmundem. Loew będzie na ten zespół patrzeć uważnie, bo tam może być rozwiązanie problemu z bokami obrony. Jonas Hector grał ostatnio na lewej obronie kadry, ale on w Kolonii jest planowany do występów w środku pola. Po długiej przerwie, nie wiadomo, jak będzie sobie radził na lewej obronie. Na prawej obronie też jest wakat. A Klostermann to prawy obrońca mogący grać w środku. Jeśli będzie grał w lidze tak, jak na igrzyskach, to jest gotowym reprezentantem. Równie dobrze po drugiej stronie prezentował się Jeremy Toljan z Hoffenheim. Obaj szybko mogą trafić do kadry i na bokach obrony już nie będzie problemów.

PRZECZYTAJ TAKŻE POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

Z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium

Z Pawłem Musiałem o Borussii Dortmund

Z Martinem Huciem o Bayerze Leverkusen

Z Marcinem Borzęckim o Schalke 04

Z Mariuszem Mońskim o Werderze Brema

„Werder wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie”

294336535_b1954acf83_z

Werder Brema to jeszcze jakiś czas temu był poważny kandydat do czołowych miejsc w Bundeslidze. W ostatnich latach, z powodu problemów finansowych, klub popadł w przeciętność i nierzadko musiał drżeć do samego końca o utrzymanie. W lecie doszło w Bremie do zmiany na stanowisku dyrektora sportowego, co zawsze rodzi nowe nadzieje. Czy Werder w końcu rozpoczął drogę do odbudowy dawnej potęgi? Pytam o to dzisiaj, w dniu inauguracji Bundesligi, w której Bayern Monachium podejmie właśnie bremeńczyków, Mariusza Mońskiego, kibica Werderu, prowadzącego twitterowy, polskojęzyczny profil na temat tego klubu.

monski

Lata minęły od czasów, kiedy Werder Brema ostatni raz liczył się choćby w walce o europejskie puchary. Widzisz chociaż jakieś światełko w tunelu, że bremeńczycy będą powoli wracać do czołówki?

Mariusz MOŃSKI: – Bardziej liczyłem przed meczem w Pucharze Niemiec (Werder odpadł ze Sportfreunde Lotte – przyp. MT). To był dla mnie trochę kubeł zimnej wody przed nowym sezonem. Ale generalnie, Frank Baumann, nowy dyrektor sportowy, zrobił fantastyczną robotę. W jedno okienko zrobił więcej dobrego niż Thomas Eichin przez całą karierę. Mam poczucie, że wzmocnił skład, a kasa i tak została w budżecie. Przyszło bardzo dużo nowych piłkarzy, jest cała nowa obrona. Jest na czym opierać nadzieję.

W poprzednim sezonie posada trenera Viktora Skripnika parę razy wisiała na włosku. Jesteś zadowolony, że jednak z klubu odszedł dyrektor sportowy Eichin, a nie trener?

- Jeżeli mają do niego szczere zaufanie, to jestem zadowolony. A jeżeli mają już kogoś innego nagranego, a tylko czekają na jego wpadkę, to moim zdaniem nie ma to sensu. Jeśli go nie zwolnią po kilku nieudanych meczach, to będzie znaczyło, że jest częścią jakiegoś planu. Ma w końcu pięciu nowych piłkarzy. Nie da się zrobić tak, żeby wszystko grało od razu. Zwłaszcza, że to zmiany w obronie. W ofensywie to można sobie jeszcze pokombinować, ale w defensywie zawodnicy muszą się choć trochę nawzajem znać. Z czasem pewnie defensywa będzie wyglądać lepiej, ale na inaugurację, z Bayernem Monachium, może być łomot…

Zachwycałeś się transferami Baumanna. Dlaczego?

- Odniosłem wrażenie, że wszystkie były przemyślane. Nie kupował ludzi tylko do zapełnienia składu, ale na konkretne pozycje. Kadra jest teraz bardzo liczna. Moim zdaniem zbyt liczna. Jeszcze z dziesięciu piłkarzy trzeba wytransferować lub przynajmniej wypożyczyć. 33 graczy do grania na jednym froncie, to za dużo. Szkoda na to pieniędzy. W ostatnich dniach okienka transferowego trzeba usiąść i zacząć ostre wycinanie. Przy takiej liczebności kadry, zbyt dużo byłoby ludzi niezadowolonych, siedzących wiecznie na trybunach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „NIE ZABOLAŁA MNIE STRATA LEROYA SANEGO. ZA ROK MÓGŁBY PRZEJŚĆ DO BAYERNU”

Kilku piłkarzy też odeszło. Którego będzie ci brakować najbardziej?

- Na pewno boli strata Jannika Vestergaarda, bo to był prawdziwy lider defensywy. Gdy przychodził, różnie się o nim mówiło, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Zarówno na nim, jak na Anthonym Ujahu, Werder zarobił kupę pieniędzy. Obaj musieli odejść, bo Bremy nie stać, by odrzucać takie wielomilionowe oferty. Ale z nazwisk wynika, że następcy powinni być dobrze. Kompletnie się nie spodziewałem, że Baumann tak szybko załata te ubytki. I to nie piłkarzami nie wiadomo skąd, tylko konkretnymi, o realnej wartości. Gdy dany zawodnik odchodził, dwa dni później przychodził nowy. Widać, że dyrektor sportowy działał z planem.

Po którym ze wzmocnień obiecujesz sobie najwięcej?

- Będę mało obiektywny – po Florianie Kainzu. Oglądam go już wielu lat w austriackiej lidze. Dla mnie to najlepszy piłkarz austriackiej Bundesligi obok Jonathana Soriana z Salzburga. Kainz musi w Niemczech nabrać trochę masy, bo na razie może mieć syndrom Marcina Kamińskiego w Stuttgarcie. Ma umiejętności, ale twardzi obrońcy z Bundesligi go zniszczą. Podobnie było z Kevinem Kamplem po transferze z Austrii do Niemiec – w Borussii Dortmund przepadł, ale w Bayerze Leverkusen zaczął grać bardzo dobrze. Jeżeli Skripnik chwilę poczeka, da mu czas, to będzie z niego pożytek. Zresztą chyba tak będzie, bo nie ma potrzeby, by od razu go wstawiać, skoro jest chociażby Fin Bartels. Z tym że Kainz to dla mnie piłkarz o klasę lepszy od Bartelsa. Ciekaw jestem też nowych francuskich obrońców. Lamine Sane w Bordeaux podobno był długo liderem obrony, ciepło mówili o nim spece od Ligue 1. Niklas Moisander to były kapitan Ajaksu Amsterdam, co ma swoją wymowę. Swego czasu to był świetny obrońca. Pytanie, jak jest dzisiaj. Umiejętności zostają, ale szybkość może już nie być ta. Szybkim testem będzie mecz Bayernem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „TO MOŻE BYĆ PRZEŁOMOWY SEZON BAYERU LEVERKUSEN”

Gdzie w tej kadrze widzisz największe braki, które z czasem mogą być problemem Werderu?

- Trudno powiedzieć o brakach, ale moim zdaniem największym błędem Skripnika jest to, że Sambou Yatabare jest ustawiany jako prawy, a nie defensywny pomocnik. W Belgii grał tylko i wyłącznie na środku pomocy. On nie ma technicznych umiejętności, kreatywności i szybkości na skrzydłowego. Jeżeli trener dalej będzie tak robił – a w Pucharze Niemiec tak zrobił – to wyrządzi krzywdę zarówno drużynie, jak i chłopakowi, wystawiając go cały czas na nie jego pozycji. W środku pomocy mógłby sobie świetnie poradzić. Nie znam Roberta Bauera, wziętego z Ingolstadt, ale Santiago Garcia przynajmniej będzie czuł, że ma na prawej obronie jakiegoś zmiennika. Ważne, że na każdej pozycji są po dwaj zawodnicy, nikt – poza Claudiem Pizarrem – nie ma pewnego miejsca w składzie.

Nie boisz się o obsadę bramki?

- Mam nadzieję, że Raphael Wolff szybko spakuje walizki. Doszedł Jaroslav Drobny, który swoim doświadczeniem może bardzo pomóc Feliksowi Wiedwaldowi na treningach. Może nie poprawi jego bramkarskich umiejętności, ale przekaże trochę doświadczenia. Jeśli Wiedwald będzie bronił tak, jak w końcówce poprzedniej rundy, to nie mam się czego obawiać. W dużej mierze to on uratował Werderowi miejsce w Bundeslidze. Trudno, żebym teraz wieszał na niego psy, skoro bronił całkiem niedawno rewelacyjnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: „PISZCZEK OPIERA SIĘ ODMŁODZENIU W BORUSSII, BŁASZCZYKOWSKI MUSIAŁ ODEJSĆ”

Najgłośniejszym nazwiskiem, które trafiło do Werderu, był niewątpliwie Max Kruse. Czego się po nim spodziewasz?

- Wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, jak będzie szło drużynie. Jeśli będą punkty i atmosfera, to powinien szybko – po wyleczeniu kontuzji – wpaść w swój rytm. Jeśli zespół będzie przegrywać, od niego będzie się natychmiast wymagało bramek, nie dadzą mu kilku meczów na złapanie formy. Kosztował bardzo duże – jak na Werder – pieniądze. Jeśli początek sezonu będzie jak za Robina Dutta i bremeńczycy będą dostawać od każdego bęcki, będzie problem. Wiadomo, że z Bayernem przegrają, ale później w miarę może się to ułożyć. A wtedy Kruse będzie bardzo silnym punktem zespołu, bo to klasowy piłkarz. Generalnie, w Werderze napastnicy z Bundesligi generalnie nie zawodzą. Ten klub wypromował kilku napastników. Niektórzy w Werderze się sprawdzali, a w innych klubach już nie. Ale nigdy nie było problemu z tym, żeby napastnicy strzelali dla Werderu gole.

Znów wszystko się będzie kręcić wokół nieśmiertelnego Claudia Pizarra?

- Myślę, że nie. Poprzedni sezon miał rewelacyjny, choć zawodnicy w tym wieku, po 60 minutach powinni być zmieniani. A on był za bardzo eksploatowany przez cały sezon. Od niego wymaga się za dużo, dlatego grał prawie bez przerwy. Myślę, że teraz to skutkuje kontuzjami. Jeśli będzie zdrowy, to on nie musi biegać, żeby strzelić gola. Wie, gdzie stać, ma umiejętności. Ale Werder ma teraz taką możliwość rotacji, tylu napastników, że powinien się trochę od Peruwiańczyka uniezależnić. Pytanie, czy Skripnik będzie potrafił z tych napastników korzystać.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

„Nie zabolała mnie strata Leroya Sanego. Za rok mógłby przejść do Bayernu”

20242991260_4c3f485a70_z

Po dwóch z rzędu rozczarowujących sezonach, Schalke 04  znów zaczyna wszystko od nowa. Ma nowego trenera oraz dyrektora sportowego i chce wreszcie zacząć  gonić dystans do uciekającej z roku na rok ścisłej czołówki. O nowej odsłonie klubu z Gelsenkirchen mówi Marcin Borzęcki, dziennikarz Weszło i fan Schalke.

borzecki

W ostatnich latach nie było łatwo kibicować Schalke. Czy masz jeszcze jakieś nadzieje przed nowym sezonem?

Marcin BORZĘCKI: – Nigdy nie było łatwo kibicować Schalke. Nastroje mam mocno ambiwalentne, bo takiej niewiadomej, jak w tym sezonie, jeszcze nie było. Na górze zmieniło się właściwie wszystko – zarówno dyrektor sportowy, jak i trener. Jest wielu nowych zawodników, więc ciężko powiedzieć, jak to będzie wyglądało. Na pewno jestem spokojniejszy niż przed każdym poprzednim sezonem. Markus Weinzierl nie jest moim wymarzonym trenerem, ale to część planu. A wcześniej dominowały w Schalke doraźne sposoby zaleczenia problemów – jak nie Roberto Di Matteo, to Andre Breitenreiter. Dyrektor sportowy Christian Heidel to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nie mam wielkich oczekiwań na ten sezon, ale wierzę, że z czasem jego praca będzie przynosić efekty.

Jesteś przekonany, że Heidel będzie tak samo skuteczny, jak był w Moguncji?

 Na początku był pewien niepokój, jak poradzi sobie z dostępem do dużej gotówki, ale te pierwsze ruchy świadczą o nim bardzo dobrze. Porusza się po rynku transferowym naprawdę sprawnie, mądrze dysponuje pieniędzmi. Gdy czytam wywiady z nim, sprawia wrażenie gościa rozsądnego i konkretnego. Horst Heldt, jego poprzednik, wszystko robił trochę po omacku, na farta, a tu wszystko jest przemyślane. Mocno przygotował się do swojej roboty. To projekt na lata.

Wiadomo, że w Schalke ścierają się różne frakcje. Nie obawiasz się, że Heidel nie dostanie pełnej władzy?

- Na pewno wokół klubu kręci się sporo podpowiadaczy, mądre głowy, które dorzucają swoje trzy grosze, ale myślę, że charakter Heidela nie pozwoli na to, by ktoś ingerował w jego pracę. To gość z jajami. Nie da sobie przeprowadzać dużych transferów na ostatnią chwilę, jak Heldt z Kevinem-Princem Boatengiem. Heidel pewnie będzie się starał dążyć do autorytarnej władzy. W jego działce nikt nie będzie mógł na pewno mieszać.

Wspomniałeś, że Weinzierl to nie jest twój wymarzony trener. Dlaczego?

- Nie jest wymarzony, ale z drugiej strony, gdy zastanawiałem się kto byłby wolny, w zasięgu, wpisujący się w plany klubu, to nie znalazłem nikogo lepszego. Mam pewne obawy czy nie okaże się to Breitenreiter bis, ale ich doświadczenia są jednak nieporównywalne. Weinzierl prowadził Augsburg przez długi czas, grał z nim w Lidze Europy. Ciężko ich porównywać, choć Weinzierl też jest sporą niewiadomą. Ale jestem optymistą. 

Czego twoim zdaniem należy realnie oczekiwać po Schalke?

- Zadowoliłoby mnie miejsce w pierwszej czwórce i taki wymóg bym stawiał. Wydaje mi się to w miarę w zasięgu, choć gdy patrzę na wzmocnienia Leverkusen czy Wolfsburga, jestem trochę przerażony. A jest przecież jeszcze Gladbach. Mimo to myślę, że czwórka byłaby w zasięgu. Ale nie o to chodzi. Nie chcę patrzeć krótkowzrocznie. Pracę Heidela czy Weinzierla powinniśmy oceniać w perspektywie kilku lat. Dałbym im czas. Jako kibic Schalke, jestem tak wyposzczony, że jestem w stanie dać dużo czasu i ogromne wotum zaufania, byleby spokojnie popracowali i w długim okresie coś poprawili. Gdyby okazało się, że znów będzie tylko Liga Europy, to nie będę narzekał. Nie zawieszam wysoko poprzeczki. 

Wielu spodziewało się po Schalke sporej aktywności transferowej. Tymczasem Heidel chyba chce zobaczyć, jak na niektórych zawodników wpłynie zmiana trenera.

- Po części się zgadzam, bo obserwując okres sparingowy, zwróciłem uwagę, że np. Eric-Maxim Choupo-Moting spisywał się doskonale. To był zawodnik, którego nie poznawałem. Poprzednio był chimeryczny, a teraz grał świetnie. Może Weinzierl z Heidelem chcą poczekać i ocenić z bliska niektórych piłkarzy. Czy spodziewałem się szaleństwa? Miałem pewnie cichą nadzieję na sporo transferów, ale wiem, że Schalke ma nadal spore długi i nie może sobie pozwolić na rozrzucanie pieniędzy na lewo i prawo. Ale coś się jeszcze może wydarzyć przed końcem okienka.

A z obecnych transferów jesteś zadowolony?

Jak najbardziej. Niedosyt pozostawia oczywiście kontuzja Kokego, po którym wiele sobie obiecywałem. Świetnym ruchem było rozbicie transferu Breela Embola na trzy raty po około osiem milionów, przez co budżet klubu tak mocno tego nie odczuje. Naldo w sparingach pokazał, że może wnieść wartość większą niż Joel Matip. Możemy bardzo szybko zapomnieć o Kameruńczyku. Świetnie gra w destrukcji, a do tego bardzo dużo podpowiada innym. W tym sezonie to może być najważniejszy transfer. Bo Embola traktuję jednak jako wzmocnienie głównie na przyszłość.

O drużynie Schalke mówiło się, że jest za grzeczna. Czy to się zmieniło?

 - Chciałbym w drużynie takiego doświadczonego pomocnika z jajami. Przywołam znowu Koke. Kibice Sevilli podkreślali, że to nie był zawodnik, który trafiał na czołówki gazet, ale był pierwszy do pracy. To podobno dusza i serce zespołu, dlatego fajnie jakby był jak najszybciej do dyspozycji. Poza zasięgiem jest Bastian Schweinsteiger, ale o kimś takim w Schalke bym marzył. Chociaż nie wiem, jak wtedy Weinzierl pomieściłby w składzie jeszcze Leona Goretzkę, Johannesa Geisa i Maksa Meyera. Ale to problem tylko hipotetyczny.

Na ile zabolała cię strata Leroya Sanego?

 - Nie zabolała mnie. Kocham go oglądać i na pewno będę regularnie oglądał dla niego mecze Manchesteru City, ale jestem świadom tego, że za rok mógłby odejść do Bayernu Monachium, a tego bym nie przeżył. Już po Manuelu Neuerze długo się zbierałem. Jego sprzedaż cieszy mnie tym bardziej, że udało się wyciągnąć za niego kolosalne pieniądze. Kosztował więcej milionów niż rozegrał meczów w Bundeslidze.

 Nie boisz się, że wzmocnienia wzmocnieniami, a znów wszystko będzie zależeć od dyspozycji Klaasa-Jana Huntelaara?

