Który sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy (i dlaczego nie drugi)?

calculator-723917_640

W czołowej ósemce ekstraklasy jest po rundzie jesiennej dwóch zeszłosezonowych beniaminków – Bruk-Bet Termalica Nieciecza i Zagłębie Lubin. Leicester City został mistrzem Anglii w drugim sezonie po awansie do Premier League. A jednak jedna z obiegowych, odwiecznych „prawd” futbolu mówi, że dla beniaminka najtrudniejszy jest drugi sezon po awansie. Powtarzają to trenerzy, piłkarze i eksperci przed rozpoczęciem każdego sezonu. Tłumaczy się, że od razu po awansie drużyny „na fantazji” i „efekcie zaskoczenia” notują często wyniki ponad stan, później euforia opada, rywale uczą się grać przeciwko nowym przybyszom, wreszcie najlepsi piłkarze zostają rozkupieni przez bogatszych i w drugim sezonie po awansie wszystko się rypie. Tak powtarzamy. A czy naprawdę się rypie? Prześledziłem losy wszystkich beniaminków ekstraklasy i pięciu najsilniejszych lig europejskich w XXI wieku, by sprawdzić, czy to, co notorycznie powtarzamy, ma coś wspólnego z rzeczywistością.

 Nie ulega wątpliwości, że beniaminkowie generalnie nie mają lekko. Blisko połowa z nich (46%), opuszcza ligę w ciągu dwóch sezonów od awansu. Z drugiej strony, ta szklanka jest też do połowy pełna. 54% z nich gra w najwyższej lidze przez przynajmniej trzy sezony. Trzeba zaznaczyć, że te statystyki znacząco zawyża polska ekstraklasa. Funkcjonuje u nas powiedzenie, że trudniej awansować do ekstraklasy, niż się w niej utrzymać. I tylko w polskich warunkach takie powiedzenie ma rację bytu. Liczby pokazują wyraźnie, że różnica pomiędzy dwiema najwyższymi klasami rozgrywkowymi jest w Polsce relatywnie najniższa.

 Fałsz: Drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy

 Obiegowa prawda dramatycznie nie zgadza się z rzeczywistością. W żadnej z sześciu badanych lig, drugi sezon po awansie nie był najtrudniejszy. W każdej z nich, zdecydowanie najtrudniej przetrwać pierwszy rok. W Polsce 18% beniaminków od razu spada z ligi. To niedużo, ale w żadnym innym sezonie „śmiertelność” nie jest tak wysoka. W Europie widać to jeszcze wyraźniej. We Włoszech i w Hiszpanii blisko 1/3 klubów spada tuż po awansie (29%), w Niemczech i Francji odpowiednio 37 i 39%, a w Anglii aż w 40% przypadków rok po euforii, jest stypa. Wniosek: jeśli ktoś zamierza ugruntować pozycję w lidze, największą czujność powinien zachować tuż po największym sukcesie. Element zaskoczenia, „powiew świeżości” i inne bajki ekspertów, zwykle się nie sprawdzają.

 Prawda: Dla tych, którzy przetrwali pierwszy sezon, drugi jest trochę trudniejszy

 To prawda, choć nie aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Kto już przetrwał pierwszy sezon, jest na najlepszej drodze do sukcesu. W drugim roku po awansie, procent spadkowiczów spada. W Europie widać to drastycznie – we Francji z 39% do 11%, w Anglii z 40% do 16%, W Hiszpanii z 29% do 16%, we Włoszech z 29% do 16%, a w Niemczech z 37% do 12%. W Polsce różnica między pierwszym a drugim sezonem jest minimalna. 16% drużyn w XXI wieku spadało w drugim sezonie po awansie, czyli o jeden punkt procentowy mniej niż w pierwszym. O ile jednak degradacje w drugim roku po awansie są stosunkowo rzadkie, o tyle zwykle faktycznie drugi sezon jest trochę gorszy. 57% drużyn w drugim sezonie po awansie obniża formę, a 36% ją poprawia. Różnica jest wyraźna, choć nie tak drastyczna, jak mogłoby się wydawać. Przypadki typu Bruk-Bet czy Leicester to jednak mniejszość. Leicester był o tyle większym fenomenem, że w Anglii zwykle w drugim sezonie trudność rośnie najbardziej. Aż 2/3 klubów pogarsza wtedy swoje rezultaty. W Hiszpanii i w Niemczech ten odsetek jest najniższy i wynosi 52%. Nieciecza jest o tyle typowa, że aż 42% polskich beniaminków, w drugim sezonie po awansie się poprawia. Czyli w Polsce drugi sezon, choć też trudny, jest stosunkowo najłatwiejszy.

 Kto przetrwa drugi sezon, jest już w domu

 Można tak powiedzieć. 58% beniaminków Premier League spada z niej w ciągu dwóch lat od awansu. W innych ligach ten odsetek kręci się w okolicach połowy. W Polsce w ciągu dwóch lat spada 27% klubów. Stosunkowo najłatwiej wejść do ekstraklasy i pozostać w niej na długie lata. W Polsce ponad połowa beniaminków zostaje w lidze na przynajmniej cztery sezony, a ponad 1/3 na minimum pięć sezonów.

 Absolutni beniaminkowie mają przekichane

 W terminologii piłkarskiej funkcjonuje określenie „beniaminek tylko z nazwy”. Chodzi o klub, który teoretycznie rozgrywa pierwszy sezon po awansie, ale w praktyce nikt go jako beniaminka nie traktuje, bo jego nieobecność w lidze była tylko incydentalna. Jeśli chodzi o beniaminków absolutnych, którzy nigdy wcześniej nie grali w elicie, trudność pierwszego sezonu jeszcze wzrasta. 43% absolutnych beniaminków spada z ligi od razu w pierwszym sezonie (wśród wszystkich beniaminków 32%), a aż 58% opuszcza ligę po maksymalnie dwóch sezonach (wśród wszystkich beniaminków 46%). Najtrudniej mają nowi przybysze we Francji, bo aż 3/4 z nich spada z Ligue 1 od razu, a najłatwiej – o dziwo – w Premier League. W XXI wieku żaden absolutny beniaminek ligi angielskiej, nie spadł z niej w swoim pierwszym sezonie. W Polsce nowym też nie jest łatwo. W XXI wieku w ekstraklasie zagrało dziewięciu kompletnych nowicjuszy – Górnik Polkowice, Świt Nowy Dwór Mazowiecki, Szczakowianka Jaworzno, RKS Radomsko, Piast Gliwice, Korona Kielce, Górnik Łęczna, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Cztery pierwsze drużyny spadły od razu w debiutanckim sezonie (45%), po dwóch sezonach „śmiertelność” wynosi już 62,5%. Żaden XXI-wieczny beniaminek nie wytrwał w lidze dłużej niż pięć sezonów z rzędu (Górnika i Koronę wycięły korupcyjne degradacje). Najdłużej walczyło Podbeskidzie, które spadło w piątym sezonie po awansie. W Polsce brakuje póki co przykładów takich jak za granicą, gdzie nowicjusz Hoffenheim gra w Bundeslidze już dziewiąty sezon, a Augsburg szósty, Getafe spędziło w La Liga dwanaście sezonów z rzędu, a Wigan Athletic osiem lat w Premier League. A to nie wróży dobrze Bruk-Betowi Termalice Nieciecza. Z każdym kolejnym rokiem obecności w ekstraklasie, prawdopodobieństwo jego spadku będzie rosnąć. Historia pokazuje, że pierwszy awans do ekstraklasy służy otrzaskaniu się z elitą, a dopiero drugi może dać prawdziwą, wieloletnią stabilizację wśród najlepszych.

Trener, który wie, że garnitury warto nosić

Jest Marco Silva drugim najmłodszym trenerem w Premier League, ledwie o kilka miesięcy ustępując Eddiemu Howe’owi z Bournemouth, ale jednego 39-letni menedżer Hull City zdążył się już w zawodowym życiu nauczyć: zawsze trzeba zakładać na mecz klubowy garnitur.

Cztery dni po sukcesie

 W grudniu 2014 roku jego Sporting ograł w Pucharze Portugalii FC Viselę, co było jednym z krokiem na drodze do finału rozgrywek. Lizbończycy, wygłodniale czekający od siedmiu lat na jakiekolwiek trofeum, na pięć minut przed końcem decydującego meczu, przegrywali z Bragą 0:2. I grali w dziesiątkę. Zdołali jednak jakimś cudem wyszarpać remis, przetrwać dogrywkę i wygrać rzuty karne. Sporting wprawdzie przegrał w całym sezonie tylko dwa mecze (mniej niż Benfica, która została mistrzem), ale ukończył sezon ligowy dopiero na trzecim miejscu. Puchar Portugalii, po latach oczekiwania, był jednak niewątpliwym sukcesem. Zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach. Cztery dni po finale, Silva został zwolniony.

Absurdalne zwolnienie

 Ekscentryczny prezydent Bruno de Carvalho mocno się natrudził, by uargumentować karkołomną decyzję o wyrzuceniu trenera tuż po zdobyciu trofeum, ale najbardziej absurdalnym, z całej listy powodów, było złamanie przez Silvę zapisów kontraktu, poprzez paradowanie bez klubowego garnituru w trakcie meczu z Viselą (sześć miesięcy wcześniej!). De Carvalho chciał w ten sposób zrobić miejsce dla Jorgego Jesusa, który krótko przedtem odszedł z Benfiki. Lokalny rywal zaproponował mu sześciokrotnie wyższą pensję niż tę, z którą pracował Silva. Do młodego trenera zgłosiły się Benfica i Porto. Sporting zadbał jednak o to, by przy rozwiązaniu umowy ze szkoleniowcem umieścić punkt, wedle którego objęcie przez Silvę innego portugalskiego klubu w okresie kilku miesięcy, skutkowałoby koniecznością płacenia Sportingowi. Świetnie zapowiadająca się kariera młodego trenera w ojczyźnie, musiała zostać zahamowana.

