Nieciecza. Stare grzechy, a nie powiew świeżości

20170322_140330

Moje początki z Niecieczą nie były łatwe. Ledwo zacząłem się tym klubem zajmować, podczas pierwszej służbowej wizyty, zaliczyłem czołowy wypadek samochodowy z jednym z miejscowych. Do dziś nie przepadam za tamtą trasą, do dziś rejestracje „KTA” omijam łukiem. Ale mimo nieprzyjemnych doświadczeń, do Niecieczy stopniowo się przekonywałem. Imponowało mi, jakie boiska i obiekty treningowe udało się tam zbudować. Z podziwem przyglądałem się pracy analityka Kamila Potrykusa, o którym słyszałem wcześniej, ale którego poznałem dopiero tam. Drony to jedno, uszyte na miarę programy komputerowe to drugie, tablety dla zawodników to trzecie. Najważniejsza w tym wszystkim była dbałość o każdy szczegół. By nic nie umknęło. By ciężko pracować. Że trener Czesław Michniewicz tak pracuje, wiedziałem już z Bielska. Ale w Podbeskidziu było wiele niesprzyjających okoliczności do budowy poważnego klubu – wtrącający się we wszystko prezydent, specyficzny prezes, absolutny brak infrastruktury. Nieciecza to co innego. Można było wierzyć, że to miejsce, w którym da się zbudować coś trwałego.

Michniewicz stworzył potwora

Polska narzekała na to, w jakim stylu Bruk-Bet gromadził punkty, ja patrzyłem z podziwem. Jesienią Michniewicz stworzył potwora. By strzelić Niecieczy gola, musiało się pomylić trzech zawodników z rzędu. Jeśli myliło się dwóch, trzeci zawsze go asekurował. Ten klub był dla mnie najlepszym dowodem, że w futbolu organizacją i dbałością o szczegóły da się zrobić bardzo dużo. I że naprawdę lepsza armia baranów dowodzona przez lwa niż odwrotnie. Krzysztof Pilarz przed przyjściem do Niecieczy był rezerwowym Cracovii. Patryka Fryca nie chciano w Wiśle, Kornela Osyry w Piaście, Mateusza Kupczaka w Podbeskidziu. Roman Gergel i Samuel Štefanik chwilę wcześniej zaliczyli spadki z ligi. Podobnie jak Sebastian Ziajka. Vladislavsa Gutkovskisa po pierwszym półroczu w Polsce można było uznawać za ligowy szrot, a nie za „białego Lukaku”. Patrik Mišak był słowackim Michałem Janotą – wszyscy mówili o jego potencjale, ale pokazywał go dwa razy na rundę. I tak częściej niż Bartłomiej Smuczyński. Dalibor Pleva, czyli rzeźnik, o którym się nie mówi, był dla mnie symbolem i twarzą tej zbieraniny. Dawid Nowak przez dwa lata nie grał w piłkę (jego pojawienie się w klubie to akurat wina Michniewicza), a Wojciech Kędziora miał na karku 36 lat. Z tej drużyny chyba tylko Artem Putiwcew, Guilherme, Vlastimir Jovanović, Bartłomiej Babiarz i może David Guba załapaliby się do podstawowych składów innych ekstraklasowych klubów. Tym składem dało się jednak zdobyć na czołowej czwórce ligi dziesięć punktów. Nawet polubiłem te wyjazdy do Niecieczy.

Rabacja na twarzach

 Pojawiały się jednak z czasem rysy na idyllicznym obrazie. Miejscowe trybuny były wiecznie niezadowolone. O tym, że na miejscu nie było presji, może mówić tylko ten, kto uważa, że presję są w stanie wytwarzać tylko karki krzyczące „jak spadniemy, zajeb…my”. Wściekli dziadkowie, narzekający po każdym zagraniu, wrzeszczący na Michniewicza, gdy tylko nie było 2:0 po dwudziestu minutach, sprawiali przykre wrażenie. Widząc ich wściekłe grymasy, rozumiałem, czym była rabacja galicyjska. Patrząc na te okoliczne pola, na których nic nie ma, na tereny, na które nikt by nigdy nie zaglądał, gdyby nie było w pobliżu ekstraklasowego klubu, wyobrażałem sobie, że ludzie będą wdzięczni, choćby ich drużyna przegrała trzydzieści meczów. Wdzięczności nie było. Widziałem głównie skrzywione twarze, narzekające na fatalny styl. Jakby to miejsce w czołówce szokowało tylko przyjezdnych, a przez miejscowych było traktowane jako oczywistość. Czy właściciele będą to w stanie wytrzymać? Czy żyjąc w tej społeczności, siedząc wśród tych ludzi, słuchając ich codziennie, będą w stanie wznieść się ponad wszystko i oceniać racjonalnie? Czy wytrzymają ciśnienie i gdy przyjdzie potrzeba, pójdą pod prąd? Czy przy ewentualnym konflikcie trenera z zawodnikami, będą na tyle twardzi, by wyrzucić zawodników?

Prawdziwie rodzinny klub

 Druga rysa pokazała się w grudniu. Razem z fotografem, byliśmy w Niecieczy z wizytą. Trener Michniewicz zgodził się pokazać nam różne klubowe zakamarki, zabrał nas na odprawę, wpuścił z aparatem do szatni (zawodnicy wyglądali na niezadowolonych). W pewnym momencie treningu ktoś z miejscowych zaczął atakować fotografa za to, że nie robi zdjęć rozgrzewających się zawodników. Byłem w szoku, nie wiedziałem, o co człowiekowi chodzi. Okazało się, że zawodnicy rozciągali się na tle loga firmy Bruk-Bet. O odpowiednie lokowanie produktu chciał zadbać Jan Pochroń, drugi trener, prywatnie brat pani prezes. W sztabie szkoleniowym odpowiadał za rozkładanie grzybków i znaczników. Podczas treningu stał na trybunie i patrzył na wszystko z góry, okiem gospodarza. W innych klubach prezesi starają się czasem mieć kogoś, kto szepnie im, czym żyje szatnia i co myśli o trenerze. W Niecieczy nie trzeba szeptać ani uprawiać fikcji. Wiedziałem, że to nie może się na dłuższą metę skończyć dobrze. Każda rozmowa, każdy grymas niezadowolenia zawodnika z trenera, na pewno były pilnie rejestrowane przez ucho pani prezes. W kluczowym momencie to się musiało zemścić. Pochroń pracował już u poprzednich trenerów. Pewnie będzie pracował też u następnych. Gabriel Starzec, wiceprezes, jest szwagrem pani prezes. To naprawdę rodzinny klub. Domyślam się, że przyjezdnym nie jest łatwo tam pracować i mieć inne zdanie niż miejscowi.