 - Punktem wyjścia jest to, jak Weinzierl to ustawi. W sparingach grał na jednego albo dwóch napastników. Za Breitenreitera napastnicy też czasem grali w linii, ale tutaj zawsze jeden z nich cofał się po piłkę. Nie jestem zbytnio fanem Huntelaara, widać, że nie ma już żadnej dynamiki. Być może jest rozpatrywany jako mentor dla Embola. Wierzę, że z racji obecności w klubie Szwajcara oraz Franca Di Santa, odpowiedzialność za strzelanie goli trochę się rozłoży. Liczę, że Argentyńczyk, po fatalnym sezonie, wróci do poziomu prezentowanego w Werderze Brema. Przydałby się jeszcze jakiś skrzydłowy. Wtedy, grając rozsądnie i z głową w obronie, nie powinniśmy być uzależnieni od tego czy Huntelaar trafi do bramki.

PRZECZYTAJ TAKŻE 

Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego” – rozmowa z Michałem Jeziornym.

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść” – rozmowa z Pawłem Musiałem.

„To może być przełomowy sezon Bayeru Leverkusen” – wywiad z Martinem Huciem.

 

„To może być przełomowy sezon Bayeru Leverkusen”

bayarena

Trudno sobie przypomnieć Bayer Leverkusen, który przed sezonem wyglądałby tak obiecująco jak teraz. O ile w poprzednich latach, nie było żadnej walki nie tylko o mistrzostwo, ale też o wicemistrzostwo Niemiec, o tyle tym razem, Bayer może rzucić wyzwanie nie tylko Borussii Dortmund, ale nawet Bayernowi Monachium – oczywiście, gdyby ten raczył choć trochę osłabnąć. O nadziejach przed nowym sezonem opowiada nam dzisiaj Martin Huć, redaktor polskiego serwisu Bayeru Leverkusen.

huc

Pal Dardai, trener Herthy Berlin, mówi, że mistrzem Niemiec będzie Bayer Leverkusen. Zwariował czy coś w tym może być?

Martin HUĆ: – Zawsze jestem ostrożny z nadziejami przed kolejnymi sezonami. 19 lat kibicowania Bayerowi mnie tego nauczyło. Było kilka takich sezonów, gdy wydawało się, że będzie przełom i nagle wszystko się sypało. Patrząc na kadrę, to naprawdę może być przełomowy sezon. Kadra jest świetna. Nie licząc lewej obrony, gdzie jest tylko Wendell i – awaryjnie Beniamin Henrichs – na każdej pozycji jest dwóch-trzech zawodników. Z drugiej strony, nie wiem czy to nie będzie pułapka. Po czerwcowych ruchach transferowych, było dla mnie nie do pomyślenia, że Andre Ramalho, Robbie Kruse, Admir Mehmedi czy Ryu Seung-woo zostaną w drużynie. A wszyscy w tej kadrze są. Obawiam się jedynie czy ta kadra nie jest za szeroka, czy nie pojawią się z tego powodu jakieś niesnaski. Na pozycję środkowego obrońcy jest sporo zawodników, a jeszcze może przyjść Aleksandar Dragović z Dinama Kijów (we wtorek podpisał kontrakt – przyp. MT). Na środku pomocy na początku nie będzie tłoku, bo Lars Bender i Julian Brandt grali na igrzyskach olimpijskich, ale za chwilę będzie tam kilku graczy. Tak samo na skrzydłach, gdzie doszli Levin Oeztunali czy Kevin Volland. Próbowałem rozpisać podstawową jedenastkę, jak mogłaby wyglądać i miałem problem, by kogoś odrzucić. Wielu dobrych graczy nie załapie się nawet na ławkę. Dlatego faktycznie, jakąś nadzieję nawet na mistrzostwo można mieć. Przykład Leicester City pokazał, że wszystko jest możliwe. Nie powiem, że Bayer to główny kandydat. Na razie jest za plecami Bayernu i Borussii Dortmund. Ale są podstawy do optymizmu.

Mówimy o planie maksimum. A na co realnie stać Bayer?

- Na pewno ten sezon będzie trudniejszy dla trenera Rogera Schmidta, bo miejsce poza trójką będzie porażką. W zeszłym sezonie czwarte miejsce jeszcze byłoby OK, za rok byłoby rozczarowaniem. Na pewno zarząd oczekuje też pokazania się w Europie. Nie tylko wyjścia z grupy Ligi Mistrzów, ale walki o ćwierćfinał. Wicemistrzostwo Niemiec na pewno byłoby traktowane jako sukces. Pieniądze, które Bayer wydał na transfery i utrzymanie całej kadry, choćby zatrzymanie w klubie Oemera Topraka, powodują, że oczekiwania wobec Schmidta rosną. Nikt nie oczekuje mistrzostwa, wicemistrzostwa też nikt głośno nie wymaga, ale miejsce na podium to minimum. 

Po którym transferze najwięcej sobie obiecujesz?

Paradoksalnie, po transferze sprzed roku. Charles Aranguiz do Bayeru trafił latem 2015, ale kontuzja, której się nabawił, spowodowała, że zagrał tylko kilka meczów, które dały ogromną nadzieję. Myślę, że teraz pokaże, że zeszłoroczny transfer był trafiony. Powinien być motorem napędowych drużyny. Z zawodników pozyskanych tego lata – na pewno wiele oczekuję od Kevina Vollanda. Bayer zaskoczył wielu, że zdołał go wyciągnąć z Hoffenheim i prześcignąć konkurencję. Sparingi pokazały, że już dobrze rozumie się z Karimem Bellarabim i uzupełnia się z Javierem Hernandezem.  

 W Bayerze w ostatnich latach wyskakiwali zwykle jacyś młodzi, zdolni zawodnicy, jak Brandt, Vladlen Jurczenko czy Henrichs. Ktoś taki jest dziś na horyzoncie?

- Z tym jest problem, bo ta szeroka kadra sprawia, że trudno będzie się jakiemuś nowemu przebić. Henrichs na pewno dostanie swoje szanse, może Joel Abu Hanna, mistrz Niemiec juniorów, który był już parę razy na obozach. Może usiądzie parę razy na ławce, ale raczej nagle nie wskoczy do podstawowego składu. Nie za bardzo jest miejsce dla młodych graczy. Mam nadzieję, że w kolejnych latach przebije się bramkarz Tomek Kucz, który już parę razy trenował z drużyną, był na obozie. Może z czasem dostanie szansę.

Przez lata atak Bayeru opierał się na Stefanie Kiesslingu. Teraz Niemiec jest kontuzjowany, ale chyba udało się od niego uniezależnić?

-  Parę lat obawiałem się tego, że gra była oparta tylko na nim, dyskutowałem często z wieloma osobami, kogo by ściągnąć, żeby był dobrym następcą. Okazało się jednak, że poszło to dość bezboleśnie. Przyszedł Hernandez, dobrze wpasował się do gry w Bundeslidze i Kiessling zszedł trochę na boczny tor, choć gdy wchodził, pomagał drużynie. Teraz przyszedł Volland, Bayer zostawił wypożyczonego ostatnio Joela Pohjanpalo, ze względu na problemy zdrowotne „Kiessa”, ale wierzę, że ten doświadczony napastnik jeszcze się nam przyda. Jest legendą Bayeru, ma szacunek wśród kibiców, jest dobrym łącznikiem pomiędzy drużyną a fanami, ma też posłuch w szatni. Przez najbliższe lata może być pomocny jako zawodnik od dbania o atmosferę. A przy okazji, gdy będzie zdrowy, na pewno pomoże doświadczeniem i zaangażowaniem.

Czy twoim zdaniem to będzie kluczowy sezon dla Rogera Schmidta? W Leverkusen pracuje już od dwóch lat. Miał świetne momenty, ale wydaje się, że pełni potencjału z zespołu jeszcze nie wycisnął.

- Na pewno to będzie najtrudniejszy sezon. Już poprzedni był bardzo trudny, bo w rundzie wiosennej przytrafiła się seria nieoczekiwanych porażek, odpadnięcie z Villarrealem w Lidze Europy, zawieszenie za kłótnię z sędzią i przed meczem ze Stuttgartem pojawiły się spekulacje, że gra o posadę. Sytuacja kadrowa była ciężka. Zagrali wtedy Jurczenko, Ramalho, Henrichs. I nagle drużyna wygrała 2:0, a wszystko się odmieniło, do samego końca grając już świetnie. Widać było, jak niewiele trzeba, żeby odbiór trenera nagle się zmienił. Sam byłem już w tym momencie za tym, żeby coś zmienić, bo sytuacja robiła się fatalna, po czym Bayer zaczął grać najładniej w Bundeslidze. Długo miałem ze Schmidtem problem, bo młodzi zawodnicy się u niego nie rozwijali. Brandt, Calhanoglu stanęli w miejscu. Końcówka to wszystko zmieniła.  Teraz jednak znów będą duże oczekiwania, koniecznie trzeba zająć miejsce na podium i jeszcze pokazać się w Europie. Bayer już nie będzie w Lidze Mistrzów jako klub z młodą kadrą, niedoświadczony, ale jako mocny klub z Bundesligi, który w meczu z najmocniejszymi walczy i robi zamieszanie, a słabszym pokazuje miejsce w szeregu. Ale wierzę, że Schmidt temu podoła. Wierzę w niego. Podbudowała mnie końcówka sezonu. Myślę, że to trenera na lata, który ma swoją wizję. Mówi się, że jest wizjonerem. Potrafi grać ofensywnie, ładnie dla oka. Mam nadzieję, że potwierdzi. Głównym testem będzie umiejętność rotowania składem i utrzymania spokoju w szatni oraz dbania o atmosferę, przy tak szerokiej kadrze.