Szaleństwa Estorilu Praia

 Ledwie rok wcześniej, Silva był w Lizbonie witany jako zbawca. W tym mieście się urodził i zebrał szlify w tamtejszym Belenenses, ale na Sporting i Benfikę zabrakło mu piłkarskiego talentu. W zawodowej karierze rozegrał tylko dwa mecze w portugalskiej ekstraklasie, większość czasu spędziwszy w II lidze. W 2009 roku, gdy już zbliżał się do końca kariery, II-ligowy, zapyziały, Estoril Praia, którego był kapitanem, był zagrożony spadkiem i upadkiem, a zawodnicy myśleli o opuszczeniu klubu, z powodu zaległości finansowych. Silva miał ich przekonać, by jeszcze powalczyli, bo wiedział, że negocjacje z brazylijską agencją Traffic Sports były w zaawansowanej fazie. Sam w nich uczestniczył, dbając, by potencjalni inwestorzy czuli się jak najlepiej i ostatecznie pomógł w osiągnięciu celu. W nagrodę, tuż po zakończeniu gry w piłkę, został dyrektorem sportowym tego klubu. Estorilowi, mimo lepszej sytuacji finansowej, na boisku nie wiodło się jednak dobrze i znów był zagrożony spadkiem. Dlatego nie mający żadnego doświadczenia Silva, sam wskoczył na ławkę trenerską. Niespodziewanie, z 24 meczów pod jego wodzą, drużyna przegrała tylko trzy i dźwignęła się ze strefy spadkowej, do premiowanej awansem. Estoril wrócił do ekstraklasy po siedmiu latach, ale bajka dopiero się zaczynała. W pierwszym sezonie, mimo jednego z najniższych budżetów w stawce, zajął piąte miejsce i po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskich pucharów. W lecie stracił na rzecz wielkiej trójki czterech zawodników. Wbrew temu, w kolejnym sezonie jeszcze poprawił wynik, kończąc rozgrywki na czwartym miejscu, wyrównując najlepszy wynik w historii klubu, z 1948 roku. Wyniki Estorilu i odważny styl gry sprawiły, że w Portugalii obwieszczono narodziny nowej trenerskiej gwiazdy. Sporting, który kończył rozgrywki za Estorilem i regularnie tracił z nim punkty, dał Silvie czteroletni kontrakt, zanim po obiecującym pierwszym roku zwolnił go z powodu nieprzestrzegania dress-code’u.

Greckie rekordy

 Nie mogąc w praktyce pracować w ojczyźnie, Silva ruszył do Grecji, gdzie dostał do rąk Olympiacos Pireus. Jako trener wyciskający z kiepskich zawodników maksimum możliwości sprawdził się w Praii bardzo dobrze, a w Grecji udowodnił, że potrafi też dominować nad rywalami atakiem pozycyjnym. W lidze greckiej wygrał 28 z 30 meczów, sezon ukończył trzydzieści punktów przed drugim Panathinaikosem, zwyciężył we wszystkich spotkaniach u siebie, a pracę zaczął od siedemnastu ligowych wygranych z rzędu, co było rekordem nie tylko klubu, ale i całej Europy w XXI wieku. Olympiacos dał mu też okazję debiutu w Lidze Mistrzów, w której ograł w Londynie Arsenal, jako pierwszy grecki klub na angielskiej ziemi od pół wieku. Po spektakularnym sezonie, Silva zrezygnował z pracy z powodów osobistych.

Raz na sto lat

 Od tego momentu, czyli od lipca 2016, łączono go już z kilkoma niezłymi klubami. Miał być trenerem Wolverhampton czy Interu Mediolan, a o odpowiedni rozgłos dbał opiekujący się jego interesami wszechpotężny agent Jorge Mendes. Przed dwoma tygodniami objął Hull City, co ze strony „Tygrysów” jest ruchem wręcz szokującym. Hull było od lat jednym z nielicznych klubów, które bezgranicznie ufały coraz bardziej skompromitowanej brytyjskiej myśli szkoleniowej. W ciągu ponad stu lat istnienia, klub miał ledwie jednego trenera spoza Wysp, Duńczyka Jana Molby’ego, który piętnaście lat temu wytrwał w Hull siedemnaście meczów. „Tygrysy” największe sukcesy w historii osiągały pod wodzą Anglików Phila Browna i Steve’a Bruce’a, rękami i nogami broniły się przed zalewem zagranicznych szkoleniowców. I mimo wszystko źle na tym kończyły, bo klub mógł tylko podziwiać, jak zagraniczni, głównie kontynentalni fachowcy, w typie Claudio Ranieriego, Roberta Martineza, Quique Sancheza Floresa i innych, podnosili kluby, które jeszcze niedawno plątały się w tych samych, co „Tygrysy”, rejonach tabeli. Niespodziewanie Hull zerwało z tradycją, co spotkało się z krytyką Paula Mersona, narzekającego, że „kluby biorą bezmyślnie obcokrajowców bez sukcesów, zamiast spojrzeć na angielskich trenerów” (skąd my to znamy). Ale krytyką Paula Mersona niekoniecznie warto się przejmować.

Portugalska władza

 Zatrudnienie młodego, a już mającego sukcesy, trenera, który słynie z wykorzystywania w pracy zdobyczy naukowych, dawania szans skreślonym gdzie indziej zawodnikom, to dla Hull wielka szansa, by zerwać z odwieczną bylejakością. Zwłaszcza, że Silva dostał sporą władzę. Choć podpisał kontrakt tylko na pół roku, z miejsca pozwolono mu na wymienienie całego sztabu, nie wyłączając trenera bramkarzy. Wszystkie stanowiska obsadził fachowcami z Portugalii, co raczej klubowi nie zaszkodzi. Zadanie ma skrajnie trudne, bo do dyspozycji na pierwszych treningach miał tylko czternastu graczy z pola. Klub, znajdujący się w stanie permanentnej wojny właścicieli z kibicami, w lecie niemal nie kupował zawodników i generalnie stroni od transferów, przez co w debiucie przeciwko Swansea, na środku obrony Silva musiał wystawić dwóch stoperów, a na kolejny mecz z Manchesterem United miał do dyspozycji tylko piętnastu graczy. Ale Swansea ograł, a w sobotę, w swoim pierwszym meczu w Premier League, wygrał też z Bournemouth. Dla Hull było to pierwsze ligowe zwycięstwo od dziesięciu spotkań. Po raz pierwszy od sierpnia zdarzyło się też, by „Tygrysy” wygrały dwa z trzech kolejnych meczów.

Ratunek znów z Brazylii

Hull nadal ma mało punktów, zawodników i pieniędzy. Musi rywalizować w jednej z najbardziej wymagających lig świata. Zadanie utrzymania w lidze jest z gatunku niemożliwych. Dlatego wzięcie Silvy wydaje się strzałem w dziesiątkę. O Mike’u Phelanie, jego poprzedniku, było wiadomo, że prochu już nigdy nie wymyśli. O Silvie jeszcze tego nie wiadomo. Portugalczyk, gdzie tylko pracował, osiągał dobre wyniki, a w Estorilu Praia udowodnił, że wie, jak wychodzić z sytuacji beznadziejnych. Jego pierwszym krokiem do wyprowadzenia Hull z kryzysu, było odkupienie z Porto Brazylijczyka Evandro. Tego, którego Porto trzy lata wcześniej zabrało mu z Estorilu. Tak, jak w 2009 roku, ratunek ma nadejść z Brazylii.

Sake i dirndl. Jak gracz Milanu chce zbudować na austriackiej prowincji nową potęgę

Wikimedia Commons

Ilekroć schodziło na studiach na temat Austrii, wykładowca historii politycznej, przestrzegał, by „nie ufać narodowi, który wmówił światu, że Hitler był Niemcem, a Beethoven Austriakiem”. Austriacy sami też nie ufają. Inwestorom, którzy ogłoszają, że zbudują u nich piłkarskie potęgi. Mają w zanadrzu wiele przykładów nakazujących sceptycyzm. W 1999 roku amerykański bogaty właściciel miał podbić Europę z klubem, który przemianował na Flash St. Poelten. Miesiąc po przejęciu go, trafił do więzienia. Cztery lata później Austrię Salzburg mieli przejąć szejkowie, którzy nigdy się jednak w mieście Mozarta nie pojawili. Zamiast nich przyjechał Dietmar Mateschitz, zmienił nazwę klubu, stadionu, herb i barwy na związane ze swoim napojem energetycznym i rozpoczął epokę Red Bulla w europejskim futbolu. Choć klub zdobył od tego czasu już siedem mistrzostw Austrii, trudno go uznać za historię sukcesu. Nigdy nie awansował do Ligi Mistrzów, zawsze tracąc awans w niezwykłych okolicznościach, jak przez lata polskie drużyny. Dziś, po awansie siostrzanego RB Lipsk do Bundesligi, jest już tylko jego farmą talentów. Samodzielną kuźnią, która będzie pokazywać swoich najzdolniejszych piłkarzy na europejskich salonach, ma się za to stać SV Horn, czyli kolejny rozkręcany na austriackiej ziemi projekt służący podbojowi świata. Przez Japończyków.