Transfer za plecami

 Trzecia rysa była już całkiem wyraźnym sygnałem, że jest źle. Gdy na początku marca zadzwoniłem do trenera Michniewicza, z pytaniem o nowo pozyskanego Słowaka Martina Mikovicia, usłyszałem, że szkoleniowiec dowiedział się o jego kupnie z 90minut.pl. Myślałem, że to sprawka dyrektora sportowego Marcina Baszczyńskiego i dowód na to, że między nim a Michniewiczem nie jest dobrze (z Mandryszem Baszczyński był skonfliktowany). Ale Baszczyński też o niczym nie wiedział. Decyzja o wydaniu blisko 200 tysięcy złotych zapadła gdzieś w klubowych gabinetach, gdzie uznano, że trener nie musi o niczym wiedzieć. A gdy nie znający się na piłce prezesi, kupują zawodników, to zwykle kończy się źle.

Nieciecza jak Sanford

 W filmie „Hot fuzz. Ostre psy”, nadgorliwy policjant zostaje oddelegowany z Londynu do spokojnego miasteczka Sanford. Na pierwszy rzut oka, w mieście panuje sielanka i nie dzieje się nic złego. Nadgorliwość policjanta pozwala jednak odkrywać całkiem poważne przestępstwa, tuszowane przez miejscowych, bo zagrażają wizerunkowi miasta, rok w rok wygrywającego plebiscyty na najspokojniejsze, najczystsze i najlepsze do życia miasto w Anglii. Z perspektywy kilku miesięcy, trochę przypomina mi to Niecieczę, która na pierwszy rzut oka wygląda na najzdrowsze miejsce polskiego futbolu, ale gdy się jej bliżej przyjrzeć, popełnia wiele grzechów niepozwalających ekstraklasie od lat pójść do przodu. Dzisiejsza decyzja o zwolnieniu Michniewicza jest tego dowodem. Ten trener gdzie indziej sobie poradzi. Zwykle radzi sobie lepiej niż kluby, które go zwalniają. Potrykus, którego w zimie zaprosił do siebie trener Middlesbrough też. A Nieciecza? Dziś już nie dałbym za nią złamanego grosza. Może tzw. efekt nowej miotły da nawet awans do grupy mistrzowskiej, ale na dłuższą metę to niczego nie zmieni. Ręczne sterowanie klubem przez działaczy nigdzie nie skończyło się dobrze, nawet jeśli przynosiło doraźne efekty.

„Takich Błaszczykowskich w niższych ligach jest na pęczki”. Czy warto stawiać na młodych Polaków z niższych lig?

Wikimedia commons

Im futbol w danym kraju zdrowszy, tym bardziej klarowny łańcuch pokarmowy. Gdy wiadomo, który klub jest producentem piłkarzy, a który konsumentem, cały system zwykle działa lepiej. W cywilizowanych piłkarsko krajach, reprezentanci kraju zwykle mają za sobą grę na szczeblach juniorskich i byli chowani w najlepszych akademiach. W najgorszym wypadku zaczynali kopać na prowincji, ale ich talent został dostrzeżony przez najlepsze akademie jeszcze, gdy byli nastolatkami. W Niemczech czy w Hiszpanii rzadko zdarzają się już przypadki, by ktoś został gwiazdą futbolu, choć nigdy nie przechwyciła go żadna reprezentacja juniorska czy akademia zawodowego klubu.

Uruchomili lawinę i postawili piwo

 To ułatwia też pozyskiwanie piłkarzy. Real Madryt czy Barcelona nie muszą wysyłać mas skautów na IV-ligowe boiska w poszukiwaniu drugiego Messiego, bo wiedzą, że gdyby w okolicy Messi się urodził, grałby już w pobliskim klubie La Liga. W założeniu Bayern zbiera najlepszych z Borussii Dortmund (czy innego mocnego niemieckiego klubu), Dortmund ze średniaków, średniacy ze słabeuszy, słabeusze z 2. Bundesligi, 2. Bundesliga z III etc. Najlepiej było to widać w lecie, gdy Schalke wzięło trenera Augsburgowi, Augsburg Darmstadt, Darmstadt II-ligowej Arminii Bielefeld, Arminia Bielefeld III-ligowemu Sonnenhof Grossaspach, Sonnenhof IV-ligowemu SV Eichede, a Eichede V-ligowemu Wedeler TSV. W ramach przeprosin za uruchomienie tej lawiny Christian Heidel, dyrektor sportowy Schalke wysłał V-ligowcowi pięćdziesiąt skrzynek piwa i zaprosił całą drużynę na mecz Schalke. Przy takim systemie to praktycznie niemożliwe, by dziś ktoś z IV ligi niemieckiej wparował do szatni Bayernu i rywalizował z Lewandowskim jak równy z równym. Jeśli ktoś wyróżnia się w IV lidze niemieckiej, zostanie co najwyżej zaproszony do rezerw Bayernu.

Błaszczykowskich jest na pęczki? 

Są powody, by sądzić, że w Polsce system szkolenia i diagnozowania talentów nie działa tak sprawnie. Albo, że na razie są dopiero jego zalążki. Dlatego u nas raz za czas zdarza się, że taki Kamil Adamek z okręgówkowego Drzewiarza Jasienica zacznie sobie przyzwoicie dawać radę tuż po transferze z ekstraklasowego Podbeskidzia Bielsko-Biała, a Jakub Błaszczykowski z IV-ligowego KS-u Częstochowa podbije Wisłę Kraków. Takie przykłady działają na wyobraźnię, dlatego kibice każdego polskiego klubu, co okienko transferowe, widząc, jak działacze ściągają kolejnych anonimowych obcokrajowców, apelują o szukanie młodych Polaków z niższych lig. „Bo takich Błaszczykowskich jest w niższych ligach na pęczki. Trzeba tylko dać im szansę”.