Wspomniałeś o Calhanoglu. Jeszcze rok temu wydawało się, że będą się o niego bić największe firmy. Myślisz, że to dla niego też sezon ostatniej szansy?

- Każdy chciał odejścia Calhanoglu już tego lata. Myślałem: „Niech Anglicy dadzą te 30 milionów i niech idzie, znajdziemy za niego dwóch lepszych zawodników za 15 milionów”. Dlatego dużym zaskoczeniem było dla mnie, gdy został tymczasowym kapitanem. To pokazało, żę Schmidt widzi w nim ciągle wielki talent, zawodnika, który ma charakter i większy wpływ na drużynę. Czy w tym sezonie może się obudzić? Przede wszystkim, musiałby wywalczyć miejsce w składzie, a ja na razie tego nie widzę. Przy Kevinie Kamplu, Aranguizie, Julianie Baumgartlingerze, gdzie on mógłby grać? Póki nie będzie Bendera i Brandta, to może tak, ale potem stanie się  rezerwowym. Mam nadzieję, że nie będzie się go wpychać do składu tylko po to, by go potem sprzedać. Liczyłem na pieniądze z jego transferu, ale po nieudanym Euro, kompletnie do zera spadło zainteresowanie nim. Ale może to mu pomogło, bo miał spokojny okres przygotowawczy po poprzednim, okropnym sezonie. Pierwszy rok w Bayerze ratował jeszcze liczbami – golami z wolnych, asystami – ale w poprzednich rozgrywkach już nawet wolne mu nie wychodziły. Zyskał łatkę nieudanego transferu, niespełnionego talentu. Nadal jest młody i wszystko przed nim, ale będzie miał problem z grą. Jeśli Schmidt ma stawiać na kogoś młodego, wolałbym częściej oglądać Jurczenkę, który przyszedł za drobne z rezerw Szachtara Donieck i w obliczu wielu kontuzji, pokazał się z dobrej strony.

PRZECZYTAJ TAKŻE

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść”

„Piszczek opiera się odmłodzeniu w Borussii. Błaszczykowski musiał odejść”

10575605576_edc3655e7e_z

Na „Z nogą w głowie” kontynuujemy przygotowania do startu Bundesligi z najlepszymi polskimi ekspertami od niemieckich klubów. Po rozmowie z Michałem Jeziornym o Bayernie Monachium, dziś przyglądamy się sytuacji Borussii Dortmund, głównej nadziei całej ligi na zdetronizowanie Bawarczyków. Naszym przewodnikiem będzie Paweł Musiał, redaktor polskiego serwisu klubu z Dortmundu – borussia.com.pl.

Masz jakiekolwiek nadzieje, że Borussia Dortmund w tym sezonie wreszcie poważnie zagrozi Bayernowi Monachium?

Paweł MUSIAŁ: – Z jednej strony, zmiana trenera w Bayernie czy też – biorąc pod uwagę podatność kilku zawodników na kontuzje – nieco zbyt wąska kadra monachijczyków, to jakieś przejawy tego, że to jest właśnie ten sezon, w którym Bawarczyków uda się zdetronizować. Z drugiej strony, mam świadomość, że Borussia straciła trzech kluczowych zawodników, piłkarzy klasy światowej. W klubie panuje rewolucja personalna, więc ciężko wymagać, by wszystko grało od początku. Spodziewam się, że Thomas Tuchel będzie jednak potrzebował trochę czasu zanim to wszystko zaskoczy. Czyli są jakieś przesłanki, że to może być słabszy sezon Bayernu, ale zmiany w Borussii mogą sprawić, że nie uda się tego wykorzystać.

Do tego dochodzi jeszcze Liga Mistrzów, którą Dortmund nie musiał sobie w zeszłym sezonie zaprzątać głowy.

Zdecydowanie. Dla Tuchela to będzie debiut w Lidze Mistrzów i to też pewien znak zapytania, jak drużyna będzie w stanie to łączyć z Bundesligą. Na pewno Liga Mistrzów wymaga innej motywacji, Tuchel też będzie musiał pokazać coś nowego. Faktycznie, może to mieć przełożenie na ligę, ale kadra Borussii jest jednak dość szeroka. Mam nadzieję, że wystarczająco.

Borussia dostała za piłkarzy ponad sto milionów i wydała na nowych graczy sto milionów. Wzmocniła się czy osłabiła?

Z początku byłem trochę podłamany. Spodziewałem się, że Ilkay Guendogan odejdzie, bo na to się zanosiło od dawna. Mats Hummels dał do zrozumienia, że szanse na jego pozostanie wynoszą 50 na 50, więc też można się było spodziewać, że odejdzie. Ale najbardziej zszokowało mnie, że odszedł Henrich Mchitarian, po roku tak owocnej współpracy z Tuchelem. Odejście całej trójki musiało boleć. Zwłaszcza, że klub dawał do zrozumienia, że wzmocnienia mogą się skończyć na kilku młodych zawodnikach. Potem jednak doszli Andre Schuerrle oraz Mario Goetze i sytuacja zaczęła wyglądać lepiej. Zespół opuściło trzech klasowych piłkarzy, ale z drugiej strony – Hummels miał fantastyczną rundę, lecz wcześniej nie brakowało głosów, że to dobry moment na zmianę środowiska, bo był nierówny, chimeryczny. Guendogana cały czas trapiły kontuzje i w ostatnich sezonach nie zawsze był ważnym ogniwem. A Mchitarian – przed przyjściem Tuchela – był największą klapą transferową w historii klubu. Do tego w ostatnich latach z nimi, Borussia nie zdobyła żadnych trofeów. Nie chcę być źle zrozumiany – to świetni zawodnicy, ale mam wrażenie, że to był odpowiedni moment na zmianę. Też nie wyobrażałem sobie klubu bez Juergena Kloppa, a po roku wszyscy zachwycamy się Tuchelem, jego Borussią, stylem prowadzenia drużyny. Dlatego mam nadzieję, że teraz wszystko też pójdzie w dobrą stronę.

8682625903_724832bf5e_z

Wspomniałeś o Goetzem. Jak – jako kibic Borussii – traktujesz jego powrót? Jako policzek ze strony klubu w kierunku fanów?

- Jeszcze przed kilkunastoma miesiącami taki transfer wydawał mi się nierealny i nie do zaakceptowania. Ale wiemy, ile się od tego czasu wydarzyło. Nie pomyślałbym też, że Hummels wróci do Bayernu. Takie jest życie kibica. Futbol jest szalony. Dziś fani Bayernu witają Hummelsa, fani Borussii witają Goetzego. Dobro klubu jest najważniejsze. Wierzę, że Mario doda Borussii jakości. To nadal bardzo młody zawodnik, ale już z ogromnym bagażem doświadczeń. Nadal ma ogromny talent, bo to się przecież nie zmieniło w czasie jego pobytu w Monachium. Obudziliśmy się w takiej rzeczywistości. Trzeba to zaakceptować, dać mu szansę i wierzyć, że znów poprowadzi Borussię do sukcesów.

A co z Andrem Schuerrlem? On też nie był oczywistym wyborem.

To fakt, ten transfer też wzbudził w Dortmundzie kontrowersje. Kosztował około 30 milionów euro, a wszyscy mają w pamięci, że w ostatnich latach był bardzo nierówny. Ciężko powiedzieć, jak się rozwinie. Ale trzeba pamiętać, że swój bardzo dobry okres w Bundeslidze przeżywał w Mainz, pod skrzydłami Tuchela. Borussia zdecydowała się na bardzo odważny ruch. To taki autorski transfer Tuchela. Mam nadzieję, że Schuerrle się przebudzi, a Tuchel będzie w stanie dobrze zagospodarować go dla drużyny.

Schuerrle przychodzi w ramach pewnej wymiany z Wolfsburgiem za Jakuba Błaszczykowskiego. Byłeś zaskoczony tym, że Kuba nie dostał szansy?

Bardzo ubolewam nad tym, jak sprawy potoczyły się przede wszystkim przed rokiem. Żałuję, że wtedy nie zdecydował się na pozostanie w BVB. Łatwo mówić z perspektywy czasu, ale to była najlepsza okazja, by przekonać do siebie Tuchela. Jak się okazało, Adnan Januzaj nie odegrał w Borussii żadnej roli. Jonas Hofmann, po dobrym początku, również rzadko pojawiał się w składzie. Później często pierwszą opcją na skrzydło bywał Gonzalo Castro czy – w dalszej fazie sezonu – Erik Durm. Tego mi najbardziej szkoda. Błaszczykowski mógł wtedy wrócić do łask. Teraz, po transferach Emrego Mora i Ousmane’a Dembelego, można się było jeszcze łudzić, że znajdzie się miejsce dla Kuby. Ale pozyskanie Goetzego i Schuerrlego postawiło sprawę jasno. Wtedy byłem już przekonany, że Polak odejdzie. Od strony kibicowskiej, to wielka szkoda, że tracimy kolejnego zasłużonego zawodnika, jednak jak najbardziej rozumiem decyzję Tuchela. Kuba jest już dość zaawansowany wiekowo. Nie chcę robić z niego emeryta, ale znamy jego podatność na kontuzje. Do tego dochodzi chęć odmłodzenia kadry BVB. Musiał szukać szczęścia gdzie indziej.