Idealny kanał przerzutowy

 Idea nie jest nowa. W 2001 roku, Jean-Marc Guillou, Francuz i uczestnik mundialu z 1978 roku, którego asystentem w Cannes był Arsene Wenger, został trenerem belgijskiego Beveren. Rok później objął też funkcję dyrektora sportowego. Mimo skromnych możliwości finansowych, miał na klub pomysł. Chciał wykorzystać go jako kanał przerzutowy dla zdolnych chłopaków ze swojej szkółki ASEC Mimosas, którą założył w 1994 roku w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Młodzi Afrykanie mieli w przyjaznym sobie środowisku, bez wielkiej presji, przyzwyczajać się do europejskiego futbolu i stylu życia, a po okrzepnięciu przechodzić do lepszych klubów z bogatszych lig. Beveren miało zarabiać na ich transferach. Przez klub przewinęli się przez lata tacy gracze jak Yaya Toure, Emmanuel Eboue (ex Arsenal), Gervinho (ex Arsenal), Arthur Boka (ex Stuttgart), Koffi Romaric (Sevilla), Gilles Yapi-Yapo (Nantes). Momentami belgijski klub miał nawet czternastu iworyjczyków w składzie i bardzo przyczynił się do powstania złotej generacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Eksperyment, podobnie jak współpraca z Arsenalem, na podstawie której Anglicy mieli prawo pierwokupu i wypożyczania graczy Beveren, wzbudzał kontrowersje wśród rywali. Sami Belgowie chcieli, by zespół był bardziej oparty na miejscowych. W 2006 roku Guillou odszedł i ścisłe związki Beveren z Wybrzeżem Kości Słoniowej zakończyły się. Wkrótce potem klub zbankrutował. Ale pamięć o tym modelu biznesowym przetrwała.

Zbudować japońskie Beveren

W 2015 roku japońskie konsorcjum Honda Estilo, składające się z agencji menedżerskiej i 65 komercyjnych szkółek piłkarskich, szukało klubu, który mógłby się stać „japońskim Beveren”, czyli pozwalał przerzucać do Europy młodych Japończyków, przyzwyczajać ich do tutejszej piłki i kultury i sprzedawać z zyskiem. Większościowym udziałowcem i twarzą konsorcjum był Keisuke Honda, pomocnik AC Milan, mający w swoim kraju status zbliżony do gwiazd popu. Idealnym miejscem, do ulokowania japońskiego kapitału, okazała się liga austriacka, ze swoim mało konkurencyjnym rynkiem piłkarskim. Jako że kraj jest mały, by dostać się do najwyższej ligi, nie trzeba pokonywać wielu szczebli rozgrywkowych. Sama austriacka Bundesliga liczy tylko dziesięć zespołów, z których prawie połowa ma prawo gry w europejskich pucharach. Posiadanie klubu w Austrii pozwala relatywnie szybko dojść do rozgrywek UEFA. Japończycy próbowali po omacku trafić do różnych klubów. Składali oferty Wackerowi Innsbruck czy Wiener Neustadt. Kwoty, które usłyszeli, były jednak dla nich za wysokie, a kluby nie były właścicielami stadionów, na których grały.

Pomógł dawny asystent

 Z pomocą przyszedł Masami Morass. Japończyk był kiedyś asystentem trenera w prowincjonalnym, niskoligowym SV Horn. Później pracował jako tłumacz Volkera Finkego w Urawie Red Diamonds. Gdy usłyszał, że Honda Estilo szuka klubu do zainwestowania, polecił SV Horn. Tam Japończycy zostali przyjęci entuzjastycznie. Poza tym, Horn grało na własnym stadionie, a w promieniu siedemdziesięciu kilometrów nie ma żadnej drużyny zawodowej. Ponadto, miasto leży daleko od Wiednia, a pochodzi z regionu mającego trzysta tysięcy ludzi. Ma więc teoretyczną szansę zdobyć publikę. Nie przez przypadek miasto nazywa się Horn, jak przylądek, który długo podejrzewano o to, że jest końcem  świata. Honda Estilo kupiło więc 49 procent udziałów w SV.

Trochę Japonii w Horn

 To chichot losu, że sceną kolejnej historii o globalizacji i wielokulturowości w futbolu, stał się wiejski, prowincjonalny region Austrii, będący matecznikiem nacjonalistycznej partii FPÖ. Liczące 6800 mieszkańców miasteczko entuzjastycznie przyjęło jednak inwestorów. Miejscowy klub, istniejący od 1922 roku (jak Bruk-Bet Termalica Nieciecza!), w latach największej świetności grał w II lidze. Dziś, około 50 tysięcy Japończyków ogląda przez internet ich II-ligowe mecze, zarywając w tym celu noce. To dzięki miłości do Hondy (Keisukego). Sponsorem technicznym II-ligowca jest japońska firma Mizuno. Na rękawkach koszulek meczowych reklamuje się japońska firma produkująca materace. Na stadionie jest też reklama biura podróży z Tokio. Zdarzyło się już też, że w przerwie spotkania, na stadionie w Horn występowała znana japońska śpiewaczka operowa, ubrana w Dirndl (strój żeński m.in. z Oktoberfestu), która wykonała starą wiedeńską piosenkę „Na Praterze znów kwitną kwiaty”. Na stadionie można też kupić japońskie przekąski, jak słodkie mięsne kuleczki.

Centrum miasteczka/Wikimedia Commons

Liga Mistrzów za 3,5 roku

 Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną, klub przypomina – bez mała – Bośnię i Hercegowinę. Wszelkie stanowiska są obsadzane podwójnie – Japończykiem i Austriakiem. Nawet rzecznika prasowego. W końcu Austriak mógłby mieć problem z prowadzeniem strony internetowej i kanałów społecznościowych po japońsku. Najważniejszym Japończykiem w klubie jest Youji Honda, dwa lata starszy kuzyn pomocnika Milanu, który chętnie opowiada o planach swojego krewnego. – W pięć lat chcemy awansować do Ligi Mistrzów. Nic się w tej kwestii nie zmienia. Oprócz tego, że jesteśmy tu już od półtora roku, czyli zostaje nam 3,5 roku. Świadomie postawiliśmy sobie wysokie cele. Chcemy tu coś zbudować. Nawet, jeśli nie uda się utrzymać pięcioletniego tempa – mówi. Może się nie udać, bo – po awansie do II ligi – SV Horn na razie walczy o utrzymanie i nie ma szans na awans już w tym roku. Ale jeśli się uda w przyszłym, pozostaną dwa lata na okrzepnięcie w Bundeslidze i atak na Ligę Mistrzów.

Podwójny dyrektor sportowy

 Od kwietnia zeszłego roku, w klubie pracuje Masanori Hamayoshi, pierwszy japoński trener w austriackim futbolu. Wcześniej pracował w J-League, japońskiej ekstraklasie, w Nagoya Grampus Eight. W kadrze ma do dyspozycji sześciu rodaków. W tym Shuichiego Gondę, który był trzecim bramkarzem Japonii na mundialu w 2014 roku. Pozostali japońscy piłkarze Horn są zdecydowanie młodsi i mniej znani – mają mniej niż 21 lat. Niektórzy pochodzą ze szkółek Honda Estilo. Oprócz nich, w drużynie są też Austriacy, Koreańczyk, Holendrzy i Chorwaci. Naturalnie, podwójnie obsadzona jest też pozycja dyrektora sportowego. Taku Omoto odpowiada za transfery z rynku japońskiego czy też szerzej azjatyckiego, 22-letni Marc-Kevin Prisching monitoruje rynek austriacki i europejski.

Honda kocha Horn 

 Zawodnicy na razie są sprowadzani, ale z czasem mają też być wychowywani. SV Horn już dziś dysponuje świetną infrastrukturą. Ma stadion na 3500 osób – choć Ligę Mistrzów planuje grać jednak w Wiedniu – na którym od niedawna pojawiły się loże. Obok niego, znajduje się centrum treningowe, z czterema boiskami. 50 kilometrów od Horn, w Hollabrunn, mieści się akademia, która wychowała m.in. Davida Alabę. Dziś jest już własnością SV Horn i to dla tego klubu ma produkować piłkarzy. Nad całością abstrakcyjnego projektu czuwa z Mediolanu Keisuke Honda, który – wedle zapewnień kuzyna – „kocha Horn”. Póki co, zainwestował w klub 3-5 milionów euro. Dwa razy już odwiedził miasteczko. Zawodnika, którego kibice wybrali najlepszym w rundzie, zaprosił na mecz AC Milan na San Siro. Mówi, że „kiedyś marzeniem każdego japońskiego dziecka będzie gra w SV Horn”. Jakkolwiek absurdalnie to dziś brzmi, bardzo możliwe, że już za kilka lat, chcąc kupić japońskiego piłkarza, europejskie kluby, zamiast jeździć do Osaki, będą wysyłać skautów na austriacką prowincję. Tam, gdzie na trybunach, zamiast piwa, leją do plastikowych kubeczków sake.

O co naprawdę gra ekstraklasa

statistics-706383_640

Teraz trochę się uspokoiło, ale to cisza przed burzą. Już za dwa tygodnie, od 9 stycznia, gdy większość drużyn ekstraklasowych wznowi przygotowania, zaatakuje nas lawina deklaracji trenerów, piłkarzy i działaczy wszystkich drużyn. Ci, którzy zimują poniżej ósmego miejsca, zapewnią, że „straty są minimalne i jeszcze nic straconego, a po zimowych korektach w składzie, wyleczeniu kontuzji przez kilku zawodników oraz – koniecznie – dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym, udowodnią, że potrafią grać w piłkę.” Ci od ósmego miejsca w górę zaznaczą, „że muszą zachować czujność, bo jeszcze nic nie wygrali i cieszyć się będą dopiero po trzydziestej kolejce. Na razie muszą te punkty wybiegać”.