Czy rzeczywiście niższe ligi są aż tak bogate w talent? Czy w ogóle ma sens, by skauci klubów ekstraklasowych przeczesywali III i IV-ligowe boiska? A może wystarczy przyglądać się uważnie jedynie I lidze, która jest naturalnym rezerwuarem dla elity? Prześledziłem, jak naprawdę jest z tymi młodymi Polakami w niższych ligach. Czy ci, którzy przebili się do ekstraklasy, rzeczywiście okazywali się tacy świetni? A może lepiej sięgać po obcokrajowców?

Młodych Polaków z niższych lig w ekstraklasie nie ma wcale tak wielu. I to nie musi wcale oznaczać, że z ekstraklasą jest źle (patrz Bundesliga, La Liga). Większość graczy ekstraklasowych, zanim do niej trafiła, otrzaskała się albo z I ligą (jej nie traktuję jako „niższej”, a jako bezpośrednie zaplecze ekstraklasy), albo z rezerwami klubu ekstraklasowego, albo z jego najstarszymi drużynami juniorskimi, albo w ogóle została wychowana przez kluby ekstraklasy. Trzymałem się też słowa „młodzi”, dlatego nie brałem pod uwagę graczy, którzy trafili do ekstraklasy bezpośrednio z niższych lig, mając więcej niż 21 lat. Szukałem wypisz-wymaluj karier według modelu Błaszczykowskiego. Z niższych lig prosto do ekstraklasy, jeszcze jako młodzieżowcy. Oczywiście, niektórzy z nich mogą mieć dzisiaj po 30 lat. Liczyło się to, w jaki sposób za pierwszym razem trafili do ekstraklasy.

Liderzy z Poznania i Warszawy

 Aktualnie w ekstraklasie gra 35 takich zawodników. Najwięcej (po pięciu) – o dziwo – w Lechu i Legii. W Poznaniu występują Dariusz Dudka (Celuloza Kostrzyn nad Odrą/IV liga), Maciej Gajos (Raków Częstochowa/II liga), Radosław Majewski (Znicz Pruszków/III liga), Maciej Makuszewski (Wigry Suwałki/II liga) i Szymon Pawłowski (Mieszko Gniezno/III liga). W Legii Łukasz Broź (Kmita Zabierzów/III liga), Maciej Dąbrowski (Victoria Koronowo/III liga), Artur Jędrzejczyk (Igloopol Dębica/IV liga), Michał Pazdan (Hutnik Kraków/III liga) i Michał Kucharczyk (Świt Nowy Dwór Mazowiecki/II liga). Biorąc pod uwagę, że to w większości znaczące nazwiska najsilniejszych drużyn w kraju, mógłby to być solidny argument za szukaniem graczy w niższych ligach. Proponowana najsilniejsza jedenastka wyszukanych w II lidze lub niżej wygląda tak:

 najlepsi

 Takim składem można by pewnie bić się o mistrzostwo Polski. Zwłaszcza że ławka rezerwowych też byłaby całkiem solidna. Jest też jednak druga strona medalu. Z wyciągniętych za młodu z niższych lig można by skleić skład, który z całą pewnością spadłby z ekstraklasy. A trzeba pamiętać, że i tak mówimy o elicie. Większości zawodników z niższych lig, którzy w ostatnich latach trafili do ekstraklasy, już w niej nie ma, bo zostali zweryfikowani negatywnie.

najgorsi 

Nie każdy wyciągnięty z niższej ligi staje się Błaszczykowskim. Ani nawet nie Kucharczykiem. Byłoby za prosto.

 Inna sprawa to zarabianie na transferach piłkarzy znalezionych w niższych ligach. Panuje przekonanie, że w łatwiej polskiemu klubowi zarobić na Polaku niż na obcokrajowców. To może być prawda, ale niekoniecznie dotyczy Polaków wyszukanych w niższych ligach. Spośród 51 transferów z ekstraklasy droższych niż milion euro (wg transfermarkt.de), dziewięć dotyczyło piłkarzy wyszperanych w niższych ligach:

Untitled 

Cudzoziemcy są pod tym względem nieznacznie lepsi. Za więcej niż milion euro odeszło z polskich klubów jedenastu z nich. W czołowej dziesiątce najwyższych transferów w historii ligi jest dwóch graczy znalezionych w niższych ligach i czterech ściągniętych z zagranicy.

Untitled-2 

Na zagranicznych piłkarzach da się więc zarabiać nie gorzej niż na młodych Polakach z niższych lig. Jeśli chodzi o jakość zespołu, obcokrajowcy wypadają w ekstraklasie dość podobnie do rodzimych graczy niskoligowych. Taki skład też mógłby się liczyć w walce o mistrzostwo Polski. Dałoby się jednak spokojnie skleić zagraniczną ekipę, która spadłaby z ligi.

 zagraniczni

 Zasadniczym problemem w porównaniach młodych Polaków z niższych lig i piłkarzy z zagranicy jest zupełnie inna skala, co dobrze obrazuje minione okienko transferowe. Kluby ekstraklasy ściągnęły łącznie dwóch młodych Polaków z niższych lig – Zagłębie Lubin pozyskało Radosława Dzierbickiego i Bartosza Slisza z II-ligowego ROW-u Rybnik. Równolegle wszystkie kluby najwyższej ligi ściągnęły 33 obcokrajowców. W poprzednich okienkach proporcje wyglądały bardzo podobnie. Skoro do polskiej ligi trafia co okienko ponad 15 razy więcej zawodników z zagranicy niż z niższych lig, można się spodziewać, że uda się z nich uzbierać lepszą jedenastkę i kilku najlepszych sprzedać drożej.