 Temu odmłodzeniu cały czas opiera się Łukasz Piszczek, najstarszy piłkarz Borussii z pola. Myślisz, że znów będzie wyborem numer jeden na prawej obronie?

- Przed rokiem bałem się co z nim będzie, po tych jego problemach z biodrem. Na szczęście przetrwał tę rewolucję Tuchela, przetrwał świetną rundę Matthiasa Gintera i potrafił na nowo wywalczyć sobie miejsce w składzie. W tym sezonie raczej nic się w tej kwestii nie zmieni. Felix Passlack to moim zdaniem przyszłość reprezentacji Niemiec na prawej obronie, ale będzie potrzebował trochę czasu. Na pewno rozegra kilka spotkań, zbierze doświadczenia, ale Piszczek nie musi się obawiać z jego strony o miejsce w składzie. Opcją jest również Ginter, ale Tuchel w tym sezonie da mu więcej szans na środku obrony. Nie będzie bezpośrednim rywalem Piszczka, tylko ewentualną możliwością na wypadek kontuzji Polaka. On też ma swoje predyspozycje, ale znamy jego braki w dynamice. Jest jeszcze Durm. Nie wiemy, ile potrwa jego przerwa. Docelowo jednak myślę, że to ostatni sezon Durma w Borussii. Pałeczkę po nim przejmie Passlack i to on będzie powoli wdrażany w zespół. To jednak trochę potrwa i Łukasz ma jeszcze przynajmniej sezon regularnej gry przed sobą.

 Na wiosnę Tuchel wystawiał czasem Piszczka jako jednego ze stoperów w systemie z trójką obrońców. Myślisz, że może w tym miejscu zostać na dłużej?

- Raczej będzie zmieniał ustawienie tylko w pewnych fragmentach meczu, zależnie od sytuacji. Myślę, że nie będzie uwzględniany jako środkowy obrońca, nie licząc pewnych krótkich, awaryjnych sytuacji. Ogólnie, przed sezonem pojawiały się głosy, że Tuchel może chcieć częściej grać na trzech obrońców. To pewnie możliwe, ale na razie wygląda na to, że bazowym ustawieniem pozostaje system z czterema defensorami.

Borussia wprowadza do Bundesligi kilku nowych, bardzo ciekawych piłkarzy. Po kim obiecujesz sobie najwięcej?

- Borussia sprowadziła ośmiu nowych piłkarzy. Każdy jest wciąż młody i z potencjałem na jeszcze lepszą grę. Gdybym miał wybrać jednego, wskazałbym na Dembelego. Wszyscy wiążą z nim duże nadzieje, ze względu na swobodę poruszania się z piłką. Borussia będzie miała z niego wiele radości, a przypuszczam, że w przyszłości także wiele pieniędzy. Ciekawy jest też Emre Mor. Na razie trochę chaotyczny, pytanie czy będzie potrafił przejść granicę z juniorskiej do seniorskiej piłki, bo znamy jednak przypadki graczy imponujących techniką, szybkością, dryblingiem, ale nazywamy ich jeźdźcami bez głowy. Niemniej, w obu przypadkach, ich umiejętności są naprawdę imponujące i z przyjemnością patrzy się jak mijają kolejnych rywali.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego

Zdjęcia: Flickr.com/creative commons

 

„Bayern nie potrzebuje pieniędzy z transferu Lewandowskiego. Potrzebuje Lewandowskiego”

14798256151_98187e9352_z

Jako że za pięć dni rusza Bundesliga, czas się do niej właściwie przygotować. A nikt nie przygotuje was do sezonu lepiej niż najwięksi eksperci. W kolejnych dniach na „Z nogą w głowie” będziecie mogli przeczytać rozmowy z ludźmi spoza pierwszych stron gazet, którzy jednak o swoich niemieckich klubach wiedzą wszystko. Prowadzą bowiem ich polskie serwisy internetowe, czytają wszelkie możliwe informacje, śledzą wszystkie możliwe sparingi. Nie grali nigdy w Bundeslidze, ale znają ją jak mało kto. Na pierwszy ogień zachęcam do przeczytania rozmowy o Bayernie Monachium z Michałem Jeziornym, tłumaczem, który przełożył na polski biografie m.in. Roberta Enkego, Philippa Lahma, Francka Ribery’ego, a do niedawna redaktorem polskiej strony Bayernu. Bez wątpienia jeden z największych ekspertów od spraw monachijczyków w Polsce.

jeziorny

Cztery lata z rzędu Bayern Monachium dominuje w Bundeslidze. Czy zmiana trenera może być czynnikiem, który zakończy tę dominacje?

Michał JEZIORNY: – Myślę, że dominacja nie minie, chyba, że naprawdę odpaliłyby od razu wszystkie młode gwiazdy Borussii Dortmund. Ale muszę przyznać, że te początki Carla Ancelottiego ogląda mi się póki co bardzo dziwnie. Jestem już bardziej przyzwyczajony do tego, że Bayern cały czas posiada piłkę. Gra w pierwszych meczach za Włocha wydawała mi się jakaś taka nienaturalna. Ale gdy przypominam sobie kontrataki, jakie wyprowadzał Real Ancelottiego, gdy grał z Bayernem, gola Karima Benzemy z tamtego pierwszego meczu półfinałowego, nabieram przekonania, że będzie dobrze. Do tego, że posiadanie piłki będzie niższe, trzeba się przyzwyczaić.

Wiemy, że drużyny Ancelottiego często miały problemy w rozgrywkach ligowych. Czy w Bayernie te częste straty punktów mogą się powtórzyć?

- To możliwe, że Bayern będzie częściej niż ostatnio tracić punkty. Zmiana taktyki może się okazać bardzo duża, co będzie wymagało trochę czasu. Jakość jest jednak duża, że powinni sobie poradzić. Ale nie wolno lekceważyć przeciwników. O mistrzostwo mogą powalczyć też inne mocne ekipy – przede wszystkim Borussia Dortmund i Bayer Leverkusen, ale ja doliczyłbym do tego grona jeszcze Schalke.

Transfery Matsa Hummelsa i Renato Sanchesa to były brakujące ogniwa Bawarczyków?

- Sanches niekoniecznie, bo pomoc jest tak wysokiej jakości, że może się to okazać transfer dopiero na przyszłość. W tym momencie niekoniecznie zrobi różnicę. Hummels natomiast jak najbardziej. To piłkarz, którego brakowało. Gdyby Holger Badstuber nie miał tylu kontuzji, mógłby regularnie grać u boku Jerome’a Boatenga. Javi Martinez nie jest typowym środkowym obrońcą, najlepsze mecze grał przecież u boku Bastiana Schweinsteigera na środku pomocy, za Juppa Heynckesa w sezonie 2012/2013. Hummels z Boatengiem to będzie wspaniały duet. Szczerze żałuję, że Mats nie trafił do Monachium rok temu, tak by miał jeszcze możliwość popracować z Pepem Guardiolą.

Wspomniałeś o Martinezie. Jaki będzie los takich piłkarzy jak on czy David Alaba, którym Guardiola zmienił pozycje? Myślisz, że u Włocha wrócą tam, gdzie zaczynali?

- Tego, że Alaba będzie grał na lewej obronie, jestem pewny. Zbyt dobrze sobie tam radził, żeby wystawiać go gdzie indziej. Zwłaszcza, że Juan Bernat nie jest piłkarzem, któremu udałoby się wygryźć Austriaka ze składu. Martineza może mi być szkoda. Nie został powołany na Euro, bo okazało się, że są piłkarze, którzy grali równie dobrze. Dochodzi w tym momencie Sanches, który gra na podobnej pozycji. Chciałbym zobaczyć rotacje na tej pozycji. A jeśli już miałbym kogoś wybierać, wolałbym, żeby wypadł Xabi Alonso. Chociaż w formie z zeszłego sezonu może być bardzo potrzebny.

7513565668_25cb9f84d5_z

Wiadomo, że kadra Bayernu jest niemal idealna. Ale gdybyś miał znaleźć jakiś jej słaby punkt, gdzie byś go szukał?

To może brzmieć absurdalnie, ale jednak na skrzydłach. Przede wszystkim przez problemy zdrowotne bocznych pomocników. Jest w tym momencie czterech klasowych skrzydłowych, ale dwóch – Arjen Robben i Kingsley Coman mają kontuzje. Pozostała dwójka nie będzie w stanie uciągnąć wszystkich meczów. Spore znaczenie będzie miało, jakim ustawieniem będzie grał Ancelotti. Zobaczymy, czy wróci do ustawienia Heynckesa – 4-2-3-1. Jestem ciekaw, czy nie postawi na dwóch napastników – z Thomasem Muellerem trochę cofniętym za Robertem Lewandowskim. Może to mieć sens. Innych rażących słabych punktów, poza skrzydłami, raczej nie ma. Jeśli obrona się ułoży i zacznie grać na swoim poziomie – ze zdrowym Boatengiem i Hummelsem na środku oraz Lahmem i Alabą na bokach, powinna być bardzo solidna. Największym wrogiem Bayernu mogą się znów okazać kontuzje. Bardzo mnie ciekawi, jak zmiana trenera, treningów, całego procesu szkoleniowego, wpłynie na sprawy zdrowotne. Na razie wszyscy po kolei się rozkładają. Urazy mogą powstrzymać Bayern.