 Być może jedni i drudzy mają rację. Uznanie, że większość drużyn ma już jasność, co do tego, w której grupie zagra po podziale punktów, może zabrałoby trochę frajdy. Być może komuś uda się wygrać dziesięć meczów z rzędu. Być może będzie to Górnik Łęczna. To ekstraklasa. Nie ma się co przekonywać, że to niemożliwe. Ale mało prawdopodobne. Przygotujmy się merytorycznie na to, co jest prawdopodobne. Trzy sezony ekstraklasy w obecnym systemie to wprawdzie na tyle mało, że można się obawiać, iż pewne ekstrema jeszcze przed nami, ale na tyle dużo, by spróbować poszukać pewnych prawidłowości.

 Ile punktów potrzeba, by awansować do grupy mistrzowskiej?

 Trenerzy zawyżają tę granicę, bo chcą utrzymać u swoich piłkarzy czujność. W rzeczywistości, by myśleć o awansie do ósemki trzeba zgromadzić minimum 38 punktów. Na podstawie poprzednich sezonów, całkowitą pewność daje 41 punktów. Całkowitą pewność, czyli – jeszcze się nie zdarzyło, by 41 punktów nie wystarczyło.

 Czy tabela w tym roku jest spłaszczona bardziej niż zwykle?

 Mamy tendencję, by oceniać w danym sezonie ligę jako wyjątkowo wyrównaną, jakby zapominając, że w zeszłym roku była nie mniej wyrównana. I w jeszcze poprzednim. By to sprawdzić, porównałem różnice punktowe między drużynami z ósmego i piętnastego (nie szesnastego, by wykluczyć ekstremum) po 20 kolejkach sezonu. Dziś ta różnica wynosi osiem punktów. Tyle samo, co przed dwoma sezonami. O trzy mniej niż przed trzema sezonami, ale o trzy więcej niż przed sezonem. Co oznacza, że obecny sezon, jeśli chodzi o wyrównanie, mieści się w normie. Dodając do tego informację, że ósmy zespół na tym etapie sezonu ma pomiędzy 24 a 28 punktów (aktualnie 26), można spokojnie podejrzewać, że tak, jak w poprzednich latach, wynik w granicach 40-41 punktów da awans do grupy mistrzowskiej. Wygląda na to, że może być potrzebne minimalnie więcej punktów niż przed rokiem (wystarczyło 38). Zeszły sezon naprawdę był bardziej wyrównany niż zwykle.

Na ile tabela po 20 kolejkach odzwierciedla tabelę po 30 kolejkach?

 Bardzo mocno. Dokładnie w 87,5 procenta. Co roku siedem zespołów zajmujących miejsce w ósemce po 20 kolejkach, wchodzi do grupy mistrzowskiej. Co roku wypadał jeden.

Wszystkie zebrane informacje pozwalają wyprowadzić pięć niezmiennych reguł systemu ESA 37:

  1. Kto po 20 kolejkach ma więcej niż 30 punktów, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  2. Kto po 20 kolejkach jest w pierwszej piątce ligi, wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  3. Kto po 20 kolejkach ma mniej niż 23 punkty, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  4. Kto po 20 kolejkach zajmuje miejsce gorsze niż dwunaste, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.
  5. Kto po 20 kolejkach traci więcej niż cztery punkty do ósmego miejsca, nie wchodzi do grupy mistrzowskiej.

 Zgodnie z tymi regułami, Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Bruk-Bet Termalica Nieciecza (!) i Lech Poznań zagrają w maju w grupie mistrzowskiej. Bardzo bliskie tego jest Zagłębie Lubin, które wprawdzie osiągnęło liczbę punktów odpowiednią, by mieć pewność, ale jednak zajmuje szóste miejsce. A w dwóch z trzech poprzednich sezonów, szósty zespół po 20 kolejkach, lądował w grupie spadkowej. W Lubinie muszą zachować trochę ostrożności, ale bez przesady.

Analogicznie – Cracovia, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów zagrają w grupie spadkowej. O ile w dwóch ostatnich przypadkach to dość oczywiste, trener, piłkarze i właściciel „Pasów” sprawiają wrażenie takich, którzy rzeczywiście wierzą, że jeszcze zdążą odrobić posiane na jesień punkty. Historia poprzednich lat nie daje im na to szans.

 Pewne złudzenia, ale niezbyt duże, mogą mieć w Gliwicach (Piast ma za mało punktów i za niską pozycję, by myśleć o ósemce, ale jego czteropunktowa strata do ósmego miejsca daje jeszcze pewną nadzieję) i Wrocławiu (za mało punktów, ale odpowiednia pozycja i nie za duża strata).

 Rzeczywistą walkę o grupę mistrzowską stoczą w dziesięciu pozostałych do końca sezonu kolejkach Pogoń Szczecin, Arka Gdynia, (jedna z nich na pewno wejdzie do grupy mistrzowskiej), Korona Kielce, Wisła Kraków i Wisła Płock. Tylko dla tych pięciu drużyn, walka będzie się toczyć o najwyższą stawkę, bo ich los balansuje na krawędzi. Pozostałe jedenaście zespołów, choć głośno tego nie powie, gra tylko o jak najlepszą pozycję i formę przed fazą finałową.

Thiago Cionek: jak można grać w Lotto Ekstraklasie? Dni Biznesu w Sporcie znowu udane

Bardzo lubię Dni Biznesu w Sporcie. W ostatnich latach także dlatego, że można na nich zobaczyć ludzika Z nogą w głowie w takim towarzystwie:

Ale na tym zalety konferencji, organizowanej co roku w grudniu na warszawskiej SGH, się nie kończą.

Usłyszałem kiedyś opinię, że jeśli z książki zapamiętasz choćby jedno zdanie, i tak warto było ją przeczytać. Staram się o tym pamiętać, ilekroć nadchodzi możliwość – najpierw tylko jako uczestnik, a w ostatnich latach także jako dumny patron medialny – wziąć udział w Dniach Biznesu w Sporcie. Bo jechać w środku tygodnia do Warszawy, zamiast siedzieć w spokoju w domu, pisać teksty po kątach, zamiast przy wygodnym biurku, to może nie jest kusząca perspektywa. Ale to złudne. Co roku warto. Kilka edycji temu chłonąłem wszystko jak gąbka. Rok temu nie byłem w stanie przyjechać w ogóle, teraz mogłem tylko na jeden dzień, który i tak – z racji obowiązków zawodowych – ograniczył się jedynie do trzech prelekcji. Jednak niezmiennie warto. Dla tego jednego kontaktu, dla jednego poznanego osobiście czytelnika, dla jednej usłyszanej historii.

 Co jest w tym wszystkim najfajniejsze, tuż po wyjściu z budynku SGH, nigdy nie wiem, co się okaże taką historią czy kontaktem. Dwa lata temu nie wiedziałem, że – nagrany w budynku C warszawskiej uczelni – wywiad z Tomaszem Majewskim pozwoli mi po raz pierwszy wskoczyć na pierwszą stronę „Przeglądu Sportowego”. Na Dniach Biznesu w Sporcie poznałem obecnego rzecznika Wisły Kraków, z którym dziś na co dzień pracuję, dzięki Dniom Biznesu w Sporcie dowiedziałem się, jak niesamowitą historię życia miał Rafał Sonik i zdobyłem numery do marketingowców klubów z drugiego końca Polski, których w innych okolicznościach bym nie miał. A przecież nigdy nie wiem, którego dnia taki kontakt okaże się kluczowy.

 Dlatego w tym momencie nie wiem, która z poznanych dziś osób i wysłuchanych historii kiedyś zaprocentuje. Wiem tylko, że któraś tak. Z zainteresowaniem wysłuchałem chociażby wystąpienia Wojciecha Szaniawskiego z Arskom Group, dzięki któremu m.in. Grzegorz Krychowiak funkcjonuje dziś w naszej świadomości jako wojownik i zarazem jeden z najbardziej eleganckich polskich piłkarzy (a kilka lat temu w ogóle nie funkcjonował w świadomości większości). Ale oprócz wielkich słów, liczy się też zgrabne zdanie do wynotowania i zapamiętania. U Szaniawskiego wynotowałem: „Jak cię nie ma w Google, to cię nie ma w og’le”. Zgrabne.

Gdybym nawet jednak nie miał z Dni Biznesu w Sporcie żadnej innej korzyści, pojechałbym tam tylko dla kadrowej anegdotki Łukasza Wiśniowskiego, współtwórcy sukcesu PZPN-owskiego portalu „Łączy Nas Piłka”. Jeden z ekstraklasowych kadrowiczów zapytał kiedyś Thiaga Cionka, jak on w ogóle może grać w lekko już obciachowych korkach firmy Lotto, których nikt inny nie używa. – A jak można grać w Lotto Ekstraklasie? – skontrował Cionek. Jedno zdanie, a jak wiele pozytywnego o nim powiedziało. To też sztuka.

Dlatego czy mnie SGH-owcy za rok zaproszą, czy nie, czy będą chcieli, żebym był patronem medialnym, czy nie, i tak pojadę. Jestem nikim, by mądrzyć się, na czym polega dziennikarstwo, ale w moim rozumieniu m.in. na pisaniu ciekawych historii o ciekawych ludziach. Dni Biznesu w Sporcie bardzo to ułatwiają, zbierając co roku w jednym miejscu, na kilka dni, grono ciekawych ludzi z ciekawymi historiami.