Na młodych trzeba czekać

 O ile okazuje się, że z zawodników z niższych lig da się utworzyć podobnie silną jedenastkę, co z piłkarzy zagranicznych i sprzedać ich równie drogo, o tyle problemem dla lobby szukającego młodych Polaków jest to, ile czasu zajmuje im dorośnięcie do poziomu ekstraklasowego. Jakub Błaszczykowski zaczął w zmierzającej po mistrzostwo Wiśle grać od razu po transferze z IV ligi. Ale to absolutny wyjątek. Z proponowanej wcześniej najlepszej jedenastki, Łukasz Załuska, Artur Jędrzejczyk i Maciej Dąbrowski przebijali się do podstawowego składu w ekstraklasie cztery lata od pierwszego pojawienia się w niej, Mateuszowi Cetnarskiemu zajęło to rok, a Szymonowi Pawłowskiemu i Jarosławowi Niezgodzie pół roku. Droga od przebicia się do podstawowego składu, do zostania gwiazdami ligi, trwała jeszcze dłużej, co najlepiej widać po Pazdanie, który trafił do ekstraklasy jako 20-latek, a etatowym reprezentantem kraju został dopiero, zbliżając się do trzydziestki. Młodzi z niższych lig często mają potencjał na ekstraklasę, ale zwykle pozyskując ich, trzeba się liczyć z tym, że minie kilka lat, kilka wypożyczeń, zanim zaczną go przywoływać. To rzadko kiedy wzmocnienia „na już”. Obcokrajowcy mają pod tym względem znaczną przewagę. Poza tym zwykle są tańsi. Dla ledwo wiążących koniec z końcem klubów, myślących na pół roku do przodu, zdecydowanie bezpieczniej jest nie słuchać lamentów kibiców i ściągać tanich, gotowych obcokrajowców.

Zagłębie ma czas

 Dlatego nie dziwi, że jedynym klubem, który tej zimy pozyskał graczy z niższych lig, jest akurat Zagłębie. W Lubinie patrzą na kilka lat do przodu. Nikt nie oczekiwał od Slisza i Dzierbickiego, że pomogą Zagłębiu dostać się do pierwszej ósemki. Być może w tym sezonie nawet nie zadebiutują. Być może wkrótce zostaną wypożyczeni do jakiegoś Chrobrego Głogów. Ale obaj dają nadzieję, że za kilka lat będą porządnymi piłkarzami. Niestety, niewiele polskich klubów stać na tak cierpliwe, długofalowe działanie. Sięganie po młodzież z niższych lig jawi się bardziej jako przywilej bogatych niż jako ostatnia nadzieja  biednych.

Moja historia Hull City

hull

2014 – FK AS Trenczyn – Hull City. Ja, Dave i mama. Phil robi zdjęcie.

Że akurat Hull City stało się od tego tygodnia jednym z najpopularniejszych angielskich klubów w Polsce, w ogóle mnie nie zdziwiło. Przyzwyczaiłem się.

 Nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie razy przeczytałem w dzieciństwie Robinsona Kruzoe. Na pewno to liczba dwucyfrowa. Znałem tę książkę na tyle dobrze, że gdy w 2006 roku zobaczyłem w tabelkach lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” drużynę Hull City, która dopiero co awansowała do League Championship, skojarzyłem, że Robinson Kruzoe wypływał właśnie z tego miasta. Co sprawiło, że zacząłem czuć dyskretną sympatię do tego klubu i cieszyłem się, gdy w tabelce mogłem jej dopisywać trzy punkty. Miałem czternaście lat.

 Dwa lata później założyłem bloga. Hull właśnie po raz pierwszy awansowało do Premier League. Gdy się mu dokładniej przyjrzałem, okazało się, że to klub wręcz skrojony pode mnie. Wychowany na bardzo obskurnym wtedy stadionie bardzo prowincjonalnego wtedy Podbeskidzia Bielsko-Biała, nie mogłem nie poczuć sympatii do klubu pochodzącego z miasta, które regularnie wygrywało rankingi najgorszych do życia w Anglii, w którym królowały stocznie, rafinerie, nad którym miał się rozciągać dym, a jedynymi jasnymi stronami miały być fabryka czekolady i charakterystyczne, jedyne takie w Anglii, kremowe budki telefoniczne. Dodatkowo, absolutnego beniaminka Premier League podejrzewano o to, że będzie najsłabszą drużyną w historii tych rozgrywek. Gdy na inaugurację niespodziewanie wygrał, Gary Lineker w „Match of the day” powiedział: „Zwykle nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, bo nie ma to większego sensu, ale tym razem robimy to specjalnie dla fanów Hull City”. „Tygrysy” były wtedy w strefie pucharowej. Gdy we wrześniu, trzy miesiące po tym, jak zacząłem prowadzić „Z nogą w głowie”, ograły na wyjeździe Arsenal, napisałem o nich pierwszy tekst. To były czasy, gdy bloga odwiedzali tylko mama i dziadek, których serdecznie pozdrawiam. Tamten tekst skomentował jednak także Michał Pol, co rozpoczęło mailową korespondencję (na pewno będę ją pokazywał wnukom) i blogową znajomość 16-latka z bardzo znanym dziennikarzem, która pięć lat później doprowadziła mnie do „Przeglądu Sportowego”. Nie wiem, czy zostałbym dziennikarzem, gdyby Hull nie ograło wtedy Arsenalu. Być może tak, ale nie jest to pewne.

 W 2009 roku, jako 17-latek, pierwszy raz byłem w Londynie. Akurat ruszał sezon Premier League. Liczyłem, że na którymś z londyńskich stadionów, uda mi się być. Okazało się, że Chelsea grała u siebie akurat z Hull. Siedziałem w koszulce Hull, którą mama wcześniej przywiozła mi z rywalizującego z „Tygrysami” Leeds, pomiędzy kibicami Chelsea. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, przez którego Petr Cech od lat gra w czapeczce. Patrzyłem jak ładuje im bramkę, widziałem jak Didier Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak młyn Chelsea zawołał w kierunku kibiców Hull: „Going down, going down”. Miał rację. W drugim sezonie po awansie, Hull spadło z Premier League.