Przez lata Bayern opierał się na Francku Riberym i Arjenie Robbenie. Dziś o Francuzie jest głośno głównie z racji kolejnych uderzeń łokciami, Holender nie gra w ogóle. Wierzysz w ich renesans czy raczej będą powoli wypierani?

- Costa i Coman powinni ich stopniowo wybierać. Ribery ma 33 lata, Robben 32. Jeśli już dziś są tak podatni na kontuzje, to pewnie z każdym rokiem będzie coraz gorzej. Zdrowia nie oszukamy. Regeneracja jest u nich już coraz wolniejsza. Wielkim znakiem zapytania jest Robben. Leczy się długo, a dalej właściwie nie ma perspektyw na jego powrót. Zmiana na skrzydłach powoli będzie następować, nowi będą coraz mocniej wchodzić. Ribery czy Robben na pewno zagrają jeszcze dobre mecze, ale to już nie będzie taki duet jak w sezonie 2012/2013.

Znowu jedynym napastnikiem Bayernu będzie Robert Lewandowski. Myślisz, że znów będzie królem strzelców? I czy nie sądzisz, że Bayern potrzebowałby jakiegoś jego zastępcy?

- Liczyłem po cichu, że Mario Gomez wróci i będzie zmiennikiem Lewandowskiego. Czuję do niego wielką sympatię i bardzo liczyłem, że znów trafi do Monachium. W tym momencie nie ma żadnego sensownego zmiennika dla Lewandowskiego. Robert jest bardzo silny, wspaniały. Było to widać w pucharze. Zwłaszcza ta trzecia bramka, gdy stanął i z takim luzem kopnął piłkę w lewy róg. Jeśli będzie karmiony piłkami z kontr, jak to było w Realu z Benzemą, to będzie jeszcze większą bestią niż jest. Granica trzydziestu bramek znów jest realna. Mam nadzieję, że kontuzje nadal będą go omijać. Fizycznie jest póki co nie do zdarcia.

Nastawiasz się, że to będzie ostatni sezon Lewandowskiego w Monachium i za rok będzie już nie do zatrzymania?

Za 12 miesięcy będziemy mieli 2017 rok. Lewandowski ma kontrakt do 2019. Nie wierzę, że w Bayernie zgodzą się na jego odejście. Wszyscy znamy jego profesjonalizm. Wiemy, jakie miał nastawienie w Dortmundzie. Chciał odejść, Borussia go blokowała, a on grał tak samo dobrze jak wcześniej, poziom jego gry ani trochę nie spadł. W Bayernie mają tego świadomość i też będą go blokować. Bayern nie potrzebuje pieniędzy z jego transferu. Potrzebuje Lewandowskiego. Jeśli Robert bardzo by się uparł na odejście, to myślę, że najwcześniej będzie to możliwe w 2018 roku, na rok przed końcem umowy, żeby nie odszedł za darmo.

Dla którego zawodnika to może być sezon ostatniej szansy?

- Bardzo lubię Badstubera i mam do niego duży sentyment, bo jest wychowankiem. Ale ma tyle tych kontuzji, że dla niego ten sezon to zdecydowanie jest być albo nie być. Tego lata odeszli wszyscy piłkarze, przy których nazwiskach były znaki zapytania. Sebastian Rode jako zmiennik był fantastyczny, ale jego jakość przy reszcie była trochę niższa. Minimalnie, ale nie okazał się piłkarzem klasy Bayernu. Mario Goetze się nie sprawdził. Medhi Benatia nie dał rady kontuzjom. To była trójka potencjalnie do odejścia i wszyscy odeszli. W tym roku, oprócz Badstubera, byłby to ewentualnie Juan Bernat. Pytanie, jak Ancelotti go zaplanował. Alaby nie przejdzie, nie ma co dyskutować, ale może Włoch będzie miał na niego inny pomysł. Ci dwaj muszą się sprawdzić. Reszta jest dość bezpieczna.

 

O Niemcach. I o szczęściu

cube-620636_1280

Czuję się jak po ostatnim odpadnięciu Bayernu w półfinale Ligi Mistrzów z Atletico. Niby powinno się po porażce Niemców z Francją coś odtrąbić, ogłosić koniec jakiejś epoki, zaatakować Joachima Loewa, skrytykować powołania i taktykę. Ale podobnie jak wtedy, tak i teraz, nie bardzo potrafię.

Kwestia drabinki

Niemcy odpadli z turnieju w półfinale. Oczywiście, dla mistrzów świata to wynik rozczarowujący. Ale odpadli nie z Walią, nie z Polską, nie z Portugalią. A z Francją, czyli drugim głównym faworytem turnieju. Gdy w półfinale wpadają na siebie dwie najlepsze drużyny turnieju, jedna z nich musi odpaść już w półfinale. Czy to powód do bicia na alarm? Nie.

Posiadanie ma się dobrze

 Cały turniej stanowił obronę linii przyjętej przez niemieckiego selekcjonera. Niemcy niemal nie tracili bramek. Dzięki taktycznej świadomości Loewa, całkowicie zdominowali rewelacyjnych do tamtego meczu Włochów. Długimi momentami półfinału z Francją grali imponująco, pokazując, że wieści o śmierci futbolu opartego na posiadaniu piłki są stanowczo przedwczesne.

Brak polotu

 Oczywiście, Niemcom zabrakło trochę zawodników w najwyższej formie. Nie mieli takiego Griezmanna, który potrafiłby dać drużynie jeszcze dziesięć procent więcej. Zespół grał poprawnie, ale nie wybitnie. Dokładnie tak samo było na turnieju w Brazylii. Niemcy grali tam bardzo solidnie, momentami efektownie, ale nie z takim polotem jak choćby na mistrzostwach świata w RPA. Różnica polega na tym, że w RPA trafili w półfinale na Hiszpanię, a w Brazylii na rozchwianych gospodarzy. Sama niemiecka drużyna wyglądała bardzo podobnie. Do historii przeszła ta gorsza. Tak bywa.

Przygnieceni kontuzjami

 W kluczowym meczu turnieju Loewowi brakowało Maria Gomeza, Matsa Hummelsa, Ilkaya Guendogana, Marca Reusa, Samiego Khediry. Przez cały turniej z urazem zmagał się Jerome Boateng, który w końcu, w meczu z Francją, przegrał walkę z kontuzją. Wyjmijmy z każdej drużyny turnieju pięciu jej podstawowych piłkarzy. Wyjmijmy z Francji Antoine’a Griezmanna, Paula Pogbę, Laurenta Koscielnego, Blaise’a Matuidiego i Oliviera Giroud. Wątpliwe, by w ten sposób była w stanie pokonać Niemców. Oczywiście, Francuzi też mieli problemy. W każdej drużynie kogoś położyła kontuzja czy kartki. Ale w niemieckiej drużynie nagromadzenie kłopotów było szczególne.

Elastyczność Loewa

 Czy Loew coś mógł zrobić lepiej? Na pewno. Ale wbrew pozorom, wcale nie tak łatwo formułować wobec niego sensownie brzmiące zarzuty. Mówi się, że zabrał na turniej za mało napastników, jednak kogo tak naprawdę miał wziąć? W formie był jeden sensowny atakujący – Gomez – i w kadrze na turniej się znalazł. Co więcej, Loew pokazał, że nie jest twardogłowym uparciuchem, który nie potrafi odejść od swojej linii. Gdy zobaczył, że faworyzowany przez niego Mario Goetze, gra źle, nie miał problemu z wstawieniem do składu Gomeza. Niemiecki selekcjoner był elastyczny.

Kogo Loew zabrał

 Miał wziąć do Francji Stefana Kiesslinga czy Maksa Krusego, którzy w Bundeslidze strzelili w tym sezonie mniej goli niż Artur Sobiech? Nonsens. Mówi się, że niesłusznie Loew ciągnął na turniej będącego bez formy Goetzego. Ale Goetze to piłkarz wybitny. Zagubiony, lecz wybitny. Mieć kogoś takiego w kadrze, zwłaszcza wiedząc, że nawet bez formy jest w stanie rozstrzygnąć finał turnieju, raczej warto. Mówi się, że niepotrzebnie Loew zabierał na mistrzostwa podstarzałych i w kiepskiej formie Bastiana Schweinsteigera czy Lukasa Podolskiego. Ale budowanie dobrej reprezentacji nie polega na zabraniu na turniej 23 aktualnie najlepszych piłkarzy z danego kraju. Chodzi o budowanie drużyny. Po tym jak kariery zakończyli Philipp Lahm, Per Mertesacker i Miroslav Klose, w zespole zabrakło doświadczonych liderów. I Schweinsteiger z Podolskim mieli pełnić takie role. Pół-członków sztabu pół-piłkarzy. Mówi się, że nie powinien był wystawiać w składzie Thomasa Muellera, będącego ewidentnie bez formy. Ale kogo miał w jego miejsce wystawić? Mueller przez sześć lat obecności w seniorskiej piłce grał zawsze i wszędzie. Kontuzje nie powalały go praktycznie nigdy. Jako że nie ma muskulatury Cristiana Ronaldo ani nawet Roberta Lewandowskiego, kiedyś ten wątły i patykowaty organizm musiał zapłacić za trudny zawodowego futbolu. Zapłacił akurat we Francji. Poza tym, mówienie, że powinien był posadzić Muellera, to jak mówienie, że Adam Nawałka powinien był posadzić Lewandowskiego. W najważniejszych meczach nie rezygnuje się z piłkarzy, którzy potrafią w jednym momencie zamienić wodę w wino.