Dlaczego nie traktuję Lechii Gdańsk jako poważnego kandydata do mistrzostwa

lechia

Fot. Wikimedia Commons

Obejrzawszy jak Wisła Kraków zlała w sobotę Lechię Gdańsk, zwierzyłem się na Twitterze, że takie właśnie mecze sprawiają, że nie traktuję Lechii jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Wywołałem oburzenie, którego skali się nie spodziewałem. Będąc na co dzień z dala od Gdańska, nie odnotowałem, jaka musiała tam nastąpić eskalacja przekonania o wielkości Lechii. Traktowanie jej w walce o mistrzostwo Polski z przymrużeniem oka zostało odebrane jako zbrodnia, co skłoniło mnie do gruntownego zastanowienia się, jakie mam podstawy, by tak sądzić i czy przypadkiem gdańszczan nie krzywdzę.

Zachwiana równowaga 

 Na pewno mamy do czynienia z ciekawą drużyną, mającą mądrego trenera i dobrych piłkarzy, zwłaszcza w ofensywie. Natomiast oglądając ją od blisko roku – pod wodzą Piotra Nowaka – mam wrażenie, że to zespół grający dość mocno naiwnie. Doceniam, że Lechia gra już rozważniej w obronie niż na wiosnę, niemniej dalej akcenty wydają się bardzo zachwiane na rzecz formacji ofensywnych. Z przodu Lechia ma na tyle dobrych – na polskie warunki – piłkarzy, by regularnie okładać słabszych od siebie, natomiast dla mądrego trenera, to może być rywal stosunkowo łatwy do skontrowania, co skutecznie pokazały m.in. Bruk-Bet Termalica Nieciecza i ostatnio Wisła. Jest więcej niż pewne, że coraz więcej drużyn będzie szło tą drogą. I nie są bez szans powodzenia, bo umiejętności  indywidualne akurat obrońców Lechii nie powalają na kolana. Do tego dochodzi kwestia  bramkarza. Drużyna, która sięgała po mistrzostwo, praktycznie zawsze miała przynajmniej solidnego bramkarza. Vanja Milinković-Savić bywa spektakularny, ale solidnym trudno go nazwać.  Mecz z Legią Warszawa pokazał natomiast, że potencjał ofensywny Lechii wcale nie jest tak mocny, by stłamsić innego silnego rywala. Pokazał też, że Lechia nie ma planu B. Jeśli nie zmiażdży rywala siłą ofensywy, niczego innego nie jest na dziś w stanie wymyślić.

To pretendent udowadnia siłę

 W kierowanych do mnie zarzutach padało często pytanie czy inne drużyny w ekstraklasie nie rozegrały w tym sezonie słabego meczu, który by je dyskwalifkował. Oczywiście, Legia Warszawa rozegrała w tym sezonie całe mnóstwo słabych spotkań. Jednak to Lechia jest tutaj pretendentem do tytułu. A to pretendent do tytułu musi udowodnić, że jest dość silny, by móc podejrzewać go o szansę na zbicie mistrza. Legia tytułu broni. Jej siła jest już więc sprawdzona i potwierdzona. Jeśli Lechia ma być traktowana jako poważny kandydat do mistrzostwa, musi przekonać większość osób, że jest silniejsza od Legii.

Przeciętna gra z czołówką

 Jedną z podstaw mojego braku pełnego przekonania, co do siły Lechii, jest fakt, że gdańszczanie nie rozegrali jeszcze naprawdę wielkiego meczu, przeciwko wielkiemu rywalowi. Zapomnijcie o bajkach, że mistrzostwo zdobywa się w meczach z Górnikiem Łęczna, a nie z Legią. Nie w Polsce, nie w systemie ESA 37. W Polsce mistrzostwo zdobywa się w bezpośrednich starciach z innymi rywalami należącymi do szerokiej czołówki. Dlatego umiejętność rozbijania innych kandydatów do tytułu, byłaby dla przyszłego mistrza pożądana. Lechia bezdyskusyjnie poległa z Legią, w dwumeczu ma gorszy bilans od Wisły, nie dała rady Niecieczy. Ograła wprawdzie Lecha, lecz na tyle szczęśliwie, że nie rozwiała moich wszelkich wątpliwości, czy byłaby w stanie to powtórzyć. Trzynaście punktów na dwadzieścia cztery możliwe z rywalami z czołowej ósemki to wynik niezły, ale nie powalający. Gdyby Lechia w fazie finałowej, tak, jak w fazie zasadniczej, przegrała trzy mecze z rywalami z czołówki, raczej nie zdobyłaby mistrzostwa.

Szczęście (na razie) sprzyja Lechii

 Tyle o odczuciach. Obiektywne, choć nie idealne, wskaźniki mierzące wpływ szczęścia na wyniki w futbolu wskazują, że Lechia jest drużyną ekstraklasy, która najbardziej w tym sezonie skorzystała na szczęściu. A szczęście, wbrew bzdurnemu powiedzonku, nie sprzyja lepszym. Nie sprzyja nikomu. Jest szczęściem, czyli na dłuższą metę zwykle się wyrównuje.

Nie spełnia kryteriów 

 W poprzednich trzech latach, czyli odkąd wprowadzono system ESA 37, mistrz Polski zawsze miał: najmniej straconych goli, najwięcej strzelonych, najmniej porażek w całym sezonie i najwięcej punktów na wyjazdach. Każdy mistrz od momentu wprowadzenia tego systemu spełniał każdy z tych warunków. Oczywiście, próbka jest dopiero trzyletnia, ale już coś mówi. Aktualnie Lechia traci więcej goli od Jagiellonii, Legii, Lecha i Zagłębia, strzela mniej goli od Jagiellonii, Legii, Pogoni i Wisły Kraków i na wyjazdach punktuje gorzej od Jagiellonii, Zagłębia, Legii, Bruk-Betu i Śląska. Nawet jeśli razem z Jagiellonią ma na koncie najmniej porażek w lidze, nie wygląda na przyszłego mistrza. Biorąc pod uwagę te kryteria, spełnia je póki co tylko… Jagiellonia.

Pod każdym względem gorsza od Piasta 2015

 Przed rokiem pisałem podobny tekst, o tym dlaczego traktuję Piasta Gliwice jako poważnego kandydata do mistrzostwa Polski. Piast ostatecznie mistrzostwa nie zdobył, natomiast miał na nie szanse do ostatniej kolejki, co oznacza, że był poważnym pretendentem. Gdyby porównać dzisiejszą Lechię, do zeszłorocznego Piasta:

  • Piast miał od niej cztery punkty więcej;
  • Zajmował pierwsze miejsce, a nie drugie;
  • miał siedem punktów przewagi nad wiceliderem, zamiast straty gorszym bilansem bramkowym;
  • wygrał trzynaście meczów, a nie jedenaście;
  • strzelił 34 gole, a nie 28;
  • zdobył u siebie 88% możliwych punktów, a nie 81%;
  • zdobył na wyjazdach 67% możliwych punktów, a nie 52%

 W praktycznie każdym kryterium, traktowany mało poważnie Piast, był lepszy od dzisiejszej Lechii. Oczywiście nie jest wykluczone, że Lechia się rozwinie, że Piotr Nowak znajdzie sposób, by poprawić skuteczność, by drużyna lepiej broniła, by lepiej grała na wyjazdach, a w zimie ściągnie kilku dobrych obrońców i bramkarza, co sprawi, że drużyna znajdzie równowagę. W ten sposób patrząc, jeśli Lechia poprawi się w wielu aspektach, może oczywiście zdobyć mistrzostwo Polski. Wtedy zacznę ją traktować jako poważnego kandydata do tytulu. Jeśli się nie poprawi, może oczywiście zająć jedno z czołowych miejsc, natomiast dziś jest wiele przesłanek, by sądzić, że raczej nie pierwsze. Mam nadzieję, że co mniej zacietrzewieni gdańszczanie zrozumieją teraz, co miałem na myśli. Bo ta drużyna, choć obiecująca, to nie jest znowu taki cud.

Cztery drużyny w grze o ekstraklasę. Podbeskidzie i Górnik już tylko o utrzymanie

statistics-227173_1280

Zapadła przerwa zimowa w I lidze. Piłkarze rozjadą się na urlopy, zimowe obozy w kraju i zagranicą, będą rozgrywać sparingi, a na tydzień przed rundą wiosenną, w całej Polsce, prezesi, trenerzy, piłkarze i prezydenci miast staną przed kibicami i dziennikarzami, by powiedzieć, że wszystko jest jeszcze możliwe, dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć, bo to jest sport i nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Szczególnie będą tak mówić w miastach, które są po jesieni najbardziej rozczarowane swoimi klubami – w Zabrzu i w Bielsku-Białej.

 Tak, wszystko jeszcze możliwe. Zajmujące dziewiąte miejsce w tabeli Podbeskidzie, liderem I ligi może zostać już 25 marca, po 23. kolejce. Tak, dopóki piłka w grze, najwcześniejszy możliwy awans może świętować już 6 maja, na pięć kolejek przed końcem. Tak, to jest sport, Podbeskidzie może ukończyć ligę z 26 punktami przewagi nad drugim miejscem. Które może zająć MKS Kluczbork. Bo nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Każdy wciąż może spaść, każdy może awansować. Za nami dopiero 19 kolejek. Tak będą przemawiać prezydenci i właściciele, pod takimi hasłami prezesi będą sprzedawać karnety, a trenerzy motywować piłkarzy.

 Porozmawiajmy jednak o tym, co jest realne.

 Zaplecze ekstraklasy przez trzynaście sezonów XXI wieku grało aktualnym, 18-zespołowym formatem. To na tyle długi okres, by dało się wychwycić pewne prawidłowości i z dużą dozą prawdopodobieństwa (jak wyżej – pewności nie ma), przewidzieć, kto jeszcze jest w grze o ekstraklasę, a kto tylko oszukuje się, że jest.