 Moje związki z Hull dopiero się jednak zaczynały.

davephil

 W 2011 roku, akurat tuż przed maturą, Podbeskidzie grało u siebie w ćwierćfinale Pucharu Polski z Wisłą Kraków najważniejszy mecz w historii klubu. W dniu meczu, kolega z biura prasowego, przekazał mi, że na trybunach będzie dwóch kibiców Hull City. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie słyszałem, żeby w Bielsku-Białej na meczu byli fani jakiegokolwiek innego angielskiego klubu. Mogli być fanami Scunthorpe, Plymouth czy Nottingham, ale przyjechali akurat z Hull. Idąc na stadion, spakowałem koszulkę Hull. Łatwo odszukałem ich na trybunach. Gdy zobaczyli w mieście na końcu Polski, którego nazwy nie potrafili wymówić, gościa z koszulką ich prowincjonalnego angielskiego klubu, szczęki im opadły. To nie Manchester United. Oni też nie byli przyzwyczajeni, że ktokolwiek poza Hull, interesuje się Hull. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Podbeskidzie wygrało z mistrzem Polski, co oni zresztą przepowiedzieli.

hullpokoj

Ten pokój naprawdę istnieje. W Hull, w domu Phila.

 To już sześć lat, odkąd do domu przychodzą pocztą na każdą okazję i bez okazji programy meczowe, koszulki, szaliki, proporczyki i wszelkie możliwe gadżety związane z Hull. Dave i Phil od tego czasu byli w Polsce na meczach Podbeskidzia we Wrocławiu ze Śląskiem i w Bielsku-Białej z Ruchem Chorzów. Poznali całą rodzinę. Ja byłem u nich na meczu Hull City z Crystal Palace, dzięki czemu wiem, że to, co pisałem w 2008 roku o tym mieście było kompletną nieprawdą. Dla kogoś, kto uwielbia budynki z czerwonej cegły, Hull jest przepięknym miastem. Ja uwielbiam. Nie ma żadnych rafinerii, gęstszy dym unosi się nad polskimi miastami, a opinia o samym Hull bardzo zmieniła się także w Anglii. W 2017 roku Hull nie jest już najgorszym miastem w kraju. Jest za to angielską stolicą kultury. Hull okazało się też całkiem niezłą drużyną. Choć ciągle przeżywa turbulencje, choć było na skraju bankructwa, choć egipski właściciel chciał zmieniać nazwę, choć nadal jest chłopcem do bicia w Premier League, już trzy razy wchodziło do najwyższej ligi. Miało też sukcesy w innych rozgrywkach. Na półfinał Pucharu Anglii, Dave i Phil ściągnęli mnie na Wembley.

hull

Przegrany finał z Arsenalem, dał pierwszy w historii awans do europejskich pucharów. Hull mogło trafić na rywala od zachodu Portugalii, po wschód Kazachstanu. Wylosowało jednak oczywiście słowacki FK AS Trenczyn, który grał na stadionie w Żylinie, półtorej godziny od Bielska-Białej. Na meczu byliśmy już całą polsko-angielską grupą.

 Do dopełnienia całej polsko-angielskiej historii integracji, brakowało tylko polskiego zawodnika. Wiele lat temu, bliski transferu do Hull był Marcin Wasilewski. Jednak kilka dni po tym, gdy rozpoczęły się rozmowy, Axel Witsel złamał Polakowi nogę i wykluczył go z gry na dwa lata. Teraz wreszcie się udało. Dlatego mam do Kamila Grosickiego uprzejmą prośbę: nie zawiedź. Dzień po transferze, Dave już zaopatrzył się w stosowną koszulkę.

dave

Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

Sake i dirndl. Jak gracz Milanu chce zbudować na austriackiej prowincji nową potęgę

Wikimedia Commons

Ilekroć schodziło na studiach na temat Austrii, wykładowca historii politycznej, przestrzegał, by „nie ufać narodowi, który wmówił światu, że Hitler był Niemcem, a Beethoven Austriakiem”. Austriacy sami też nie ufają. Inwestorom, którzy ogłoszają, że zbudują u nich piłkarskie potęgi. Mają w zanadrzu wiele przykładów nakazujących sceptycyzm. W 1999 roku amerykański bogaty właściciel miał podbić Europę z klubem, który przemianował na Flash St. Poelten. Miesiąc po przejęciu go, trafił do więzienia. Cztery lata później Austrię Salzburg mieli przejąć szejkowie, którzy nigdy się jednak w mieście Mozarta nie pojawili. Zamiast nich przyjechał Dietmar Mateschitz, zmienił nazwę klubu, stadionu, herb i barwy na związane ze swoim napojem energetycznym i rozpoczął epokę Red Bulla w europejskim futbolu. Choć klub zdobył od tego czasu już siedem mistrzostw Austrii, trudno go uznać za historię sukcesu. Nigdy nie awansował do Ligi Mistrzów, zawsze tracąc awans w niezwykłych okolicznościach, jak przez lata polskie drużyny. Dziś, po awansie siostrzanego RB Lipsk do Bundesligi, jest już tylko jego farmą talentów. Samodzielną kuźnią, która będzie pokazywać swoich najzdolniejszych piłkarzy na europejskich salonach, ma się za to stać SV Horn, czyli kolejny rozkręcany na austriackiej ziemi projekt służący podbojowi świata. Przez Japończyków.

Idealny kanał przerzutowy

 Idea nie jest nowa. W 2001 roku, Jean-Marc Guillou, Francuz i uczestnik mundialu z 1978 roku, którego asystentem w Cannes był Arsene Wenger, został trenerem belgijskiego Beveren. Rok później objął też funkcję dyrektora sportowego. Mimo skromnych możliwości finansowych, miał na klub pomysł. Chciał wykorzystać go jako kanał przerzutowy dla zdolnych chłopaków ze swojej szkółki ASEC Mimosas, którą założył w 1994 roku w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Młodzi Afrykanie mieli w przyjaznym sobie środowisku, bez wielkiej presji, przyzwyczajać się do europejskiego futbolu i stylu życia, a po okrzepnięciu przechodzić do lepszych klubów z bogatszych lig. Beveren miało zarabiać na ich transferach. Przez klub przewinęli się przez lata tacy gracze jak Yaya Toure, Emmanuel Eboue (ex Arsenal), Gervinho (ex Arsenal), Arthur Boka (ex Stuttgart), Koffi Romaric (Sevilla), Gilles Yapi-Yapo (Nantes). Momentami belgijski klub miał nawet czternastu iworyjczyków w składzie i bardzo przyczynił się do powstania złotej generacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Eksperyment, podobnie jak współpraca z Arsenalem, na podstawie której Anglicy mieli prawo pierwokupu i wypożyczania graczy Beveren, wzbudzał kontrowersje wśród rywali. Sami Belgowie chcieli, by zespół był bardziej oparty na miejscowych. W 2006 roku Guillou odszedł i ścisłe związki Beveren z Wybrzeżem Kości Słoniowej zakończyły się. Wkrótce potem klub zbankrutował. Ale pamięć o tym modelu biznesowym przetrwała.