Kogo Loew nie zabrał

Loewowi zdecydowanie łatwiej sadzałoby się na ławce Schweinsteigera czy Muellera, zdecydowanie łatwiej zostawiałoby się w domu Podolskiego czy Schuerrlego, gdyby tacy Guendogan czy Reus mogli pojechać na turniej. Czy ktoś został niesłusznie pominięty przy powołaniach? Można dyskutować o Karimie Bellarabim, Marcelu Schmelzerze, można o Julianie Brandtcie, ale czy to byliby zawodnicy, którzy zasadniczo zmieniliby losy niemieckiej drużyny w turnieju? Mimo ich świetnej formy na wiosnę, mam wątpliwości.

Selekcjoner wie lepiej

 Mówi się, że Loew miał odważniej postawić na młodych, ale twierdzenie, że Julian Weigl czy Leroy Sane zrewolucjonizowaliby grę Niemców, zakrawa na naiwność. Jest wiele przykładów na to, że gra w reprezentacji, na poziomie półfinału mistrzostw Europy to jednak coś zupełnie innego niż granie w klubie przeciwko Darmstadt. Loew jest fachowcem lepszym niż my. Widział tych zawodników, rozmawiał z nimi. Jeśli uznał, że Joshua Kimmich jest gotowy, by wyjść na boisko, a  Weigl nie jest, wypada mu zaufać.

Szczęście nikomu nie sprzyja

 Dlaczego Niemcy odpadli? Bo mieli za dużo kontuzji w kluczowym momencie, bo nie mieli szczęścia w drabince, które miała Portugalia (Arkadiusz Milik trafiłby do siatki w stuprocentowej sytuacji i Niemcy graliby jutro w finale), bo nie mieli łutu szczęścia w meczu z Francją. Przecież do przerwy wszystko wyglądało dla Niemców znakomicie, oprócz cokolwiek niesprawiedliwego wyniku. W rozmowach o futbolu stanowczo za małą wagę przykłada się do elementu szczęścia, bajdurzy się o tym, że szczęście sprzyja lepszym. Szczęście czasem sprzyja lepszym, a czasem gorszym. Czyli tak naprawdę nikomu nie sprzyja. Nie ma w tej kwestii absolutnie żadnej reguły. Hasło „szczęście sprzyja lepszym” ukuto, by ucinać wszelkie dyskusje.

Półfinał, a potem zobaczymy

Jak w przypadku Pepa Guardioli, tak w przypadku Loewa: regularne dochodzenie do półfinałów, niezależnie od okoliczności i problemów, jest dla mnie dowodem ich wielkości. A w półfinałach decydują już absolutne detale, na które czasem mają wpływ, a czasem nie mają. Wbrew temu co się mówi, drużyna niemiecka 2014 nie była jakoś znacznie lepsza od drużyny niemieckiej 2016. Różni je przede wszystkim to, że jedna wygrała, a druga nie. Ale to nie powód, by zastanawiać się nad przyszłością Loewa. Jako sympatyk niemieckiego futbolu, cieszę się, że w niemieckiej federacji pracują ludzie, którzy patrzą na pracę selekcjonera trochę szerzej niż tylko przez pryzmat wyniku (który zależy od szczęścia). To dlatego Niemcy mieli w całej historii tylko dziesięciu selekcjonerów. To m.in. dlatego są tacy silni. To dlatego Loew będzie z kadrą pracował do mundialu w Rosji. Na którym dojdzie przynajmniej do półfinału. A potem będzie musiał liczyć na szczęście. Jak każdy, nawet największy trener, zawsze. Nie było jeszcze w historii futbolu drużyny, nawet najsilniejszej, której w którymś momencie turnieju nie uratowałby łut szczęścia.

Przeciw rewolucji w Podbeskidziu

Zrzut ekranu 2016-06-09 o 00.02.35

Wikimedia Commons

Dwudziestu zawodników, którzy z Zagłębiem Lubin w 2014 roku spadli z ekstraklasy, wywalczyło rok później awans. Trzynastu z nich kolejny rok później wywalczyło awans do europejskich pucharów. Podobnie w Cracovii, która po spadku w 2012 roku, awansowała rok później do ekstraklasy z czternastoma zawodnikami z tamtej kadry. I w GKS-ie Bełchatów, który wygrał I ligę w 2014 roku, rok po degradacji z ekstraklasy, z piętnastoma zawodnikami pamiętającymi spadek. Tutaj nie wymieniono nawet trenera. W 2015 roku, gdy GKS znowu spadł, władze klubu – przymuszone bądź nie – postanowiły działać w inny sposób. Wyrzuciły ponad dwie trzecie kadry, która spadła oraz trenera. GKS znowu spadł. Tym razem do II ligi.

Nie chcę mówić, że przedstawiłem właśnie złotą recepturę na szybki powrót do ekstraklasy. Da się znaleźć oczywiście kontrprzykłady. Piast po spadku nie dokonał rewolucji i nie awansował. Dokonał rewolucji dopiero wtedy i rok później awansował. Reguły nie ma. Natomiast praktyka wielu lat pokazuje, że utrzymanie ekstraklasowego składu, znacznie zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu w I lidze. Nawet jeśli bardzo podobny skład rok wcześniej był za słaby na ekstraklasę.

 Utrzymanie ekstraklasowego składu jest jednak rozwiązaniem trudnym i wymagającym mądrości oraz odporności na cięgi. Trudnym nie tylko dlatego, że z każdej, nawet najgorszej drużyny, inne kluby zawsze po spadku wyciągną kilku zawodników. Trudnym także dlatego, że to niepopularne. Po spadku, kibice domagają się głów. Wszystkich. Właściciela, prezydenta miasta, prezesa, dyrektora sportowego, trenera, piłkarzy. Zależnie od klubu, domagają się ich wszystkich jednocześnie, a czasem tylko paru. Chcąc zyskać popularność fanów, prezes musi koniecznie pozbyć się wszystkich „nieudolnych kopaczy”, „najemników bez charakteru” i zapowiedzieć: „odmłodzenie drużyny”, „stawianie na chłopaków z regionu, identyfikujących się z miastem i regionem” oraz „ładny dla oka styl gry”. Im więcej zawodników ze spadkowego składu się wyrzuci, tym lepsze nastroje wśród kibiców w lipcu, na rozpoczęcie sezonu. I tym gorsze w czerwcu, na zakończenie sezonu.

 Kryzysy wzmacniają radykałów i populistów. Tak było jak świat światem. Nie tylko w piłce.

 Po spadku, wśród fanów Podbeskidzia huczy. Trwa festiwal całkowitego niezadowolenia ze wszystkiego, co da się oczywiście wytłumaczyć i zrozumieć. Na forach, portalach społecznościowych i niespołecznościowych, w codziennych rozmowach, słychać głównie kwękania i narzekania. Nie zadowoli ich żaden transfer, żaden trener ani żadna deklaracja. Odkupić winy można tylko wygrywając. Co jednak wolno kibicom, byłoby niedopuszczalne u osób decyzyjnych. Prezes Tomasz Mikołajko dzień po meczu z Łęczną, stwierdził, że „najchętniej wyrzuciłby wszystkich piłkarzy”. Ale to było zrozumiałe. To było dzień po spadku. Jestem przekonany (albo lepiej: mam nadzieję), że miesiąc po spadku już by tak nie powiedział.

Ten wpis powstał jako polemika do tekstu Pawła Przybyły ze śląskiej „Gazety Wyborczej”. Możecie go znaleźć TUTAJ. Cytuję: „Jeżeli jednak, „Górale” w I lidze nadal będą tworzeni przez zawodników, którzy spuścili Podbeskidzie z ekstraklasy, nowy trener niczego nie zmieni. Żeby była jasność: osobiście nic nie mam przeciwko Jozefowi Piackowi, Pawłowi Baranowskiemu, Mateuszowi Możdżeniowi i reszcie tej paczki, ale nie podołali zadaniu utrzymania bielskiego klubu w ekstraklasie i ich czas przy Rychlińskiego się już skończył. Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Przecież w zasadzie to logiczne, że w Podbeskidziu będzie teraz czystka, prawda? Własnie nie! Krążą bowiem pogłoski, że pod Klimczokiem myślą o zbudowaniu drużyny na tych piłkarzach, którzy raczą w klubie pozostać. Błagam, nie! W Bielsku-Białej potrzeba świeżej krwi, młodych, ambitnych, zdeterminowanych, żądnych zwycięstw i sukcesów zawodników, którzy szybko powrócą z Podbeskidziem do elity. Obecnie zatrudnieni w klubie piłkarze, choćby ich wołami targać, polotu już nie są w stanie zapewnić.