 W ciągu minionych trzynastu sezonów, aż jedenaście razy (!) drużyna, która prowadziła po dziewiętnastu kolejkach, kończyła rozgrywki w pierwszej dwójce. Chojniczankę może jeszcze nie wszyscy traktują poważnie w walce o ekstrakaslę, ale statystyka bije po oczach: 85 procent jej poprzedników lądowało w ekstraklasie. Aż dwanaście razy sezon w czołowej dwójce kończyła przynajmniej jedna drużyna, która po 19. kolejkach była na jednym z pierwszych dwoch miejsc. GKS Katowice lub Chojniczanka. Przyzwyczajajcie się do którejś z tych drużyn w ekstraklasie. Pozostałe miejsca nie mają tak wysokich odsetków sukcesów. Sześć razy w czołowej dwójce kończyła druga drużyna po 19. kolejkach, trzy razy trzecia, pięć razy czwarta, raz szósta (piąta ani razu!).

 Tu mowa jednak o pewnych powtarzalnych prawidłowościach, od których były wyjątki. Zawsze był jednak precedens, którego można by się chwycić. W analizowanym, trzynastosezonowym okresie, I-ligowe twarde, niezmienne, nienaruszalne reguły są inne:

  1. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto zajmowałby po 19. kolejkach miejsce gorsze niż szóste.
  2. Nigdy w czołowej dwójce nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby mniej niż 31 punktów.
  3. Nigdy w czołowej dwójce sezonu nie skończył sezonu nikt, kto po 19. kolejkach miałby więcej niż cztery punkty straty do drugiego miejsca.

 Jak to się ma do aktualnej tabeli? Podbeskidzie i Górnik zajmują miejsca gorsze niż szóste (9. i 8.), więc nie spełniają pierwszego warunku. Mają odpowiednio 25 i 27 punktów, więc nie spełniają warunku drugiego. Tracą do drugiego miejsca odpowiednio 10 i 8 punktów. Nie spełniają żadnego z warunków. Mogą oczywiście awansować, nawet wspólnie (dopóki piłka w grze!), kto chce, niech wierzy.

 Takie kryteria eliminują nie tylko Podbeskidzie i Górnik. Według nich, o awansie mogą rozmawiać jeszcze tylko cztery drużyny – Chojniczanka, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec i… Sandecja Nowy Sącz, która ma dwa zaległe mecze do rozegrania i jeśli zdobędzie w nich cztery punkty, spełni wszystkie kryteria.

 To nie oznacza, że Podbeskidzie i Górnik nie mają już w tym sezonie o co grać. Wręcz przeciwnie. Być może czeka je gra o wszystko. W ostatnich trzynastu sezonach, pięć razy zespół zajmujący po 19. kolejkach miejsca 8-9, spadał z ligi. Historia daje im wachlarz miejsc od czwartego do szesnastego. Zabrze i Bielsko-Biała raczej sezonu nie skończą na podium, raczej nie zajmą też miejsc na samym dnie tabeli. Ale poza tym, wszystko jest dla nich jak najbardziej realne. Im szybciej sobie uświadomią zagrożenie, tym szybciej będą w stanie przed nim uciec. Zwłaszcza w Podbeskidziu powinni to dobrze rozumieć, bo w zeszłym sezonie większość uświadomiła sobie ryzyko spadku, gdy ten był już właściwie dokonany. W niedawnym komunikacie, Urząd Miasta przekazał, że cel (awans do ekstraklasy) się nie zmienia. Uczciwe postawienie sprawy nakazywałoby uznać za cel szybkie dobicie do liczby punktów dającej utrzymanie, a później skupienie się na budowaniu drużyny na kolejny rok. Więcej z tego sezonu nie da się wycisnąć.

Ciągła wymiana elit. Kariera trenerska krótsza niż piłkarska

elity

Jacques Bertaux – Prise du palais des Tuileries – Wikimedia Commons

Regularnie, przy kolejnych zmianach trenerskich, gdy w mediach pojawiają się nazwiska kandydatów przymierzanych do danego klubu, słychać wszechobecne stękania: „znów ci sami”, „cały czas te same nazwiska”, „dlaczego nikt nie daje szansy młodym/nowym/świeżym/nieuwikłanym w układy?”. W tym tonie często wypowiadają się też prezesi, którzy, zatrudniając kogoś nieznanego, tłumaczą, że chcieli wyjść poza „zamknięty krąg” czy sięgnąć po kogoś „spoza karuzeli”. Przekonanie o istnieniu tej właśnie karuzeli, z której, gdy się już na nią wsiądzie, ciężko wypaść, bo ona cały czas się kręci i wyrzuca następnych trenerów w kolejnych klubach, jest bardzo silnie zakorzenione w umyśle polskiego kibica.

Dekada – inna epoka

Ale to mit. Nie ma czegoś takiego jak karuzela trenerska, a przynajmniej nie na tak długą metę, jak niektórzy chcieliby to widzieć. I wypaść z niej niezwykle łatwo. By to udowodnić, sięgnąłem do ligi sprzed dziesięciu lat. Uznałem, że to dobry okres, by zauważyć odpowiednie tendencje. Jeśli ktoś utrzymuje się w lidze przez dziesięć lat, to znaczy, że wyrobił sobie renomę niezależną od pojedynczych niepowodzeń czy zmian trendów. Samemu trudno było mi uwierzyć, że zaledwie przed dziesięcioma laty pracowali w polskiej lidze Bogusław Baniak, Czesław Jakołcewicz, Przemysław Cecherz, Marek Piotrowicz czy Zdzisław Podedworny. Wymienianie tych nazwisk brzmi, jak podawanie składu z meczu Polska – Brazylia na mundialu w 1938 roku. Prehistoria.

Pięć lat – inna epoka

Spośród trzydziestu trzech trenerów (!), którzy w sezonie 2006/2007 pracowali w ekstraklasie, tylko pięciu prowadzi kluby z naszej najwyższej ligi także obecnie. To Czesław Michniewicz, Waldemar Fornalik, Jacek Zieliński, Michał Probierz i Kazimierz Moskal. Na wypadek, gdyby ktoś uznał, że dziesięć lat to jednak zbyt długi okres i w ciągu pięciu lat to już na pewno niewiele się zmieniło – też będzie w błędzie. Z ekstraklasy sprzed Euro 2012 (przecież to było wczoraj!) wytrwało do dziś tylko sześciu szkoleniowców – oprócz pięciu wymienionych wcześniej także Mariusz Rumak. W ciągu pięciu lat, tylko 22% trenerów pracuje w elicie dalej. Blisko 80% z niej wypada. To było ledwie pięć lat temu, a w lidze pracowały tak dziś oddalone od niej nazwiska jak Andrzej Pyrdoł, Robert Kasperczyk, Tomasz Wieszczycki czy Rafał Ulatowski. Nie wspominając, o Tomaszu Hajcie. W porównaniu do najlepszych lig europejskich, Polska zalicza się do tych krajów, w których zmian następuje najwięcej. Przegrywa pod tym względem tylko z Bundesligą, która jest absolutnym ewenementem. W lidze niemieckiej nie pracuje obecnie żaden trener, który byłby w niej przed dziesięcioma laty – najwięcej meczów ma na koncie 43-letni Thomas Tuchel. W pozostałych przypadkach różnice są kosmetyczne. Zwraca uwagę ogólna tendencja: na najstabilniejszym rynku francuskim i tak 80% trenerów sprzed dziesięciu lat zniknęło z ligi.

 

Pozycja

Liga Odsetek trenerów sprzed dziesięciu lat, którzy aktualnie pracują w lidze
1 Ligue 1 21,00%
2 Premier League 20,00%
3 La Liga 16,00%
4 Ekstraklasa 15,00%
Serie A 15%
6 Bundesliga 0,00%

Polski przypadek pokazuje, że ekstraklasowych trenerów możemy podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowią szkoleniowcy nietykalni. Mogą być zwalniani, mogą podpadać prezesom, ale na rynku bronią się od dekady. Wbrew powszechnemu przekonaniu, jest ich tylko czterech. To Probierz, Michniewicz, Zieliński i Fornalik. Probierz i Zieliński pracowali w lidze w każdym z ostatnich dziesięciu sezonów, Michniewicz w dziewięciu, Fornalik w siedmiu, ale gdyby nie był przez dwa lata selekcjonerem, wynik byłby podobny. Od dziesięciu lat, najdłuższy okres bezrobocia Probierza wynosił pół roku. Cokolwiek się o nim myśli, to imponujący, zasługujący na szacunek, wynik.

Pracują na renomę

Druga grupa to trenerzy o uznanej pozycji na polskim rynku, ale jeszcze za wcześnie, by z całkowitą pewnością stwierdzić, że żaden wiatr ich nie ruszy. Takich szkoleniowców też jest tylko czterech. To Mariusz Rumak, Piotr Stokowiec, Kazimierz Moskal i Radoslav Latal. Wszyscy pracują trzeci sezon lub dłużej. Mylący może być jedynie przypadek Moskala, który teoretycznie pracuje w lidze już w piątych rozgrywkach, ale w praktyce poprowadził jedynie 59 meczów (o jeden więcej od Latala). Wynika to z faktu, że przez lata bywał w Wiśle Kraków trenerem tymczasowym, co sprawiło, że liczba sezonów, w których pracował, wygląda imponująco, ale długo nie przekładało się to na prawdziwą szansę. Zwraca uwagę, że spośród aktualnie pracujących trenerów, tylko sześciu ma na koncie ponad sto meczów w ekstraklasie.