Zbudować japońskie Beveren

W 2015 roku japońskie konsorcjum Honda Estilo, składające się z agencji menedżerskiej i 65 komercyjnych szkółek piłkarskich, szukało klubu, który mógłby się stać „japońskim Beveren”, czyli pozwalał przerzucać do Europy młodych Japończyków, przyzwyczajać ich do tutejszej piłki i kultury i sprzedawać z zyskiem. Większościowym udziałowcem i twarzą konsorcjum był Keisuke Honda, pomocnik AC Milan, mający w swoim kraju status zbliżony do gwiazd popu. Idealnym miejscem, do ulokowania japońskiego kapitału, okazała się liga austriacka, ze swoim mało konkurencyjnym rynkiem piłkarskim. Jako że kraj jest mały, by dostać się do najwyższej ligi, nie trzeba pokonywać wielu szczebli rozgrywkowych. Sama austriacka Bundesliga liczy tylko dziesięć zespołów, z których prawie połowa ma prawo gry w europejskich pucharach. Posiadanie klubu w Austrii pozwala relatywnie szybko dojść do rozgrywek UEFA. Japończycy próbowali po omacku trafić do różnych klubów. Składali oferty Wackerowi Innsbruck czy Wiener Neustadt. Kwoty, które usłyszeli, były jednak dla nich za wysokie, a kluby nie były właścicielami stadionów, na których grały.

Pomógł dawny asystent

 Z pomocą przyszedł Masami Morass. Japończyk był kiedyś asystentem trenera w prowincjonalnym, niskoligowym SV Horn. Później pracował jako tłumacz Volkera Finkego w Urawie Red Diamonds. Gdy usłyszał, że Honda Estilo szuka klubu do zainwestowania, polecił SV Horn. Tam Japończycy zostali przyjęci entuzjastycznie. Poza tym, Horn grało na własnym stadionie, a w promieniu siedemdziesięciu kilometrów nie ma żadnej drużyny zawodowej. Ponadto, miasto leży daleko od Wiednia, a pochodzi z regionu mającego trzysta tysięcy ludzi. Ma więc teoretyczną szansę zdobyć publikę. Nie przez przypadek miasto nazywa się Horn, jak przylądek, który długo podejrzewano o to, że jest końcem  świata. Honda Estilo kupiło więc 49 procent udziałów w SV.

Trochę Japonii w Horn

 To chichot losu, że sceną kolejnej historii o globalizacji i wielokulturowości w futbolu, stał się wiejski, prowincjonalny region Austrii, będący matecznikiem nacjonalistycznej partii FPÖ. Liczące 6800 mieszkańców miasteczko entuzjastycznie przyjęło jednak inwestorów. Miejscowy klub, istniejący od 1922 roku (jak Bruk-Bet Termalica Nieciecza!), w latach największej świetności grał w II lidze. Dziś, około 50 tysięcy Japończyków ogląda przez internet ich II-ligowe mecze, zarywając w tym celu noce. To dzięki miłości do Hondy (Keisukego). Sponsorem technicznym II-ligowca jest japońska firma Mizuno. Na rękawkach koszulek meczowych reklamuje się japońska firma produkująca materace. Na stadionie jest też reklama biura podróży z Tokio. Zdarzyło się już też, że w przerwie spotkania, na stadionie w Horn występowała znana japońska śpiewaczka operowa, ubrana w Dirndl (strój żeński m.in. z Oktoberfestu), która wykonała starą wiedeńską piosenkę „Na Praterze znów kwitną kwiaty”. Na stadionie można też kupić japońskie przekąski, jak słodkie mięsne kuleczki.

Centrum miasteczka/Wikimedia Commons

Liga Mistrzów za 3,5 roku

 Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną, klub przypomina – bez mała – Bośnię i Hercegowinę. Wszelkie stanowiska są obsadzane podwójnie – Japończykiem i Austriakiem. Nawet rzecznika prasowego. W końcu Austriak mógłby mieć problem z prowadzeniem strony internetowej i kanałów społecznościowych po japońsku. Najważniejszym Japończykiem w klubie jest Youji Honda, dwa lata starszy kuzyn pomocnika Milanu, który chętnie opowiada o planach swojego krewnego. – W pięć lat chcemy awansować do Ligi Mistrzów. Nic się w tej kwestii nie zmienia. Oprócz tego, że jesteśmy tu już od półtora roku, czyli zostaje nam 3,5 roku. Świadomie postawiliśmy sobie wysokie cele. Chcemy tu coś zbudować. Nawet, jeśli nie uda się utrzymać pięcioletniego tempa – mówi. Może się nie udać, bo – po awansie do II ligi – SV Horn na razie walczy o utrzymanie i nie ma szans na awans już w tym roku. Ale jeśli się uda w przyszłym, pozostaną dwa lata na okrzepnięcie w Bundeslidze i atak na Ligę Mistrzów.