Mam odwrotnie. Osobiście mam coś przeciwko Piackowi, Baranowskiemu, Możdżeniowi i wszystkim innym, bo spuścili z ekstraklasy klub, na którego meczach się wychowałem. Ale obiektywniej patrząc, to, że ktoś spadł, nie oznacza automatycznie, że do niczego się nie udaje. Spadek zwykle jest zrodzony przez masę czynników. Napastnik, który trafia w słupek, zamiast do bramki, jest zazwyczaj ostatnim ogniwem łańcucha nieszczęść. Nie jedynym.

 Biorąc pod uwagę doświadczenia ligowe ostatnich lat, „czystka” nie jest logiczna. I mam wrażenie, że hasła o „świeżej krwi, młodych, ambitnych i zdeterminowanych” to tylko to, co kibice chcą dzisiaj usłyszeć. Nic więcej.

 Podbeskidzie potrzebuje dzisiaj spokoju. Mądrości. Generalnie na świecie jest tak, że w dłuższej perspektywie, kto działa spokojnie i długofalowo, odnosi sukcesy, a kto przeprowadza „czystki” po każdym niepowodzeniu, ponosi porażki. Nawet jeśli w perspektywie jednego sezonu „efekt nowej miotły” i działanie pod publiczkę przyniesie powodzenie, w perspektywie pięciu sezonów raczej nie. Wszystko, co Podbeskidzie powinno dziś zrobić, to zatrzymać jak największą liczbę ważnych członków tej drużyny. Wszystkich się nie uda. Mójta i Szczepaniak już odeszli. Choć w klubie twierdzą inaczej, myślę, że ciężko będzie zatrzymać Zubasa i raczej Stefanika. W przypadku większości pozostałych, Podbeskidzie ma w ręku karty.

 Bardzo łatwo powiedzieć: „wyrzucić wszystkich, postawić na młodych!”. Trzeba jednak mieć skąd tych młodych wziąć. Wiadomo, że Podbeskidzie własnych dobrych, młodych  nie ma od lat. Trzeba wziąć ich z innych miejsc. W regionie można raz na parę lat znaleźć jedną perłę, ale raczej nie piętnaście w miesiąc. Trzeba ich więc kupić. A młodzi Polacy, najlepiej jeszcze ograni w ekstraklasie lub w I lidze, mają to do siebie, że kosztują więcej niż ktokolwiek inny. I raczej nie walą drzwiami i oknami do Podbeskidzia.

 Podbeskidzie jest w tym dobrym położeniu, że piłkarzy wybierało sobie jeszcze jako ekstraklasowy klub i z niektórymi podpisało więcej niż roczne kontrakty. Dzięki temu ma ekstraklasowych piłkarzy, których ciężko byłoby namówić na transfer do I ligi. Oczywiście, dziś o wszystkich zawodnikach wszyscy powiedzą, że są beznadziejni, bo mamy na świeżo w pamięci ich ostatnie występy. Ale generalnie rzecz biorąc, zdecydowana większość trenerów I-ligowych bardzo chciałaby mieć ofensywnego pomocnika jak Możdżeń, nawet jeśli jest zagubiony. Chciałaby mieć stopera jak  Piacek czy Baranowski (na I-ligowym rynku bardzo ceniony). Chciałaby mieć napastnika jak Demjan i pomocnika jak Chmiel. I tak dalej. Oczywiście, ci wszyscy zawodnicy z różnych powodów byli w słabszej formie. Ale umiejętności na czołówkę I ligi – a to chyba jest celem Podbeskidzia – na pewno mają.

 Pamiętajmy o okolicznościach, w jakich Podbeskidzie się w  I lidze znalazło. Nie zleciało z hukiem. Nie odstawało od reszty stawki. Nie było straszliwym chłopcem do bicia, jak wtedy, gdy w pół roku uzbierało sześć punktów. Nie, było drużyną, która potrafiła dwa razy ograć mistrza Polski, łupnąć Wisłę na wyjeździe i osiągnąć jeszcze parę dobrych rezultatów. Przy tym w skali 30 kolejek sezonu było w stanie zająć dziewiąte miejsce. W  wyniku regulaminu rozgrywek, który nie wybacza kryzysów w ostatnim miesiącu sezonu i koszmarnego dołka psychicznego, drużyna znalazła się w I lidze. To nie zeruje jednak umiejętności wszystkich piłkarzy. Piłkarsko Podbeskidzie było na poziomie dołu tabeli ekstraklasy, czyli mniej więcej na poziomie góry tabeli I ligi. I skoro taki skład się ma, to warto go utrzymać.

 Podbeskidzie oczywiście potrzebuje zmian. I one będą, bo to nie uniknione. Potrzeba kilku młodzieżowców, by spełnić wymóg regulaminowy (kilku, a nie całą drużynę!). Na kilku pozycjach potrzebuje zmian, na kilku będzie zmuszone do zmian. Chodzi jednak o to, by wyrzucić z koszyka zgnite jabłka, a nie o to, by wywalić cały koszyk. Czy inaczej mówiąc, wylać dziecko z kąpielą.

 Nie mam przekonania, że obecni piłkarze „choćby ich wołami targać”, nie są w stanie zapewnić polotu. Od kiedy Jacek Zieliński zrobił z Cracovii Roberta Podolińskiego jedną z najefektowniej grających drużyn w Polsce, nie odważę się na takie sądy. Wydaje mi się wręcz, że ci sami piłkarze, ustawieni odrobinę inaczej, grający trochę innym stylem, mający za sobą trenera, który im ufa i kolegów, z którymi dobrze się czują, potrafią w niczym nie przypominać piłkarzy, którzy spadli z ligi. Podbeskidzie rewolucję już przeszło. Rok temu. Piętnastu zawodników odeszło, czternastu przyszło. Jako tako zaczęło  wyglądać w październiku, trzy miesiące po rozpoczęciu sezonu. Nieźle w lutym, siedem miesięcy po rozpoczęciu sezonu. Te miesiące oddane walkowerem okazały się kluczowe dla losów klubu. Walka o awans będzie trwać od pierwszej kolejki. Dlatego jeśli się ma zbudowane podstawy drużyny na czołówkę I ligi, a do tego zawodników w miarę ze sobą zgranych, trzeba dziękować za to niezasłużone błogosławieństwo, a nie burzyć zalążki fundamentów.

 By wszystko się udało, Podbeskidzie potrzebuje mądrego i dobrego trenera. Wychodzę z założenia, że trener jest kluczowy. Dobry trener ściągnie zazwyczaj dobrych zawodników i dobrze ich ustawi. Zły trener ściągnie złych zawodników i źle ich ustawi. Podbeskidzie nie wzięło ani mojego wymarzonego kandydata (trafił do Górnika Zabrze, gratuluję awansu) ani mojego drugiego wymarzonego kandydata (gratuluję Pogoni), ani mojego trzeciego wymarzonego kandydata (gratuluję Termalice), ani mojego czwartego wymarzonego kandydata (odszedł z Termaliki). Podbeskidzie w ogóle nie wzięło mojego wymarzonego kandydata. Dariusza Dźwigałę znałem dotychczas tylko z mediów. W rozmowie robi dobre wrażenie. Cieszę się, że rozumie, iż Podbeskidzie nie potrzebuje rewolucji personalnej tylko taktycznej. Uchodzi za trenera, który stara się uczyć zawodników prowadzić grę w ataku pozycyjnym. Podbeskidziu będzie to bardzo potrzebne w nowym sezonie. Dźwigały nie znam, jego zatrudnienie nie wyrwało mnie z butów, ale dajmy mu popracować. Pamiętajmy, że Podbeskidzie było najlepsze za Roberta Kasperczyka, który ani wcześniej ani później nie odniósł spektakularnych sukcesów. A do Bielska pasował idealnie. Nigdy nie wiadomo jak kto się sprawdzi w danych warunkach. Więc dajmy czas. Marzę, żeby po ciągłych rewolucjach, Podbeskidzie przepracowało dwa sezony z rzędu z tym samym trenerem. Jeśli tak się stanie, jestem dziwnie spokojny, że kibice będą bardziej zadowoleni niż są dzisiaj. Spadek i zmiana trenera są wystarczającym trzęsieniem ziemi jak na jedno lato. Nie domagajmy się kolejnego.

 

Z nogą w głowie w aplikacji SQUID

squid-wiadomosci-i-newsy-2

Miło mi poinformować, że teksty ze „Z nogą w głowie” będzie można teraz czytać także na urządzeniach mobilnych. Wystarczy pobrać aplikację SQUID i można korzystać.

SQUID chce sprawić by najwartościowsze wiadomości były zawsze w zasięgu ręki, jednocześnie oferując szeroki wybór tematów, które użytkownik może dowolnie wybierać tworząc niepowtarzalną, spersonalizowaną, atrakcyjną wizualnie Stronę Główną. Aplikacja zbiera najciekawsze artykuły z sieci i pozwala użytkownikom być zawsze na bieżąco z najświeższymi wydarzeniami jednocześnie dając możliwość, by dzielić się nimi z najbliższymi w szybki i prosty sposób. To, co między innymi odróżnia SQUID od podobnych aplikacji, to zestaw kreatywnych narzędzi, które sprawiają, że wiadomości stają się nie tylko ciekawe, ale i zabawne.

Aplikację można pobrać w App Store i w Google Play.