Połowa ligi nowa

Trzecią grupę tworzą absolutni nowicjusze, nie mający na koncie jeszcze ani jednego przepracowanego sezonu. Co pewnie dla wielu zaskakujące, to połowa ligi! Aż ośmiu obecnych trenerów, pojawiło się w ekstraklasie ledwie w zeszłym sezonie. Rok temu o tej porze nie było w ekstraklasie: Jacka Magiery, Piotra Nowaka, Macieja Bartoszka, Andrzeja Rybarskiego, Nenada Bjelicy, Grzegorza Nicińskiego, Radosława Sobolewskiego i Marcina Kaczmarka. Jak się okazuje, to także tendencja ogólnoeuropejska. Ligę angielską kojarzymy zwykle z długodystansowcami jak Arsene Wenger czy kiedyś Alex Ferguson, ale w rzeczywistości rotacja na ławkach jest tam najwyższa (nie mylić z częstymi zmianami trenerów w konkretnych klubach; chodzi raczej o zatrudnianie ludzi spoza danej ligi).

 

Pozycja

Liga Odsetek aktualnych trenerów, którzy w ostatnich dziesięciu latach pracowali w danej lidze tylko w jednym sezonie lub krócej
1 Premier League 60,00%
2 Bundesliga 56,00%
3 Ekstraklasa 50,00%
4 La Liga 45,00%
5 Ligue 1 40,00%
6 Serie A 35,00%

Sporą płynność wśród ekstraklasowych trenerów na tle lig europejskich widać także w statystyce średnio przepracowanych sezonów. Polski szkoleniowiec pracuje w naszej lidze przeciętnie ledwie przez 2,5 sezonu. We Francji jest to trochę ponad cztery lata. To nadal bardzo mało. Tyle zwykle trwa pobyt trenera na topie i to w najbardziej optymistycznym wariancie. Nielicznym udaje się wytrwać na szczycie dłużej. W pięciu najlepszych ligach europejskich jest tylko dwóch trenerów, którzy pracowali w ostatnich dziesięciu latach w każdym sezonie: Arsene Wenger i Mark Hughes (Stoke City). Pozostali wiedzą, co to długie oczekiwanie na pracę zgodną z oczekiwaniami. Polskie przypadki Probierza i Zielińskiego są na tle europejskim wielką rzadkością.

Pozycja Liga Liczba sezonów przepracowanych średnio przez trenera w danej lidze
1 Ligue 1 4,13
2 Premier League 4,07
3 Serie A 4
4 La Liga 3,4
5 Ekstraklasa 2,6
6 Bundesliga 1,7

Przyznając sześć punktów za dorobek świadczący o największej wymianie na ławkach i jeden za najmniejszą rotację, w każdej z tych trzech kategorii, można uzyskać zbiorczy obraz tego, w której lidze najszybciej następuje wymiana trenerskich elit. W tym umownym zestawieniu, ekstraklasa jest druga, jedynie za Bundesligą. Co jednak chyba najbardziej zadziwia – nawet w przypadku Francji nie można powiedzieć o istnieniu jakiejś trenerskiej elity, która tylko wymienia się stołkami. Nawet tam, cykl pracy topowego trenera jest stosunkowo krótki. Mówi się, że kariera trenera jest długa. Zwykle w ligach pracują szkoleniowcy w wieku pomiędzy 40 a 70 lat. Błędne byłoby jednak stwierdzenie, że kariera trenera trwa około trzydziestu lat. To dotyczy nielicznych, wybitnych jednostek, utrzymujących się w każdej lidze na powierzchni przez różne epoki. W zdecydowanej większości, trenerzy kształcą się, zbierają doświadczenia, wydają pieniądze, nie śpią po nocach po to, by przez maksymalnie cztery lata zbierać tego owoce, a przez pozostałe 26 tułać się po niższych ligach, chwytać posad asystentów, dyrektorów sportowych, komentatorów telewizyjnych albo w ogóle pracować poza piłką (vide Bartoszek zarządzający niegdyś wysypiskiem śmieci). Nie ma karuzeli trenerskiej, ani w Polsce, ani za granicą. Dla większości jest tylko pięć minut chwały. Ekstraklasowa kariera szkoleniowa jest krótsza niż piłkarska. Kolejny dowód na to, że zawód trenera piłkarskiego jest jednym z najtrudniejszych na świecie.

Pozycja Liga Liczba punktów (im wyższa, tym bardziej „przewiewny” światek trenerski)
1 Bundesliga 17
2 Ekstraklasa 13
3 Premier League i La Liga po 10
5 Serie A 8
6 Ligue 1 4

Obliczenia własne. Dane ze stron 90minut.pl, transfermarkt.de, sklady.hostmix.pl

Ekstraklasowy powiew normalności

probierz

Ligowi prezesi chyba zmądrzeli. Wiem, że teza jest straszliwie ryzykowna, ale chyba prawdziwa. Nie wszyscy i pewnie nie na dobre, ale tendencji nie sposób nie zauważyć. Zwłaszcza, że powtarza się drugi rok z rzędu. Na półmetku fazy zasadniczej, pracę straciło tylko pięciu trenerów ekstraklasowych – czterech zostało zwolnionych, a Dariusz Wdowczyk sam podał się do dymisji. Rok temu na tym samym etapie sezonu, wyrzuconych też było pięciu. Dwa takie sezony z rzędu jeszcze się w XXI wieku nie zdarzyły. Bywało, w 2001 i 2007 roku, że po 15 kolejkach tylko czterech trenerów traciło pracę, ale to były lata wyrwane z kontekstu – wkrótce po nich następowało masowe wylewanie trenerów z kąpielą. Dość powiedzieć, że już w 2008 roku po piętnastej kolejce zmieniło się aż 12 trenerów.

Sześć autorskich projektów

 Dwa lata z rzędu z umiarkowanymi zwolnieniami pozwalają jednak zauważyć jakiś malutki trend. Mamy aktualnie sytuację dawno w Polsce niespotykaną. W aż pięciu klubach, trenerzy pracują już dwa lata lub dłużej. Absolutny rekordzista Marcin Kaczmarek, wznosi Wisłę Płock już od blisko czterech i pół roku. Michał Probierz dobija w Jagiellonii Białystok do trzech lat. A ponad dwa lata pracują także Piotr Stokowiec w Zagłębiu Lubin, Grzegorz Niciński w Arce Gdynia i Waldemar Fornalik w Ruchu Chorzów. W przypadku pracującego w Cracovii od półtora roku Jacka Zielińskiego, też można mówić o autorskim projekcie drużyny. W ponad 1/3 ekstraklasy, szkolą obecnie trenerzy, którzy dostali czas na spokojne wpajanie drużynie swojej wizji.

Szansa na wyjście z dołków

 Co jednak najbardziej budujące, coraz więcej prezesów nauczyło się wytrzymywać ciśnienie, gdy nie ich zespołom się nie wiedzie. Posada Probierza w Białymstoku wisiała na włosku, gdy wiosną nie awansował do grupy mistrzowskiej. Został i dziś Jagiellonia jest liderem ekstraklasy. Kaczmarek i Niciński notują ostatnio kiepskie serie, ale trzymają się posad dość pewnie. Fornalik jest z Ruchem w strefie spadkowej i zwolnienia też raczej nie musi się obawiać. A Zieliński, który rozbudził oczekiwania prezesa Janusza Filipiaka zeszłym sezonem, też jeszcze dziesięć lat temu nie przetrwałby zjazdu do dolnej części tabeli i nie pomogłyby tłumaczenia, że zwolnienie byłoby absurdalne. Dziś trzyma się mocno i nikt nawet nie myśli o wyrzucaniu go.

Bieda to nie wytłumaczenie

 Pozytywnych przykładów jest więcej. Wdowczyk dziś wprawdzie zrezygnował z pracy w Wiśle, ale przed chwilą klub pozwolił mu pracować dalej, mimo siedmiu przegranych z rzędu, czyli najdłuższej serii porażek w historii klubu. Analogiczną historię przeżywał we Wrocławiu Mariusz Rumak. Prawdopodobnie w obu klubach przeczekano trudny okres ze względu na kiepską sytuację finansową, ale to wytłumaczenie tylko połowiczne, bo jak świat światem, w polskiej lidze grały biedne drużyny, co nie przeszkadzało im w notorycznych zmianach trenerów. Dotychczas nigdy nie brakowało pieniędzy akurat na zwalnianie trenerów. Co najważniejsze, obaj obdarzeni zaufaniem szkoleniowcy, zdołali podnieść swoje drużyny z kryzysów. Już dawno temu w Polsce pojawiła się książka „Futbol i statystyki”, dowodząca, że efekt nowej miotły nie istnieje i w większości przypadków drużyna wpadająca w dołek wychodzi z niego w podobnym czasie, niezależnie od tego czy trener zmieni się czy nie. Te rewolucyjnie w Polsce brzmiące tezy, nigdy nie mogły zostać przetestowane w praktyce, bo efekt nowej miotły był dla wielu klubów jedynym pomysłem na utrzymywanie się w lidze. Dzięki Wiśle i Śląskowi wiemy, że zwolnienie trenera nie jest jedynym sposobem wyjścia z kryzysu.