Podwójny dyrektor sportowy

 Od kwietnia zeszłego roku, w klubie pracuje Masanori Hamayoshi, pierwszy japoński trener w austriackim futbolu. Wcześniej pracował w J-League, japońskiej ekstraklasie, w Nagoya Grampus Eight. W kadrze ma do dyspozycji sześciu rodaków. W tym Shuichiego Gondę, który był trzecim bramkarzem Japonii na mundialu w 2014 roku. Pozostali japońscy piłkarze Horn są zdecydowanie młodsi i mniej znani – mają mniej niż 21 lat. Niektórzy pochodzą ze szkółek Honda Estilo. Oprócz nich, w drużynie są też Austriacy, Koreańczyk, Holendrzy i Chorwaci. Naturalnie, podwójnie obsadzona jest też pozycja dyrektora sportowego. Taku Omoto odpowiada za transfery z rynku japońskiego czy też szerzej azjatyckiego, 22-letni Marc-Kevin Prisching monitoruje rynek austriacki i europejski.

Honda kocha Horn 

 Zawodnicy na razie są sprowadzani, ale z czasem mają też być wychowywani. SV Horn już dziś dysponuje świetną infrastrukturą. Ma stadion na 3500 osób – choć Ligę Mistrzów planuje grać jednak w Wiedniu – na którym od niedawna pojawiły się loże. Obok niego, znajduje się centrum treningowe, z czterema boiskami. 50 kilometrów od Horn, w Hollabrunn, mieści się akademia, która wychowała m.in. Davida Alabę. Dziś jest już własnością SV Horn i to dla tego klubu ma produkować piłkarzy. Nad całością abstrakcyjnego projektu czuwa z Mediolanu Keisuke Honda, który – wedle zapewnień kuzyna – „kocha Horn”. Póki co, zainwestował w klub 3-5 milionów euro. Dwa razy już odwiedził miasteczko. Zawodnika, którego kibice wybrali najlepszym w rundzie, zaprosił na mecz AC Milan na San Siro. Mówi, że „kiedyś marzeniem każdego japońskiego dziecka będzie gra w SV Horn”. Jakkolwiek absurdalnie to dziś brzmi, bardzo możliwe, że już za kilka lat, chcąc kupić japońskiego piłkarza, europejskie kluby, zamiast jeździć do Osaki, będą wysyłać skautów na austriacką prowincję. Tam, gdzie na trybunach, zamiast piwa, leją do plastikowych kubeczków sake.

O co naprawdę gra ekstraklasa

statistics-706383_640

Teraz trochę się uspokoiło, ale to cisza przed burzą. Już za dwa tygodnie, od 9 stycznia, gdy większość drużyn ekstraklasowych wznowi przygotowania, zaatakuje nas lawina deklaracji trenerów, piłkarzy i działaczy wszystkich drużyn. Ci, którzy zimują poniżej ósmego miejsca, zapewnią, że „straty są minimalne i jeszcze nic straconego, a po zimowych korektach w składzie, wyleczeniu kontuzji przez kilku zawodników oraz – koniecznie – dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym, udowodnią, że potrafią grać w piłkę.” Ci od ósmego miejsca w górę zaznaczą, „że muszą zachować czujność, bo jeszcze nic nie wygrali i cieszyć się będą dopiero po trzydziestej kolejce. Na razie muszą te punkty wybiegać”.

 Być może jedni i drudzy mają rację. Uznanie, że większość drużyn ma już jasność, co do tego, w której grupie zagra po podziale punktów, może zabrałoby trochę frajdy. Być może komuś uda się wygrać dziesięć meczów z rzędu. Być może będzie to Górnik Łęczna. To ekstraklasa. Nie ma się co przekonywać, że to niemożliwe. Ale mało prawdopodobne. Przygotujmy się merytorycznie na to, co jest prawdopodobne. Trzy sezony ekstraklasy w obecnym systemie to wprawdzie na tyle mało, że można się obawiać, iż pewne ekstrema jeszcze przed nami, ale na tyle dużo, by spróbować poszukać pewnych prawidłowości.

 Ile punktów potrzeba, by awansować do grupy mistrzowskiej?

 Trenerzy zawyżają tę granicę, bo chcą utrzymać u swoich piłkarzy czujność. W rzeczywistości, by myśleć o awansie do ósemki trzeba zgromadzić minimum 38 punktów. Na podstawie poprzednich sezonów, całkowitą pewność daje 41 punktów. Całkowitą pewność, czyli – jeszcze się nie zdarzyło, by 41 punktów nie wystarczyło.

 Czy tabela w tym roku jest spłaszczona bardziej niż zwykle?

 Mamy tendencję, by oceniać w danym sezonie ligę jako wyjątkowo wyrównaną, jakby zapominając, że w zeszłym roku była nie mniej wyrównana. I w jeszcze poprzednim. By to sprawdzić, porównałem różnice punktowe między drużynami z ósmego i piętnastego (nie szesnastego, by wykluczyć ekstremum) po 20 kolejkach sezonu. Dziś ta różnica wynosi osiem punktów. Tyle samo, co przed dwoma sezonami. O trzy mniej niż przed trzema sezonami, ale o trzy więcej niż przed sezonem. Co oznacza, że obecny sezon, jeśli chodzi o wyrównanie, mieści się w normie. Dodając do tego informację, że ósmy zespół na tym etapie sezonu ma pomiędzy 24 a 28 punktów (aktualnie 26), można spokojnie podejrzewać, że tak, jak w poprzednich latach, wynik w granicach 40-41 punktów da awans do grupy mistrzowskiej. Wygląda na to, że może być potrzebne minimalnie więcej punktów niż przed rokiem (wystarczyło 38). Zeszły sezon naprawdę był bardziej wyrównany niż zwykle.

Na ile tabela po 20 kolejkach odzwierciedla tabelę po 30 kolejkach?

 Bardzo mocno. Dokładnie w 87,5 procenta. Co roku siedem zespołów zajmujących miejsce w ósemce po 20 kolejkach, wchodzi do grupy mistrzowskiej. Co roku wypadał jeden.

Wszystkie zebrane informacje pozwalają wyprowadzić pięć niezmiennych reguł systemu ESA 37:

  1. Kto po 20 kolejkach ma więcej niż 30 punktów, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  2. Kto po 20 kolejkach jest w pierwszej piątce ligi, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  3. Kto po 20 kolejkach ma mniej niż 23 punkty, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  4. Kto po 20 kolejkach zajmuje miejsce gorsze niż dwunaste, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  5. Kto po 20 kolejkach traci więcej niż cztery punkty do ósmego miejsca, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.