Nieedukacyjne przykłady Podbeskidzia i Górnika

 Oczywiście, zarządzanie klubem byłoby dużo łatwiejsze, gdyby była chociaż jedna reguła niezawodnie prowadząca do sukcesu. Na wiosnę okrutnie pokazały to przypadki Podbeskidzia Bielsko-Biała i Górnika Łęczna. W Podbeskidziu młody prezes nie chciał zachowywać się, jak tradycyjni działacze, którzy pierwsze, co robią, to zwalniają trenera. Dlatego, choć Tomasz Mikołajko nie miał do Roberta Podolińskiego przekonania jeszcze w przerwie zimowej, trwał z nim na stanowisku aż do ostatniej kolejki. Równolegle Górnik Łęczna zadziałał tradycyjnie i w podbramkowej sytuacji złapał się brzytwy, z braku laku zastępując trenera jego asystentem, chcąc zmienić choćby cokolwiek. Ta historia nie miała waloru edukacyjnego dla polskiej piłki, bo w ostatecznym starciu Łęczna wiedziona efektem nowej miotły (?) spuściła Podbeskidzie z ligi. Ale i w Górniku zasłużyli później na – póki co ostrożne – pochwały za to, że nie ulegli pokusie i pozwolili tymczasowemu trenerowi pracować dłużej i mimo obecności w strefie spadkowej, nadal się go trzymają.

Jest jak w Europie

 Każdy przypadek jest inny. Całą sztuką jest umieć rozróżnić przyczyny kryzysu. Kiedy drużyna przegrywa, bo ma pecha, a kiedy trener naprawdę jest zagubiony. Ale najważniejsze, że w Polsce ktoś w ogóle zaczął się zastanawiać nad przyczynami kryzysów, a skończyło się wyrzucanie trenerów niemal z automatu, po trzech porażkach. Staliśmy się pod tym względem normalnym europejskim rynkiem. W niektórych klubach prezesi są bardziej w innych mniej cierpliwi, ale generalnie zmiany trenerów powinny być zdecydowaną mniejszością. W Polsce drugi rok z rzędu są. W najsilniejszych ligach wprawdzie nadal zwalnia się rzadziej, ale już nieznacznie – w Bundeslidze i La Liga były dotychczas cztery zwolnienia, we Serie A i Premier League po trzy, a w Ligue 1 – dwa. Ale też w Polsce rozgrywki są w bardziej zaawansowanej fazie, więc statystyki mogą się jeszcze wyrównać.

Czas na środowisko

 Pole, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia, to ogólna świadomość środowiska, które nadal bardzo często w zmianie trenera widzi jedyny lek na całe zło. Kibice w wielu miastach wciąż, po dwóch porażkach, domagają się głów i powtarzają bzdury o „braku chemii w drużynie”. Dziennikarze spekulują czy trener gra o posadę, a eksperci sugerują nieuchronność zmian (sztandarowy przykład: Remigiusz Jezierski zastanawiający się w dzisiejszym „Sporcie” czy Ruch nie powinien przesunąć Fornalika na stanowisko dyrektora sportowego, jakby nie zauważając, że jedynym, co Ruch w tej chwili ma, jest bardzo dobry trener). Te połączone naczynia wywierają ciśnienie, które nie każdy prezes potrafi wytrzymać. Ale jest dla polskiej piłki nadzieja, że i to się z czasem zmieni. To mały kroczek do normalności.

To nie jest liga dla zagranicznych trenerów

radolsky

Jednym z głęboko zakorzenionych mitów środowiska piłkarskiego jest przekonanie, że w Polsce panuje moda na zagranicznych trenerów. Ostatnio to zdanie powtórzył Jacek Zieliński z Cracovii w wywiadzie dla Interii, ale w podobnym tonie wypowiada się często wielu trenerów i kibiców. Tymczasem, gdy sprawie przyjrzeć się dokładniej, wychodzi na to, że Polska jest jednym z najbardziej hermetycznie zamkniętych środowisk trenerskich. I wcale nie mam przekonania czy to dobrze.

Osiem procent zagranicznych

 W ekstraklasie pracuje aktualnie dwóch obcokrajowców – Czech Radoslav Latal w Piaście i Chorwat Nenad Bjelica w Lechu. W I lidze i II lidze tylko dwa kluby mają zagranicznych trenerów – to Podbeskidzie Bielsko-Biała ze Słowakiem Janem Kocianem i Radomiak Radom z Czechem Wernerem Liczką. Choć kryterium narodowościowe, jak zwykle i w wielu dziedzinach, jest bezdennie głupie, bo np. Kocian jest w Bielsku-Białej – położonym 50 kilometrów od słowackiej granicy – traktowany za bardziej swojego niż Dariusz Dźwigała z odległej o 350 kilometrów Warszawy. Ale skoro jest niby moda na trenerów z zagranicy, przyjmijmy kryterium narodowościowe. Oznacza to, że spośród 52 klubów szczebla centralnego w Polsce, cztery mają trenerów z zagranicy. Niecałe osiem procent.

30 procent to nie trend

W czasach najnowszych, trudno w Polsce szukać śladów mody na trenerów z zagranicy. W XXI wieku, pracowało w Polsce 30 szkoleniowców z obcymi paszportami. Rekordzista, Duszan Radolsky, nie dobił nawet do stu meczów w ekstraklasie. Maksymalnie, jednocześnie zatrudnionych w ekstraklasie było pięciu trenerów z zagranicy. Taki stan utrzymał się jednak tylko przez dwa miesiące 2014 roku. Zawiszę Bydgoszcz prowadził wtedy Portugalczyk Jorge Paixao, Lechię Gdańsk Portugalczyk Quim Machado, Piasta Hiszpan Angel Perez Garcia, Legię Warszawa Norweg Henning Berg, a Ruch Chorzów Słowak Kocian. Pięciu trenerów to jednak nawet nie 1/3 ekstraklasy. Dalej trudno to nazwać modą. Zwłaszcza, że nigdy później taki stan już się nie powtórzył.

Moda jest w Anglii

 W skali Europy, też trudno mówić w przypadku Polski o modzie na trenerów zagranicznych. Raczej o czymś zgoła przeciwnym. W każdej z pięciu najlepszych lig europejskich, pracuje aktualnie więcej trenerów zagranicznych niż w Polsce. I to mimo faktu, że większość z tych krajów wychowuje wielu naprawdę znakomitych szkoleniowców. W Niemczech zagraniczni trenerzy stanowią prawie połowę ligi (8/18), choć przecież potrafiliby znaleźć równie dobrych własnych, w Hiszpanii siedem na dwadzieścia klubów prowadzą obcokrajowcy, we Francji cztery na dwadzieścia, a we Włoszech pięć. Prawdziwa moda na trenerów z zagranicy to jest w Anglii, gdzie szesnaście z dwudziestu miejsc w lidze obsadzają obcokrajowcy, a nie w Polsce, gdzie to tylko 12 procent.

Białoruski przykład

Podobnie jest w przypadku lig bardziej porównywalnych do polskiej. Odsetek trenerów zagranicznych wyższy niż Polska mają chociażby Rosja, Ukraina, Słowacja, Litwa, Łotwa czy Estonia. Na Węgrzech obcokrajowcy zajmują połowę miejsc pracy dla trenerów. W tym te najbardziej atrakcyjne – u mistrza kraju (Ferencvaros prowadzi Niemiec Thomas Doll) i lidera (Ujpeszt trenuje Niemiec Michael Oenning). Podobny przypadek do polskiego to Czechy, gdzie jest aktualnie tylko jeden trener z zagranicy, ale za to w Viktorii Pilzno, jednym z najlepszych klubów. Absolutnie żadnego obcego szkoleniowca nie mają w lidze Białorusini. Ale nie jestem pewien czy to kierunek, z którego powinniśmy brać przykład.

Wzorce z zagranicy

 W Polsce nie ma i nie było mody na trenerów z zagranicy. Niektóre kluby chętniej sięgały po obcokrajowców, ale nigdy nie stało się to ogólnoligową tendencją. Nadal, w porównaniu do kolegów z zagranicy, polscy trenerzy nie mają powodów do narzekania. Inna sprawa, czy to dobrze. Ilekroć jakiś kraj chce podnieść poziom swojego futbolu, zatrudnia licznych trenerów z zagranicy. W zamierzchłych czasach, polską ligę też podnosili Węgrzy czy Czechosłowacy. I patrząc na 30-tkę obcych trenerów, którzy pracowali w Polsce, nie mam wrażenia, byśmy musieli z nich robić diabły wcielone polskiego futbolu.

Solidni fachowcy

 Oczywiście, mamy wszyscy w głowach świeże przykłady Besnika Hasiego i Jacka Magiery, w których drużyna polskiego trenera bije na głowę zespół szkoleniowca z zagranicy. Ale wbrew pozorom, tak radykalne przypadki zdarzały się bardzo rzadko. Równie wiele było historii o trenerach, którzy swoje kluby albo podnosili na wyższy poziom albo przynajmniej robili swoje.

 Czy można narzekać na obecność w lidze Latala, który osiągnął największy sukces w siedemdziesięcioletniej historii istnienia klubu? Radolsky’ego, który podpisał triumfy prowincjonalnej Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski nad Manchesterem City czy Herthą Berlin? Czerczesowa, który z Legią zdobył wszystko, co się dało? Berga, który zanim skończył źle, zdobywał mistrzostwo i efektownie grał w pucharach? Kociana, który o mało nie przebił się z Ruchem do Ligi Europy? To przykłady jaskrawych sukcesów, ale była jeszcze cała masa trenerów, którzy po prostu rzetelnie robili swoje. Jak Robert Maaskant, ostatni mistrz Polski z Wisłą Kraków, Dragomir Okuka, który też zapisał się w historii Legii, Dan Petrescu, Jose Rojo Martin Pacheta, Werner Liczka czy nawet wyśmiewany bardziej za wygląd niż za wyniki Stanislav Levy. Ewidentnych niewypałów w stylu Hasiego czy Paixao było naprawdę zdecydowanie mniej niż solidnych fachowców. Wybierając spośród trzydziestu polskich trenerów, też łatwo znaleźlibyśmy dwóch nieudaczników.