 Zgodnie z tymi regułami, Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Bruk-Bet Termalica Nieciecza (!) i Lech Poznań zagrają w maju w grupie mistrzowskiej. Bardzo bliskie tego jest Zagłębie Lubin, które wprawdzie osiągnęło liczbę punktów odpowiednią, by mieć pewność, ale jednak zajmuje szóste miejsce. A w dwóch z trzech poprzednich sezonów, szósty zespół po 20 kolejkach, lądował w grupie spadkowej. W Lubinie muszą zachować trochę ostrożności, ale bez przesady.

Analogicznie – Cracovia, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów zagrają w grupie spadkowej. O ile w dwóch ostatnich przypadkach to dość oczywiste, trener, piłkarze i właściciel „Pasów” sprawiają wrażenie takich, którzy rzeczywiście wierzą, że jeszcze zdążą odrobić posiane na jesień punkty. Historia poprzednich lat nie daje im na to szans.

 Pewne złudzenia, ale niezbyt duże, mogą mieć w Gliwicach (Piast ma za mało punktów i za niską pozycję, by myśleć o ósemce, ale jego czteropunktowa strata do ósmego miejsca daje jeszcze pewną nadzieję) i Wrocławiu (za mało punktów, ale odpowiednia pozycja i nie za duża strata).

 Rzeczywistą walkę o grupę mistrzowską stoczą w dziesięciu pozostałych do końca sezonu kolejkach Pogoń Szczecin, Arka Gdynia, (jedna z nich na pewno wejdzie do grupy mistrzowskiej), Korona Kielce, Wisła Kraków i Wisła Płock. Tylko dla tych pięciu drużyn, walka będzie się toczyć o najwyższą stawkę, bo ich los balansuje na krawędzi. Pozostałe jedenaście zespołów, choć głośno tego nie powie, gra tylko o jak najlepszą pozycję i formę przed fazą finałową.

Thiago Cionek: jak można grać w Lotto Ekstraklasie? Dni Biznesu w Sporcie znowu udane

Bardzo lubię Dni Biznesu w Sporcie. W ostatnich latach także dlatego, że można na nich zobaczyć ludzika Z nogą w głowie w takim towarzystwie:

Ale na tym zalety konferencji, organizowanej co roku w grudniu na warszawskiej SGH, się nie kończą.

Usłyszałem kiedyś opinię, że jeśli z książki zapamiętasz choćby jedno zdanie, i tak warto było ją przeczytać. Staram się o tym pamiętać, ilekroć nadchodzi możliwość – najpierw tylko jako uczestnik, a w ostatnich latach także jako dumny patron medialny – wziąć udział w Dniach Biznesu w Sporcie. Bo jechać w środku tygodnia do Warszawy, zamiast siedzieć w spokoju w domu, pisać teksty po kątach, zamiast przy wygodnym biurku, to może nie jest kusząca perspektywa. Ale to złudne. Co roku warto. Kilka edycji temu chłonąłem wszystko jak gąbka. Rok temu nie byłem w stanie przyjechać w ogóle, teraz mogłem tylko na jeden dzień, który i tak – z racji obowiązków zawodowych – ograniczył się jedynie do trzech prelekcji. Jednak niezmiennie warto. Dla tego jednego kontaktu, dla jednego poznanego osobiście czytelnika, dla jednej usłyszanej historii.

 Co jest w tym wszystkim najfajniejsze, tuż po wyjściu z budynku SGH, nigdy nie wiem, co się okaże taką historią czy kontaktem. Dwa lata temu nie wiedziałem, że – nagrany w budynku C warszawskiej uczelni – wywiad z Tomaszem Majewskim pozwoli mi po raz pierwszy wskoczyć na pierwszą stronę „Przeglądu Sportowego”. Na Dniach Biznesu w Sporcie poznałem obecnego rzecznika Wisły Kraków, z którym dziś na co dzień pracuję, dzięki Dniom Biznesu w Sporcie dowiedziałem się, jak niesamowitą historię życia miał Rafał Sonik i zdobyłem numery do marketingowców klubów z drugiego końca Polski, których w innych okolicznościach bym nie miał. A przecież nigdy nie wiem, którego dnia taki kontakt okaże się kluczowy.

 Dlatego w tym momencie nie wiem, która z poznanych dziś osób i wysłuchanych historii kiedyś zaprocentuje. Wiem tylko, że któraś tak. Z zainteresowaniem wysłuchałem chociażby wystąpienia Wojciecha Szaniawskiego z Arskom Group, dzięki któremu m.in. Grzegorz Krychowiak funkcjonuje dziś w naszej świadomości jako wojownik i zarazem jeden z najbardziej eleganckich polskich piłkarzy (a kilka lat temu w ogóle nie funkcjonował w świadomości większości). Ale oprócz wielkich słów, liczy się też zgrabne zdanie do wynotowania i zapamiętania. U Szaniawskiego wynotowałem: „Jak cię nie ma w Google, to cię nie ma w og’le”. Zgrabne.

Gdybym nawet jednak nie miał z Dni Biznesu w Sporcie żadnej innej korzyści, pojechałbym tam tylko dla kadrowej anegdotki Łukasza Wiśniowskiego, współtwórcy sukcesu PZPN-owskiego portalu „Łączy Nas Piłka”. Jeden z ekstraklasowych kadrowiczów zapytał kiedyś Thiaga Cionka, jak on w ogóle może grać w lekko już obciachowych korkach firmy Lotto, których nikt inny nie używa. – A jak można grać w Lotto Ekstraklasie? – skontrował Cionek. Jedno zdanie, a jak wiele pozytywnego o nim powiedziało. To też sztuka.

Dlatego czy mnie SGH-owcy za rok zaproszą, czy nie, czy będą chcieli, żebym był patronem medialnym, czy nie, i tak pojadę. Jestem nikim, by mądrzyć się, na czym polega dziennikarstwo, ale w moim rozumieniu m.in. na pisaniu ciekawych historii o ciekawych ludziach. Dni Biznesu w Sporcie bardzo to ułatwiają, zbierając co roku w jednym miejscu, na kilka dni, grono ciekawych ludzi z ciekawymi historiami.

Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.